Cztery
KIEDY DOTARŁEM NA BASEN, MUSIAŁEM WZIĄĆ prysznic. To była jedna z zasad. Tak, zasad. Nie cierpiałem myć się razem z innymi kolesiami. Nie wiem czemu, zwyczajnie tego nie lubiłem. Chłopaki lubią dużo gadać, jakby to było zupełnie normalne być pod prysznicem z kumplami i rozwodzić się o tym, którego nauczyciela najmniej się lubi albo jaki film się ostatnio widziało, albo z którą dziewczyną co się chciało zrobić. Ja nigdy nie miałem nic do powiedzenia. Pogaduchy pod prysznicem to nie mój klimat.
Poszedłem na basen, usiadłem przy płytkiej stronie i zanurzyłem stopy w wodzie.
Co się robi na basenie, gdy się nie umie pływać? Uczy - chyba tak brzmi odpowiedź. Udało mi się nauczyć swoje ciało unoszenia się na powierzchni. W jakiś sposób natknąłem się na odpowiednie prawo fizyki. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że odkryłem je zupełnie sam.
Zupełnie sam. Uwielbiałem to wyrażenie. Proszenie o pomoc przychodziło mi z trudem, odziedziczyłem tę kiepską przypadłość po ojcu. Tak czy inaczej instruktorzy pływania, którzy nazywali siebie ratownikami, byli beznadziejni. W żadnym wypadku nie interesowało ich uczenie chudego piętnastolatka, jak pływać. Bardziej skupiali się na dziewczynach, którym nagle wyrosły piersi. Mieli obsesję na punkcie piersi, taka jest prawda. Słyszałem, co jeden ratownik rzucił do innego, gdy miał pilnować grupy dzieciaków.
- Dziewczyna jest jak drzewo zarośnięte liśćmi. Chcesz tylko się na nie wspiąć i wszystkie zerwać.
Ten drugi się roześmiał.
- Dupek z ciebie - powiedział.
- Chyba poeta. Poeta ciała.
A potem obaj zaczęli rechotać.
Ta, jasne, w obu rozkwitał talent na miarę Walta Whitmana. Rzecz w tym, że nie lubiłem przebywać w pobliżu chłopaków. Czułem się przy nich skrępowany, nie do końca wiem dlaczego. Po prostu jakoś do nich nie pasowałem. Chyba strasznie się wstydziłem, że jestem jednym z nich. I przygnębiało mnie, że istniała realna możliwość, że dorosnę i będę taki jak te dupki. Dziewczyna jest jak drzewo? Tak, a ten koleś jest mądry jak kawał drewnianego kloca opanowanego przez termity. Mama powiedziałaby, że tamci przechodzą trudny okres, ale wkrótce odzyskają mózgi. Jasne.
Może życie faktycznie było serią trudnych okresów - jeden po drugim, i tak dalej. Może za kilka lat będę przechodził taki sam okres jak ci osiemnastoletni ratownicy. Chociaż nie bardzo wierzyłem w teorię mamy. To nie brzmiało jak wyjaśnienie, raczej jak wymówka. Mama chyba nie do końca rozumiała, jak to jest być chłopakiem. Ja chyba też nie rozumiałem. A byłem chłopakiem.
Dręczyło mnie przeczucie, że coś jest ze mną nie tak. Może nawet sam dla siebie byłem tajemnicą. Szlag. Czułem, że mam duży problem.
Jedno było pewne: nie było mowy, bym poprosił tych idiotów o pomoc w nauce pływania. Lepiej było pozostać samotnym i nieszczęśliwym. Lepiej było utonąć.
Dlatego trzymałem się na uboczu i taplałem się w wodzie. Nie bawiłem się zbyt dobrze.
To wtedy usłyszałem jego głos, trochę piskliwy.
- Mogę nauczyć cię pływać.
Przemieściłem się na bok basenu i stanąłem w wodzie, mrużąc oczy w blasku słońca. On usiadł na brzegu. Przyjrzałem mu się podejrzliwie. Jeśli proponował mi naukę pływania, na pewno strasznie mu się nudziło. Dwóch kolesi, którym się strasznie nudzi? Ile z tego może być zabawy?
Miałem taką zasadę, że lepiej nudzić się samemu niż z kimś. Ta zasada praktycznie kierowała całym moim życiem; może dlatego nie miałem żadnych przyjaciół.
Trochę podobał mi się jego głos. Koleś brzmiał, jakby był przeziębiony, wiecie, jakby jeszcze chwila i miał całkiem ochrypnąć.
- Dziwnie mówisz - powiedziałem.
- Alergia - wyjaśnił.
- Na co jesteś uczulony?
- Na powietrze.
Roześmiałem się.
- Nazywam się Dante.
Zaśmiałem się jeszcze głośniej.
- Przepraszam - rzuciłem.
- Nic nie szkodzi. Ludzie ciągle śmieją się z mojego imienia.
- Nie w tym rzecz. Chodzi o to, że ja się nazywam Arystoteles.
Oczy mu zabłyszczały. Niesamowite, ten koleś był gotowy spijać każde słowo z moich ust.
- Arystoteles - powtórzyłem.
Potem obu nam trochę odbiło. Rechotaliśmy.
- Mój ojciec wykłada na filologii angielskiej - powiedział.
- Przynajmniej masz jakieś wyjaśnienie. Mój ojciec jest listonoszem. Arystoteles to angielska wersja imienia mojego dziadka - wyjaśniłem, po czym wymówiłem imię dziadka z bardzo formalnym meksykańskim akcentem: - Aristotiles. A moje prawdziwe pierwsze imię to Angel. - Powtórzyłem zaraz z hiszpańską wymową: - Angel.
- Nazywasz się Anioł Arystoteles?
- No. Serio.
Znowu się roześmialiśmy. Nie mogliśmy przestać. Zastanawiałem się, czy rzeczywiście nasze imiona są takie śmieszne. Czy może śmialiśmy się z ulgi? Ze szczęścia? Śmiech to kolejna tajemnica życia.
- Kiedyś przedstawiałem się jako Dan. Po prostu skracałem imię o dwie litery. Ale przestałem to robić, to nieszczere. A poza tym i tak zawsze się wydało, potem czułem się jak kłamca i kretyn. Wstydziłem się, że się wstydziłem siebie. Nie lubiłem tego uczucia. - Wzruszył ramionami.
- Do mnie wszyscy mówią Ari - powiedziałem.
- Miło cię poznać, Ari.
Podobał mi się sposób, w jaki to powiedział. Miło cię poznać, Ari. Jakby naprawdę było mu miło.
- Okej, to naucz mnie pływać - rzuciłem i chyba zabrzmiało to tak, jakbym ja mu robił przysługę. Dante albo tego nie zauważył, albo się tym nie przejął.
Okazał się bardzo skrupulatnym nauczycielem. Świetnie pływał, doskonale znał każdy ruch rąk i nóg, był obeznany w pracy z oddechem. Rozumiał, jak funkcjonowało ciało w wodzie. Uwielbiał wodę i szanował ją, znał jej piękno i zagrożenia. Opowiadał o pływaniu, jakby to był sposób na życie. Miał piętnaście lat. Skąd on się wziął? Wydawał się trochę delikatny, ale taki nie był. Miał wiedzę i dyscyplinę, nie udawał głupiego ani zwyczajnego. Daleko mu było do jednego i drugiego.
Był zabawny, skupiony i zacięty. To znaczy: mógłby być zacięty. I nie było w nim ani krztyny podłości. Nie rozumiałem, jak można żyć w tak podłym świecie i nic a nic jej nie przejąć. Jak chłopak może istnieć bez choć odrobiny podłości?
Dante stał się kolejną tajemnicą we wszechświecie pełnym tajemnic.
Całe wakacje pływaliśmy, czytaliśmy komiksy i książki, a potem kłóciliśmy się o nie. Dante miał wszystkie stare komiksy swojego ojca z Supermanem. Uwielbiał je. Lubił też Archiego i Veronicę. Nie cierpiałem tego szajsu.
- To wcale nie szajs - mówił.
Ja byłem fanem Batmana, Spider-Mana i Hulka.
- Zdecydowanie zbyt mroczne - komentował Dante.
- I to mówi koleś, który uwielbia "Jądro ciemności" Conrada.
- To co innego. Conrad tworzył literaturę.
Przekonywałem go, że komiksy to też literatura. Ale dla takiego gościa jak Dante literatura to piekielnie ważna sprawa. Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wygrał z nim jakąś dyskusję, bił mnie na głowę w argumentowaniu. W czytaniu też. Przez niego przeczytałem powieść Conrada. Po lekturze powiedziałem mu, że mi się nie podobało.
- Tylko że to prawda - stwierdziłem. - Świat to mroczne miejsce, Conrad miał rację.
- Może twój świat, Ari. Mój nie.
- Jasne, jasne - odparłem.
- Jasne, jasne - powtórzył.
Prawda jest taka, że go okłamałem. Bardzo spodobała mi się ta książka. Uznałem, że to najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek czytałem. Kiedy ojciec zobaczył, co właśnie wpadło mi w ręce, powiedział, że to jedna z jego ulubionych książek. Chciałem go zapytać, czy czytał ją przed czy po wojnie w Wietnamie. Tylko że mojemu ojcu lepiej nie zadawać pytań. I tak nigdy nie odpowiadał.
Przyszła mi do głowy taka myśl, że Dante czytał, bo lubił czytać. Ja z kolei po prostu nie miałem nic innego do roboty. On analizował. Ja tylko składałem literki. Miałem przeczucie, że częściej musiałem zaglądać do słownika niż on.
Byłem też bardziej mroczny od niego. I nie mówię tutaj o tym, że miałem od niego ciemniejszą karnację, choć to prawda. Dante powiedział, że widzę życie w ciemnych barwach.
- To dlatego lubisz Spider-Mana.
- Po prostu jestem Meksykaninem. Meksykanie to naród, który widzi wszystko w ciemnych barwach.
- Może - przyznał.
- Ty jesteś optymistycznym Amerykaninem.
- Chciałeś mnie tym obrazić?
- Może - przyznałem.
Roześmialiśmy się. Ciągle się śmialiśmy.
Nie byliśmy podobni, ale kilka rzeczy nas łączyło. Żaden z nas nie mógł oglądać telewizji w ciągu dnia. Naszym rodzicom nie podobało się, jak telewizja może wpłynąć na chłopaków. Obaj w dzieciństwie wysłuchiwaliśmy mniej więcej takich wykładów: "Jesteś dzieckiem! Wyjdź i pobaw się na dworze! Czeka na ciebie cały świat...".
Dante i ja byliśmy ostatnimi chłopakami w Ameryce, którzy dorastali bez telewizji. Pewnego dnia zapytał mnie:
- Myślisz, że nasi rodzice mają rację? Że czeka na nas cały świat?
- Wątpię - rzuciłem.
Roześmiał się, a mnie zaraz przyszła do głowy pewna myśl.
- Przejedźmy się autobusem i zobaczmy.
Dante uśmiechnął się. Obaj zakochaliśmy się w podróżowaniu autobusem, czasami jeździliśmy przez całe popołudnie. Powiedziałem mu:
- Bogaci nie jeżdżą autobusami.
- Dlatego my je lubimy.
- Może i tak. Czy to znaczy, że jesteśmy biedni?
- Nie. - Potem uśmiechnął się i dodał: - Gdybyśmy uciekli z domu, obaj bylibyśmy biedni.
Uznałem, że to bardzo ciekawa uwaga.
- A uciekłbyś? - zapytałem.
- Nie.
- Dlaczego nie?
- Chcesz, żebym ci zdradził sekret?
- Pewnie.
- Szaleję za mamą i tatą.
To wywołało mój szczery uśmiech. Nigdy wcześniej nie słyszałem, żeby ktoś tak mówił o swoich rodzicach. No naprawdę, nikt nie szaleje na punkcie swoich rodziców. Tylko Dante.
A potem wyszeptał mi do ucha:
- Ta kobieta dwa siedzenia przed nami. Chyba ma romans.
- Skąd wiesz? - odpowiedziałem równie cicho.
- Zdjęła obrączkę zaraz po tym, jak usiadła.
Pokiwałem głową z uśmiechem.
Zmyślaliśmy historie na temat ludzi w autobusach.
Kto wie, może i oni zmyślali historie o nas.
Nie zdarzały mi się bliskie relacje z ludźmi, byłem w gruncie rzeczy samotnikiem. Grałem w koszykówkę i bejsbola, zapisałem się do skautów, ale zawsze trzymałem chłopaków na dystans. Nie czułem się częścią ich świata.
Chłopaki. Obserwowałem ich. Przyglądałem się im.
Ostatecznie większość z nich uznałem za nieinteresujących. Właściwie to budzili we mnie odrazę.
Może trochę patrzyłem na nich z góry. Ale nie uważałem się za lepszego. Po prostu nie wiedziałem, jak z nimi rozmawiać, jak być sobą w ich obecności. Nie czułem się przy nich mądrzejszy. Wręcz przeciwnie, czułem się głupi i wybrakowany. Zupełnie jakby wszyscy byli członkami klubu, do którego ja nie należałem.
Gdy byłem już wystarczająco duży, żeby dołączyć do starszych skautów, powiedziałem tacie, że nie mam zamiaru. Miałem już tego po dziurki w nosie.
- Wytrzymaj jeszcze rok - polecił ojciec. Wiedział, że lubię czasami się z kimś pobić. Ciągle robił mi kazania o fizycznej przemocy. Starał się trzymać mnie z dala od gangów w mojej szkole. Nie chciał dopuścić, żebym podążył ścieżką starszego brata, który trafił do więzienia. Musiałem być grzecznym skautem ze względu na kogoś, kogo istnienie było ciągle pomijane. Beznadzieja. Dlaczego musiałem być grzecznym chłopcem tylko dlatego, że miałem złego brata? Nie podobała mi się ta rodzinna matematyka moich rodziców.
Zrobiłem, jak chciał. Poczekałem jeszcze rok. Nie cierpiałem skautów, ale przynajmniej nauczyłem się pierwszej pomocy. Chociaż nie podobało mi się to, że muszę komuś robić usta-usta, to było przerażające. Jednak z jakiegoś powodu byłem zafascynowany tym, że można przywrócić akcję serca, mimo że nie do końca rozumiałem, jak to działa. Kiedy dostałem odznakę za to, że potrafiłem oddechem przywrócić komuś życie, odszedłem. Wróciłem do domu i wręczyłem odznakę ojcu.
- Uważam, że popełniasz błąd. - Tylko tyle od niego usłyszałem.
Nie trafię do pierdla. To chciałem mu powiedzieć. Zamiast tego wypaliłem:
- Jak każesz mi tam wrócić, przysięgam, że zacznę palić trawkę.
Tata dziwnie na mnie spojrzał.
- To twoje życie - odparł. Jakby to była cała prawda. Kolejna rzecz o moim ojcu: nigdy się nie rozwodził, a mnie strasznie to wkurzało. Nie był wrednym kolesiem. Nie był cholerykiem. Mówił krótkimi zdaniami: "To twoje życie". "Spróbuj". "Na pewno tego chcesz?" Dlaczego nie mógł mi zrobić zwyczajnego kazania? Skąd miałem wiedzieć, jakim jest człowiekiem, jeśli nie dawał się poznać? Nie mogłem tego znieść.
Jakoś sobie radziłem. Miałem znajomych ze szkoły. Niewielu. Nie byłem szczególnie lubiany. Niby jak miałem być? Żeby ludzie cię lubili, musisz sprawić, by uwierzyli, że jesteś zabawny i interesujący. A ja nie potrafiłem aż tak ściemniać.
Było dwóch takich gości, z którymi się trochę szlajałem, bracia Gomez. Tylko że wyprowadzili się. No i jeszcze dwie dziewczyny, Gina Navarro i Susie Byrd, które lubiły mnie dręczyć dla zabawy. Dziewczyny. One też stanowiły dla mnie tajemnicę. Wszystko było tajemnicą.
Chyba nie miałem aż tak źle. Może nie wszyscy mnie kochali, ale nie byłem też jednym z tych dzieciaków, których wszyscy nienawidzą.
Dobrze się biłem, więc miałem spokój.
Przez większość czasu pozostawałem niewidzialny. Chyba mi się to podobało.
A potem pojawił się Dante.