Recenzje

Dance, sing, love. Miłosny układ

Livia Innocenti pracuje jako tancerka. Poznajemy ją w momencie, kiedy razem z zespołem mają wystąpić podczas trasy koncertowej gwiazdy popu - Jamesa Sheridana. Sława uderzyła piosenkarzowi do głowy, ponieważ wywyższa się, nie znosi sprzeciwu i okazuje wielu osobom totalny brak szacunku, czy nawet zainteresowania. Między tą dwójką od początku dochodzi do zgrzytów, ale ich współpraca jest nieunikniona, ponieważ choreografia została ułożona tak, że często tańczą w duecie. Czy jednak sytuacja się zmieni i uda im się dojść do porozumienia?Bardzo się ucieszyłam na możliwość przeczytania tej książki, ponieważ do tej pory miałam okazję tylko oglądać filmy o takiej tematyce i chciałam się przekonać, czy książka spodoba mi się tak samo, a może nawet bardziej. „Miłosny układ” to książka o tańcu, śpiewaniu i pasji. Spodobało mi się, że było w książce tego tak dużo. Praca tancerza wiąże się z wieloma wyrzeczeniami i wydaje mi się, że zostało to bardzo dobrze ujęte. Długie godziny morderczych treningów, częste podróże, ale przede wszystkim radość ze spełniania swojej pasji.Sama historia wydaje się być banalna, dwójka ludzi z początku darząca się niechęcią, wydarzenie, które to odmienia, i tak dalej ;) nie będę zdradzać więcej. Jednak lekki sposób, w jaki została napisana ta historia oraz, że jest to przeplatane dużą ilością tańca i muzyki, sprawił że książka dla mnie nie była nużąca i mimo pewnej przewidywalności chciałam ją czytać dalej i czytało mi się ją bardzo dobrze.To, co mi się nie podobało to podejście bohaterów do kwestii częstej zmiany partnerów i współżycia. Może jestem staroświecka, ale moim zdaniem ich podejście do tego było zbyt luźne i przez to momentami mnie irytowali. Drugą rzeczą, która mi się nie spodobała to to, że prawie przy każdym spotkaniu pojawiało się mnóstwo alkoholu, wszystko jest dla ludzi i może to wynikało z tego, jaki tryb życia prowadzą bohaterowie, ale moim zdaniem było tego trochę za dużo.Sięgając po tę książkę o autorce nie wiedziałam prawie nic, poza tym, że jej debiutancka książka osiągnęła rekordową liczbę odsłon na Wattpadzie. Bohaterowie książki dużo podróżują i w trakcie czytania zdziwiłam się na kilka wzmianek akurat o Polsce, ale było to pozytywne zaskoczenie. Jakie było moje zdziwienie, kiedy doszłam do końca książka i przeczytałam, że Layla Wheldon to pseudonim polskiej autorki Sandry Sotomskiej!„Miłosny układ” to lekka, przyjemna książka. O ile wątek miłosny wydawał się banalny i nie było tu nagłych zwrotów akcji to wszystkie opisy związane z pasjami głównych bohaterów sprawiły, że książka była dużo ciekawsza. Warto też wspomnieć o zakończeniu – myślałam, że na ostatnich stronach książki nic mnie nie zaskoczy i historia potoczy się tak jak każdy zapewne się spodziewał, ale TO zakończenie to było naprawdę coś dobrego i chcę już kolejną część!

Booksandcatslover.blogspot.com, 2017-08-08

Tajemnica wyspy Flatey

„Tajemnica Wyspy Flatey” to kryminał, więc jak na ten gatunek przystało… na początku pozycji jedna z postaci znajduje zwłoki… nie foki, choć takich można tu też się spodziewać, lecz ludzkie. I tak rozpoczyna się cała historia okraszona starymi „opowieściami” i różnymi zagadkami.Temat wysp, morza może przynieść trochę ulgi w upalne dni i odciągnąć uwagę od tego co dzieje się wokół osoby czytającej. Może pomóc przenieść się takiej osobie w czasie i przestrzeni na Wyspę Flatey i jej okolice.Tytuł oryginału brzmi: „Flateyjargta”, jego copyright pochodzi z 2002 roku. Wydania polskiego zaś z 2017 roku. W pozycji oprócz tekstu odnaleźć można swego rodzaju schemat oraz mapę, wprawdzie są czarno – białe, ale są pewnym urozmaiceniem. Na początku książki mamy więc dedykację, później mapę Islandii i Wyspy Flatey dopiero później znajduje się właściwa treść publikacji.Akcja rozgrywa się na „wyspach zatoki Breiðafjrður w roku 1960”. Podkreślone zostało, że przedstawiona historia jest fikcją literacką i wszelkie podobieństwa do istniejących osób są tylko i wyłącznie przypadkowe.Nawet przyjemnie napisana, choć potrzebowałam kilku stronic by przyzwyczaić się do prezentowanego tu sposobu narracji i pomału zacząć próbować wciągnąć się w prezentowaną tu historię. Same rozdziały też kryją w sobie pewną „niespodziankę”, nie są jednolite. Ich punkt wspólny – tych nazwijmy to dwóch części rozdziałów, czytelnik odkrywa z czasem, podczas dalszej lektury.Wspomniane są tu dawniejsze dzieje niż te dotyczące 1960, opowieści przedstawiane tutaj dotykają chociażby „Sagi Eryka Podróżnika” czy wspomina się Olafa Tryggvasona, który panował w Norwegii w latach 995 – 1000, stąd też w różnych opisach dotyczących książki można znaleźć wzmianki o wikingach.Można więc uznać, że wykorzystano istniejące już opowieści i pamięć o wikingach by stworzyć własną historię. Jest tu więc sporo tajemnic.Oczekiwałam po książce wiele. Może zbyt wiele bo nie zostały one zrealizowane, bądź źle były te moje oczekiwania ulokowane. Źle się nie czytało, ale no właśnie chyba chciałam zbyt dużo bądź trochę czegoś innego, a w końcu publikacja jest nawet interesująca. Ciekawe miejsce akcji, otoczenie. Opowieść też niczego sobie. Może więc gdyby moje podejście od samego początku było inne, to inaczej czułabym się po jej lekturze, a tak mam mieszane odczucia. Nie jestem więc w stanie jej w stu procentach polecić fanom kryminałów czy krajów nordyckich, ale trzeba przyznać, że ma swój „urok”.

swiatairi.blogspot.com, 2017-08-08

Tak sobie wyobrażałam śmierć

Ola z Pomiędzy książkami nie czyta kryminałów, pewnie jakiś czas temu uważałabym to za pewną informację. Ostatnio jednak trafiła do mnie kolejna powieść tego gatunku. Czy ta pozycja sprawi, że częściej będę sięgała po powieści kryminalne?Historia stworzona przez Johannę Mo opowiada o Helenie Mobacke, kobiecie, która po stracie dziecka stara się wrócić do zawodu policjantki. Nasza bohaterka od razu zostaje rzucona na głęboką wodę. Jej zadaniem jest wyjaśnienie sprawy młodego chłopaka, który zginął pod pociągiem Sztokholmskiego metra. Helena cały czas walczy ze swoimi rozszalałymi emocjami, kiedy w metrze giną kolejne osoby. Czy uda jej się opanować swoje demony, rozwikłać zagadkę morderstw i nie stracić zaufania współpracowników? "Nie wytrzymam tego dłużej... Nie mam pojęcia, kim jestem.""Tak sobie wyobrażałam śmierć" to książka z pełnymi portretami psychologicznymi. Poznajemy motywy mordercy, odkrywamy ciemne zakątki jego umysłu i podążamy razem z nim ulicami miasta. Z drugiej strony jednak czytamy o zagubionej Helenie, jej żałobie i próbie powrotu do codzienności. Przedstawienie psychiki bohaterów to zdecydowanaie najmocniejsza strona tej książki. Autorka po prostu umieszcza czytelnika w głowach bohaterów.Kolejnym plusem powieści jest zakończenie. Zakończenie rzuca zupełnie inne światło na opowiedzianą historię. Wielokrotnie analizowałam je w swojej głowie i zastanawiam się, co zrobiłabym ja. "Jej samej też nie da się naprawić. Wszystko w niej chce się tylko położyć i poddać."Niestety, muszę się do czegoś przyczepić. Johanna Mo zabiera nam możliwość zgadnięcia, kim morderca jest. Czytając powieści kryminalne, zawsze największą rozrywką jest próba rozwikłania zagadki. Niestety autorka nie pozwala nam na to, jeśli sięgniecie po tę powieść zrozumiecie, co mam na myśli. Tym samym powieść bardziej nazwałabym psychologiczną, nie kryminalną. W takim razie o czym jest książka o tytule "Tak sobie wyobrażałam śmierć"? O stracie, o żałobie, o tym do czego zdolny jest człowiek w afekcie i o walce z własnym umysłem. Czy polecam tę powieść? Na pewno jeśli interesują Was portrety morderców, jeśli jednak chodzi o całość, każdy z Was musi sam zdecydować. Mnie zaciekawili bohaterowie, historia niekoniecznie. Jednak ze względu na to nie spisuję jej na straty. Ciekawostka o książce:Mimo tego, że autorka napisała już osiem powieści, ta wymieniona przeze mnie jest jej pierwszą książką wydaną w języku polskim.

Pomiędzy książkami, 2017-08-08

Dance, sing, love. Miłosny układ

Uwielbiam książki o tańcu. Jednak czytanie ich nie przychodzi łatwo. Czytelnik musi wyobrazić sobie zarówno każdy ruch tancerza, jak i rytm utworu, do którego ułożona jest choreografia. Chciałabym, aby każda taka historia była zekranizowana, abym po przeczytaniu mogła sprawdzić, czy dobrze wszystko sobie wyobraziłam."Dance, sing, love. Miłosny układ" było początkowo pisane w popularnym serwisie Wattpad. Opowieść ta cieszyła się takim zainteresowaniem, że postanowiono wydać ją w wersji papierowej. Ponad 2 miliony odsłon mówi samo za siebie.Poznajcie Liv — zawodową tancerkę. Tańczy nieprzerwanie od dziecka, to jej całe życie. Aktualnie należy do grupy tanecznej, która dostaje propozycję udziału w trasie koncertowej sławnego Jamesa Sheridana. Zaczynają się długie i męczące godziny treningów, pełne łez i potu.Kiedy Liv po raz pierwszy widzi Jamesa, już wie, że go nie polubi. Zupełnie nie zwraca uwagę na tancerzy, traktuje ich jak powietrze. Na każdą próbę przychodzi skacowany i ma lekceważące podejście do wszystkiego. Uważa się za lepszego od innych i pomiata ludźmi. Tak, zdecydowanie dziewczyna nie pała do niego sympatią i nic dziwnego. Wyobraźcie więc sobie szok Liv, kiedy James życzy sobie, aby ta oprowadziła go po Rzymie. Zgadza się, bo przecież gwiazdor może ją łatwo zwolnić, ale jeszcze nie wie, co z tym się wiąże.Sheridan wykorzystuje fakt, że Liv zna biegle włoski do podrywania spotykanych kobiet. Livia jest jego tłumaczem. Kiedy późnym wieczorem zmusza ją do pójścia do klubu i picia, ta odmawia, widząc, że jutro z rana czeka ją kolejny trening. Niestety, James jest umiejętnym szantażystą i wkrótce Liv jest całkiem pijana.Kiedy następnego dnia budzi się z bólem głowy, a na próbie nic jej nie wychodzi, jej nienawiść do Sheridana jest jeszcze większa, chociaż myślała, że to już niemożliwe. Rozpieszczony, bezczelny piosenkarz i niepewna siebie, utalentowana tancerka. Nienawidzą się, ale są skazani na siebie przez długie miesiące trasy koncertowej. Tańczą razem, piją, zwiedzają europejskie miasta. W świetle ulicznych latarni potrafią się dogadać, nie to, co za dnia. Ich rozmowy są pełne zaczepek i sarkazmu, ale bawią czytelnika. Te noce zbliżają Jamesa i Liv do siebie. I mimo że Sheridan ma sławną dziewczynę, którą kocha (co ciągle powtarza), a Livia została zdradzona już dwa razy, to dochodzi do pocałunku między nimi.Jednak doskonale zdawałam sobie sprawę, że byłam dla niego tylko rozrywką, dziewczyną do towarzystwa i to dosłownie. Laską, z którą można się napić, pobawić, a potem o niej zapomnieć. Nie oczekiwałam od niego niczego (...).Jednak trasa szybko się kończy, a ta dwójka wraca do swojego poprzedniego życia.Momentami wydawało mi się, że Livia postępuje głupio i daje się wykorzystywać, pozwala bawić się sobą, nie zważając na swoje uczucia i spore szanse na złamane serce. Chciałam nią potrząsnąć i zapytać, co wyprawia ze swoim życiem. Cóż, wczułam się w tę historię i polubiłam Livię. :)Miłość w świecie błysków i fleszy, drogich szampanów i uroczystych gal. Miłość zabroniona, trudna i niemożliwa.Próbowałam się opierać, walczyć z uczuciami, jakie we mnie narastały z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Miesiąc po miesiącu. Bezskutecznie. I w końcu przepadłam.Taniec był dla mnie wszystkim... Dopóki James nie wkroczył do mojego życia.Tańcz, śpiewaj, kochaj!Layla Wheldon — to pseudonim Sandry Sotomskiej na portalu dla młodych twórców wattpad.com, na którym publikuje od 2015 roku. Choć na co dzień studiuje informatykę, jej pasją jest pisanie — pisze od kilku lat. Układ na szczęście to jej debiut pisarski. Książka przez długi czas utrzymywała się na wattpad.com jako nr 1 w Romansach i osiągnęła rekordową liczbę odsłon — ponad 2 miliony. W przygotowaniu są kolejne tomy serii Dance & Sing & Love.Ta historia jest pełna kontrastowych uczuć, nagłych zwrotów akcji i niezwykłych splotów wydarzeń. Książka zakończyła się w takim momencie, że byłam zła na autorkę i już nie mogę doczekać się kolejnego tomu. To nieskomplikowany romans, który idealnie nada się na wakacyjne wieczory. Wciąga natychmiastowo. Wyzwala wiele emocji. Najpierw nie znosiłam Jamesa tak samo, jak Liv, po jakimś czasie go uwielbiałam, a potem złamał mi serce. Z całego serca polecam Wam tę książkę.

ksiazkidobrejakczekolada.blogspot.com/, 2017-08-07

Tajemnica wyspy Flatey

Chociaż ta niewielkich rozmiarów powieść intryguje od pierwszych wersów, wielbicielom zawiłych historii może wydać się z lekka smętna i mało obiecująca. Jednak ten specyficzny klimat islandzkich wysepek, który spowija morski chłód, gęsta poranna mgła i swoista mozaika zapachów, tworzy coś zgoła wyjątkowego. To moje pierwsze spotkanie z kryminałem islandzkim. Trochę za misternie zbudowany, przytłaczający przeciągającym się śledztwem, nazbyt mało wyraźnymi bohaterami ma jednak w sobie to coś, co elektryzuje, a żądny odpowiedzi na wiele kłębiących się pytań czytelnik będzie dążył do rozstrzygnięcia całej sprawy.Uciążliwe były imiona i nazwy islandzkie, jednak da się przyzwyczaić. Tym bardziej, że w powieści i na tytułowej Wyspie Flatey nie zamieszkuje za dużo mieszkańców. Cała akcja toczy się w przeciągu kilku dni czerwca roku 1960. Na jednej z wysp należącej do archipelagu Flatey jeden z jej mieszkańców odkrywa ciało człowieka. Po ścisłym dochodzeniu okazuje się, że był nim Gaston Lund – profesor norweski, który badał średniowieczny manuskrypt „Flateyjarbok”. Wkrótce na Flatey pojawia się nie tylko asystent prefekta, ale też tajemniczy dziennikarz Bryngeir z Reykjaviku. Od lat, w kręgu akademickim trwał spór o to, w jakim miejscu powinien znajdować się „Flateyjarbok”. Norwegowie rościli sobie bowiem prawa do niej, ale Islandczycy nie odpuszczali. Ten zagadkowy skrypt islandzkich legend, wierzeń zawiera kilkadziesiąt pytań, zawiłych zagadek, których rozstrzygnięcie, wedle starej legendy miało śmiałkowi przynieść szczęście. Tymczasem na Wyspie dochodzi do kolejnych zgonów, a śledztwo przejmuje policja z Reykjaviku. Narośnie wokół wiele pytań i wątpliwości, bo każdy z mieszkańców nosi w swoim sercu pewną tajemnicę. Czy uda się rozwikłać przyczynę śmierci tych kilku osób? Jaki jest wspólny mianownik ludzi zamieszkujących Wyspę? To nie jest typowy kryminał, a raczej powieść z zacięciami detektywistycznymi. Autor zręcznie, w odpowiednim klimacie i aurze utrzymał jej konwencję, nadając ton bardziej wyważony, ukazując przy tym życie mieszkańców wysp. Różni się ono znacznie od współczesnego. Abstrahując już od czasu, w jakim autor umieścił akcję powieści. To życie ściśle podporządkowane rytmowi pór roku, gdzie czasu praktycznie się nie mierzy, jakby ta cała otoczka zamknęła się w jednej czasoprzestrzeni, jakby nawet powietrze na chwilę się zachwiało i zastanawiało, w którą stronę płynąć. Trzecioosobowy narrator nie pozwala czytelnikowi na bliższy kontakt z bohaterami. Jesteśmy obserwatorami obok, biernie, jakby przesuwano nam przed oczami kadry dziwnej opowieści, z zaskakującym zakończeniem. Brak tutaj miejsca na jakikolwiek oddźwięk emocjonalny. Mimo, że fabuła płynie dosyć rytmicznie, spokojnie, wręcz bym powiedziała ślamazarnie, to przyciąga swoją wyjątkowością. „Tajemnica Wyspy Flatey” Viktora Arnara Ingólfssona intryguje, zaciekawia, ale wprawia w konsternację. Buduje napięcie stopniowo odkrywając karty, które zamiast przynosić oczywiste rozwiązanie skupiają się na misternym śledztwie i niezbyt wyraźnych bohaterach.

Nietypowe Recenzje, 2017-08-07

Sny Morfeusza

Wieki zajęła mi pozornie nieistotna decyzja odnośnie przeczytania powieści K.N. Haner Sny Morfeusza. Internetowe recenzje były tak rozróżne, iż obawiałam się co zastanie mnie tuż za okładką. Jedni (czasem nawet w sposób ...

okiem-julii.pl, 2017-07-27

Uziemieni

To trzeci tom i kontynuacja serii „W przestworzach”. Mam nadzieję, że pamiętacie historię Jamesa i Bianki. Ich postaci są barwne, a każda czytelniczka będzie mogła przeczytać naprawdę dobry erotyk, który momentami ...

http://redaktor21.bloog.pl/, 2017-07-27