Bezsilna. TThe Powerless Trilogy. Tom 1 - Lauren Roberts

Kup ebooka

47.99 zł
39.83 zł (38,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Paedyn

Gorąca, gęsta ciecz spływała po moim ramieniu.

Krew.

Zabawne, nie pamiętałam, żeby strażnik, zanim dostał ode mnie cios pięścią w twarz, zdążył drasnąć mnie mieczem. Mimo że był Dynamikiem, nie zdołał uniknąć mojego prawego sierpowego.

Smród sadzy drażnił mnie w nos i żeby nie kichnąć, musiałam go zatkać osmaloną dłonią.

Byłoby głupio, gdyby złapali mnie z powodu kichnięcia.

Kiedy już się upewniłam, że Imperialistów przyczajonych pod moją kryjówką nie zaalarmuje żaden hałas, przeniosłam dłoń na brudną ścianę. Mocno przycisnęłam do niej plecy i zaparłam się nogami o ścianę przeciwległą.

Dławiąc się ciężkim od sadzy powietrzem, podjęłam przerwaną wspinaczkę.

Uda paliły mnie niemal tak bardzo jak nos, zmusiłam jednak ciało do powolnego pięcia się pod górę, wciąż powstrzymując się od kichania.

Wspinaczka kominem nie była moim wymarzonym sposobem na spędzenie wieczoru. Było tak ciasno, że spływał po mnie pot. Przełknęłam strach i gramoliłam się w górę wąskiego szybu, marząc o tym, by zamienić pokryte sadzą ściany na rozgwieżdżone niebo. Gdy wreszcie wystawiłam głowę z komina, łapczywie zaczerpnęłam parnego powietrza.

Natychmiast zaatakowała mnie mieszanina zapachów o wiele gorszych od smrodu sadzy, którym przesiąkły moje ciało, ubranie i włosy. Zapach potu, ryb, przypraw i płynów ustrojowych tworzył unikalną woń, która zawsze unosiła się nad Zaułkiem Łupieżców.

Balansując na szczycie komina, przypomniałam sobie o lepkiej cieczy na ramieniu. O mało nie zapomniałam jej sprawdzić, bo nie czułam piekącego bólu, który zwykle towarzyszy ranom od miecza. Od przepoconej koszulki, która przykleiła mi się co ciała, oderwałam kawałek materiału i dotknęłam nim rozcięcia.

Kiedy Adena zobaczy, że jej cerowanie znowu poszło na marne, zabije mnie.

Zdziwiłam się, że gdy pozbywałam się lepkiej cieczy, pocierając ramię szorstkim materiałem, nie pojawiło się znajome ukłucie bólu.

I wtedy to poczułam.

Miód.

Miód, który wypływał ze słodkich bułeczek wystających z kieszeni mojej znoszonej kamizelki i spływał po ręce, a który wzięłam za krew.

Westchnęłam i przewróciłam oczami.

Na szczęście była to miła niespodzianka. Lepiej mieć ubranie przesiąknięte miodem niż krwią.

Odetchnęłam z ulgą i spojrzałam na popadające w ruinę budynki spowite cieniem, który gdzieniegdzie rozpraszały migoczące światła lamp. Prąd w slumsach był rzadkością, lecz król w swojej wielkoduszności podarował nam kilka latarni. Przez Woltów i Uczonych, którzy wspólnymi siłami zapewniali miastu energię elektryczną, musiałam się bardziej starać, żeby pozostać w cieniu.

Im dalej od slumsów, tym budynki były większe i bardziej zadbane. Chatki zmieniały się w domy, domy w posiadłości, a na samym końcu stał najbardziej onieśmielający budynek.

Mrużąc oczy w ciemności, ledwie widziałam majaczące w oddali wieże pałacu i zarys Kopuły.

Znów skierowałam wzrok na rozpościerającą się przede mną szeroką ulicę i przebiegłam spojrzeniem po pobliskich podejrzanych budynkach. Zaułek Łupieżców to bijące serce slumsów, stolica przestępczości i czarnego rynku. Śledziłam dziesiątki odchodzących od niej alejek i uliczek, na chwilę gubiąc się w labiryncie, jakim jest to miasto.

Westchnęłam i uśmiechnęłam się lekko do znanej mi ulicy.

Dom. Powiedzmy. Choć teoretycznie dom oznacza dach nad głową.

Ale fajniej ogląda się gwiazdy niż sufit.

Wiem to, bo kiedyś miałam sufit, na który mogłam patrzeć każdej nocy. Kiedyś, gdy jeszcze nie potrzebowałam, by gwiazdy dotrzymywały mi towarzystwa.

Mój zdradziecki wzrok przemknął po dachach budynków i zatrzymał się tam, gdzie niegdyś był mój dom, wciśnięty między dwie ulice, Kupiecką i Wiązową.

Gdzie jakaś szczęśliwa rodzinka prawdopodobnie siedzi właśnie przy kolacji, śmiejąc się i dzieląc przeżyciami dnia...

Moje gorzkie myśli przerwał odgłos głuchego uderzenia i szepty.

Nadstawiłam uszu, by usłyszeć przytłumiony, niski głos strażnika, którego niedawno uprzejmie zwolniłam z pełnienia służby tej nocy.

- ...zakradł się za mnie cicho jak mysz, a potem, nim się obejrzałem, klepnął mnie w ramię i przywalił w twarz.

W kominie rozległo się echo bardzo poirytowanego, piskliwego głosu kobiety:

- Niech mnie Zaraza, jesteś Dynamikiem, nie powinieneś przypadkiem być szybki? - Kobieta wzięła głęboki wdech. - Chociaż dobrze mu się przyjrzałeś, nim pozwoliłeś, by mnie okradł? Po raz kolejny?

- Widziałem tylko jego oczy - wymamrotał strażnik. - Niebieskie. Intensywnie niebieskie.

- Bardzo pomocne - prychnęła zirytowana kobieta. - To może teraz zatrzymam w Zaułku każdą osobę, której kolor oczu będzie pasował do twojego nad wyraz barwnego opisu.

Powstrzymałam się od parsknięcia śmiechem, bo w drugim końcu pokoju usłyszałam skrzypienie i stłumione dudnienie kroków. Z trzeszczenia zbutwiałego drewna uginającego się pod kilkoma parami butów natychmiast wywnioskowałam, że do poszukiwań dołączyło trzech kolejnych strażników.

Czas na mnie.

Zeskoczyłam z komina, złapałam się gzymsu i na chwilę zawisłam nad ulicą. Zrobiłam długi wydech i puściłam się, przygryzając język, by nie krzyknąć na widok gwałtownie zbliżającej się ziemi. Z cichym łoskotem niezdarnie spadłam na pełny siana wóz kupiecki.

Sztywne źdźbła wbijały się we mnie niczym szpilki w poduszeczki Adeny. Gdy zeskoczyłam na ulicę, w górę wzbił się obłok kurzu i siana, który poniosła nocna bryza.

Ruszyłam w drogę powrotną do Azylu. By czas szybciej mijał, zajęłam się wyciąganiem słomy z poplątanych włosów. Lawirowałam między porzuconymi na noc zdezelowanymi wozami kupców, a moje stopy tańczyły po śmieciach i potłuczonych świecidełkach.

Nędznicy stali oparci o ściany domów albo chowali się między nimi, szepcząc coś, gdy ich mijałam.

Czułam przyjemny ciężar sztyletu ukrytego w bucie. Zimna stal dodawała mi odwagi, kiedy mijałam bezdomnych zbitych na noc w grupkę. Niektórych osłaniał słaby blask fioletowych pól mocy, nie wszyscy jednak mieli moce wystarczająco silne, by zapewnić sobie spokojny sen, z tego samego powodu wylądowali w slumsach.

Mój krok był lekki i pewny, lustrowałam uliczki i nawet na moment nie traciłam czujności. Pieniądze nie śmierdzą, a biedacy nie są wybredni. Nie obchodzi ich, czy ukradną je komuś, kto ma gorzej od nich.

Gdy kluczyłam uliczkami, napotkałam kilku strażników i musiałam zwalniać, by na nich nie wpaść. Pod każdym sklepem, na każdym rogu, na każdej ulicy stali ubrani w białe mundury i patrzący z pogardą strażnicy pokoju. Król był tak łaskawy, że w odpowiedzi na stale rosnącą przestępczość rozstawił tych brutalnych Imperialistów wzdłuż całego Zaułka Łupieżców.

Oczywiście to nie miało nic wspólnego ze mną.

Odbiłam w ślepą uliczkę, kierując się ku jej końcowi, gdzie stała wciśnięta w róg barykada ze starych wozów kupieckich, kartonów, zniszczonych prześcieradeł i Zaraza wie czego jeszcze.

Nim dotarłam do sterty śmieci, którą nazywamy domem, z Azylu wyłoniła się twarz przysłonięta krótkimi lokami.

- Masz go?!

Dziewczyna rozprostowała długie nogi, wstała z gracją i bez zastanowienia przekroczyła wysoką na metr ścianę naszej rudery. Podbiegła do mnie z taką nadzieją w oczach, jakbym oferowała jej co najmniej dach nad głową i ciepły posiłek. Mimo że nie mogłam jej zagwarantować żadnego z powyższych, w jej mniemaniu miałam coś o wiele lepszego.

- Adeno, boli mnie, że tak we mnie wątpisz. - Westchnęłam. - Myślałam, że po tylu latach uwierzysz wreszcie w moje zdolności.

Ściągnęłam plecak z ramion i wyjęłam z niego pomięty jedwab. Uśmiechnęłam się, widząc zachwyt w jej oczach.

Zachłannie zgarnęła materiał z moich rąk i przebiegła palcami po jego miękkich fałdach. Loki grzywki opadły na jej piwne oczy, gdy spojrzała na mnie tak, jakbym właśnie w pojedynkę pozbyła się Zarazy, a nie ukradła materiał kobiecie będącej w niewiele lepszej sytuacji od naszej.

Jakbym była bohaterką, a nie przestępczynią.

Uśmiech Adeny mógłby rywalizować ze słońcem świecącym nad Skwarną Pustynią.

- Pae, te twoje lepkie ręce czynią cuda, wiesz o tym?

Rzuciła mi się na szyję, zamykając mnie w miażdżącym uścisku, przez który po mojej kamizelce spłynęło jeszcze więcej miodu, wypełniając kieszenie.

- A skoro mowa o lepkich rękach... - Wyplątałam się z jej objęć, by sięgnąć do kieszeni. Wyjęłam z niej sześć zgniecionych bułeczek, wyglądających niezbyt apetycznie, bo wystawało z nich siano.

Oczy Adeny rozszerzyły się na ich widok i szybko porwała jedną z moich rąk, tak samo chciwie jak wcześniej jedwab. Odwróciła się, jedząc bułeczkę, i wróciła do naszego Azylu, gdzie usiadła na wyblakłym szorstkim dywanie. Niecierpliwe poklepała miejsce obok siebie, więc niezgrabnie przeskoczyłam nad ścianką naszego fortu i usiadłam obok niej.

- Pewnie Maria się nie ucieszyła, że jej sklep został obrabowany. Znowu. Biedulka, powinna zadbać o lepszą ochronę - rzuciła Adena między gryzami, a do okruszków na jej twarzy dołączył krzywy uśmieszek.

Mimo że przez ostatnich kilka lat okradałam tę kobietę przynajmniej raz w miesiącu, zdołała tylko ustalić, że niby jestem mężczyzną. Cóż, przynajmniej próbuje.

- Właściwie dzisiaj koło jej sklepu stało dwóch Imperialistów więcej niż zwykle. Pewnie ma już dość tracenia towaru - powiedziałam, wzruszając ramionami.

Adena, widząc mój uśmiech, zmrużyła piwne oczy.

- Dzięki Zarazie, że cię nie złapali, Pae.

Gdy usłyszałam te słowa, mimowolnie zacisnęłam szczęki. Adena zatrzymała się w pół kęsa, wzdrygnęła, ściągnęła brwi i odchrząknęła.

- Przepraszam. Zły nawyk.

Odruchowo dotknęłam palcami szerokiej obrączki na kciuku. Zaczęłam ją bezwiednie obracać i zmusiłam się do lekkiego uśmiechu. Zazwyczaj starałyśmy się omijać ten temat, chociaż to z mojej winy stał się nagle tak niewygodny.

A wszystko przez moment słabości, który przyniósł mi większą ulgę, niż chciałabym przyznać.

- Wiesz, że nie chodzi o te słowa, tylko...

- O to, co się za nimi kryje - dokończyła z uśmiechem, zaskakująco dobrze naśladując mój głos.

Prawie udławiłam się śmiechem i kawałkiem bułeczki.

- Czy ty mnie przedrzeźniasz, Ad?

Zamiast od razu odpowiedzieć, odgryzła kolejny gryz i odrzekła z pełnymi ustami:

- To nie Zaraza cię wkurza, tylko to, co przyszło po niej.

Pokiwałam powoli głową, z roztargnieniem wodząc palcami po wzorze na dywanie, który znałam na pamięć. Myśl, by dziękować, że Zaraza zabiła tysiące Ilyjczyków, sprawiała, że odechciewało mi się jeść nawet słodkie bułeczki. Jak można być wdzięcznym za coś, co przyniosło tyle bólu, śmierci i dyskryminacji?

Teraz jednak wszystkich interesowało tylko to, kogo Zaraza nie zabrała. Królestwo na wiele lat zostało odcięte od świata, by choroba nie rozprzestrzeniała się na pobliskie miasta. Przetrwali ją tylko najsilniejsi w Ilyi, lecz na zawsze zmieniła ich organizmy.

Szybcy stali się jeszcze szybsi, silni stali się niepokonani, a ci, którzy czyhali w cieniu, stali się cieniem. Ilyjczycy dostali dziesiątki nadprzyrodzonych umiejętności o różnym zastosowaniu, stopniu siły i mocy.

Dary w zamian za to, że przetrwali.

Elitarni byli wybrani, wspaniali, wyjątkowi.

- Po prostu... - Adena zawiesiła głos, skubiąc bułeczkę i usilnie starając się ubrać myśli w słowa. - Po prostu bądź ostrożna, Pae. Jeśli cię złapią i nie dasz rady się z tego wyplątać...

- Wszystko będzie dobrze - zapewniłam beztrosko, mimo że w głębi duszy byłam zmartwiona. - Znam się na tym, Ad. Robię to od zawsze.

Westchnęła z uśmiechem i machnęła lekceważąco ręką.

- Tak, wiem, że potrafisz się obchodzić z Elitarnymi.

Zalała mnie fala ogromnej ulgi. Czułam się zarówno winna, jak i wdzięczna, że Adena tak dobrze mnie zna. Nie wszyscy, którzy przetrwali Zarazę, mieli szczęście i otrzymali nowe zdolności. Nie, dla Zwyczajnych nic się nie zmieniło - nadal byli zwyczajni.

Przez kilka dekad po Zarazie Zwyczajni i Elitarni żyli w pokoju, aż król Edric uznał, że Zwyczajni nie są godni, by mieszkać w jego królestwie.

Około trzydziestu lat temu ludzie zaczęli chorować.

Najprawdopodobniej była to zwykła choroba, jednak Uzdrowiciele króla wykorzystali okazję, by zrzucić winę na Zwyczajnych. Twierdzili, że przenoszą niewykrywalne zarazki, które uniemożliwiają im rozwinięcie specjalnych zdolności, i że zbyt długie przebywanie w towarzystwie takich ludzi jest szkodliwe dla Elitarnych. Może osłabić ich moce, a nawet skutkować ich utratą.

Na samą myśl o tym miałam ochotę przewrócić oczami.

Mój tata uważał to za brednie i ja też tak myślałam, jednak nawet gdybym miała dowód, że król kłamie, nikt nie uwierzyłby dziewczynie ze slumsów.

Przecież król nie mógł pozwolić, by jego Elitarni przepadli albo byli osłabieni przez miernych Zwyczajnych. Za wszelką cenę trzeba było chronić tych wyjątkowych.

I tak zaczęła się Czystka.

Nawet po latach przy ogniskach opowiadano historie o ciałach rozrzuconych na piasku pod palącym słońcem. Były straszną opowiastką przekazywaną sobie szeptem przez dzieci.

Adena przykryła moje ręce lepkimi dłońmi. Były ubrudzone miodem tak słodkim jak jej uśmiech. W błysku jej oczu, w oddaniu malującym się na twarzy widziałam, że mój sekret jest bezpieczny. Większość życia spędziłam przekonana, że nic nigdy nie będzie prawdziwe, za to każda przyjaźń jest fałszywa, każda dobroć wyrachowana.

"Schowaj swoje uczucia, ukryj strach, a przede wszystkim skryj się za maską. Nikt nie może wiedzieć, Paedyn. Nie ufaj nikomu, tylko swojemu instynktowi".

Spokojny głos ojca dziwnie mnie drażnił, gdy odbijał się echem w mojej pamięci. Przypominał mi o tym, że każda część mojego życia powinna być kłamstwem i że powinnam oszukiwać siedzącą przede mną dziewczynę tak, jak oszukuję resztę królestwa...

Na jedną noc egoizm namieszał mi w głowie, lecz ta krótka noc wystarczyła, żeby narazić nas obie.

- No dobrze, wystarczy rozmów o Zarazie - powiedziała pogodnie Adena i rozejrzała się czujnie, zanim dodała: - i twojej... sytuacji.

Nawet nie próbowałam powstrzymać prychnięcia.

- Wygląda na to, że po dwóch latach nadal nie nauczyłaś się subtelności, Ad.

Wątpię, czy mnie usłyszała. Wątpię, by dała radę skupić się na czymkolwiek, gdy przesuwała tkaninę między palcami. Adena już zakończyła rozmowę. Przebiegła oczami po swoich przyborach do szycia i zaczęła rozwodzić się nad tym, co uszyje z nowego materiału.

Jej ręce w odcieniu ciepłego brązu przerzucały skrawki materiałów w migoczącym świetle lampki. Zaczęła składać tkaninę, przypinać rogi szpilkami, kłuć się w palce i kląć jak szewc.

Prowadziłyśmy luźną pogawędkę, taką, jaką można prowadzić tylko z osobą, z którą przez wiele lat wspólnie walczyło się o przetrwanie na ulicy. Dzięki temu, że tak długo ją znałam, z łatwością mogłam rozszyfrować niezrozumiałe słowa, które wypowiadała, trzymając szpilki w zaciśniętych ustach. Przekręciłam się na bok i zamilkłam. Patrzyłam na pewne ręce i ściągnięte brwi Adeny, zbyt pochłonięta jej pracą, by zasnąć.

Nagle mój bok przeszył kłujący ból, sprawiając, że szeroko otworzyłam oczy, a senność zniknęła, mimo że jeszcze przed chwilą opadały mi powieki. Półprzytomna zaczęłam pomstować na wyszczerbiony kamień wystający z bruku.

- Zapamiętaj moje słowa: pewnego dnia ukradnę łóżko polowe.

Adena przewróciła oczami tak jak każdej nocy, gdy słyszała ode mnie te puste obietnice.

- Uwierzę, gdy zobaczę, Pae - odpowiedziała śpiewnie.

Przekręcałam się z boku na bok jeszcze ze dwanaście razy, zanim oberwałam drapiącym, zwiniętym w kulkę kocem.

- Jeśli nie przestaniesz się wiercić, przysięgam, że przyszyję cię do ziemi - zagroziła Adena głosem słodkim niczym miód.

- Uwierzę, gdy zobaczę, Ad.