3
Atoli teraz opowiedzieć pora
Britomart przygody oraz dziwne dzieje.
Edmund SpenserThe Faerie Queene
Gdyby ten dzień przebiegał zgodnie z planem, Robin Ellacott byłaby już po długiej kąpieli, leżałaby w łóżku w wynajętym mieszkaniu na Earl's Court, miałaby zrobione pranie i czytałaby nową powieść. Zamiast tego siedziała w swoim bardzo starym land roverze, zziębnięta i wyczerpana mimo łagodnej wieczornej pogody, wciąż ubrana w to, co włożyła o wpół do piątej rano, i obserwowała oświetlone okno Pizza Express w Torquay. W lusterku wstecznym widziała swoją bladą twarz, zaczerwienione niebieskie oczy oraz jasnorude włosy częściowo schowane pod czarną czapką i wymagające umycia.
Od czasu do czasu zanurzała dłoń w torebce z migdałami leżącej obok na fotelu pasażera. Podczas prowadzenia obserwacji bardzo łatwo byłoby z nudów zacząć odżywiać się fast foodami i czekoladą, podjadać coś częściej, niż należało. Mimo nienormowanego czasu pracy, Robin starała się odżywiać zdrowo, lecz migdały już dawno przestały jej smakować i niczego nie pragnęła bardziej niż kawałka pizzy pepperoni na grubym cieście, którą delektowała się otyła para widoczna w oknie restauracji. Robin prawie czuła ten smak, mimo że powietrze wokół niej było cierpkie od soli morskiej i podszyte permanentnym - gdyż przeniknął tapicerkę land rovera - zapaszkiem starych kaloszy oraz mokrego psa.
Obserwowany obiekt, którego przezywali ze Strikiem "Kępiasty" ze względu na źle dopasowany tupecik, był akurat niewidoczny. Zniknął w pizzerii półtorej godziny wcześniej razem z trzema innymi osobami, z których jedną, nastolatka z ręką w gipsie, Robin mogła dostrzec, jeśli wyciągnęła szyję, pochylając się nad fotelem pasażera. Robiła to mniej więcej co pięć minut, by sprawdzić, jak przebiega posiłek tych czworga. Gdy spojrzała ostatnim razem, do stolika przyniesiono lody. Kolacja na pewno miała się ku końcowi.
Robin walczyła z przygnębieniem, które, jak wiedziała, przynajmniej częściowo było spowodowane skrajnym wyczerpaniem, zesztywnieniem całego ciała wskutek wielu godzin spędzonych w fotelu kierowcy oraz utratą długo wyczekiwanego wolnego dnia. Strike był nieobecny w agencji przez cały tydzień i nie można było na to nic poradzić, więc pracowała bez przerwy przez dwadzieścia dni. Tego dnia ich najlepszy współpracownik, Sam Barclay, miał obserwować Kępiastego w Szkocji, lecz wbrew oczekiwaniom obiekt nie poleciał do Glasgow. Zamiast tego niespodziewanie wybrał się do Torquay, nie pozostawiając Robin innego wyjścia, jak tylko pojechać za nim.
Kiepski humor Robin miał też oczywiście inne przyczyny: jedną była gotowa dopuścić do świadomości, roztrząsanie drugiej sprawiało, że była na siebie zła.
Pierwszą, którą do siebie dopuszczała, był jej trwający właśnie rozwód, który z każdym tygodniem stawał się bardziej burzliwy. Po odkryciu przez Robin romansu jej pozostającego aktualnie w separacji męża odbyli ostatnie i pełne goryczy spotkanie - tak się składało, że również w Pizza Express, tyle że niedaleko miejsca pracy Matthew - na którym uzgodnili, że zdecydują się na rozwód bez orzekania o winie po dwuletniej separacji. Robin była zbyt uczciwa, by wypierać się tego, że ona także ponosiła odpowiedzialność za klęskę ich związku. Wprawdzie Matthew był niewierny, ale wiedziała, że sama nigdy nie była w pełni zaangażowana w ich małżeństwo, że prawie przy każdej okazji przedkładała pracę nad męża, a pod koniec sama szukała pretekstu, żeby od niego odejść. Jego romans był dla niej szokiem, lecz zarazem wyzwoleniem.
W ciągu dwunastu miesięcy, które upłynęły, odkąd poszła z Matthew na pizzę, Robin uświadomiła sobie jednak, że jej były mąż jest daleki od dążenia do rozwodu bez orzekania o winie: obarczał Robin wyłączną odpowiedzialnością za koniec ich małżeństwa i postanowił dopilnować, by zapłaciła mu za tę zniewagę zarówno emocjonalnie, jak i finansowo. Ich wspólne konto w banku, na którym przechowywali pieniądze ze sprzedaży domu, zostało zamrożone, a adwokaci sprzeczali się, jak dużej części tych pieniędzy ma prawo oczekiwać Robin, skoro zarabiała o wiele mniej niż Matthew oraz - w ostatnim piśmie wyraźnie to zasygnalizowano - wyszła za niego wyłącznie dla korzyści materialnych, jakich nigdy nie mogłaby osiągnąć samodzielnie.
Każde pismo od adwokata Matthew przysparzało Robin dodatkowego stresu, wywołując wściekłość i cierpienie. Nie potrzebowała adwokata, by wiedzieć, że Matthew najwyraźniej próbuje doprowadzić do tego, by wydała na prawnicze przepychanki pieniądze, których nie miała, by straciła czas oraz środki finansowe i w końcu odeszła, uzyskując najmniej, jak się da.
- Nigdy nie spotkałam się z tak burzliwym rozwodem bezdzietnej pary - powiedziała jej adwokatka, co oczywiście wcale Robin nie pocieszyło.
Matthew dalej zajmował prawie tyle miejsca w jej głowie co wtedy, gdy byli małżeństwem. Miała wrażenie, że czyta w jego myślach mimo milczenia i kilometrów dzielących ich bardzo odmienne nowe życia. Nigdy nie umiał przegrywać. Musiał wyjść zwycięsko z tego żenująco krótkiego małżeństwa, zabierając wszystkie pieniądze i obciążając Robin winą za porażkę ich związku.
To wszystko, rzecz jasna, byłoby wystarczającym uzasadnieniem jej aktualnego nastroju, lecz istniał jeszcze inny powód, ten, którego wolała do siebie nie dopuszczać i który ku swojemu rozdrażnieniu wciąż roztrząsała.
Stało się to poprzedniego dnia w agencji. Saulowi Morrisowi, najnowszemu współpracownikowi, należał się zwrot kosztów za ubiegły miesiąc, więc zostawiwszy Kępiastego bezpiecznego w jego małżeńskim domu w Windsorze, Robin pojechała na Denmark Street, żeby wypłacić Saulowi pieniądze.
Morris pracował w agencji od sześciu tygodni. Ten były policjant, niewątpliwie przystojny mężczyzna o czarnych włosach i jasnoniebieskich oczach, miał w sobie jednak coś, co działało Robin na nerwy. Mówiąc do niej, zazwyczaj zmieniał ton na miększy, okraszał ich najbardziej przyziemne interakcje figlarnymi dygresjami i przesadnie osobistymi uwagami, a jeśli był w pobliżu, żadne dwuznaczne wyrażenie nie mogło przejść niezauważone. Robin żałowała, że któregoś dnia Saul odkrył, iż obydwoje są w trakcie rozwodu. Od tego czasu najwyraźniej uznał, że zyskał nowy żyzny grunt pod zażyłość, którą sobie uroił.
Miała nadzieję, że wróci z Windsoru, zanim Pat Chauncey, nowa sekretarka agencji, skończy pracę, lecz gdy weszła po schodach, było już po szóstej i zastała Morrisa czekającego na nią przed zamkniętymi drzwiami.
- Przepraszam - powiedziała Robin - były okropne korki.
Zwróciła Morrisowi wydatki, dając mu gotówkę z nowego sejfu, a potem oznajmiła, że musi wracać do domu, on jednak przylepił się do niej jak guma wplątana we włosy i opowiadał o najnowszych nocnych esemesach od swojej byłej żony. Robin starała się łączyć uprzejmość z chłodem, aż w końcu zadzwonił telefon na jej dawnym biurku. W normalnych okolicznościach pozwoliłaby się włączyć poczcie głosowej, lecz teraz bardzo chciała ukrócić wywody Morrisa.
- Przepraszam, muszę odebrać - powiedziała. - Miłego wieczoru. - I podniosła słuchawkę. - Agencja detektywistyczna Strike'a, mówi Robin.
- Cześć, Robin - odezwał się lekko zachrypnięty kobiecy głos. - Jest szef?
Zważywszy na to, że Robin rozmawiała z Charlotte Campbell tylko raz, przed trzema laty, było chyba zaskakujące, że natychmiast odgadła, kto dzwoni. Od tamtego czasu z niedorzeczną wnikliwością analizowała kilka słów wypowiedzianych wówczas przez Charlotte. Tym razem wyłowiła nutę rozweselenia, jakby Charlotte uważała, że Robin jest zabawna. Swoboda, z jaką użyła imienia Robin oraz nazwała Strike'a "szefem", również doczekała się swojej dozy obsesyjnych rozmyślań.
- Przykro mi, nie ma go - powiedziała, sięgając po długopis i czując, że jej serce bije trochę szybciej. - Czy mam coś przekazać?
- Mogłabyś go poprosić, żeby zadzwonił do Charlotte Campbell? Mam coś, czego chce. Zna mój numer.
- Dobrze - odrzekła Robin.
- Wielkie dzięki - powiedziała Charlotte. Wciąż wydawała się rozbawiona. - No to cześć.
Robin sumiennie zapisała: "Dzwoniła Charlotte Campbell, ma coś dla ciebie" i zostawiła wiadomość na biurku Strike'a.
Charlotte była kiedyś narzeczoną Strike'a. Ich narzeczeństwo skończyło się przed trzema laty, dokładnie w dniu, w którym Robin przyszła do pracy w agencji jako tymczasowa sekretarka. Choć Strike daleki był od wynurzeń na ten temat, Robin wiedziała, że spędzili ze sobą szesnaście lat ("z przerwami", jak zazwyczaj podkreślał Strike, ponieważ ich związek wielokrotnie chwiał się w posadach, nim doszło do jego ostatecznego rozpadu), że Charlotte zaręczyła się ze swoim aktualnym mężem zaledwie dwa tygodnie po tym, jak Strike ją zostawił, i że była teraz matką bliźniąt.
Na tym jednak wiedza Robin się nie kończyła, gdyż po odejściu od męża przez pięć tygodni mieszkała w wolnym pokoju u Nicka i Ilsy Herbertów, dwojga najlepszych przyjaciół Strike'a. W tym czasie Robin i Ilsę połączyła przyjaźń i wciąż regularnie umawiały się na drinki i kawę. Ilsa nie robiła żadnej tajemnicy z tego, że ma nadzieję, iż Strike i Robin pewnego dnia, najlepiej już niedługo, odkryją, że "są dla siebie stworzeni". Choć Robin regularnie prosiła Ilsę, by zaprzestała niedwuznacznych aluzji, i zapewniała ją, że są ze Strikiem absolutnie szczęśliwi jako przyjaciele i współpracownicy, Ilsa wesoło obstawała przy swoim.
Robin bardzo lubiła Ilsę, lecz naprawdę nie chciała, by nowa przyjaciółka swatała ją ze Strikiem. Zawstydzała ją myśl, że Strike mógłby uznać, że ona także ma udział w regularnie podejmowanych przez Ilsę próbach aranżowania spotkań we czworo, coraz bardziej przypominających podwójne randki. Odrzucił dwa ostatnie zaproszenia na tego rodzaju wyjścia i choć nawał pracy w agencji rzeczywiście utrudniał wszelkiego rodzaju życie towarzyskie, Robin miała nieprzyjemne poczucie, że Strike doskonale wie o ukrytym motywie Ilsy. Spoglądając wstecz na własne krótkie życie małżeńskie, była pewna, że nigdy nie dopuściła się traktowania singli w taki sposób, w jaki teraz traktowała ją Ilsa: z radosnym brakiem poszanowania dla ich wrażliwości, przybierającym niekiedy postać mało finezyjnych prób zarządzania ich życiem uczuciowym.
Jednym ze sposobów używanych przez Ilsę do naprowadzenia Robin na temat Strike'a było opowiadanie jej o Charlotte. W takich chwilach Robin miała poczucie winy, ponieważ rzadko ucinała ten temat, choć za każdym razem czuła się potem tak, jakby objadła się śmieciowym jedzeniem: było jej niedobrze i żałowała, że nie oparła się pokusie sięgnięcia po więcej.
Wiedziała na przykład o niejednym ultimatum spod znaku "albo ja, albo armia", o dwóch próbach samobójczych ("Ta na wyspie Arran się nie liczy - stwierdziła uszczypliwie Ilsa. - To była zwykła manipulacja") i o dziesięciodniowym przymusowym pobycie w klinice psychiatrycznej. Robin słuchała opowieści, którym Ilsa nadawała tytuły godne kiepskich thrillerów: "Noc noża do chleba", "Incydent z czarną koronkową sukienką" i "Liścik poplamiony krwią". Wiedziała, że według Ilsy Charlotte nie jest szalona, lecz zła, i że najgorsze kłótnie, jakie kiedykolwiek wybuchały między Ilsą a jej mężem Nickiem, dotyczyły Charlotte, "co zresztą cholernie by ją ucieszyło" - dodawała Ilsa.
Teraz Charlotte dzwoniła do agencji, prosiła Strike'a, żeby oddzwonił, a Robin, siedząc przed Pizza Express, głodna i wyczerpana, po raz kolejny rozdrapywała sprawę tego telefonu jak język drażniący aftę. Skoro Charlotte dzwoniła do agencji, najwyraźniej nie wiedziała, że Strike jest w Kornwalii u śmiertelnie chorej ciotki, a to wskazywało, że nie są ze sobą w stałym kontakcie. Z drugiej strony, lekko rozbawiony ton Charlotte zdawał się sugerować, że łączy ich jakieś przymierze.
Zawibrowała komórka Robin leżąca na miejscu pasażera obok torebki z migdałami. Uradowana, że może skupić uwagę na czymś innym, sięgnęła po telefon i zobaczyła esemesa od Strike'a.
Nie śpisz?
Odpisała:
Nie.
Tak jak się spodziewała, komórka natychmiast zadzwoniła.
- A powinnaś - powiedział bez wstępów Strike. - Na pewno jesteś wykończona. Ile obserwowałaś Kępiastego? Trzy tygodnie?
- Dalej go obserwuję.
- Co? - Strike wydawał się niezadowolony. - Jesteś w Glasgow? Gdzie się podział Barclay?
- W Glasgow. Był w gotowości, ale Kępiasty nie wsiadł do samolotu. Zamiast tego pojechał do Torquay. Właśnie je pizzę. Jestem obok restauracji.
- Po cholerę pojechał do Torquay, skoro jego kochanka jest w Szkocji?
- Odwiedza swoją pierwszą rodzinę - powiedziała Robin, żałując, że nie będzie mogła zobaczyć miny Strike'a, gdy przekaże mu następną wiadomość. - Jest bigamistą.
Strike zareagował na jej słowa zupełnym milczeniem.
- O szóstej byłam przed jego domem w Windsorze - powiedziała Robin. - Myślałam, że pojadę za nim do Stansted, zobaczę, jak wsiada do samolotu i dam znać Barclayowi, że jest już w drodze, ale on nie pojechał na lotnisko. Opuścił dom w pośpiechu, jakby wystraszony, pojechał do wynajętego garażu, włożył do środka walizkę, po czym wyszedł z zupełnie innym bagażem i bez tupecika. Potem przyjechał aż tutaj. Niedługo nasza klientka w Windsorze odkryje, że w świetle prawa nie jest mężatką - podsumowała Robin. - Kępiasty od dwudziestu lat ma żonę w Torquay. Rozmawiałam z sąsiadami. Udałam, że przeprowadzam sondaż. Jedna z kobiet mieszkająca przy tej samej ulicy była na jego ślubie. Powiedziała, że Kępiasty często podróżuje w interesach i że to uroczy człowiek. Oddany synom. Ma ich dwóch - ciągnęła Robin, ponieważ milczenie oszołomionego Strike'a trwało w dalszym ciągu - studiują, żaden nie ma jeszcze dwudziestu lat i są do niego podobni jak dwie krople wody. Jeden spadł wczoraj z motoru, dowiedziałam się o tym właśnie od tej sąsiadki, ma rękę w gipsie i wygląda na dość mocno poturbowanego. Widocznie Kępiasty dostał wiadomość o wypadku i zamiast polecieć do Szkocji, czym prędzej przyjechał do Torquay. Występuje tu pod nazwiskiem Edward Campion, nie John. Okazuje się, że John to jego drugie imię. Przeszukałam informacje dostępne w internecie. Razem z pierwszą żoną i synami mieszka w całkiem ładnej willi z widokiem na morze i wielkim ogrodem.
- Jasna cholera - powiedział Strike. - Więc nasza ciężarna znajoma w Glasgow...?
- Dla pani Campion w Windsorze to najmniejszy powód do zmartwienia - powiedziała Robin. - Facet prowadzi potrójne życie. Dwie żony i kochanka.
- A wygląda jak łysiejący koczkodan. Dla każdego z nas jest nadzieja. Mówiłaś, że je teraz kolację?
- Pizzę z żoną i dziećmi. Zaparkowałam na ulicy. Wcześniej nie udało mi się zrobić mu zdjęć z synami, a chcę je pstryknąć, bo ich twarze mówią wszystko. To mini-Kępiaści, dokładnie jak ta dwójka w Windsorze. Jak myślisz, udaje, że gdzie był?
- Na polu naftowym? - zgadywał Strike. - Za granicą? Na Bliskim Wschodzie? Może dlatego tak pieczołowicie podtrzymuje opaleniznę.
Robin westchnęła.
- Nasza klientka będzie zdruzgotana.
- Podobnie jak kochanka w Szkocji - powiedział Strike. - Dziecko przyjdzie na świat lada chwila.
- Gość ma zadziwiająco niezmienne upodobania - stwierdziła Robin. - Gdybyś ustawił te kobiety jedną obok drugiej: żonę z Torquay, żonę z Windsoru i kochankę z Glasgow, wyglądałyby jak ta sama kobieta widziana w dwudziestoletnich odstępach czasu.
- Gdzie zamierzasz spać?
- W Travelodge albo w jakimś pensjonacie - powiedziała Robin, ziewając - o ile uda mi się gdzieś znaleźć wolny pokój w szczycie sezonu urlopowego. Pojechałabym prosto do Londynu, ale jestem wyczerpana. Nie śpię od czwartej, a wczoraj prowadziłam obserwację przez dziesięć godzin.
- Żadnej jazdy samochodem i żadnego spania w aucie - powiedział Strike. - Wynajmij pokój.
- Jak się czuje Joan? - spytała Robin. - Poradzimy sobie w agencji, jeśli chcesz zostać w Kornwalii trochę dłużej.
- Dopóki tu jesteśmy, Joan nie usiedzi na miejscu. Ted przyznaje, że potrzeba jej odrobiny spokoju. Za dwa tygodnie znowu ją odwiedzę.
- Więc dzwonisz, żeby spytać, jak nam idzie z Kępiastym?
- W zasadzie to dzwonię w sprawie czegoś, co mi się właśnie przydarzyło. Niedawno wyszedłem z pubu...
W kilku zdaniach opisał spotkanie z Anną Phipps.
- Właśnie ją wygooglowałem - powiedział. - Margot Bamborough, dwudziestodziewięcioletnia lekarka, mężatka, roczna córka. Po pracy wyszła z przychodni na Clerkenwell, powiedziała, że przed powrotem do domu zamierza wyskoczyć na szybkiego drinka z przyjaciółką. Miała do pubu zaledwie pięć minut piechotą. Przyjaciółka czekała, ale Margot się nie zjawiła i nigdy więcej jej nie widziano.
Przez chwilę obydwoje milczeli.
- I jej córka myśli, że ustalisz, co się wydarzyło prawie czterdzieści lat temu? - spytała Robin, nie odrywając wzroku od witryny pizzerii.
- Wygląda na to, że przywiązuje wielką wagę do zbiegów okoliczności: zauważyła mnie w knajpie zaraz po tym, jak usłyszała od medium, że dostanie "znak".
- Hm - powiedziała Robin. - Czy po tak długim czasie są twoim zdaniem szanse na ustalenie, co się wydarzyło?
- Prawie żadne - przyznał Strike. - Z drugiej strony prawda gdzieś tam jest. Nikt tak po prostu nie rozpływa się w powietrzu.
Robin wychwyciła w jego głosie znajomą nutę wskazującą, że rozważa różne pytania i możliwości.
- Więc jutro znowu spotkasz się z tą córką?
- Co mi szkodzi, nie? - odparł Strike.
Robin nie odpowiedziała.
- Wiem, co sobie myślisz - powiedział, uprzedzając jej zastrzeżenia. - Wyczerpana nerwowo klientka, medium, sytuacja stwarzająca podatny grunt dla nadużyć.
- Nie sugeruję, że to ty dopuściłbyś się nadużyć...
- Więc równie dobrze mogę jej wysłuchać, prawda? W przeciwieństwie do wielu osób nie wziąłbym od niej pieniędzy za nic. A gdy wyczerpię wszystkie możliwości...
- Znam cię - weszła mu w słowo. - Im mniej się dowiadujesz, tym bardziej rośnie twoje zainteresowanie.
- Jeśli w sensownym czasie nie osiągnę żadnych wyników, chyba będę się musiał tłumaczyć przed jej żoną. To para homoseksualna - ciągnął. - Żona jest psycho...
- Cormoran, oddzwonię do ciebie - przerwała mu Robin i nie czekając na odpowiedź, zakończyła połączenie, po czym rzuciła komórkę z powrotem na miejsce pasażera.
Kępiasty właśnie wychodził z restauracji, a za nim pojawili się żona i synowie. Uśmiechnięci i pochłonięci rozmową, skierowali się w stronę samochodu, który stał zaparkowany pięć miejsc za land roverem. Gdy rodzina się zbliżała, Robin uniosła aparat i pstryknęła kilka zdjęć. Kiedy mijali land rovera, aparat leżał już na jej kolanach, a Robin siedziała z głową pochyloną nad telefonem, udając, że esemesuje. We wstecznym lusterku widziała, jak rodzina Kępiastego wsiada do range rovera i odjeżdża do willi nad morzem.
Znowu ziewając, Robin sięgnęła po komórkę i zadzwoniła do Strike'a.
- Zdobyłaś wszystko, co chciałaś? - spytał.
- No - odrzekła, przeglądając jedną ręką zdjęcia, a drugą trzymając telefon przy uchu. - Mam dwa ostre ujęcia, na których jest z synami. Boże, facet ma mocne geny. Cała czwórka dzieci odziedziczyła jego rysy twarzy.
Włożyła aparat z powrotem do torebki.
- Zdajesz sobie sprawę, że jestem tylko dwie godziny jazdy od St Mawes?
- Raczej trzy - powiedział.
- Jeśli chcesz...
- Chyba nie zamierzasz tu przyjechać, a potem wracać do Londynu? Przed chwilą mówiłaś, że jesteś wykończona.
Robin czuła jednak, że ten pomysł mu się spodobał. Jechał do Kornwalii pociągiem, taksówką i promem, ponieważ odkąd stracił nogę, długie podróże za kółkiem nie były dla niego ani łatwe, ani szczególnie przyjemne.
- Chciałabym poznać tę Annę. Potem mogłabym cię zabrać.
- Byłoby wspaniale - powiedział Strike weselszym głosem. - Jeśli podpiszemy z nią umowę, będziemy mogli razem pracować nad jej sprawą. Byłoby mnóstwo informacji do przesiania, to sprawa sprzed wielu lat, a wygląda na to, że właśnie rozpracowałaś Kępiastego.
- Tak - westchnęła. - Sprawa rozwiązana, tylko że to rozwiązanie zrujnuje życie sześciu osobom.
- Nikomu nie zrujnujesz życia - powiedział pokrzepiająco Strike. - To jego wina. Co jest lepsze: żeby wszystkie trzy kobiety dowiedziały się o tym teraz czy żeby odkryły prawdę po jego śmierci, kiedy zrobi się cholerny bałagan?
- Wiem - powiedziała Robin, znowu ziewając. - Chcesz, żebym przyjechała do domu w St Ma...
Jego "nie" padło błyskawicznie i stanowczo.
- One, to znaczy Anna i jej partnerka, są w Falmouth. Tam się spotkamy. Będziesz miała bliżej.
- Okej - powiedziała Robin. - O której?
- Dasz radę o wpół do dwunastej?
- Jasne - powiedziała.
- Napiszę ci w esemesie, gdzie się spotkamy. A teraz jedź się wyspać.
Przekręcając kluczyk w stacyjce, Robin poczuła, że humor zdecydowanie jej się poprawił. Po chwili, jakby obserwowali ją surowi sędziowie, a wśród nich Ilsa, Matthew i Charlotte Campbell, zdusiła uśmiech i wycofała się z miejsca parkingowego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
.