Chłopki. Opowieść o naszych babkach - Joanna Kuciel-Frydryszak

Kup ebooka

51.90 zł
42.04 zł (42,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

ZBĘDNE

Kiedy wiej­ska dziew­czyna się przed­sta­wia, po­daje imię, na­zwi­sko, na­zwę wsi, z któ­rej po­cho­dzi, oraz mówi, jak duże są jej ro­dzina i go­spo­dar­stwo jej ojca. Te dwie ostat­nie in­for­ma­cje po­wie­dzą nam o jej sy­tu­acji naj­wię­cej. Gdy po­zna­jemy córkę go­spo­da­rza z sze­ścior­giem dzieci i trzema mor­gami[2], to już wiemy: cier­pią głód. Ich go­spo­dar­stwo na­zy­wane jest przez spe­cja­li­stów od eko­no­mii kar­ło­wa­tym, co ozna­cza: nie­wy­dajne, nie­wy­star­cza­jące, by wy­ży­wić ro­dzinę.

Co mia­łaby tu­taj ro­bić do­ra­sta­jąca dziew­czyna? Jako dziecko pa­sie gęsi lub krowę. Gdy do­ro­śnie, nie jest do ni­czego po­trzebna. Prze­ciw­nie: ob­ciąża go­spo­darkę, bo trzeba ją wy­kar­mić, a nie ma czym.

Czy tak się na­ro­dziło słowo dar­mo­zjad? Nie. Dla ta­kich jak ona eko­no­mi­ści za­re­zer­wo­wali bar­dziej ele­gancki ter­min, ale wciąż bru­talny: zbędna. Nie ma dla niej pracy, więc nie ma dla niej je­dze­nia. Jest zbędna. Trzeba ją jak naj­szyb­ciej wy­dać za mąż. Chyba że uciek­nie do mia­sta, naj­czę­ściej na słu­żącą. Albo na saksy do Fran­cji, Bel­gii, Nie­miec.

W Pol­sce mię­dzy­wo­jen­nej 64 pro­cent go­spo­darstw na wsi uzna­wano za nie­wy­star­cza­jące[3], a 40 pro­cent wiej­skich ko­biet za zbędne.

Miesz­kanki ma­ło­pol­skiego Bo­rzę­cina na sak­sach w Niem­czech, u bau­era

W 1936 roku w Dzi­kowcu po­ja­wia się an­kie­ter. In­te­re­sują go małe go­spo­dar­stwa, wła­śnie te na­zy­wane kar­ło­wa­tymi. Go­spo­da­rzom, któ­rzy przyj­mują go pod swój dach, za­daje te same, dro­bia­zgowe py­ta­nia: Co je­dzą? Co sieją? Jak miesz­kają? Ja­kie sprzęty po­sia­dają? Ja­kie zwie­rzęta ho­dują? W co się ubie­rają?

Czyli po pro­stu: jak so­bie ra­dzą z ży­ciem.

Dzięki temu zaj­rzymy do chłop­skich cha­łup na po­łu­dniu Pol­ski sprzed nie­mal stu laty. Bę­dzie to przy­kra wi­zyta.

Dzi­ko­wiec to spora wieś na Pod­kar­pa­ciu: około dwu­stu chłop­skich go­spo­darstw, z któ­rych po­nad po­łowa to go­spo­dar­stwa małe i bar­dzo małe. Naj­bliż­sze mia­sto - Kol­bu­szowa - od­da­lone jest o sześć ki­lo­me­trów, w po­bliżu nie ma żad­nych fa­bryk, a więc moż­li­wo­ści za­rob­ko­wa­nia. Do­ro­bić można, idąc "na pań­skie" do po­bli­skiego dworu lub po­wo­żąc fur­manką. Ko­biety wy­pla­tają ko­sze.

An­kie­tera przyj­muje ro­dzina go­spo­da­rza T.W. On ma trzy­dzie­ści cztery lata, ona trzy­dzie­ści je­den. Oboje skoń­czyli cztery klasy szkoły po­wszech­nej, wy­cho­wują dwójkę dzieci: sied­mio­let­nie i pię­cio­let­nie. Na swo­ich trzech mor­gach upra­wiają żyto i ziem­niaki, ho­dują krowę, cielę i sześć kur. Miesz­kają w drew­nia­nym domu kry­tym słomą, ale to wła­ści­wie je­den dwu­dzie­sto­pię­cio­me­trowy po­kój. Dru­gie po­miesz­cze­nie to obora.

Na jedną osobę - no­tuje an­kie­ter - wy­pada 5,1 me­tra kwa­dra­to­wego, izba nie ma pod­łogi (glina), dwa okna o wy­mia­rach 102 na 80 cen­ty­me­trów ni­gdy nie są otwie­rane.

Sie­dząc na jed­nym z dwóch krze­seł, które na­leżą do ro­dziny, an­kie­ter spi­suje po­zo­stałe sprzęty w tym domu:

dwa łóżka

je­den stół

cztery ławy

je­den sto­łek

półka

ze­ga­rek

osiem ob­ra­zów re­li­gij­nych w mar­nym sta­nie

To wszystko.

Na­stęp­nie pyta ro­dzinę o hi­gienę:

- Czy w miesz­ka­niu znaj­dują się pa­so­żyty (plu­skwy, ka­ra­lu­chy itp.)?

- Czy prak­ty­kuje się spa­nie gru­powe, np. dzieci?

- Ile osób sy­pia ra­zem?

- Czy prak­ty­kuje się spa­nie na ziemi itp.?

- Czy prak­ty­kuje się spa­nie w bu­dyn­kach go­spo­dar­skich la­tem, zimą?

- Ile razy każdy z człon­ków bie­rze ką­piel w po­rze let­niej? A w po­rze zi­mo­wej?

W domu ro­dziny W. nikt na ziemi nie sy­pia. Za to na piecu śpi tak zwana ko­mor­nica. Tak na­zywa się te, które nie mają swo­jego domu. Dzie­więć­dzie­się­cio­let­nia ko­bieta jako zbędna tuła się po ob­cych. Po­maga przy dzie­ciach w za­mian za kąt do spa­nia. W Dzi­kowcu rze­czy­wi­ście do­stała kąt, na piecu.

Ale dom ro­dziny W. to nie tylko sy­pial­nia i kuch­nia, to też za­kład szew­ski, bo męż­czy­zna do­ra­bia, ro­biąc buty. Tu­taj rów­nież trzy­mane są kury. Nie po­winni jed­nak na­rze­kać: dwa łóżka na czte­ro­oso­bową ro­dzinę to jest coś.

Córka wdowca spod Kra­kowa, uro­dzona w 1917 roku, jako na­sto­latka śpi w jed­nym łóżku z dwoma braćmi. "Ja w gło­wach, a bra­cia w no­gach - wspo­mina. - Ale po czym wie­dzieli, gdzie głowy, gdzie nogi, to nie wiem, bo na żad­nym końcu po­duszki nie było, tylko stare szmaty". Ko­lejny jej brat śpi w łóżku z oj­cem, a po­zo­stali dwaj na pry­czach w stajni.

Ja­dwiga Szkraba, uro­dzona w kur­nej cha­cie w be­skidz­kim Ode­rnem, jesz­cze w 1923 roku jako dziecko ucieka nocą z domu przed gry­zą­cym dy­mem. "Nie mie­li­śmy ko­mina, a tylko z pła­skich ka­mieni uło­żone pa­le­ni­sko. Tak nam ten dym do­ku­czał, że spać cho­dzi­łam z sio­strą do stajni, gdzie pod po­wałą były zro­bione pry­cze z de­sek, no i mama mó­wiła, że tam cie­plej jak w izbie, bo się skła­dało na­wóz od jed­nej krowy któ­rą­śmy mieli".

Spo­łecz­nicy ła­pią się za głowy.

"Ro­dzina mieszka na wsi prze­waż­nie w jed­nej izbie, w któ­rej prze­bywa od 6 do 12 osób - w czym znaj­dują się i cho­rzy i dziad­ko­wie, któ­rzy za­ła­twiają swoje po­trzeby w wia­derko i na sien­nik. Łó­żek - 2-3, ko­ły­ska, ławy koło pieca, ku­ferki - to za­stę­puje łóżka. Dziad­ko­wie śpią na jed­nym z łó­żek bio­rąc które z wnu­cząt do sie­bie w nogi, w po­przek łóżka, a więc trzy osoby na jed­nym łóżku - i, dziecko ma przez całą noc tuż przy twa­rzy nogi lu­dzi star­szych, czę­sto nie bar­dzo czy­ste! Dru­gie łóżko zaj­mują ro­dzice; też nie­rzadko z jed­nym dziec­kiem. Ja­każ wy­goda? Gdy na to zwra­cam uwagę, sły­szę za­wsze jedną od­po­wiedź: "my już tak na­wy­kli". Trze­cie łóżko zaj­mują dzieci róż­nego wieku i czę­sto róż­nej płci. Śpią sio­stry z braćmi w róż­nych la­tach - tu­taj już nie o wy­godę cho­dzi, ale o coś da­leko waż­niej­szego!" - pi­sze Zo­fia Ka­czyń­ska w 1929 roku w cza­so­pi­śmie "Przo­dow­nica".

A dok­tor Wła­dy­sław Cho­decki za­leca: "Lud­ność wiej­ska po­winna się od­uczyć sy­pia­nia po kil­koro w jed­nym łóżku, sy­pia­nia w ubra­niu, rzad­kiego zmie­nia­nia bie­li­zny na so­bie i w łóżku, i my­cia się wodą pusz­czaną z ust na ręce".

Tym­cza­sem an­kie­ter w Dzi­kowcu przy­gląda się gar­de­ro­bie ba­da­nej ro­dziny. Ko­bieta wy­mie­nia wszystko, co po­siada:

trzy ko­szule

jedną parę maj­tek

jedną parę poń­czoch

dwie bluzki (od święta)

jedną spód­nicę (na co dzień i od święta)

je­den płaszcz (od święta)

jedną parę trze­wi­ków

chu­stę do okry­cia w sta­nie zno­szo­nym

trzy chustki na głowę

Odzież ko­biety jest warta 21,30 zło­tych.

Średni za­ro­bek mie­sięczny w Pol­sce w 1936 roku to 250 zło­tych. Wy­rob­nica w fol­warku pra­cuje za nie­całą zło­tówkę dzien­nie.

Je­śli cho­dzi o męża, to an­kie­ter ustala, że po­siada on:

ko­szulę i parę ka­le­so­nów wła­snego wy­robu

je­den "gar­ni­tur" wła­snej ro­boty na co dzień oraz je­den od święta (an­kie­ter nie zdra­dza, co ozna­cza cu­dzy­słów, ale do­my­ślić się można, że szyty na wzór pań­skiego, wciąż jed­nak po­zo­sta­jący chłop­skim)

ko­żuch zno­szony

dwie pary trze­wi­ków (na co dzień i od święta)

czapkę na co dzień

ka­pe­lusz od święta

Ubra­nia męż­czy­zny są warte 25,50 zło­tych, czyli o po­nad 4 złote wię­cej niż ko­biety. Męż­czy­zna ma dwie pary bu­tów. Po­nie­waż za­ła­twia sprawy, re­pre­zen­tuje, po­li­ty­kuje, jego wyj­ścia są istot­niej­sze. Ko­bie­cie wy­star­czy jedna para. Ona po­trze­buje bu­tów przede wszyst­kim po to, by pójść do ko­ścioła i na targ.

Do­brze by­łoby wie­dzieć, jak dzi­siaj, po po­nad osiem­dzie­się­ciu la­tach, żyje się po­tom­kom ro­dziny W. Bar­dzo praw­do­po­dobne, że ich wnuki wciąż miesz­kają w Dzi­kowcu, a może na­wet dzieci? Kim są? Czym się trud­nią? Czy i w jaki spo­sób bieda ich dziad­ków od­ci­snęła piętno na dal­szych lo­sach ro­dziny? Ko­rzy­sta­jąc z pod­po­wie­dzi, że T.W. był szew­cem, pró­buję ich od­szu­kać. Być może lu­dzie sko­ja­rzą, w pod­kar­pac­kich wsiach miesz­kają prze­cież z dziada pra­dziada. Ma­rian Pió­rek, hi­sto­ryk i były dy­rek­tor tam­tej­szej szkoły, prze­gląda dla mnie księgi chrztu i akta ślubu, jed­nak T.W. nie znaj­duje. A czy nie da się usta­lić, kto w Dzi­kowcu był szew­cem? "W Dzi­kowcu przed drugą wojną świa­tową tj. przed 1939 we wsi dzieci cho­dziły boso długi czas roku, mimo że szew­ców było ok. 20 do­ra­bia­ją­cych rol­ni­ków" - od­pi­suje Ma­rian Pió­rek.

Dwu­dzie­stu? Trzy pary bu­tów w ro­dzi­nie, a szew­ców w jed­nej wsi dwu­dzie­stu? Po co?

Ku­stoszka Agnieszka Gra­bow­ska w po­tęż­nych, dusz­nych ma­ga­zy­nach war­szaw­skiego Mu­zeum Et­no­gra­ficz­nego otwiera ogromną szu­fladę. Sta­jemy na dra­bin­kach, bo szu­flada z na­pi­sem "Buty" znaj­duje się na gó­rze, i szpe­ramy.

Wielu chłop­skich ro­dzin nie stać na buty dla dzieci, a gdy przy­cho­dzi je­sień, nie da się już dłu­żej cho­dzić boso. Po­li­cja w Sta­ni­sła­wo­wie roz­daje buty bied­nym dzie­ciom, rok 1937

Wy­cią­gam na chy­bił tra­fił, li­cząc, że znajdę dam­skie, i fak­tycz­nie: trze­wiczki, czó­łenka, pra­wie same czarne. Ni­gdy nie wi­dzia­łam tak mocno po­ła­ta­nych bu­tów, nie spo­dzie­wa­łam się, że w ogóle moż­liwa jest tak za­wzięta walka o prze­dłu­że­nie ży­cia obu­wiu. A jed­nak sta­rych, znisz­czo­nych bu­tów było tak dużo, że miały swoją na­zwę: char­boły. Praw­do­po­dob­nie wszy­scy szewcy w Dzi­kowcu przy­naj­mniej raz na­pra­wiali ten sam but. Tym­cza­sem we wspo­mnie­niu Grze­go­rza Ze­lka o ro­dzin­nym go­spo­dar­stwie w oko­li­cach No­wego Są­cza można zna­leźć taką in­for­ma­cję: "Dzia­dek wspo­mi­nał, że wraz z braćmi mieli tylko je­den kom­plet ład­nego ubioru i jedną parę bu­tów, w któ­rych cho­dzili na zmianę. Ksiądz Wła­dy­sław Pią­tek po­daje na pod­sta­wie ksiąg pa­ra­fial­nych, że jedna para bu­tów słu­żyła miesz­kań­com domu prze­cięt­nie przez 10 lat". Dla chło­pów buty to sym­bol god­no­ści. Ale dla wielu na­szych bo­ha­te­rek to jesz­cze inna sprawa. Dla nich buty ozna­czają wol­ność.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki