Call me in the middle of the night - Martyna Michalak

Kup książkę

49.90 zł
29.94 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Charlotte

Dzisiejszy poranek był zbyt mokry jak na październik w stanie Georgia. Pogoda zwykła być tutaj słoneczna przez większość czasu. Padało jednak już od paru dni. Na drodze i na podjeździe formowały się kałuże, kiedy siedziałam na bujanym fotelu na tarasie, czekając, aż podjedzie po mnie moja przyjaciółka.

Westchnęłam, spoglądając na telefon, na którym wyświetlała się godzina za piętnaście ósma. Cudownie. Sama jazda z domu do szkoły trwała piętnaście minut.

Naciągnęłam na dłonie rękawy grubej, szarej bluzy, nucąc pod nosem jedną z piosenek Cage The Elephant. Żałowałam, że wcisnęłam swoje słuchawki gdzieś do plecaka. Nie chciało mi się jednak ich teraz wyciągać.

W końcu stare szare volvo zaparkowało przed moim domem i szybko podbiegłam do drzwi od strony pasażera, uważając przy okazji, żeby nie wywinąć orła na mokrej powierzchni.

- Wreszcie - mruknęłam, gromiąc wzrokiem rudowłosą przyjaciółkę.

Zapięłam pas, kiedy dziewczyna wyjeżdżała ostrożnie spod domu. Wycieraczki pracowały szybko, a mimo to widoczność była beznadziejna.

- Zawsze musisz się spóźniać?

- Wybacz. Nie widzisz, jaka jest pogoda? - Sophie pokręciła głową, wzdychając. - Cholerna matka natura postanowiła się zbuntować.

Prychnęłam. Przyjaciółka miała jednak rację. To musiał być jakiś chory żart z tą pogodą.

- Nie rozumiem, dlaczego Silas nie może cię zawozić do szkoły.

- Bo mój wspaniały brat bliźniak woli zabierać swoich kumpli zamiast siostrę - wyjaśniłam z uniesionymi brwiami.

- Kiedyś byliście nierozłączni.

- Kiedyś my wszyscy byliśmy nierozłączni - sprostowałam cicho.

Resztę drogi pokonałyśmy, słuchając płyty Olivii Rodrigo, którą moja przyjaciółka ostatnio pokochała, a kiedy wreszcie stanęłyśmy na parkingu przed szkołą, Sophie kazała mi zaczekać. Sama wyszła z samochodu, rozłożyła wściekle różowy parasol i podeszła do moich drzwi. Uśmiechnęłam się i podziękowałam jej za ten miły gest. Nie pomyślałam, żeby zabrać parasolkę.

Byłyśmy już spóźnione. Popędziłyśmy prosto do swoich szafek. Wyjęłam szybko zeszyt do literatury i pożegnawszy się z przyjaciółką, pobiegłam do sali. Na szczęście wszyscy dopiero zajmowali swoje miejsca i pan Walsen nawet nie zauważył, że się spóźniłam. Usiadłam obok Wesleya, jedynego chłopaka z naszej starej paczki, z którym utrzymywałam jeszcze jako taki kontakt. Chłopak dźgnął mnie długopisem w bok, kiedy kładłam przed sobą zeszyt i piórnik. Podskoczyłam na krześle i na niego spojrzałam.

- Sorry. - Zaśmiał się, unosząc dłonie w obronnym geście. - Nie chciałem cię przestraszyć.

Chwilę później zrobił się jednak poważny, przez co ściągnęłam brwi.

- Jak się czujesz? - zapytał, a troska biła z jego ciemnoniebieskich oczu.

- Dobrze. Po prostu nienawidzę się spóźniać.

- Czyli...

Chłopak nie dokończył, bo spojrzał w kierunku drzwi, które właśnie się otworzyły. Przygarbił się lekko, więc i ja zerknęłam w stronę spóźnialskiego, chcąc się dowiedzieć, co spowodowało w Wesleyu taką reakcję.

W drzwiach stanął Asher.

Mój Asher.

Otworzyłam szeroko oczy na jego widok, a moje serce zaczęło bić bardzo szybko. Poczułam się tak, jakby ktoś mnie właśnie zamroził. Nie byłam w stanie oderwać wzroku od chłopaka, którego kiedyś tak dobrze znałam. Którego kochałam.

Wyglądał niemal tak samo jak przed rokiem, kiedy to uciekł z miasta i nikt nie wiedział, co się z nim działo. Brązowe włosy miał zmierzwione i nachodziły mu lekko na niebieskie oczy. Był trochę szczuplejszy, ale biała koszulka nadal opinała jego ramiona i klatkę piersiową. Dopiero po chwili zauważyłam w jego nosie kolczyk, którego wcześniej nie miał, i dwa tatuaże na przedramieniu.

Zamrugałam parokrotnie. Czy ja śniłam?

Poczułam jeszcze dotkliwszy chłód, kiedy Asher omiótł prawie nieobecnym wzrokiem salę i na chwilę zatrzymał wzrok na mnie. Ściągnął gęste brwi i przyglądał mi się przez chwilę. Miałam nadzieję, że jego twarz złagodnieje. Prosiłam o to w myślach. Tak się jednak nie stało. Zacisnął szczękę i poprawił plecak, który miał nonszalancko przewieszony przez jedno ramię. W końcu ruszył z miejsca i skierował się na drugą stronę sali.

Oderwałam od niego wzrok i wbiłam go w pustą ławkę.

Asher wrócił. Powinno mnie to cieszyć. Nie czułam jednak nic poza pustką w sercu. Czułam się jednocześnie zdezorientowana i zła. Właściwie to wkurwiona.

- No dobrze. - Pan Walsen zastukał dwukrotnie w biurko, by zdobyć uwagę uczniów. - Jak już zapewne zauważyliście, mamy nowego ucznia, Ashera. A właściwie starego. - Zrobił chwilę przerwy. - Asher, witamy cię z powrotem.

Po sali rozniosły się ciche pomruki. Oczywiście pojawienie się Ashera wywołało zainteresowanie wszystkich uczniów. Usłyszałam nawet parę razy swoje imię, ale dalej wpatrywałam się tępo przed siebie. Nie chciałam słyszeć tych wszystkich komentarzy. Już wystarczająco dużo się ich nasłuchałam po wyjeździe Ashera. Nie chciałam powtórki z rozrywki. Zdążyłam przez ten czas zmienić się w szarą myszkę i pozostać niemal niezauważalną.

- Czyli nie wiedziałaś? - zapytał szeptem Wes. Ścisnął mnie mocno za dłoń. - Hej, spokojnie, Charlie.

Próbowałam się uspokoić. Naprawdę próbowałam. Ale w moim umyśle panowała gonitwa myśli. Zaczęłam się zastanawiać, czy może nie wyjść z sali, ale przecież lekcja dopiero co się zaczęła. No i dałabym wszystkim kolejny powód do plotkowania.

Odetchnęłam ciężko i drżącymi dłońmi wyciągnęłam telefon z tylnej kieszeni szerokich dżinsów, choć używanie smartfonów podczas zajęć było zakazane. Wybrałam numer przyjaciółki i wystukałam wiadomość.

Ja: Asher wrócił.

Nie musiałam długo czekać, bo po paru sekundach telefon zawibrował w mojej dłoni.

Sophie: Wiem... Trzymasz się?

Przygryzłam wnętrze polika, zerkając przed siebie. Pan Walsen zaczął już swój wykład i czytał prezentację wyświetlaną na tablicy multimedialnej.

Ja: Staram się.

Kolejnej wiadomości już nie dostałam. Nie winiłam za to Sophie, bo nam obu bardzo zależało na szkole.

Próbowałam skupić się na zajęciach. Wes co jakiś czas mnie szturchał, czym chociaż na chwilę przywracał mnie do rzeczywistości. Chyba tylko dzięki niemu mogłam przetrwać te zajęcia, bo inaczej utknęłabym na dobre w swoich myślach.

Wspomnienia ostatniego spotkania z byłym chłopakiem wprosiły się do mojej wyobraźni i przejęły nade mną kontrolę. Kłótnia, wyjazd Ashera i mnóstwo nieodebranych przez niego telefonów. Myślałam, że to była moja wina. Przeraziłam się jak diabli, kiedy nikt z naszych znajomych nie mógł nawiązać z nim kontaktu. Kochałam go tak bardzo i myślałam, że ze wzajemnością, a jednak dał mi jasny znak, że mi nie ufał. Uciekł. W końcu wybrałam się do jego matki, z którą nie miałam dobrych relacji, i wymusiłam na niej jakiekolwiek wyjaśnienia. Z chłodem w oczach postawna kobieta powiedziała mi jedynie, że wszystko z nim w porządku, ale mam dać mu spokój. Zatrzasnęła mi potem drzwi przed nosem, wiedziałam, że nie mam co liczyć na więcej informacji.

Gdzie się podziewał przez tyle czasu? I dlaczego teraz postanowił wrócić? A przede wszystkim - czy będzie próbował naprawić naszą relację? Nawet nie wiedziałam, czy tego chciałam. Nauczyłam się przez ten rok żyć bez niego, chociaż przez całe życie byliśmy nierozłączni. To była ciężka walka, bo byłam do niego przywiązana i moje serce wyrywało się z tęsknoty. Teraz, kiedy ponownie go ujrzałam, ten jeden mięsień i myśli znowu zaczęły się o niego upominać.

Rozdział 1.

Charlotte

W końcu zadzwonił dzwonek na przerwę i ulotniłam się z klasy, jak najszybciej potrafiłam. Wyminęłam osoby stojące przed klasą, czując na sobie ich wzrok, i popędziłam do miejsca, w którym zwykle na przerwach przesiadywałam z przyjaciółką. Tak jak myślałam, siedziała na fotelu przy ogromnym przyciemnianym oknie i związywała długie włosy w kitkę. Usiadłam obok niej, powstrzymując się od sapania.

Kiedy spojrzałam na przyjaciółkę, w jej szarych oczach zauważyłam zmartwienie. W taki sam sposób patrzyła na mnie przez długi czas po zniknięciu Ashera. Miałam cichą nadzieję, że już nigdy w życiu tak na mnie nie spojrzy.

Cała się gotowałam w środku, ale posłałam dziewczynie najlepszy uśmiech, na jaki potrafiłam się zdobyć.

- Nawet nie próbuj mnie wkręcać, że cię to nie obchodzi, Charlie. - Pokręciła stanowczo głową i skrzyżowała ramiona na piersiach.

- Ja i Asher to przeszłość, Soph. Przeżyję to jakoś - mruknęłam, wpatrując się w swoje dłonie z pomalowanymi na czarno krótkimi paznokciami. Na trzech palcach u obu rąk zawsze nosiłam srebrne pierścionki.

- Nie próbuj ukrywać swoich emocji - szepnęła, łapiąc mnie za rękę. Wtedy uniosłam wzrok z powrotem na nią. Wpatrywała się we mnie, przekrzywiając głowę i skubiąc zębami górną wargę, jak miała w zwyczaju, kiedy się martwiła. - Nie zamykaj się znowu, skarbie. Jeśli potrzebujesz, płacz, krzycz, cokolwiek! Tylko nie próbuj mi wmawiać, że to cię nie obchodzi. Bo ci, kurwa, nigdy nie uwierzę. A zachowując się w ten sposób, jedynie robisz sobie krzywdę.

Prychnęłam, kręcąc głową.

- A co innego mam ci powiedzieć? Wyjechał i wszystko zostało skończone.

- Co nie oznacza, że już ci nie zależy.

Sophie trafiła w sedno, ale trudno było mi to przed nią przyznać. Pewnego razu wstawiłyśmy się winem moich rodziców, kiedy wyjechali na weekend z miasta, i obiecałam Sophie, że kończę z Asherem. Że przestanę o nim myśleć, płakać za nim i czekać. I od tamtej pory tego się trzymałam. Bo w środku żal i złość zaczęły brać górę nad miłością do niego. Nie potrafiłam go znienawidzić, więc po prostu przestałam w nas wierzyć.

Rozejrzałam się po korytarzu w poszukiwaniu jakiejś odpowiedzi, którą mogłabym dać Sophie. Dużo osób na mnie zerkało, co przyjaciółka zauważyła i momentalnie uniosła oba środkowe palce. Zaśmiałam się, ale w duchu byłam szczęśliwa, że mam w niej takie oparcie.

- Czyli nie zamierzasz z nim rozmawiać? - zapytała, kiedy nie doczekała się ode mnie żadnego słowa.

- Nie. Przynajmniej nie pierwsza. Jeśli będzie chciał cokolwiek wyjaśnić, może się nad tym zastanowię.

Sophie szturchnęła mnie łokciem, przez co się zachwiałam i oddałam jej kuksańca.

- Twarda sztuka z ciebie. - Uniosła brwi, kręcąc głową. - Ja na twoim miejscu chyba bym się na niego rzuciła. Właściwie to sama nie wiem, co bym zrobiła.

I ja też nie wiedziałam. Chciałam jedynie przetrwać ten dzień w szkole, a później zakopać się pod kocem z kawą i książką.

Przyjaciółka wywinęła dolną wargę, wpatrując się we mnie.

- Po szkole idziemy na lody. Albo na kawę. Cokolwiek chcesz.

- Chyba chcę wrócić do domu... - wymamrotałam, próbując wywinąć się od niepotrzebnego odkładania mojego cudownego planu zabarykadowania się w pokoju.

- Nie bądź nudna, Charlotte Banks. Wiem, że skrycie marzysz o miętowych lodach z czekoladą. I mrożonej kawie.

Westchnęłam, bo naprawdę kochałam mrożone americano i lody. I nie miałam siły kłócić się z przyjaciółką. I tak wyciągnęłaby mnie z domu, nawet jeśli miałaby to zrobić z użyciem siły albo jakiegoś podstępnego planu.

- Zgoda, ale ty płacisz. Ja mam ze sobą kasę tylko na lunch.

- Oczywiście! - Zadowolona zawiesiła ręce na moich ramionach i złożyła mi na policzku soczystego buziaka, przez co się skrzywiłam, bo martwiłam się, że ubrudziła mnie swoją bordową szminką.

Po chwili wstałyśmy i skierowałyśmy się w stronę toalet. Sophie ględziła coś o nowej książce fantasy, a ja odpowiadałam jej jedynie pomrukami. Co do książek, miałyśmy zupełnie inny gust. Nienawidziłam fantastyki. Nigdy nie mogłam się do niej przekonać i jedynie w gimnazjum dałam się wkręcić w zakład razem z Sophie, Silasem i Asherem, że przeczytamy wszystkie tomy Harry'ego Pottera. Niesamowicie się namęczyłam, ale jakoś dałam radę. Dla mnie nie było nic lepszego niż romanse.

Załatwiłam swoją potrzebę i stanęłam przed umywalką. Oparłam na niej dłonie i poczułam orzeźwiający chłód. Spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Moje grube, kręcone, brązowe włosy były dzisiaj w nieładzie, na szybko związałam je rano w supeł nad karkiem, a krótsze pasma zwisały mi po bokach twarzy. Jedynym makijażem, na jaki się zdobyłam, było pomalowanie rzęs okalających moje duże brązowe oczy. Były niemal identyczne jak oczy mojego bliźniaka.

Odruchowo pomyślałam o bracie, który przyjaźnił się z Asherem. Byłam ciekawa, czy nadal się ze sobą trzymali. W końcu obaj należeli do grona tych popularnych z drużyny futbolowej. Wszyscy w szkole wiedzieli, kim byli Silas Banks i Asher Guidry. I tak samo wszyscy wiedzieli, kim byłyśmy ja i Sophie, bo niegdyś również należałyśmy do tej paczki. Nadal byłyśmy w centrum zainteresowania, ale przestałyśmy udzielać się towarzysko i nie starałyśmy się już wszystkim przypodobać, od kiedy wszystko, co znałyśmy, zmieniło się wraz z wyjazdem Ashera. Paczka się rozpadła, drużyna ucierpiała i nawet moja relacja z bratem się zmieniła. Zadziwiające, jak ważnym ogniwem i spoiwem był Asher.

Prychnęłam pod nosem, kręcąc głową. Chciałam przestać o tym myśleć.

Sophie stanęła obok mnie i poprawiła szminkę, po czym pociągnęła mnie do wyjścia.

Pod salą matematyczną czekał już na nas Wesley. Rozmawiał z jednym z kolegów, ale kiedy nas zauważył, uśmiechnął się łagodnie i dał znać dłonią, żebyśmy podeszły. Jego towarzysz, spoglądając na mnie, zmieszał się i odszedł. Czy teraz ludzie zaczęli się mnie bać?

- Jak tam? - zapytał brunet, zarzucając mi dłoń na ramię, i przyciągnął mnie do siebie.

- W porządku. Nie masz co się martwić - uspokoiłam go i posłałam mu uśmiech.

- No mam nadzieję. - Mrugnął i drugą dłonią poczochrał mi włosy.

- Wes! - wrzasnęłam, odsuwając się od niego. - Moje włosy i tak już są dzisiaj w nieładzie. Nie chcę wyglądać jeszcze gorzej.

- Ty nigdy nie wyglądasz źle, Charlie.

Przewróciłam oczami na jego komentarz i spróbowałam jakoś poprawić włosy. W końcu musiałam rozwiązać supeł i jeszcze raz go zawiązać, gromiłam przy tym wzrokiem rozbawionego Wesleya.

- No nie pusz się już tak - powiedział przesłodzonym głosem i wyciągnął dłonie w moją stronę.

Dalej ciskałam w niego gromy, kiedy powoli do mnie podchodził. Kręciłam głową i cofałam się, a kiedy on przyspieszył, z piskiem zaczęłam uciekać. Mijałam ostrożnie innych uczniów i biegłam na drugi koniec długiego korytarza. Spojrzałam na sekundę za siebie, żeby zobaczyć, gdzie jest mój towarzysz, i wpadłam na coś twardego.

Odbiłam się od umięśnionej sylwetki, ale dłonie chłopaka podtrzymały mnie i nie pozwoliły mi upaść. Momentalnie poczułam znajomy zapach i uniosłam wzrok na mojego brata, który patrzył na mnie z rozbawieniem.

- O, hej, Silas - mruknęłam, cofając się. Uśmiechałam się do niego krzywo, dopóki nie zauważyłam, kto stał obok niego.

Mina momentalnie mi zrzedła, kiedy mój wzrok napotkał błękitne oczy. Niegdyś widziałam w nich iskierki radości. Teraz bił z nich taki chłód, że aż poczułam gęsią skórkę pod bluzą.

Cofnęłam się jeszcze o dwa kroki, by stanąć obok Wesleya. Mój przyjaciel odchrząknął i zarzucił mi rękę na ramiona, zupełnie jakbyśmy nie stali właśnie przed moim byłym. Wiedziałam, że chciał zapewnić mi w ten sposób poczucie bezpieczeństwa.

- Silas, Asher. - Chłopak kiwnął głową dwójce kolegów, po czym mnie uścisnął. - Mam cię. A teraz wracajmy, bo zaraz się spóźnimy.

Spojrzałam jeszcze przelotnie na Ashera. Patrzył na nas ze ściągniętymi brwiami. Poczułam silną ochotę, by dać mu powód do zazdrości. Nie wiedziałam, czy w ogóle coś w stosunku do mnie czuje, ale byłam tak okropnie zła, że pragnęłam się na nim wyżyć.

- Hej! - Silas krzyknął, kiedy już mieliśmy się z Wesleyem oddalić. - Następnym razem może nie zachowujcie się jak dzieciaki, pacany, i nie ścigajcie się po korytarzu, co?

Odwróciłam się z westchnieniem i zasalutowałam bratu ze sztucznym uśmiechem, drugiego chłopaka nie racząc już nawet spojrzeniem.

Reszta zajęć minęła w miarę spokojnie i z każdą godziną przyzwyczajałam się do myśli, że Asher wrócił. To nie tak, że teraz chciałam do niego pobiec i rzucić mu się w ramiona. Na pewno nie. Nie zamierzałam nawet spędzać w jego towarzystwie czasu. Właściwie to chciałam, żeby był dla mnie nikim. Żebym nie szukała go wzrokiem na korytarzu i nie nasłuchiwała, czy nie rozmawia gdzieś z moim bratem. Moje serce dalej odczuwało pustkę, ale ta silna dziewczyna, którą Asher stworzył po swoim wyjeździe, odzyskała energię i była w pełni gotowa na dalsze życie bez niego.

Po wyjściu ze szkoły nie było na niebie ani chmury. Czysty błękit i rażące słońce wywołały szeroki uśmiech na mojej twarzy. Jedynie kałuże dookoła były wspomnieniem porannej pogody. Och, uwielbiałam to.

Odetchnęłam głęboko, wypuszczając całą złą energię, którą w sobie nagromadziłam. Nie mogłam wrócić do stanu sprzed roku. Musiałam trzymać swoje emocje na wodzy.

Wsiadłyśmy do samochodu Sophie, który zdążył się nagrzać przez tych parę słonecznych godzin, co przyjaciółka skomentowała soczystym przekleństwem. Zaśmiałam się, ściągając bluzę. Pod spodem miałam krótki biały top na ramiączkach i naszyjnik z muszelek, który nosiłam od wielu lat. Cud, że jeszcze się trzymał.

- Jak pada, jest źle. Jak jest gorąco, też jest, kurwa, źle - mruknęła ponownie, odpalając samochód, i od razu nastawiła klimatyzację. - Boże, daj mi cierpliwość.

Wyjechałyśmy z parkingu i ruszyłyśmy Main Street, przy której znajdowała się nasza ulubiona lodziarnia. Sophie pozwoliła mi przejąć kontrolę nad muzyką, więc wybrałam Chrisa Stapletona. Przez całą drogę śpiewałyśmy razem Tennessee Whiskey i uśmiechy nie schodziły nam z ust.

Parkując pod lodziarnią, wybuchłyśmy śmiechem. Dawno nie czułam się tak beztrosko jak w tej chwili, a przecież w ciągu dzisiejszego dnia nie byłam pewna, czy zachowam chociaż odrobinę spokoju.

- Dziękuję, Soph - odparłam, opierając głowę o zagłówek.

- Nie masz za co, kochana. - Ścisnęła mnie mocno za dłoń i uśmiechnęła się szeroko. - Jesteś silna, pamiętaj o tym. I masz mnie. Ja zawsze mogę cię poratować lodami i mrożoną kawą.

- Och, nie mogłam mieć lepszej przyjaciółki. - Pokręciłam głową, wpatrując się przed siebie.

Rozdział 2.

Asher

Po zajęciach zostałem z chłopakami zajętymi rozmową o treningach i meczu w najbliższy piątek. Przez znaczną część dnia wydawali się w totalnym szoku, że wróciłem. Nie kryli się z tym i większość z nich od razu zaczęła mnie napastować pytaniami, co, u licha, się ze mną działo. Nie odpowiadałem, jedynie wzruszałem ramionami i mówiłem, że to sprawy osobiste. Na szczęście w końcu trochę przystopowali i zamiast uporczywie pytać, gadali o tym, jak bardzo się cieszą, że wróciłem.

Chyba w końcu przyjęli mnie z powrotem i mi wybaczyli, bo rozmawiali o różnych pierdołach, nie zwracając na mnie szczególnej uwagi. Przynajmniej wszyscy oprócz Silasa.

Z moim najlepszym kumplem, a zarazem bratem bliźniakiem mojej byłej dziewczyny, była inna historia. Zaparkowałem samochód przed szkołą, pół godziny wcześniej niż normalnie, i wysłałem mu pierwszą wiadomość od ponad roku - Silas przyjechał niedługo później. Padał deszcz, więc usiadłem w części wypoczynkowej, którą dysponowała nasza szkoła, i ze słuchawkami w uszach zamknąłem oczy, by przygotować się mentalnie na to, co nadchodziło. A wiedziałem, że nie będzie otwartych ramion, płaczu i wyznań miłości.

Silas stanął przede mną i trącił mnie butem, a ja otworzyłem oczy. Nie widziałem chłopaka przez kupę czasu, zmienił się niesamowicie. Zrobił się poważniejszy, zaczął trochę inaczej układać włosy, nabrał mięśni i byłem pewien, że rozłożyłoby przed nim nogi jeszcze więcej lasek niż przed rokiem. Chłopak wpatrywał się we mnie z uniesionymi brwiami, zaciśniętą szczęką i skrzyżowanymi ramionami. Westchnąłem i wstałem, żeby nie rozmawiać z nim, patrząc na niego z dołu.

- Silas. - Kiwnąłem mu głową, nie będąc pewnym, jak właściwie powinienem go powitać. Nastawiałem się na to, że będzie wkurwiony. Nie chciałem zaczynać pierwszego dnia w szkole bójką ani kłótnią, bo i tak byłem już wystarczająco wyczerpany psychicznie.

- Asher pieprzony Guidry we własnej osobie. - Pokręcił głową, wznosząc wzrok do nieba. Po chwili zwrócił go z powrotem w moją stronę, wysuwając jednocześnie szczękę do przodu. - Masz, kurwa, szczęście, że jesteśmy teraz w szkole, bo mam ogromną ochotę skopać ci tyłek, rozumiesz? - wysyczał.

Przełknąłem ślinę, próbując nad sobą zapanować. Odetchnąłem głęboko i dopiero wtedy się odezwałem.

- Wyobrażam sobie. Raczej nie spodziewałem się miłego przywitania. To ja nawaliłem.

- Nawaliłeś pełną parą, stary. - Pokiwał głową, zgadzając się ze mną. - Nie wiem, co siedziało w twojej głupiej łepetynie, ale to, co zrobiłeś, nie było dojrzałe. Charlotte wszystko mi powiedziała. Obydwoje ci ufaliśmy. Byliśmy dla ciebie rodziną. Tymczasem ty zostawiłeś moją siostrę, którą tak bardzo kochałeś, i bez słowa spierdoliłeś z tego miasta?

Chłopak prychnął, kręcąc głową, i zaczął krążyć po pomieszczeniu. Cieszyłem się, że była wczesna pora i nikt nie był świadkiem naszej rozmowy.

W końcu z powrotem stanął przede mną i złapał mnie za koszulkę. Przez wszystkie lata naszej przyjaźni rzadko się kłóciliśmy. Teraz widziałem jego złość zupełnie na innym poziomie. I pewnie na to zasłużyłem. Nawet jeśli miałem swoje powody, nikt by mi tego nie darował.

- Nie wiem nawet, jak skomentować ten rok bez ciebie - zaczął. - Zachowałeś się jak samolubny gnojek. Znam swoją siostrę i pewnie ci tego nie powie, ale zraniłeś ją dogłębnie. Nie jest już taka sama, rozumiesz? Moja, kurwa, najukochańsza siostra. W wakacje prawie w ogóle nie wychodziła z pokoju. Przestała się spotykać z ludźmi. Totalnie zamknęła się w sobie. Pieprzyć naszą przyjaźń! To, co zrobiłeś mojej siostrze... - Pokręcił głową, coraz mocniej zaciskając pięść na mojej koszulce. Wiedziałem, że zostanie na niej zagniecenie. - Nigdy ci tego nie wybaczę.

- Nawet nie będę cię o to prosić, Silas - wtrąciłem.

Wiele myślałem o tym, co Charlotte mogła przeżywać po naszym rozstaniu. Nie przypuszczałem jednak, że darzyła mnie tak ogromnym uczuciem. Ja sam cierpiałem obłędnie, nie mogąc się do niej odezwać, przeprosić jej i być przy niej. Ale zrobiłem, co musiałem. Zaciskałem zęby, rzucałem telefonem, przeklinałem los, tęskniąc za ukochaną. Nie miałem pojęcia, ile razy chciałem wrócić do Arbury. Wprawdzie w ogóle nie tęskniłem za matką, ale miałem tu inną rodzinę. Byłem im winny wyjaśnienia. Kiedyś nadejdzie ten czas. Na razie zależało mi tylko, żeby odzyskać Silasa.

Chłopak w końcu puścił moją koszulkę, rozluźnił mięśnie i cofnął się parę kroków. Mierzył mnie wzrokiem, jakby się zastanawiał, co ze mną zrobić.

Silas spuścił głowę i schował twarz w dłoniach. Gdybym go nie znał, pomyślałbym, że płacze. Przełknąłem ciężko ślinę, kiedy uniósł wzrok. Jego oczy tak bardzo przypominały mi oczy Charlotte. Widziałem w nich teraz mieszankę żalu i bólu.

- Nie chciałbym, żebyś na razie się do niej zbliżał. - Mówił o swojej siostrze. - Zbyt wiele przez ciebie wycierpiała. Nie chcę, żeby miała powtórkę z rozrywki. W końcu stanęła na nogi i trochę bardziej przypomina prawdziwą Charlie. Jeśli znowu ją skrzywdzisz, już się z tego nie podniesie. Za bardzo cię kocha.

Nie chciałbym jej znowu skrzywdzić. Znienawidziłbym samego siebie, gdybym to zrobił. Tak więc zamierzałem posłuchać Silasa. Będę trzymać się od niej z daleka.

- Chciałbym ci tak bardzo przywalić, Asher. - Pokręcił głową, jakby zrezygnowany. Zauważyłem, że powoli jego gniew ulatywał. - Wszyscy zachodziliśmy w głowę, nie wiedząc, co się z tobą stało. I jestem cholernie zły. Drużyna też. Nie wygraliśmy ani razu przez ostatni rok. Straciliśmy najlepszego zawodnika.

- Bez przesady - prychnąłem na komplement. Rzeczywiście, futbol był moim życiem, ale nie powiedziałbym, że byłem aż tak dobry, żeby beze mnie nie można było wygrać.

- Mówię poważnie. Ojciec na twoje miejsce wpuścił jakiegoś świeżaka, który chyba chciał zyskać na popularności, bo gra chujowo.

Pan Banks, nasz trener, był ojcem bliźniaków. Darzyłem tego człowieka szacunkiem i sympatią. A teraz... bałem się z nim spotkać. W końcu skrzywdziłem jego jedyną córkę. Przez całe życie Silas i Charlotte byli blisko ze swoimi rodzicami. Byli naprawdę kochającą się rodziną, a przez to, że sam takiej nie miałem, spędzałem u nich na pewno zbyt dużo czasu. Jak miałem teraz pojawić się na nowo w ich życiu, skoro tak zjebałem?

Ból głowy, z którym się dzisiaj obudziłem, zaczął się narastać. Pomasowałem skronie, kiedy Silas rozłożył się na siedzisku. Wsunął dłonie do kieszeni szarej bluzy i wyciągnął nogi przed siebie, krzyżując je w kostkach. Opadłem na siedzenie obok niego. Przez dłuższą chwilę się nie odzywaliśmy, wpatrując się w olbrzymie okno, za którym padał deszcz.

- A zatem wróciłeś... - zaczął cicho. Odchrząknął i się podniósł. - Zamierzasz wrócić do drużyny?

- Jak na razie nie miałem tego w planach - odparłem szybko.

- Szkoda. - Westchnął i przeciągnął dłonią po czuprynie. - Chciałbym się cieszyć, że jesteś. Naprawdę. Wiesz, nie wymażę wspomnień. Ani tych dobrych, ani tych złych. Daj nam wszystkim czas, Asher.

Pokiwałem głową, oddychając głęboko. To już jakiś sukces.

W końcu wstaliśmy, kiedy korytarze zaczęły wypełniać się uczniami, i rozeszliśmy się każdy w swoją stronę.

* * *

Nie dałem się namówić na powrót do drużyny, ale zgodziłem się, by wpaść na trening. Punkt szesnasta stanąłem przy drzwiach szatni, zza których dobiegały śmiechy i rozmowy. Uśmiechnąłem się pod nosem. Półtora roku temu, kiedy byłem jeszcze w tej szatni razem z nimi, byliśmy dzieciakami. Jednak słuchając ich wygłupów, miałem wrażenie, że oni nadal tacy pozostali, a dojrzeli jedynie z wyglądu.

Już miałem wejść, by do nich dołączyć, kiedy zatrzymało mnie chrząknięcie.

Wiedziałem, kto to był. Trener Banks stał ze skrzyżowanymi na piersi rękoma i z uniesionymi brwiami lustrował mnie spojrzeniem. Czapkę z daszkiem miał założoną jak zwykle tyłem na przód. Jedyne, co świadczyło o upływie czasu, to wystające spod czapki siwe pasma włosów.

- A więc to prawda. Po wiadomości Silasa myślałem, że to żart - prychnął, kręcąc głową. Podchodził powoli, nadal się we mnie wpatrując. Pod jego wzrokiem czułem się znowu tak jak w dzieciństwie, kiedy namówiłem Silasa na jakąś głupotę i pan Banks się o tym dowiedział.

- Jak pan widzi, to ja. Tym razem to nie żart.

- Szczerze, nie wiem, czy nie byłoby lepiej, gdyby tak jednak było.

Na jego słowa przełknąłem ślinę.

- Martwiłem się o ciebie, synu. Wszyscy się martwiliśmy. Straciłeś moje zaufanie, zdajesz sobie z tego sprawę?

Niechętnie pokiwałem głową.

- Trudno będzie ci je odbudować, Asher. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie dał ci szansy. Jestem na ciebie cholernie zły. - Wskazał na mnie palcem. Teraz zachowywał się po prostu jak pan Banks, a nie trener Banks. Jak pan Banks, który się o mnie troszczył, kiedy moje życie się waliło. - Ale jesteś dla mnie jak syn.

- Panie Banks...

- Nie wybaczę ci tego, jak potraktowałeś moją córkę, ale wierzę, że miałeś dobry powód, by uciec. Moje życie w twoim wieku też nie było kolorowe, więc jestem bardziej wyrozumiały. Pozwolę ci wrócić do drużyny, ale co do Charlotte... Nie chcę widzieć, jak się wokół niej kręcisz, jasne?

Pokiwałem głową po raz kolejny.

- Trenerze... Ja na razie nie będę wracać do gry.

Mężczyzna o takich samych ciemnych oczach jak te bliźniaków uniósł wysoko brwi.

- Jak to?

- Nie dam rady na razie trenować - odpowiedziałem wymijająco. - Może w kolejnym semestrze.

- No cóż, miejsce w drużynie zawsze się dla ciebie znajdzie. - Poklepał mnie lekko po ramieniu. - Byłeś naszym najlepszym rozgrywającym.

- Dziękuję. - Uśmiechnąłem się lekko.

Dzisiejszy dzień zaczynał mnie coraz bardziej męczyć. Wiedziałem, że będzie ciężko. Trzeba było jednak jakoś to przetrwać. Potarłem lekko przedstawiający motyla tatuaż na ramieniu. W ostatnim czasie stało się to moim już niekontrolowanym nawykiem. Jakby miało to ukoić moje zszargane nerwy.

Po usłyszeniu gwizdka trenera chłopacy zaczęli wyłaniać się z szatni. Pierwszy zauważył mnie Ryker. Podszedł do mnie i zarzucił mi po kumpelsku rękę na ramię.

- Siema, stary. - Wysunął pięść, żebym przybił z nim żółwika. - Fajnie, że wpadłeś. Szkoda, że nie pobawimy się razem na boisku.

Prychnąłem.

- Jeszcze kiedyś się uda.

- No ja na to liczę! - Wyszczerzył się i na odchodne szturchnął mnie w ramię.

Usiadłem na ławce i przyglądałem się treningowi. Chłopacy grali całkiem nieźle. Bardzo się poprawili, to trzeba było im przyznać, jednak ten nowy... niszczył wszystko. Widać było, że się nie nadawał do naszej drużyny. Miałem ochotę wbiec na boisko i wrzeszczeć na niego tak samo jak chłopacy. Nie był jednym z nas. Miałem wrażenie, że był tu tylko dla popularności w szkole. Sorry, ale popularność jakoś trzeba zdobyć. Stojąc w miejscu, na pewno się jej nie zdobędzie. Nawet nie chciałem wiedzieć, jak wyglądały prawdziwe mecze.

Wróciłem do domu po dwóch godzinach. Skierowałem się prosto do kuchni, głodny jak wilk. Na szczęście nikogo w niej nie było. Zajrzałem do lodówki, po czym wyjąłem jajka z myślą, by zrobić tosty francuskie. Usłyszałem jednak ciche kroki. Do kuchni wbiegła moja młodsza o pięć lat siostra i przykleiła się do moich pleców.

- Norah! - Zaśmiałem się i poczochrałem jej ciemnoblond włosy. - Upuszczę przez ciebie jajka. Chcesz tego?

- Nie! - Zachichotała i odczepiła się ode mnie. - Robisz tosty?

- Tak. - Sięgnąłem do szafki po chleb i resztę rzeczy.

- Zrobisz mi też? Jestem głooodna! - Zrobiła minkę smutnego pieska i już wiedziała, że wygrała.

- Jasne, że zrobię. Dla ciebie zawsze, księżniczko. - Mrugnąłem do niej i zająłem się przygotowywaniem jedzenia.

Norah była kimś, kogo nie dało się nie kochać. Kiedy nasza matka odeszła od taty, a ten po pewnym czasie wyjechał z miasta, Norah jako jedyna potrafiła wzbudzić we mnie prawdziwą miłość. Pomagałem jej, jak potrafiłem. A teraz wyrosła na cudowną dziewczynę o ogromnym sercu.

Zrobiłem dla nas posiłek i postawiłem przed siostrą dwa tosty. Zażyczyła sobie również kakao, więc i to dla niej zrobiłem. Przysięgam, zrobiłbym wszystko, by ta istota nigdy więcej nie była smutna. By nigdy więcej nie zaznała bólu. Nie takiego jak ja.

Zagryzłem zęby, gdy usłyszałem stukot obcasów w holu. Po chwili w drzwiach stanęła wysoka kobieta z idealnym makijażem i w drogich ubraniach.

Niestety ja najbardziej byłem podobny do matki. Miałem tego samego koloru włosy i oczy. Kształt oczu również. Na szczęście różniliśmy się charakterem. Dzięki Bogu!

Wstałem od stołu i wyszedłem, jeszcze zanim coś powiedziała.

- Asher! - zawołała za mną Norah, jednak tym razem jej nie posłuchałem. Wiedziałem, że zaraz za mną pobiegnie.

Zamknąłem za sobą drzwi i postawiłem talerz z tostami na biurku. Łóżko zaskrzypiało, kiedy się na nim położyłem. Spojrzałem na zdjęcie, które wisiało na ścianie przy łóżku. Ja z tatą. Miałem wtedy jeszcze aparat na zębach i krótką grzywkę. Uśmiechałem się do obiektywu, trzymając piłkę w dłoni. Tata mnie obejmował i sam również się uśmiechał. Zawsze mi kibicował. Do samego końca. Nawet gdy wyjechał, przyjeżdżał na ważne mecze. Był ze mnie dumny. Czułem to. I czułem również, że mnie kochał.

Z moich oczu popłynęły łzy.

- Kurwa - jęknąłem i przejechałem dłonią po twarzy. Jednak emocje były silniejsze i łzy nie chciałby przestać płynąć.

Przed oczami stanął mi widok taty i Charlotte. Dwóch najważniejszych osób w moim życiu. Dzięki nim moje życie miało jakiś sens. Obydwoje utraciłem.

Poczułem, że ktoś mnie przytula. Kiedy do mojego nosa dotarł zapach wanilii, wiedziałem, że to Norah. Pozwoliłem jej się we mnie wtulić.

- Okej? - zapytała po chwili.

Spojrzałem na nią. Była taka drobna i krucha. Pełna miłości, a jednak w środku czuła ból. Znałem to. Wiedziałem, co przeżywa. Byliśmy w tym razem.

Zastanowiłem się przez chwilę, jak to możliwe, że ta dwunastolatka nie okazywała wszystkiego, co się w niej kłębiło. Jak to możliwe, że była w stanie być przy mnie, choć to ja powinienem jej w tej sytuacji pomagać. Byłem okropnym bratem.

- Okej. Dziękuję, Norah. - Przytuliłem ponownie siostrę i pocałowałem ją w czubek głowy.

- On cię kochał, Asher. Charlotte również.

Rozdział 3.

Charlotte

Wtorek okazał się bardziej słoneczny niż poniedziałek. Usiadłyśmy więc podczas lunchu na dworze. Sophie zajęta była spinaniem klamrą długich włosów, kiedy spojrzałam w kierunku, z którego dochodził donośny śmiech mojego brata. Tego śmiechu z niczyim bym nie pomyliła. Nie mogłam powstrzymać kącików ust przed uniesieniem się do góry. Szybko jednak opadły, kiedy zauważyłam, kto zbliżał się do stolika chłopaków.

Thalia, długonoga blondynka, która od zawsze miała ochotę na Ashera, nawet kiedy się spotykaliśmy, sadowiła się właśnie na miejscu obok bruneta. Oczywiście był teraz wolny i mógł robić, co mu się tylko podobało, ale jednak poczułam ukłucie w brzuchu na ich widok. Odwróciłam w końcu wzrok, przewracając oczami.

- Co jest? - zainteresowała się rudowłosa. Momentalnie się odwróciła, po czym przeklęła pod nosem. - Suka. Szczerze nienawidzę tej laski.

- Daj spokój, Soph. - Wgryzłam się w bułkę, by się czymś zająć. - Nic mnie to nie obchodzi.

- Co i tak nie zmienia faktu, że ta baba jest stuknięta.

Prychnęłam i upiłam łyk coli.

Nie wiem czemu, znów powiodłam wzrokiem w stronę stolika chłopaków. Asher wpatrywał się we mnie intensywnie, choć Thalia próbowała go zagadnąć. Nie mogłam rozgryźć, co mu chodziło po głowie, jednak to, że po raz kolejny zacisnął usta w linię, mówiło samo za siebie.

Nie chciałam go więcej w swoim życiu. Miałam tego dosyć. Jednocześnie jednak wiedziałam, że mimo wszystko z tym chłopakiem i tak będzie jakiś ciąg dalszy.

Po lekcjach wyszłam szybko ze szkoły i skierowałam się do swojego ulubionego baru nieopodal. Miałam zamiar zaszyć się w jednym z boksów z książką i shakiem. Chociaż pogoda zachęcała, by spędzić czas na świeżym powietrzu, weszłam do kolorowego pomieszczenia. Mary, kelnerka i właścicielka baru, którą znałam od lat, uniosła wzrok znad kontuaru na dźwięk dzwonka nad drzwiami. Pomachałam jej i do niej podeszłam.

- Charlie! Dobrze cię widzieć, kochanie. - Uśmiechnęła się promiennie.

- Ciebie również - odparłam zgodnie z prawdą.

- To, co zwykle?

- Tak jest. - Pokiwałam głową i podeszłam w stronę jednego z boksów.

W lokalu nie było zbyt dużo ludzi. Pojedynczy uczniowie zajmowali stoliki, zajęci stukaniem w telefony, była tam też jedna kobieta z dwójką dzieci. Przed wybudowaniem w pobliżu McDonalda, gdzie teraz najwięcej licealistów lubiło się stołować po szkole, miejsce to było bardziej popularne. Ja jednak uwielbiałam klimat tego baru i wspomnienia, jakie budził. To tutaj siedzieliśmy po wielu wygranych meczach chłopaków. Również tylko z Asherem potrafiłam przesiadywać tu do późnego wieczoru, rozmawiając o wszystkim i o niczym.

Uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Chociaż mnie skrzywdził, nie mogłam wymazać tych przyjemnych momentów.

Wyciągnęłam książkę z plecaka i otworzyłam na stronie, na której skończyłam ostatnio. Wciągnęłam się i czytałam, dopóki nie usłyszałam donośnego dzwonka. Machinalnie uniosłam wzrok i napotkałam dobrze znane mi oczy. Asher wpatrywał się we mnie. Wyglądał na nieco niepewnego, ale finalnie odwrócił wzrok i podszedł do lady, żeby odebrać zamówienie. Obserwowałam go, jak wyciągał portfel z tylnej kieszeni, witał się z uśmiechem z Mary i jak wrzucał napiwek do skarbonki. Odprowadziłam go wzrokiem do drzwi. Już nie zerknął w moją stronę. Przygryzłam wargę, ganiąc siebie w myślach.

Po chwili przy moim stoliku pojawiła się Mary. Tym razem nie miała już takiego szczerego uśmiechu na ustach. Wydawała się raczej zaniepokojona.

- Twoje zamówienie. - Podała mi burgera i czekoladowego shake'a. - Nie chciałam się wtrącać, ale...

- Nie jesteśmy już razem. - Pokręciłam głową, przerywając jej.

- Och. - Jej mina jeszcze bardziej zrzedła. - Przykro mi.

- Mnie też, Mary. Ale nie jestem w stanie mu wybaczyć.

Pokiwała głową, jakby doskonale mnie rozumiała.

- Miłość jest skomplikowana. Może kiedyś z powrotem do siebie dotrzecie.

Mary odeszła, więc zajęłam się jedzeniem i wsłuchałam w muzykę. Akurat leciała jedna z piosenek Eagles. Kochałam ten zespół. Miałam ich wszystkie albumy na winylach. Uśmiechnęłam się na wspomnienie, które pojawiło się w moich myślach. Wspomnienie momentu, gdy Asher pocałował mnie po raz pierwszy do jednej z ich piosenek.

Dawno nie czułam jego ust na swoich i zapomniałam już, jakie to uczucie. Chociaż chciałam czuć do niego jedynie niechęć, mój puls przyspieszył.

Och, Asher... Dlaczego mi to zrobiłeś?

* * *