Recenzje

Tajemnica wyspy Flatey

Chociaż ta niewielkich rozmiarów powieść intryguje od pierwszych wersów, wielbicielom zawiłych historii może wydać się z lekka smętna i mało obiecująca. Jednak ten specyficzny klimat islandzkich wysepek, który spowija morski chłód, gęsta poranna mgła i swoista mozaika zapachów, tworzy coś zgoła wyjątkowego. To moje pierwsze spotkanie z kryminałem islandzkim. Trochę za misternie zbudowany, przytłaczający przeciągającym się śledztwem, nazbyt mało wyraźnymi bohaterami ma jednak w sobie to coś, co elektryzuje, a żądny odpowiedzi na wiele kłębiących się pytań czytelnik będzie dążył do rozstrzygnięcia całej sprawy.Uciążliwe były imiona i nazwy islandzkie, jednak da się przyzwyczaić. Tym bardziej, że w powieści i na tytułowej Wyspie Flatey nie zamieszkuje za dużo mieszkańców. Cała akcja toczy się w przeciągu kilku dni czerwca roku 1960. Na jednej z wysp należącej do archipelagu Flatey jeden z jej mieszkańców odkrywa ciało człowieka. Po ścisłym dochodzeniu okazuje się, że był nim Gaston Lund – profesor norweski, który badał średniowieczny manuskrypt „Flateyjarbok”. Wkrótce na Flatey pojawia się nie tylko asystent prefekta, ale też tajemniczy dziennikarz Bryngeir z Reykjaviku. Od lat, w kręgu akademickim trwał spór o to, w jakim miejscu powinien znajdować się „Flateyjarbok”. Norwegowie rościli sobie bowiem prawa do niej, ale Islandczycy nie odpuszczali. Ten zagadkowy skrypt islandzkich legend, wierzeń zawiera kilkadziesiąt pytań, zawiłych zagadek, których rozstrzygnięcie, wedle starej legendy miało śmiałkowi przynieść szczęście. Tymczasem na Wyspie dochodzi do kolejnych zgonów, a śledztwo przejmuje policja z Reykjaviku. Narośnie wokół wiele pytań i wątpliwości, bo każdy z mieszkańców nosi w swoim sercu pewną tajemnicę. Czy uda się rozwikłać przyczynę śmierci tych kilku osób? Jaki jest wspólny mianownik ludzi zamieszkujących Wyspę? To nie jest typowy kryminał, a raczej powieść z zacięciami detektywistycznymi. Autor zręcznie, w odpowiednim klimacie i aurze utrzymał jej konwencję, nadając ton bardziej wyważony, ukazując przy tym życie mieszkańców wysp. Różni się ono znacznie od współczesnego. Abstrahując już od czasu, w jakim autor umieścił akcję powieści. To życie ściśle podporządkowane rytmowi pór roku, gdzie czasu praktycznie się nie mierzy, jakby ta cała otoczka zamknęła się w jednej czasoprzestrzeni, jakby nawet powietrze na chwilę się zachwiało i zastanawiało, w którą stronę płynąć. Trzecioosobowy narrator nie pozwala czytelnikowi na bliższy kontakt z bohaterami. Jesteśmy obserwatorami obok, biernie, jakby przesuwano nam przed oczami kadry dziwnej opowieści, z zaskakującym zakończeniem. Brak tutaj miejsca na jakikolwiek oddźwięk emocjonalny. Mimo, że fabuła płynie dosyć rytmicznie, spokojnie, wręcz bym powiedziała ślamazarnie, to przyciąga swoją wyjątkowością. „Tajemnica Wyspy Flatey” Viktora Arnara Ingólfssona intryguje, zaciekawia, ale wprawia w konsternację. Buduje napięcie stopniowo odkrywając karty, które zamiast przynosić oczywiste rozwiązanie skupiają się na misternym śledztwie i niezbyt wyraźnych bohaterach.

Nietypowe Recenzje, 2017-08-07

Dance, sing, love. Miłosny układ

Uwielbiam książki o tańcu. Jednak czytanie ich nie przychodzi łatwo. Czytelnik musi wyobrazić sobie zarówno każdy ruch tancerza, jak i rytm utworu, do którego ułożona jest choreografia. Chciałabym, aby każda taka historia była zekranizowana, abym po przeczytaniu mogła sprawdzić, czy dobrze wszystko sobie wyobraziłam."Dance, sing, love. Miłosny układ" było początkowo pisane w popularnym serwisie Wattpad. Opowieść ta cieszyła się takim zainteresowaniem, że postanowiono wydać ją w wersji papierowej. Ponad 2 miliony odsłon mówi samo za siebie.Poznajcie Liv — zawodową tancerkę. Tańczy nieprzerwanie od dziecka, to jej całe życie. Aktualnie należy do grupy tanecznej, która dostaje propozycję udziału w trasie koncertowej sławnego Jamesa Sheridana. Zaczynają się długie i męczące godziny treningów, pełne łez i potu.Kiedy Liv po raz pierwszy widzi Jamesa, już wie, że go nie polubi. Zupełnie nie zwraca uwagę na tancerzy, traktuje ich jak powietrze. Na każdą próbę przychodzi skacowany i ma lekceważące podejście do wszystkiego. Uważa się za lepszego od innych i pomiata ludźmi. Tak, zdecydowanie dziewczyna nie pała do niego sympatią i nic dziwnego. Wyobraźcie więc sobie szok Liv, kiedy James życzy sobie, aby ta oprowadziła go po Rzymie. Zgadza się, bo przecież gwiazdor może ją łatwo zwolnić, ale jeszcze nie wie, co z tym się wiąże.Sheridan wykorzystuje fakt, że Liv zna biegle włoski do podrywania spotykanych kobiet. Livia jest jego tłumaczem. Kiedy późnym wieczorem zmusza ją do pójścia do klubu i picia, ta odmawia, widząc, że jutro z rana czeka ją kolejny trening. Niestety, James jest umiejętnym szantażystą i wkrótce Liv jest całkiem pijana.Kiedy następnego dnia budzi się z bólem głowy, a na próbie nic jej nie wychodzi, jej nienawiść do Sheridana jest jeszcze większa, chociaż myślała, że to już niemożliwe. Rozpieszczony, bezczelny piosenkarz i niepewna siebie, utalentowana tancerka. Nienawidzą się, ale są skazani na siebie przez długie miesiące trasy koncertowej. Tańczą razem, piją, zwiedzają europejskie miasta. W świetle ulicznych latarni potrafią się dogadać, nie to, co za dnia. Ich rozmowy są pełne zaczepek i sarkazmu, ale bawią czytelnika. Te noce zbliżają Jamesa i Liv do siebie. I mimo że Sheridan ma sławną dziewczynę, którą kocha (co ciągle powtarza), a Livia została zdradzona już dwa razy, to dochodzi do pocałunku między nimi.Jednak doskonale zdawałam sobie sprawę, że byłam dla niego tylko rozrywką, dziewczyną do towarzystwa i to dosłownie. Laską, z którą można się napić, pobawić, a potem o niej zapomnieć. Nie oczekiwałam od niego niczego (...).Jednak trasa szybko się kończy, a ta dwójka wraca do swojego poprzedniego życia.Momentami wydawało mi się, że Livia postępuje głupio i daje się wykorzystywać, pozwala bawić się sobą, nie zważając na swoje uczucia i spore szanse na złamane serce. Chciałam nią potrząsnąć i zapytać, co wyprawia ze swoim życiem. Cóż, wczułam się w tę historię i polubiłam Livię. :)Miłość w świecie błysków i fleszy, drogich szampanów i uroczystych gal. Miłość zabroniona, trudna i niemożliwa.Próbowałam się opierać, walczyć z uczuciami, jakie we mnie narastały z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień. Miesiąc po miesiącu. Bezskutecznie. I w końcu przepadłam.Taniec był dla mnie wszystkim... Dopóki James nie wkroczył do mojego życia.Tańcz, śpiewaj, kochaj!Layla Wheldon — to pseudonim Sandry Sotomskiej na portalu dla młodych twórców wattpad.com, na którym publikuje od 2015 roku. Choć na co dzień studiuje informatykę, jej pasją jest pisanie — pisze od kilku lat. Układ na szczęście to jej debiut pisarski. Książka przez długi czas utrzymywała się na wattpad.com jako nr 1 w Romansach i osiągnęła rekordową liczbę odsłon — ponad 2 miliony. W przygotowaniu są kolejne tomy serii Dance & Sing & Love.Ta historia jest pełna kontrastowych uczuć, nagłych zwrotów akcji i niezwykłych splotów wydarzeń. Książka zakończyła się w takim momencie, że byłam zła na autorkę i już nie mogę doczekać się kolejnego tomu. To nieskomplikowany romans, który idealnie nada się na wakacyjne wieczory. Wciąga natychmiastowo. Wyzwala wiele emocji. Najpierw nie znosiłam Jamesa tak samo, jak Liv, po jakimś czasie go uwielbiałam, a potem złamał mi serce. Z całego serca polecam Wam tę książkę.

ksiazkidobrejakczekolada.blogspot.com/, 2017-08-07

Tajemnica wyspy Flatey

Tajemnicza księga, mroczne opowieści, pradawne rytuały, okrutne zabójstwa - to wszystko stanowi elementy wielkiej spirali nakręconej wiele lat temu. Czy we współczesnym świecie nadal możemy poczuć wpływ dawnych legend? Ile razy w swoim całym życiu mogliśmy spotkać się ze starożytnymi historiami? Czy mogą one nas czegoś nauczyć? Dawno, dawno temu na pewnym statku pewien mężczyzna stworzył zagadkę, którą odgadnąć może tylko największy znawca tajemniczej księgi ,,Flateyjarbók" opisującej pradawne bitwy, wojny, intrygi wikingów. Mężczyzna stworzył coś, co na wiele wieków zajęło umysły najwybitniejszych geniuszy. Nikt nie potrafił rozwiązać tej zagadki. ,,Flateyjarbók" po wielu latach trafiło tam, gdzie jego miejsce - na malutką wyspę Flatey, gdzie czas płynie jednostajnym rytmem. Nikt tu się nie śpieszy, życie każdego mieszkańca to codzienna rutyna. Wydawałoby się, że nic nie może wyrwać osób zamieszkujących wyspę z ich urokliwego otępienia, ale wtedy na pobliskiej wysepce zostają odkryte zwłoki. Kim jest tajemniczy mężczyzna, który najwyraźniej spędził zimę w zapomnianym przez wszystkich miejscu? Co wspólnego z jego śmiercią ma tajemnicza księga?Kochani, zapraszam was na recenzję książki, co do której mam mieszane uczucia. Spodziewałam się niesamowitego, świetnie skonstruowanego kryminału, gdy wciągnie mnie od samego początku, a historia opisana w "Tajemnicy wyspy Flatey" zaczęła rozkręcać się dopiero po 100 stronach, choć cała powieść ma ich tylko 255. Viktor Arnar Ingólfsson miał bardzo ciekawy zamysł, ale nie wykorzystał go w pełni. Pomijając te wady, "Tajemnica wyspy Flatey" potrafi zaskoczyć. Zapraszam was do zapoznania się z całą recenzją!Islandzka wiosna. Zapach morza, krzyk ptaków, foki, ryby, przenikliwy wiatr. Wśród burzliwych wód zatoki Brei?afjr?ur, wśród skał i tysięcy małych wysepek znajduje się Flatey. Na wyspie Flatey wieki temu wybudowano maleńką osadę. Odniesiesz wrażenie, że czas tu zwolnił biegu. Z dala od zgiełku wielkiej cywilizacji mieszkańcy żyją tu w spokoju, w ciszy, bez pośpiechu i w zgodzie z rytmem natury. Małomiasteczkowej sielanki osady nic nie zakłóca. Aż do chwili znalezienia zwłok na morskim wybrzeżu.Już wkrótce Kjartan, którego zadaniem jest wyjaśnienie tej śmierci, uświadamia sobie, że nie ma do czynienia z ofiarą wypadku. Szybko okazuje się, że mieszkańcy wyspy mają swoje głęboko skrywane tajemnice, które w zadziwiający sposób łączą się z mroczną przeszłością. Kluczem do rozwiązania zagadki jest średniowieczny manuskrypt: księga Flateyjarbók, zbiór sag i eposów o starożytnych władcach Wikingów. Aby znaleźć przyczajonego zabójcę, Kjarten musi zejść do ciemnego, niebezpiecznego świata starożytnych legend, symboli i tajnych stowarzyszeń.Trzymasz w dłoni świetny kryminał łączący w sobie elementy klasyki literatury zbrodni i thrillera. Drobiazgowo odmalowane tło historyczne i kulturowe powoduje, że opowieść staje się niezwykle realistyczna i już po pierwszych kilkunastu stronach nie można się od niej oderwać. Wiernie oddana atmosfera maleńkiej wyspiarskiej osady, gdzie teraźniejszość przenika się ze światem legend i krwawych mitów, intrygująca, tajemnicza księga sprzed wieków, umiejętnie dozowany humor i hipnotyzujące, wciągające czytelnika napięcie ? tym jest ?Tajemnica wyspy Flatey?!Nie zgasisz lampki nocnej, póki Kjartan nie złamie odwiecznej tajemnicy...Islandia to jedno z najbardziej tajemniczych terenów na świecie. Skrywa ona wiele tajemnic. Piękne, skaliste wybrzeża, spokojne miasteczka, wiele maleńkich wysp. Nadchodzi wiosna. Natura w końcu może ukazać swoje piękno. Silny, porywisty wiatr, tysiące gatunków zwierząt, które tylko czekają na odkrycie i ONA - maleńka wyspa Flatey. Parę domów na krzyż, żadnego dostępu do większych miast. Wydawałoby się, że nic się tam nie dzieje. Mieszkańcy żyją we własnym rytmie, każdy zna każdego. Nic nie mogłoby zakłócić ich spokoju. Do czasu...Kjartan zostaje wysłany przez prefekta do zbadania sprawy tajemniczych zwłok znalezionych na niezamieszkałej przez nikogo, maleńkiej wysepce. Jedyną jego nadzieją na wyjaśnienie śmierci i ustalenie tożsamości trupa jest podróż na Flatey. Miejsce, w którym każdy zna każdego, a znalezienie zwłok zaburza codzienną rutynę mieszkańców. Kjartan korzystając z gościnności miejscowych, próbuje rozwikłać tajemniczą zagadkę i zrozumieć przebieg wydarzeń, które doprowadziły do śmierci niezidentyfikowanej osoby. Tajemnicza kartka znaleziona w ubraniach nieżywego mężczyzny może być jedyną wskazówką, na jaką może liczyć przedstawiciel prefekta. Wszystko wskazuje na to, że aby odkryć zagadkę śmierci mężczyzny, Kjartan musi zapoznać się z tajemniczą księgą ,,Flateyjarbók", która opisuje pradawne losy wikingów. Z czasem na wyspie dochodzi do kolejnego przestępstwa. Czas nie ubłagalnie pędzi do przodu, a sprawca pozostaje na wolności. Co przydarzyło się ofiarom? Jaki związek z ich śmiercią ma "Flateyjarbók"?"Tajemnica wyspy Flatey" to kunsztownie skonstruowana powieść, w której akcja zagęszcza się bardzo powoli - praktycznie przez połowę książki autor buduje napięcie, zarzuca na czytelnika sieć niedomówień, przeplata teraźniejszą historię z fragmentami ,,Flateyjarbók", która opowiada wszelkie losy nieustraszonych wikingów. Głównym tematem w tej pozycji nie jest wcale znalezienie sprawcy tajemniczych śmierci podróżników, którzy zawitali na wyspę, a raczej rozwiązanie zagadki stworzonej przez pewnego badacza tajemniczej księgi wiele lat temu. Odkąd zobaczyłam tę powieść w zapowiedziach wydawnictwa, poczułam, że muszę ją przeczytać. Choć rzadko czytam kryminały, to naprawdę je cenię. Uwielbiam wraz z bohaterami poszukiwać coraz to kolejnych tropów, rozwiązywać mroczne zagadki. Jak zapewne wywnioskowaliście ze wstępu mojej recenzji, poczułam się zawiedziona. Spodziewałam się czegoś całkowicie innego. Książkę, która ma raptem 260 stron, czytałam ponad tydzień. Przebrnięcie przez pierwszą połowę tej powieści nie było wcale łatwe. Choć starałam się, jak mogłam, nie potrafiłam zainteresować się tym, co działo się na pierwszych stronach. Nie zauważyłam żadnego szybszego bicia serca, ciarek na rękach. Miałam wrażenie, że autor za bardzo skupił się na ukazaniu czytelnikowi losów wikingów i nie potrafił odnaleźć żadnej równowagi, która zapewniłaby mu zainteresowanie osoby, która sięgnęła po jego powieść. Dopiero w połowie książki zaczęło się coś dziać. Akcja się zagęściła, bohaterowie w końcu zaczęli tak naprawdę badać przyczyny tajemniczych śmierci, a fabuła w końcu nabrała tempa. Przyznam szczerze, że koniec był naprawdę zaskakujący - nie spodziewałam się, że tak wszystko się potoczy i właśnie za to należy się duży plus dla autora!"Tajemnica wyspy Flatey" to pozycja dla wytrwałych czytelników. Może na początku zniechęcić swoją powolnością, która sprawia, że ta historia naprawdę wiele traci, ale jeśli już ktoś wytrzyma, może poczuć się na końcu mile zaskoczony i zaintrygowany tym, jak potoczyła się ta historia. Viktor Arnar Ingólfsson miał naprawdę ciekawy pomysł, który mam wrażenie, po prostu źle poprowadził. Czy żałuję, że zapoznałam się z tą powieścią? Nie, ponieważ na końcu poczułam się usatysfakcjonowana. Nie mogę wam z ręką na sercu polecić tej powieści - sami powinniście wyrobić sobie o niej opinię. Uważam, że warto spróbować i zapoznać się z tajemnicami małej islandzkiej wysepki, która kryje wiele tajemnic. Kto wie, może wciągnie was od pierwszej strony, a być może tak, jak mnie zaintryguje dopiero od połowy?

secretum.pl, 2017-08-06

House of Cards i filozofia. Demokracja jest przereklamowana

To może nie jest książka typowo ekonomiczna czy biznesowa, ale ponieważ polityka ma przemożne wpływ na biznes, warto się z nią trochę zaprzyjaźnić. A jaka polityka jest bardziej fascynująca niż ta pokazana w „House of Cards”? Franka Underwood poznajemy, kiedy dobija skomlącego psa, którego właśnie potrącił samochód. Patrzy do kamery i mówi: „Nie mam cierpliwości do zbędnych rzeczy”. Ten brutalny świat polityki jest z jednej strony wciągający, urzekający, ale jednocześnie rani – bo Underwood gwałci wszelkie zasady moralności. Czy ten fikcyjny bohater pokazuje nam prawdę o polityce? Tego nie wiem, ale tak samo jak wy obawiam się, że jakąś część prawdy w serialu widzimy. I dlatego nas to martwi. Warto przeczytać, co na ten temat mają do powiedzenia filozofowie, bo może sami znajdziemy odpowiedź na pytanie, czy w dzisiejszym świecie uczciwa polityka jest w ogóle możliwa.

Wprost, 2017-08-06

Ubezwłasnogłowieni

Ubezwłasnogłowieni to przestępcy, którzy nie powinni sprawiać więcej problemów. Wycięta dolna szczęka i usmażony mózg mają im w tym pomóc.Nie myśleć. Nie widzieć. Nie mówić. Takie hasła towarzyszą im każdego dnia. Tylko czy na pewno żaden z nich nie stanowi już zagrożenia dla społeczeństwa?Mówi się, że lato to idealny czas na książki lekkie i przyjemne. Tymczasem ja z wielkim uwielbieniem sięgam w ostatnim czasie po lektury mroczne i brutalne. Pewnie nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że dobrym kryminałom i trzymającym w napięciu thrillerom nigdy nie odmawiam.MacBride oferuje nam książkę, o jaką dziś wcale nie jest łatwo, choć rynek każdego dnia zalewają głośno reklamowane nowości. Ta powieść mocno jednak wyróżnia się na tle lektur tak do siebie podobnych, niepotrafiących zaskoczyć, a może raczej zaszokować. On potrafi i udowadnia to na każdym kroku. Już na samym początku robi nam niespodziankę w postaci mieszanki gatunkowej, bo czuję się zobowiązana, żeby od razu zaznaczyć, że nie jest to pod tym względem oczywiste. Książka swą brutalnością i szeregiem morderstw przywołuje na myśl dobry kryminał, trzyma w napięciu niczym mroczny thriller, zwroty akcji i walki między organizacjami zahaczają o powieść sensacyjną, a wstrząsająca wizja codzienności przypominała mi horror.Ta mieszanka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Moim zdaniem nie jest łatwo napisać dobrą książkę zaliczającą się do któregokolwiek z tych gatunków, a co dopiero łączącą je wszystkie.Powieściowa rzeczywistość mocno podziałała na moją wyobraźnię. Autor stworzył przepełnioną mrokiem, brutalnością i przemocą codzienność, w której wiele zależy od przypadku. W wizji tej szczególne wrażenie robi obraz rozbrojonego przez lobotomię przestępcy, który nigdy już nie powinien wrócić na łono społeczeństwa. Równie ciekawie kształtują się dzielnice biedy, w których nie brakuje morderców i kanibali. Tajne projekty kontrolowane przez rząd. Służby posługujące się niezwykłą, momentami przerażającą technologią. Te elementy budują niepokojącą, przepełnioną mrokiem codzienność. Nasuwa mi się obraz Gotham, miasta, w którym słońce zdaje się nigdy nie wschodzić. Tylko że tutaj brutalność, żądza mordu i przede wszystkim technika posuwa się zdecydowanie dalej, działa mocniej, bardziej zaskakuje.W moim przypadku jednym z najważniejszych czynników oceny książki typu kryminał czy thriller jest jej brutalność. Być może zabrzmi to dziwnie czy nienaturalnie, ale ja uwielbiam mrok, krew, szalonych morderców. Jeśli tych elementów zabraknie, lub nie ich potencjał nie zostanie wykorzystany, nie czuję się do końca usatysfakcjonowana z lektury. MacBride naprawdę zaszalał, choć niektórzy nie obawialiby się z pewnością użyć określenia ?oszalał?. Wielokrotnie pozwolił, by poniosła go wyobraźnia. Opisywane przez niego sceny są bardzo obrazowe i realistyczne. Nie brakuje w nich okropieństw, brutalności, ohydy. Ani razu nie miałam jednak wrażenie przesady czy przerysowania. Wszystko idealnie się komponowało na obraz świata zepsutego i przepełnionego przemocą. Czułam się fantastycznie, moja skala potworności rozgrzała się do czerwoności.Duże znaczenie mają oczywiście w takiej powieści bohaterzy. Autor bardzo dobrze poprowadził granicę między dobrem i złem, jasno określając, którzy z nich odpowiadają za walkę ze złem, a którzy za jego tworzenie. I jedni i drudzy przypadli mi do gustu, zwłaszcza, że w powieści w końcu dochodzimy do momentu, kiedy wszystkie chwyty są dozwolone.Nie ukrywam jednak, że największe wrażenie zrobiła na mnie szalona zabójczyni.Przepełniona złem do szpiku kości, obłędnie nieobliczalna, z nakierowaną na żądzę mordu wyobraźnią. Silna, zdeterminowana, psychopatyczna. Mocno zapadająca w pamięć.Akcja książki toczy się szybko, nie ma przestojów, ani zbędnych przystanków na poboczne wątki. Fabuła przypomina rozkręconą do maksimum karuzelę, której uczestnicy muszą przez cały czas mocno się trzymać, by nie wypaść z gry. Takie uczucia towarzyszyły mi właśnie podczas czytania. Podążałam za autorem z szaleństwem w oczach, z wielką niecierpliwością próbując wyjaśnić wszystkie tajemnice i zastanawiając się nad zakończeniem tej obłędnej powieści."Ubezwłasnogłowieni" zrobili na mnie ogromne wrażenie. Napisani z rozmachem, bogatą wyobraźnią, dopracowanym stylem. Bezbłędnie. Dla mnie bomba.

rudarecenzuje.blogspot.co.uk, 2017-08-03

Sny Morfeusza

Wieki zajęła mi pozornie nieistotna decyzja odnośnie przeczytania powieści K.N. Haner Sny Morfeusza. Internetowe recenzje były tak rozróżne, iż obawiałam się co zastanie mnie tuż za okładką. Jedni (czasem nawet w sposób ...

okiem-julii.pl, 2017-07-27

Uziemieni

To trzeci tom i kontynuacja serii „W przestworzach”. Mam nadzieję, że pamiętacie historię Jamesa i Bianki. Ich postaci są barwne, a każda czytelniczka będzie mogła przeczytać naprawdę dobry erotyk, który momentami ...

http://redaktor21.bloog.pl/, 2017-07-27