Recenzje

Dance, sing, love. Miłosny układ

Nie śledzę żadnych rankingów na stronach internetowych czy portalach, dlatego nie bardzo wierzę w to, gdy na okładce pojawia się określenie, że jakaś książka jest numerem jeden w danym kraju bądź zajmuje zaszczytne pierwsze miejsce w jakimś zestawieniu. Nie przywiązuję też uwagi do informacji, że książka została nagrodzona w jakikolwiek sposób. Często tego typu zabiegi dają złudne pojęcie o książce. Nie przeczę, że takie wyróżnienie dla autora jest czymś wyjątkowym, ale sama nigdy się nie kieruję tym czynnikiem jeżeli chodzi o wybór lektury.Zapowiedź pierwszego tomu widziałam kilkakrotnie, ale dopiero za trzecim lub czwartym razem postanowiłam przeczytać opis książki. Wydał mi się na tyle interesujący, że postanowiłam przyjrzeć się bliżej Miłosnemu układowi i ocenić, czy faktycznie ma w sobie to coś, przez co będę miała ochotę sięgnąć po kolejny tom (który podobno jest już w przygotowaniu). Nieczęsto mam okazję czytać powieści, w których pierwsze skrzypce odgrywa taniec, jednak coraz częściej pojawiają się książki, w których mamy do czynienia z muzycznym tłem (np. Uratuj mnie Anny Bellon).Livia Innocenti jest profesjonalną tancerką. Pewnego razu ona oraz grupa taneczna, do której należy, zostaje zatrudniona u gwiazdy muzyki pop — Jamesa Sheridana. Mają robić show podczas jego koncertów w czasie tourne po Europie. Początkowo wszystko przebiega spokojnie, Livia podchodzi na chłodno do sprawy, w przeciwieństwie do koleżanek z zespołu, które zachwycają się młodym gwiazdorem. Bohaterka jednak nie pała do niego sympatią, a w trakcie prób nie potrafi z nim zawiązać nici porozumienia, uważa go za rozkapryszonego i egoistycznego mężczyznę, który nikogo nie szanuje. Nie może pozwolić sobie na odejście, ponieważ te występy są dla niej dużą szansą, musi więc znosić zarozumiałego gwiazdora, który z czasem zaczyna pozwalać sobie na coraz więcej.Od samego początku nie nastawiałam się na oryginalną historię, jednak oczekiwałam, że książka czymś mnie zaskoczy, że może autorka wplecie wątki, które ubarwią tę opowieść i sprawią, że zacznie się wyróżniać na tle innych. Pierwsze kilkanaście stron wprawiło mnie w zaskoczenie, oczywiście pozytywne. Historia może zaczęła się banalnie, ale od samego początku widziałam emocje, które towarzyszyły bohaterom — złość, poirytowanie oraz skrajną niechęć. Równie widoczna była determinacja bohaterki oraz jej włoski temperament, Livia była wystarczająco silna, aby nie dać się stłamsić oraz wiedziała, jak powinna się zachowywać, żeby nie stracić pracy. Wydało mi się to na tyle realistyczne, że zupełnie nie miałam ochoty oderwać się od czytania, a w moim sercu zatliła się mała nadzieja, że to będzie interesująca przygoda z debiutem. Nie byłam jeszcze nawet w połowie książki, gdy postępowanie głównej bohaterki diametralnie się zmieniło, a ja zaczęłam nad nim rozmyślać, poczułam zdezorientowanie. Miałam wrażenie, że ominęłam kilka stron, dlatego wróciłam do pewnego fragmentu, aby przekonać się, czy faktycznie może coś mi umknęło, czy w książce jest po prostu luka. Nie zauważyłam momentu, w którym Livia zaczęła przekonywać się do Jamesa. Ich relacja uległa nagłej zmianie, jednak nie dowiedziałam się, dlaczego tak się stało, co skłoniło bohaterkę do takiego, a nie innego zachowania wobec Sheridana. Przez całą powieść nie jest wspomniane o sytuacji, która miałaby na to jakikolwiek wpływ. To po prostu się stało — nie wiemy, jak i kiedy. Na parę podobnych uchybień natknęłam się jeszcze kilka razy.Taniec, śpiew i miłość — właśnie na takich filarach powinna opierać się ta książka i one powinny ją spajać w całość. Motyw tańca pojawiał się praktycznie przez całą powieść, więc byłam tym w pełni usatysfakcjonowana. Opisy prób oraz przygotowywanie się do występów nie były zróżnicowane, ale nie wpływały negatywnie na tę historię. Wątek ze śpiewem został okrojony do minimum, największa uwaga była poświęcona pierwszemu koncertowi, a potem stał się on jedynie tłem dla pozostałych wydarzeń. Ostatni filar, czyli miłość został potraktowany po macoszemu. Jak głosi stare przysłowie od nienawiści do miłości krótka droga wiedzie, tylko że w przypadku tej książki ta droga nie istnieje, a rodzące się uczucie zabłądziło w lesie. Ono pojawia się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nie rozwija się stopniowo i nie ewoluuje. Nie poznajemy pobudek bohaterów ani tego, jakie emocje im towarzyszą, autorka nie skupia się na opisywaniu ich rozterek i przeżyć wewnętrznych, a raczej na posuwaniu akcji do przodu.Nie będę oceniać bohaterów, bo nie na tym ma polegać pisanie recenzji, jednak nie mogę spojrzeć na ich zachowanie z aprobatą. Najzwyczajniej w świecie byłam zaskoczona tym, że Livia z bohaterki pełnej temperamentu, przemieniła się w osobę, która nie ma własnego zdania, a gdy ktoś jej ubliża, obraża, jest dla niej niemiły i ją wykorzystuje, nie potrafi zareagować. Po pewnych wydarzeniach stała się wrakiem człowieka, który nie ma w sobie woli walki. Najbardziej jednak zaskoczył mnie moment, w którym nikt nie zareagował, gdy zaczęła sięgać coraz częściej po alkohol. Czy nie zależało jej na tańcu, który rzekomo był całym jej życiem? Częste sięganie po alkohol nie rozwiąże problemów i nie sprawi, że zmartwienia znikną. Jego nadużywanie może prowadzić wyłącznie do uzależnienia i stracenia gruntu pod nogami. Może na chwilę zapomnieć o tym, co ją trapi, ale nie przywróci jej na właściwy tor. Nie wiem, czym było spowodowane jej późniejsze zachowanie, ale nie postąpiła dobrze, biorąc odwet na mężczyźnie, dla którego straciła głowę. Czy nie okazała się takim samym człowiekiem, co on, kiedy zaczęła zachowywać się w podobny sposób? Próbowała się usprawiedliwiać, ale dla mnie było to bez znaczenia — miłość zmusza człowieka do różnych zachowań, jednak Innocenti pokazała, że z dorosłością jej nie po drodze.Nie ma co ukrywać — relacja głównych bohaterów nie ma nic wspólnego ze zdrowiem, jest po prostu toksyczna. Liczne nieporozumienia i niedomówienia sprawiają, że nie potrafią się porozumieć i ciągle się kłócą. Choć przeciwieństwa się przyciągają, to nie wydaje mi się, aby ta dwójka do siebie pasowała, zwłaszcza że w grę wchodziła trzecia osoba, dlatego trudno było mi uwierzyć w szczere uczucie ze strony Jamesa. Książka liczy prawie 600 stron, jednak sporo w niej zapychaczy, które zaburzają rytm powieści. Nie mam nic przeciwko opisywaniu tego, co akurat bohaterowie mają na sobie, jednak im więcej takich opisów, tym dla mnie staje się to nużące i zbędne. Pewne kwestie można ominąć, wystarczy delikatnie nakierować czytelnika, co jakaś postać ma na sobie, a potem niech zadziała wyobraźnia. Nie wydaje mi się zresztą, aby szczegółowy opis każdego stroju był na tyle potrzebny i miał jakiś wpływ na wydarzenia. Takie zapychacze sztucznie wydłużają powieść, a czytelnik niepotrzebnie nastawia się na długą i przyjemną lekturę.Dla mnie ciekawym urozmaiceniem okazało się wplecenie piosenek, które mniej lub bardziej trafiają w mój muzyczny gust. Byłam mile zaskoczona, gdy na kartach powieści pojawiło się dobrze wszystkim znane Zombie zespołu Cranberries, Bed of roses Bon Jovi czy Do I wanna know? Arctic Monkeys.Jeżeli chodzi o styl pisania Layli Wheldon, nie jest on zły, jednak widać, że dopiero zaczyna swoją przygodę z pisaniem. Posługuje się prostymi, niezbyt skomplikowanymi zdaniami. W Miłosnym układzie przeważają opisy, ale nie brakuje też dialogów i potyczek słownych między bohaterami. Jeśli wystarczająco dużo czasu poświęci na pisanie i ćwiczenie swoich pisarskich umiejętności, to myślę, że z każdą kolejną publikacją będzie jeszcze lepiej. Dance, sing, love. Miłosny układ nie okazało się tak satysfakcjonującą lekturą, jak oczekiwałam. Widziałam w tej historii niebywały potencjał, który niestety nie został dobrze wykorzystany. Luki i niedociągnięcia sprawiły, że czytanie każdej kolejnej strony nie było taką przyjemnością, jak na początku. Nie podcinam skrzydeł, nie lubię tego i uważam, że to nie w porządku w stosunku do jakiejkolwiek osoby, a już zwłaszcza początkującej, jednak myślę, że każda wskazówka jest na wagę złota. Nie skreślam tej autorki całkowicie, ponieważ sądzę, że jeżeli się przyłoży i popracuje nad błędami, to będzie tylko lepiej.

kulturalna-arena.pl, 2017-08-10

Przebudzenie Morfeusza

Z książkowymi seriami już tak jest, że przychodzi moment na ich zakończenie, choć niekoniecznie chcemy się z nią rozstać. Przyszedł czas na pożegnanie z Morfeuszem, Cassandrą i pozostałymi bohaterami serii „Mafijna miłość”. A będzie to pożegnanie z przytupem.Nie da się uniknąć pewnych spoilerów z poprzednich części opisując fabułę książki, więc jeśli jesteście jeszcze przed lekturą tych książek i nie chcecie znać pewnych ważnych wątków fabuły, przerwijcie czytanie w tym miejscu.Po zniknięciu Adama z życia Cassandry, dziewczyna postanawia wrócić do swojej matki, do Toronto. Próbuje ponownie nawiązać z nią normalne relacje, w czym niewątpliwie pomaga jej mały Tommy, czyli ich mały synek. To właśnie dzięki temu maluchowi, Cass ma siły by codziennie stawiać czoło kolejnym trudnościom, żyć i walczyć o lepszą przyszłość dla siebie i dziecka. Nie chcąc być zależną i utrzymywaną przez matkę, dostaje pracę w małej firmie architektonicznej. Tam poznaje Kyle i Willa, z którymi pracuje, gdyż, jak to u Casandry zazwyczaj bywa, przyciąga do siebie facetów. Niespodziewanie, po ponad dwóch latach, w jej życiu zjawia się oczywiście Adam „Morfeusz” McKey. Mimo, że dziewczyna ma do niego ogromny żal, nadal go kocha, co nie pomaga jej w nowej sytuacji, w której się znaleźli. Niestety wraz z Adamem powracają koszmary z przeszłości, powraca mitologiczna mafia i nie kto inny, jak największy koszmar Cass, czyli Eros. Czy dziewczynie uda się uwolnić ze szponów prześladującej ją mafii i ocalić przed nią najbliższe jej osoby?Ta paląca pustka w sercu, poczucie straty czegoś, co nigdy do mnie nie należało, upokorzenie i ból. Ból przeszywający na wskroś. Adam jest niszczycielem mojego życia, a ja nie mogę pozwolić, by wtargnął do niego ponownie.Śmiało mogę to przyznać, z ręką na sercu, że „Przebudzenie Morfeusza” to najlepsza część z całej trylogii. Nie zdarza się zbyt często w seriach, by taka sytuacja miała miejsce w przypadku ostatniego tomu. Kasia Haner postawiła zdecydowanie na akcję, ale tę sensacyjną. Ponownie znajdziecie tu mniej erotyki, na rzecz sensacji, grozy, napięcia, a nawet wątków kryminalnych. To znakomity, trzymający w napięciu thriller z erotyzmem w tle. A wszystko to zawarte jest na 528 stronach, z czego wszyscy powinni się cieszyć, gdyż jest to naprawdę znakomite zakończenie mafijnej serii. Książkę tę czytałam dwukrotnie i za każdym razem zarwałam z nią noc, bo nie mogłam oderwać się od lektury.Co z bohaterami ostatniego tomu serii o tajemniczym Morfeuszu? Będzie bardzo ciekawie. Przede wszystkim mały Tommy, syn Cass i Adama, po prostu skradł moje serce i z resztą także całą historię. Mimo, że jego kwestie są bardzo ograniczone, do wypowiadanych przez niego pojedynczych słów, po prostu chwyta za serce. Głupiutka momentami Cass przeszła ogromną metamorfozę odkąd stała się matką. O szczęście swoje i syna walczy niczym lwica i nie zawaha się przed niczym, co mogłoby tylko pomóc w zapewnieniu bezpieczeństwa Tommy’emu. W końcu stała się odpowiedzialną kobietą, myślącą i zachowującą się z głową.Adam najwyraźniej zamienił się rolą z Cass i tym razem to on jest stroną bardziej zabiegającą o uwagę tej drugiej osoby. Wszak ma do nadrobienia i odrobienia mnóstwo straconego czasu, który de facto powinien spędzić przy swoich bliskich. Dlaczego postąpił wtedy tak, a nie inaczej? Tego dowiecie się czytając książkę.Tajemniczy kolega z pracy, Will, okazuje się być … bardzo ciekawą postacią, ale nie zdradzę jego znaczenia, bo zepsułabym Wam całą zabawę podczas lektury. Odegra na pewno ważną rolę w całej tej układance z mafią w tle. Ale szczegóły poznacie dopiero, gdy sami sięgnięcie po książkę.Oczywiście w „Przebudzeniu Morfeusza” pojawia się znienawidzony przeze mnie (zapewne nie tylko przeze mnie) Eros. Kiedy czytałam sceny z tym typem spod ciemnej gwiazdy, w kieszeni otwierał mi się przysłowiowy nóż. Czytając to miałam przed oczami jego przebiegły, cwaniacki wyraz twarzy. Gdybym mogła, to bym wyrwała go ze stron książki i udusiła gołymi rękami, takie ta postać wywołuje we mnie emocje.Jak można kochać kogoś takiego jak ja? Kobietę, która dała się upodlić facetowi, podczas gdy on zawsze miał ją gdzieś. Jestem marną imitacją kobiety i nie zasługuję na nic dobrego.Zakończenie książki na pewno Was zaskoczy i wbije w fotel. Kasia Haner zakończyła historię w bardzo ciekawy sposób, pobudzający wyobraźnię i jednocześnie proszący się o więcej. Kto wie, być może kiedyś zechce napisać kontynuację „Mafijnej miłości”.Co zasługuje na szczególną uwagę, to fakt, że z książki na książkę widać ogromny rozwój autorki. Kasia bierze sobie bardzo do serca wszelkie uwagi czytelników, dzięki czemu na bieżąco poprawia swój warsztat twórczy, co jest bardzo widoczne w trakcie czytania jej powieści. Warto dawać szansę naszym rodzimym autorom, bo często niewiele albo i wcale nie odbiegają od tych zagranicznych.Książka „Przebudzenie Morfeusza” została objęta przez nas patronatem medialnym, w związku z tym możecie się spodziewać konkursu, w którym do zdobycia będą jej egzemplarze. A już niedługo będziecie mogli na naszym portalu przeczytać wywiad, jakiego udzieliła nam K.N. Haner.

Kulturantki.pl, 2017-08-09

Tajemnica wyspy Flatey

„Tajemnica Wyspy Flatey” to kryminał, więc jak na ten gatunek przystało… na początku pozycji jedna z postaci znajduje zwłoki… nie foki, choć takich można tu też się spodziewać, lecz ludzkie. I tak rozpoczyna się cała historia okraszona starymi „opowieściami” i różnymi zagadkami.Temat wysp, morza może przynieść trochę ulgi w upalne dni i odciągnąć uwagę od tego co dzieje się wokół osoby czytającej. Może pomóc przenieść się takiej osobie w czasie i przestrzeni na Wyspę Flatey i jej okolice.Tytuł oryginału brzmi: „Flateyjargta”, jego copyright pochodzi z 2002 roku. Wydania polskiego zaś z 2017 roku. W pozycji oprócz tekstu odnaleźć można swego rodzaju schemat oraz mapę, wprawdzie są czarno – białe, ale są pewnym urozmaiceniem. Na początku książki mamy więc dedykację, później mapę Islandii i Wyspy Flatey dopiero później znajduje się właściwa treść publikacji.Akcja rozgrywa się na „wyspach zatoki Breiðafjrður w roku 1960”. Podkreślone zostało, że przedstawiona historia jest fikcją literacką i wszelkie podobieństwa do istniejących osób są tylko i wyłącznie przypadkowe.Nawet przyjemnie napisana, choć potrzebowałam kilku stronic by przyzwyczaić się do prezentowanego tu sposobu narracji i pomału zacząć próbować wciągnąć się w prezentowaną tu historię. Same rozdziały też kryją w sobie pewną „niespodziankę”, nie są jednolite. Ich punkt wspólny – tych nazwijmy to dwóch części rozdziałów, czytelnik odkrywa z czasem, podczas dalszej lektury.Wspomniane są tu dawniejsze dzieje niż te dotyczące 1960, opowieści przedstawiane tutaj dotykają chociażby „Sagi Eryka Podróżnika” czy wspomina się Olafa Tryggvasona, który panował w Norwegii w latach 995 – 1000, stąd też w różnych opisach dotyczących książki można znaleźć wzmianki o wikingach.Można więc uznać, że wykorzystano istniejące już opowieści i pamięć o wikingach by stworzyć własną historię. Jest tu więc sporo tajemnic.Oczekiwałam po książce wiele. Może zbyt wiele bo nie zostały one zrealizowane, bądź źle były te moje oczekiwania ulokowane. Źle się nie czytało, ale no właśnie chyba chciałam zbyt dużo bądź trochę czegoś innego, a w końcu publikacja jest nawet interesująca. Ciekawe miejsce akcji, otoczenie. Opowieść też niczego sobie. Może więc gdyby moje podejście od samego początku było inne, to inaczej czułabym się po jej lekturze, a tak mam mieszane odczucia. Nie jestem więc w stanie jej w stu procentach polecić fanom kryminałów czy krajów nordyckich, ale trzeba przyznać, że ma swój „urok”.

swiatairi.blogspot.com, 2017-08-08

Tak sobie wyobrażałam śmierć

Ola z Pomiędzy książkami nie czyta kryminałów, pewnie jakiś czas temu uważałabym to za pewną informację. Ostatnio jednak trafiła do mnie kolejna powieść tego gatunku. Czy ta pozycja sprawi, że częściej będę sięgała po powieści kryminalne?Historia stworzona przez Johannę Mo opowiada o Helenie Mobacke, kobiecie, która po stracie dziecka stara się wrócić do zawodu policjantki. Nasza bohaterka od razu zostaje rzucona na głęboką wodę. Jej zadaniem jest wyjaśnienie sprawy młodego chłopaka, który zginął pod pociągiem Sztokholmskiego metra. Helena cały czas walczy ze swoimi rozszalałymi emocjami, kiedy w metrze giną kolejne osoby. Czy uda jej się opanować swoje demony, rozwikłać zagadkę morderstw i nie stracić zaufania współpracowników? "Nie wytrzymam tego dłużej... Nie mam pojęcia, kim jestem.""Tak sobie wyobrażałam śmierć" to książka z pełnymi portretami psychologicznymi. Poznajemy motywy mordercy, odkrywamy ciemne zakątki jego umysłu i podążamy razem z nim ulicami miasta. Z drugiej strony jednak czytamy o zagubionej Helenie, jej żałobie i próbie powrotu do codzienności. Przedstawienie psychiki bohaterów to zdecydowanaie najmocniejsza strona tej książki. Autorka po prostu umieszcza czytelnika w głowach bohaterów.Kolejnym plusem powieści jest zakończenie. Zakończenie rzuca zupełnie inne światło na opowiedzianą historię. Wielokrotnie analizowałam je w swojej głowie i zastanawiam się, co zrobiłabym ja. "Jej samej też nie da się naprawić. Wszystko w niej chce się tylko położyć i poddać."Niestety, muszę się do czegoś przyczepić. Johanna Mo zabiera nam możliwość zgadnięcia, kim morderca jest. Czytając powieści kryminalne, zawsze największą rozrywką jest próba rozwikłania zagadki. Niestety autorka nie pozwala nam na to, jeśli sięgniecie po tę powieść zrozumiecie, co mam na myśli. Tym samym powieść bardziej nazwałabym psychologiczną, nie kryminalną. W takim razie o czym jest książka o tytule "Tak sobie wyobrażałam śmierć"? O stracie, o żałobie, o tym do czego zdolny jest człowiek w afekcie i o walce z własnym umysłem. Czy polecam tę powieść? Na pewno jeśli interesują Was portrety morderców, jeśli jednak chodzi o całość, każdy z Was musi sam zdecydować. Mnie zaciekawili bohaterowie, historia niekoniecznie. Jednak ze względu na to nie spisuję jej na straty. Ciekawostka o książce:Mimo tego, że autorka napisała już osiem powieści, ta wymieniona przeze mnie jest jej pierwszą książką wydaną w języku polskim.

Pomiędzy książkami, 2017-08-08

Dance, sing, love. Miłosny układ

Livia Innocenti pracuje jako tancerka. Poznajemy ją w momencie, kiedy razem z zespołem mają wystąpić podczas trasy koncertowej gwiazdy popu - Jamesa Sheridana. Sława uderzyła piosenkarzowi do głowy, ponieważ wywyższa się, nie znosi sprzeciwu i okazuje wielu osobom totalny brak szacunku, czy nawet zainteresowania. Między tą dwójką od początku dochodzi do zgrzytów, ale ich współpraca jest nieunikniona, ponieważ choreografia została ułożona tak, że często tańczą w duecie. Czy jednak sytuacja się zmieni i uda im się dojść do porozumienia?Bardzo się ucieszyłam na możliwość przeczytania tej książki, ponieważ do tej pory miałam okazję tylko oglądać filmy o takiej tematyce i chciałam się przekonać, czy książka spodoba mi się tak samo, a może nawet bardziej. „Miłosny układ” to książka o tańcu, śpiewaniu i pasji. Spodobało mi się, że było w książce tego tak dużo. Praca tancerza wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i wydaje mi się, że zostało to bardzo dobrze ujęte. Długie godziny morderczych treningów, częste podróże, ale przede wszystkim radość ze spełniania swojej pasji.Sama historia wydaje się być banalna, dwójka ludzi z początku darząca się niechęcią, wydarzenie, które to odmienia, i tak dalej ;) nie będę zdradzać więcej. Jednak lekki sposób, w jaki została napisana ta historia oraz, że jest to przeplatane dużą ilością tańca i muzyki, sprawił że książka dla mnie nie była nużąca i mimo pewnej przewidywalności chciałam ją czytać dalej i czytało mi się ją bardzo dobrze.To, co mi się nie podobało to podejście bohaterów do kwestii częstej zmiany partnerów i współżycia. Może jestem staroświecka, ale moim zdaniem ich podejście do tego było zbyt luźne i przez to momentami mnie irytowali. Drugą rzeczą, która mi się nie spodobała to to, że prawie przy każdym spotkaniu pojawiało się mnóstwo alkoholu, wszystko jest dla ludzi i może to wynikało z tego, jaki tryb życia prowadzą bohaterowie, ale moim zdaniem było tego trochę za dużo.Sięgając po tę książkę o autorce nie wiedziałam prawie nic, poza tym, że jej debiutancka książka osiągnęła rekordową liczbę odsłon na Wattpadzie. Bohaterowie książki dużo podróżują i w trakcie czytania zdziwiłam się na kilka wzmianek akurat o Polsce, ale było to pozytywne zaskoczenie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy doszłam do końca książka i przeczytałam, że Layla Wheldon to pseudonim polskiej autorki Sandry Sotomskiej!„Miłosny układ” to lekka, przyjemna książka. O ile wątek miłosny wydawał się banalny i nie było tu nagłych zwrotów akcji to wszystkie opisy związane z pasjami głównych bohaterów sprawiły, że książka była dużo ciekawsza. Warto też wspomnieć o zakończeniu – myślałam, że na ostatnich stronach książki nic mnie nie zaskoczy i historia potoczy się tak jak każdy zapewne się spodziewał, ale TO zakończenie to było naprawdę coś dobrego i chcę już kolejną część!

Booksandcatslover.blogspot.com, 2017-08-08

Uziemieni

Czy James i Bianca w końcu będą szczęśliwi? Czy przeszłość ich dopadnie? Życie pisze wiele niespodzianek, jednak los tej dwójki bohaterów jest jedną wielką życiową niespodzianką. Dlaczego? Ponieważ ta dwójka ma ciągle ...

rudablondynkarecenzuje.blogspot.com, 2017-08-16

Dance, sing, love. Miłosny układ

Kto z nas nie zna tak kultowych filmów jak „Dirty dancing”, czy „Step up: Taniec zmysłów”, gdzie ważną rolę odgrywa taniec. Na telewizyjnych ekranach z wielkim zachwytem możemy śledzić układ, choreografię ...

ksiazkowyswiatmoniki.blogspot.com, 2017-08-16