Recenzje

To jest napad! Czyli kawałek nieznanej historii Ameryki

Napady na banki to najbardziej amerykańskie przestępstwo. Od początku istnienia Stanów Zjednoczonych przykuwa ono uwagę Amerykanów i jest odbiciem barwnych dziejów tego kraju. Opowieść o Jessem Jamesie to historia krwawej wojny secesyjnej i głębokich podziałów po jej zakończeniu. Losy wroga publicznego numer jeden Johna Dillingera to opis zawirowań w czasach Wielkiego Kryzysu. Skok na bank w Laguna Niguel to historia, w której przestępstwo miesza się z wielką l marek Wałkuski polityką'.Marek Wałkuski, wieloletni korespondent Poskieo Radia w Waszyngtonie, od lat opowiada na antenie Trójki o rabsiach, którzy zostawiają w bankach dowody osobiste, zapominają zatankować auta przed napadem albo podkopują się pod bank, który został dawno zamknięty. W tej książce oferuje jednak czytelnikom znacznje wjęcej. Poza opisem dziesiątków zabawnych skoków, przybliża czytelnikowi historię dolara i banków, pracę FBI i policji, system prawny i słynne więzienia, broń i wielkie wynalazki. Opowieść o napadach na banki to opowieść o Ameryce.Prosimy zachować spokój, usiąść wygodnie i zacząć czytać, a nikomu nic złego się nie stanie. ;)

21 WIEK, 2017-12-01

Nie i Tak. Adam Ferency w rozmowie z Mają Jaszewską

Aktor jest skazany na mówienie głosem dramatopisarzy i scenarzystów. i choć Adam Ferency od lat mówi najlepszymi tekstami (poza stałą obecnością na scenie, w Teatrze Telewizji i w Teatrze Polskiego Radia, zagrał w kilkudziesięciu filmach i serialach), to ciekawie jest poznać jego osobiste opinie i przekonania - nie tylko na tematy związane z aktorstwem. W rozmowie z dziennikarką Mają Jaszewską opowiada m.in. o trudnej miłości do Warszawy i niechęci do podróży, ale i gotowości do zadziwienia graniczącego z zachwytem oraz... braku hobby, do czego całe lata przyznaje się z niejakim wstydem. Ta książka jest wielką gratką dla admiratorów Adama Ferencego!

Magazyn SENS, 2017-12-01

Calder. Narodziny odwagi

Świetna powieść z kręgu young adult, której akcja, umiejscowiona w dość nietypowym świecie, przypomina nieco fantasy, choć rzeczy w niej opisane w niektórych krajach dzieją się naprawdę. Czytając pierwsze strony Caldera, pomyślałam: „kurczę, znowu fantasy, czy dziś już nikt nie osadza książek dla młodych czytelników w realnym świecie?". Po kilku kolejnych kartkach doszłam jednak do wniosku, że rzecz dzieje się w świecie rzeczywistym, tyle że bardzo różnym od tego, jaki znamy z naszego codziennego życia, a mianowicie wewnątrz sekty. Tytułowy Calder to osiemnastoletni chłopak, który wraz ze swoimi rodzicami i chorą na zespół Downa siostrą żyje wewnątrz Akadii, sekty założonej gdzieś na pustyniach Arizony przez niejakiego Hectora. Ojciec założyciel stworzył dla swoich poddanych namiastkę rzeczywistości znanej im z zewnętrznego świata, w której sami wytwarzają oni dla siebie wszystkie niezbędne przedmioty, kształcą swe dzieci i nie posiadają żadnych kontaktów z ludźmi spoza tej społeczności. Hector napisał dla nich „Święta Księgę", do której reguł muszą się stosować jeśli chcą dostać się do Elizjum, czyli odpowiednika chrześcijańskiego raju. Według Hectora wszyscy mieszkańcy Akadii wejdą do Elizjum w ten sam dzień, w dzień wielkiej powodzi, która nastąpić ma dwa miesiące i sześć godzin po jego zaślubinach z młodziutką Eden, wybraną przez przepowiednie na jego trzecią żonę. A kimże jest Eden? To mała dziewczynka, której rodzice zginęli w wypadku samochodowym gdy miała zaledwie kilka lat. Hector, będący przyjacielem jej rodziny i prawdopodobnie jedyna bliską im osobą, po ich śmierci został jej opiekunem prawnym i zabrał ją do swej społeczności. Dorastała ona pod jego bokiem, ucząc się gry na fortepianie, malarstwa, a przede wszystkim przygotowując do zostania matką poddanych Hectora. Prawdziwy los zakpił sobie jednak z przepowiedni, która uwiła się w głowie twórcy Akadii. Podczas jednego ze swych rzadkich spacerów poza siedzibę władcy Eden spotkała Caldera i młodzi zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Od tego momentu nie liczyły się dla nich żadne przepowiednie, żadni bogowie, żadne reguły życia w społeczności. Chcieli być razem za wszelką cenę. Niestety, o ich uczuciu szybko dowiedział się Hector i postanowił uczynić wszystko, by zakochani więcej się do siebie nie zbliżyli. Powieść Mii Sheridan koncentruje się wokół dwoch głównych aspektów – namiętnej, młodzieńczej miłości dla której ludzie gotowi są do wszelkich poświęceń, oraz funkcjonowania sekt i życia ludzi przez nie zwabionych. Dużo miejsca, odważę się stwierdzić że być może nawet 50% treści, zajmują mocne, sugestywne sceny erotyczne, Zbliżenia Eden i Caldera ciągną się przez kilka stron i pełne są najbardziej intymnych szczegółów. Mii Sheridan znakomicie udała się trudna sztuka opisania stosunku seksualnego bez wprowadzania czytelnika w zażenowanie. Przyznam, że nie lubię literatury z dużą dozą erotyki, ponieważ albo mamy w niej do czynienia z wymyślnymi epitetami i metaforami, jakby sam autor wstydził się nazwać po imieniu to o czym pisze, albo też z wulgaryzmami i określeniami rodem ze „świerszczyków". Autorka „Caldera" pisze o seksie bez zahamowań, bez pensjonarskich dwuznaczności, ale i bez prymitywizmu sprowadzającego dyskusje o miłosnym akcie do pogawędek z pod budki z piwem. Duża w tym też zasługa autorki polskiego przekładu, pani Petry Carpenter, kora pokazuje, że – wbrew temu co się sądzi – polski język dysponuje wystarczająco bogatym słownictwem dotyczącym sfery seksualnej, które nie jest ani zbyt egzaltowane, ani prostackie. Drugą istotną kwestią wokół której kręci się akcja „Caldera" jest życie sekty. Nigdy bliżej nie interesowałam się tym tematem, ale z tego co wywnioskowałam z lektury tej powieści czy też zapamiętałam z wywiadów z niektórymi gwiazdami Hollywood – flagowym przykładem jest tu Tom Cruise, zagorzały członek sekty scjentologicznej – działanie sekt w Stanach Zjednoczonych jest całkowicie legalne. O ile tylko nie dochodzi w nich do czynów niezgodnych z prawem i przestrzegane są prawa człowieka (na przykład prawo do edukacji – dzieci w sekcie Hectora - musiały realizować obowiązek szkolny, więc co jakiś czas przyjeżdżała do nich nauczycielka „z zewnątrz"), to działanie takich sekt jest całkowicie legalne. I w sumie dlaczego miałoby nie być, skoro ich członkowie czują się w nich szczęśliwie, a konstytucja gwarantuje wolność wyznania... Zwolennicy Hectora również są zadowoleni ze swojego losu. Ich „ojciec" wybudował dla nich sielską Akadię (słuszne skojarzenie z mityczną Arkadią). Każdy ma w niej swoje miejsce, przydzielone zadania, dni płyną im spokojnie jeden za drugim. Większość Akadyjczyków przyznaje, że tego im było trzeba. Hector rekrutował bowiem swoich wyznawców spośród ludzi upadłych – prostytutek, byłych złodziei, ludzi słusznie lub niesłusznie osadzonych w więzieniu, żebraków – słowem, ludzi znajdujących się marginesie życia amerykańskiej społeczności. (Z drugiej strony aż dziw, że w takim towarzystwie nigdy nie dochodziło do waśni pomiędzy członkami tej społeczności :-) ). W Akadii ludzie ci przestali być wreszcie upokarzani, Hector dał im dach nad głową, jedzenie i odzienie, przekonał, ze każdy z nich wnosi coś niepowtarzalnego do społeczności i odgrywa w niej ważną rolę, więc oni odwdzięczyli mu się bezwarunkową wiarą w jego poglądy i wypełnianiem jego poleceń. W młodszym pokoleniu, pokoleniu Caldera, zaczął się już jednak pojawiać bunt. Jego przedstawiciele urodzili się już w Akadii, nie zaznali niewygód i niesprawiedliwości świata zewnętrznego, dlatego też nie odczuwali bezgranicznej wdzięczności wobec Hectora. Wręcz przeciwnie, zauważyli, że tego, czego wymaga od swoich wyznawców, nie wymaga od siebie i swoich najbliższych współpracowników. „Zwykłym" Akadyjczykom zabraniał korzystania z wytworów świata zewnętrznego i kontaktów z jego mieszkańcami, sam zaś opływał we wszelkie dobra i co kilka dnia na krócej bądź dłużej opuszczał Akadię. Oczywiście Hector nie zabraniał nikomu odejść ze społeczności, jednak w praktyce każda osoba „wątpiąca" narażała się na jego represje. I wtedy sekta ujawniała swoją prawdziwą twarz – zaczynały się kary, upokorzenia, wypominanie niechlubnej przeszłości... Jak to dobrze, że w Polsce nie ma przyzwolenia na działanie takich organizacji. „Calder" to pierwsza część opowieści o członkach sekty Hectora. W następnej poznamy dalsze losy Eden po ucieczce z Akadii. Wszystko wskazuje na to, że będą one nie mniej emocjonujące od jej życia w tej społeczności, zatem czekam na ten tom z niecierpliwością.

Sztukater.pl, 2017-11-22

Henryka Sytnera Wakacje na Dwóch Kółkach

Początkowo nie byłam w stanie zrozumieć idei przyświecającej powstaniu książki, a do niej samej zabierałam się jak pies do jeża. Z jednej strony jest to kwestia niewiedzy. Z innej – oczekiwań czy też ich braku. Podczas przewracania kartek szybko zmieniłam o tej pozycji zdanie. Sądzę nawet, że podobnych tytułów powinno powstawać więcej. Niezwykle trudno w jednym słowie przedstawić, o czym jest książka Henryka Sytnera Wakacje na dwóch kółkach. Można pomyśleć, że tytuł mówi wszystko. Byłoby to jednak zbyt wielkim uogólnieniem. Z całą pewnością jest to przebieżka przez kolejne lata konkursu –dziecka pana Henryka. Swoista kronika ukazująca niemal 45 lat. Wiele w tym czasie się zmieniło: zarówno w sensie politycznym jak i w podejściu laureatów do wygranej. Ale za to zaparcie twórcy radiowego dorocznego rajdu powinno być drogowskazem dla wielu. Książka wydawnictwa Bezdroża nie zamyka się w jednym gatunku. Czytelnik znajdzie w niej nutę biograficzną, elementy literatury podróżniczej, a także swoiste pisanie o tworzeniu, czyli fragmenty mówiące o tym, jak Robert Maciąg zabierał się do szukania informacji o kolejnych laureatach. Ale jest to także – a może przede wszystkim – świetne porównanie dwóch różnych światów. Może nie jest to publicystyka pierwszej klasy, ale jest za to napisana w sposób przystępny i przez to rewelacyjnie oddający ducha lat 80., 90., czy nam współczesnych. Autor porównuje i tym samym świetnie uświadamia, że pośród tak wielu zmian zachodzących w otoczeniu, niektóre sprawy mogą funkcjonować tak samo. Robert Maciąg na pewno jest znany fanom literatury podróżniczej. Zapalony fan dwóch kółek napędzanych siłą własnych nóg. Rowerem przejechał Kambodżę, Indie, Chiny i wiele więcej. Któż jak nie on mógłby postarać się przedstawić historię Trójkowego konkursu? Henryk Sytner to dla odmiany zupełnie inna broszka. Współczesna młodzież ma prawo go nie znać. A tymczasem dla wielu stał się bohaterem: przeniósł niemal fantastyczny (wówczas) pomysł wyjazdu zagranicę do rzeczywistości. Pokazał, że Polak potrafi. W ten sposób w roku 1970 wraz z nim wyjechała pierwsza grupa. Do egzotycznego NRD. Młodzi ludzie pokonywali kolejne rowerowe kilometry pomimo przeszkód w postaci przepustek, pozwoleń, kontroli drogowych i godziny milicyjnej. Spanie „na dziko" w namiocie było wykroczeniem. Podróż do innego województwa bez przepustki byłą niemożliwa, chyba że ktoś wybrał leśną drogę, ale złapany bez przepustki popełniał kolejne wykroczenie. Nikomu nie było łatwo. Niektórzy bali się tak bardzo, że nie wychodzili z domu, jeżeli nie musieli. Co innego dzieciaki na wsi. Dla nich cała ta sytuacja z wojskiem i milicją była czymś, co oglądało się w telewizji. Przecież u nich nie stał czołg i nie pilnował porządku. To działo się w miastach.[1] Nie był to konkurs z rodzaju tych banalnych. Nie wystarczyło wysłać SMSa. Trzeba było mocno się postarać. Henryk szukał młodzieży z niewielkich miasteczek, bez doświadczenia i z wielkimi ambicjami. To właśnie dla nich był ten konkurs, a ludzie z PTTK byli przy nich zawodowcami. [2] Mieli oni za zadanie zrobić kronikę z wyprawy rowerowej. Wygrywały te najlepsze. Niekoniecznie pod względem treści – czasami wystarczył bardzo dobry pomysł, pozwalający wyróżnić się w tłumie. Do Trójki trzeba było być wychowanym i mieć do niej serce. O ile na początku lat 90. była motywatorem, a zagraniczny wyjazd wisienką na konkursowym torcie, o tyle pod koniec tej dekady wszystko zaczęło się gwałtownie zmieniać.[3] Przyznam się bez bicia, dla mnie książka była w pewnym stopniu taką samą egzotyką, jak wyjazd poza Polskę dla pierwszych laureatów. W moim domu nigdy Trójki się nie słuchało. Choć mam prawo pamiętać czasy PRLu. Henryk Sytner do niedawna był dla mnie znakiem zapytania. Potraktujcie to jako dowód na to, że książka może okazać się bardzo interesująca dla osób, które nie urodziły się w tamtych latach. Publikacja tym samym okaże się ilustracją czasów młodości naszych rodziców. Obrazkiem o zupełnie innym wydźwięku. Dla kogoś, kto dziś ma nie więcej niż 30 lat, ich reakcja (...) może się wydawać naiwna i nawet śmieszna, ale tacy właśnie byliśmy. Zauroczeni kolorami i wszystkim, co zachodnie. Sami znaliśmy ten świat ze sklepów Pewex i z paczek od rodziny mieszkającej na Zachodzie. [4] Cudownie było wejść w ten świat trudów podróży i doświadczania prawie niemożliwego. Początkowe poznawania państw bloku socjalistycznego, by później wytyczać kolejne granice. Pomiędzy wspomnienia, anegdoty czy wypowiedzi kolejnych pokoleń wpleciono wiele ilustracji. Znajdzie się tutaj miejsce na pocztówki, telegramy, archiwalne zdjęcia z kolejnych wypraw. Fragmenty pamiętnika czy zdjęcia z sesji dla sponsorów. Opisy kolejnych przeżyć, chwil lepszych i gorszych. (...) napoje marki Schweppes. Smak Zachodu. W dodatku za darmo. Dla dzieciaków to był Pewex w przestworzach. Nawet oliwki podawane do kolacji, choć nikomu nie smakowały, były wyśmienite. [5] Dla starszego czytelnika książka będzie nostalgicznym (mniej lub bardziej) powrotem w lata młodości. Dla tych nieco młodszych miłym wspomnieniem. Dla najmłodszych być może pozostanie motywacją. Do przemierzania świata na rowerze, do słuchania Trójki, do udziału w konkursie. Wreszcie: pretekstem do rozmowy o czasach nieznanych, których nie mają prawa pamiętać. Polecam ją wszystkim grupom wiekowym, bo każdy jest w stanie odnaleźć w niej coś dla siebie.

Sztukater.pl, 2017-11-22

Zranieni 2

Ciągle od czegoś uciekamy. Trzymamy się z daleka od przeszłości z obawy, że powróci ze zdwojoną siłą i po raz kolejny złapie w swoje sidła. Tyle że to nieuniknione. Nie da się cofnąć tego, co już się zdarzyło. Powiedziałabym, że jedynym dobrym wyjściem jest pogodzenie się z tym wszystkim i nowy początek. Nie wolno uciekać. Czy to kiedykolwiek przyniosło zamierzone skutki? Owszem, ale na wyłącznie krótką metę. Ale czy warto? Może nadszedł czas na ostateczną konfrontację?Sindey jest zmuszona powrócić do domu, z którego jeszcze tak niedawno uciekła przed rodziną i prześladującym ją byłym. Jej mama jest ciężko chora i dziewczyna musi ją odwiedzić. Na dodatek jej ukochany okazuje się kimś innym, niż przypuszczała. Sindey znowu zamyka się w sobie. Na dodatek zaczynają prześladować ją okropne wspomnienia z przeszłości. Czy w końcu stawi im czoła? Czy odnajdzie szczęście?„Ale życie nie jest fair, prawda? Nie ma poprawek, nieważne, jak bardzo chciałoby się zacząć od początku”.Szczerze powiedziawszy, to nie spodziewałam się wiele po drugiej części Zranionych. Ale o dziwo zostałam bardzo mile zaskoczona. Podobało mi się o wiele bardziej. Dużo humorystycznych elementów, słowne potyczki bohaterów i silne wzajemne przyciąganie. To znacznie urozmaiciło mi czytanie, a sprawiło nawet, że w niektórych momentach wybuchałam śmiechem.To typowe new adult. Dwójka mocno doświadczonych przez los młodych ludzi i bezustanne próby naprawienia własnego życia. Nowe początki, bolesne wspomnienia z przeszłości i bariery przeszkadzające we wzajemnych zbliżeniach. Do tego problematyczna rodzina, która momentami zdecydowanie potrafiła utrudnić życie. Jednakże lekki styl pisania autorki sprawił, że czytało mi się szybko i bardzo przyjemnie.Bohaterowie zostali zdecydowanie bardziej dopracowani niż w pierwszym tomie. Muszę przyznać, że Peterowi w końcu udało się skraść moje serce. W duecie ze swoim bratem Seanem dostarczyli mi niemałą dawkę rozrywki. Jeśli chodzi o Sidney, to z ciekawością obserwowałam jej zmagania z trudnymi wydarzeniami z przeszłości, które ciągle ją prześladowały. Stała się odważniejsza i stanowcza, pragnęła stawić czoło temu, co nieuniknione.„Myślę, że miałaś rację: tak naprawdę nigdy nie zapominamy tego, co się wydarzyło, ale to akceptujemy i uczymy się z tym żyć”.Wątek romantyczny był ważnym elementem fabuły. Nie zabrakło intensywnych uczuć, pogoni za miłością, ale także kilku nieco zbyt cukierkowych momentów. Odniosłam wrażenie, że to działo się zdecydowanie za szybko, szczególnie w ostatnich kilkunastu stronach. Ale mimo wszystko byłam zaintrygowana tym, jak potoczą się losy Petera i Sindey. Główne pytanie, jakie przychodzi na myśl, to czy zasłużyli sobie na własne szczęśliwe zakończenie... A jak było?Podsumowując, Zranieni 2 to lekka i pełna humoru opowieść o zmaganiu się z demonami przeszłości i przekraczaniu własnych ograniczeń. To także historia miłości dwójki młodych ludzi, którzy nigdy nie powinni zbliżyć się aż tak bardzo. Czytało mi się bardzo szybko i przyjemnie. Może nie jest to nic wybitnego, ale podobała mi się zdecydowanie bardziej niż pierwszy tom. Polubiłam bohaterów, momentami nawet wybuchałam śmiechem. Myślę, że powinna trafić w gusta fanów new adult. To pozycja idealna na jeden wieczór!

http://zagubiona-wslowach.blogspot.com/, 2017-11-22

Koszmar Morfeusza

Zjawisko rzadko spotykane, ale K.N Haner się udało! Tom drugi bije na głowę część pierwszą. Sny Morfeusza oceniłam pozytywnie, ale to co dostałam w tej książce było bardzo miłą niespodzianką. Irytująca Cassandra nie ...

mamopoczytajsobie.blogspot.com/, 2017-09-26

Tak sobie wyobrażałam śmierć

Nie tak sobie wyobrażałem śmierć. Oczywiście tę, o której mowa w tytule recenzowanej książki. Nie tak, inaczej. Zupełnie. Nie mogę jednak powiedzieć, że jestem rozczarowany, niezadowolony z tego, że poświęciłem trochę ...

Sztukater.pl, 2017-09-26