ROZDZIAŁ 1
Klik! Klik! Nie pasuje.
Nic nie pasowało. Nie powinno go tu być. I nie chciał tu być. A jednak
siedział, wciśnięty między kontener na śmieci a ścianę, i starał się nie
zwracać uwagi na ulewny deszcz. Deszcz był dobry, skracał perspektywę,
dawał naturalną ochronę. Tak, deszcz akurat był dobry.
Klik! Klik! Nie pasuje. Mókł, i to też było dobre. Niewygodne, ale i bardzo dobre, bo przypominało mu, że żyje. Choć przecież nie powinien.
Zor od siedmiu lat powinien być martwy.
Z szarego nieba lały się szare strugi wody. Wyższe piętra opuszczonej
Kibble Factory znikały w szarej nicości. Kawałek dalej widać było dolne
kondygnacje elektrowni Petrochem Betterlife. Arroyo, niezbyt miła
dzielnica Night City.
Nieliczni przechodnie przemykali, nie rozglądając się. Samochody
rozchlapywały kałuże. Nikt się nim nie interesował.
Klik! Klik! Nie pasuje. Spojrzał na swoje mokre dłonie i na magazynek,
który próbował załadować w gniazdo karabinu. Tyłem do przodu. Zapomniał,
jak to się robi. Siedem lat to dużo, nawet odruchy umierają.
Klik! Udało się. To wiele nie zmieni, bo cała reszta nie może się
udać, nie z tą ekipą. Szansa jak jeden do... stu? tysiąca? Nawet gdyby
była jak jeden do pięciu, to i tak za mało.
- Trzydzieści sekund - ze słuchawek dobiegł syntetyczny głos.
Nie powinno mnie tu być. Nie chcę tu być. Nie chcę tego robić. To się
nie może udać. Patrzył na swoje dłonie, trzymające karabin, i jednocześnie nie potrafił wyobrazić sobie lepszego miejsca. Nie potrafił
sobie wyobrazić żadnego innego miejsca i czasu, gdzie by pasował.
Deszcz, śmietnik i karabin. I żadnego wyboru.
- Dwadzieścia sekund. Zbliżają się. Gotowość!
Sięgnął do kieszeni i odwrócił zapasowy magazynek w dobrą stronę.
Położył dłonie na rękojeści i kolbie. Prawie pamiętał, jak to się robi.
Siedem lat to jednak dużo. Siedem lat i jedna śmierć po drodze. Własna.
Zza woali deszczu wyłoniła się przysadzista ciężarówka, na oko
opancerzona, przed nią jechał mniejszy samochód, też z pewnością tak
wzmocniony, że ten mały karabin na nic się nie zda.
Zor wolno wstał, nie opuszczając jednak swojej kryjówki. Ulica zwężała
się tu do jednego pasa. Drugi był rozkopany i zastawiony barierkami.
Ochrona powinna zachować szczególną ostrożność, a najlepiej zawczasu
wybrać inną trasę. Chyba zanadto polegali na kamuflażu - pojazdy nie
miały oficjalnych oznakowań i przypadkowy przechodzień widział w nich
tylko zwykły samochód osobowy i cywilną ciężarówkę.
- Zor! Teraz! - dobiegło ze słuchawek.
Zor wycelował i nacisnął spust. Krótki terkot karabinu odbił się echem
od ścian najbliższych budynków. Nieliczni przechodnie czmychnęli.
Ochrona z pewnością nie miała już wątpliwości, że kamuflaż konwoju
zawiódł. Pierwsza krótka seria przebiła pancerz z przodu samochodu
ochrony i unieruchomiła silnik. Odrzut był naprawdę mocny. Zor zerknął
na karabin. Militech M221 Saratoga nie wyglądał może imponująco, ale
amunicja penetrująca ze stopu wolframu bez problemu radziła sobie z lekkim pancerzem. Ze wzmocnionym ładunkiem prędkość wylotowa była
większa od standardowej, czyli karabin będzie do wyrzucenia po
kilkudziesięciu strzałach, ale teraz to bez znaczenia.
Przestało padać. Nikt nie wysiadał, mimo że spod maski samochodu eskorty
unosił się obłok pary, może dymu.
Według planu ciężarówka miała się zatrzymać na zwężeniu. I zatrzymała
się niemal co do centymetra w miejscu, gdzie powinna - deszcz nie zmył
jeszcze całkiem śladów kredy. Tuż za ciężarówką gwałtownie zahamowała
Quadra, sportowe coupé w stylu retro. Teraz ciężarówka próbowała się
wycofać, ale oparła się o przód osobówki, wgniatając go. Z Quadry
wysiadła wysoka, zgrabna kobieta. Krótkie, czarne włosy, szpilki,
elegancki, minimalistyczny strój. Oglądała zniszczenia. Zirytowana
korporatka, która znalazła się w złym miejscu i o złym czasie.
Dlaczego nie wysiadają?
* * *
Warden, oparty o rozkładany stół, obserwował sytuację na monitorach.
Zegar odliczał sekundy do przybycia policji. To i tak tylko szacunki.
Za oknami, w szarości ledwo majaczyły sąsiednie mieszkaniowce. Deszcz
sprzyjał jego planom, ale nie gwarantował powodzenia. Ile czasu minie,
zanim go namierzą? Bo namierzą, to niemal pewne. Trzydzieste trzecie
piętro niewykończonego mieszkaniowca w południowym Heywood, dobre trzy
kilometry od miejsca akcji, dawało pewien margines bezpieczeństwa na
wypadek porażki. Sprzęt wojskowy, w postaci modułów walizkowych, w razie
czego można złożyć i wynieść się stąd w dwie minuty.
Gorzej z netrunnerem.
Kable od sprzętu wiły się po betonowej podłodze, pokrytej drobnym
gruzem. Prowadziły do wanny, wypełnionej wodą z lodem. Hermetycznym
złączem wchodziły do interfejsu wpiętego w głowę netrunnera, który robił
teraz kilka rzeczy naraz, z czego najważniejsze było spowalnianie
policji i patroli ochrony. Raczej nie wiedział, że walczy też o swoje
życie. Wybudzenie z głębokiego dive'u zajmowało dużo czasu.
Warden wyjął z kabury pistolet, srebrny Tsunami Nue ze złotymi
elementami, i sprawdził poziom naładowania. Nie jest rozsądne zostawić
świadka, który tyle wie. Na razie jeszcze go potrzebował, i to bardzo.
Bez niego cała akcja nie miała szans się powieść.
Znów spojrzał na monitory. Dlaczego tamci nie wysiadają?
- Trzeba ich wykurzyć - rzucił do wszystkich. - Milena, cofnij się.
* * *
Korporatka gestykulowała i krzyczała coś o miernych umiejętnościach
kierowcy ciężarówki. W tych swoich niepraktycznych szpilkach i korporacyjnym kostiumiku wyglądała bardzo przekonująco. Naprawdę była w tym dobra! O strzałach sprzed kilku chwil jakby już zapomniała. Stanęła
na narysowanym kredą krzyżyku. Bezpieczne miejsce, poza strefą ostrzału.
A potem... wykonała jeszcze trzy kroki do przodu.
- Milena, cofnij się.
Nie słyszała albo udawała, że nie słyszy. W stresie nic nie idzie tak,
jak powinno.
- Ron, rozwal ich - polecił Warden.
- Ale Milena... Mogę ją trafić.
- Wszystkich was trafią, jak nie będziecie się trzymać planu.
- Daj mi chwilę. - Zor nie chciał ich zabijać, nikogo nie chciał
zabijać. - Mam dobry kąt.
Przełączył na pojedynczy ogień i strzelił w maskę samochodu stojącego
przed ciężarówką. Odłamki blachy rozprysnęły się w górę. Dopiero teraz
drzwi się otworzyły i ochrona pospiesznie wysiadała. Trzech
żółtodziobów, sądząc po sposobie, w jaki to zrobili. Mieli na sobie
uniformy Militechu i zaledwie podstawowe uzbrojenie. Z miejsca, w którym
stał Zor, dwóch mógł zdjąć od razu. Ale to nie było konieczne.
Milena zachowywała się, jakby nie usłyszała poleceń Wardena ani
wystrzału Zora. Darła się na kierowcę ciężarówki jak rodowita Włoszka,
którą zresztą być może była. Pokazywała "swój" samochód ze zniszczonym
przodem.
Wreszcie drzwi szoferki otworzyły się.
- Aya! Wchodzisz! - To był głos Wardena.
Ukryta za filarem Azjatka, szczupła i zwinna, miała zerowe doświadczenie
w takich akcjach, co dawało się dostrzec na pierwszy rzut oka. Chwilę
mocowała się z granatnikiem. Wreszcie rozległo się znajome pufnięcie.
Blady ślad dymu przeciął ulicę. O dziwo, trafiła.
- Borg, przygotuj się!
Z kabiny ciężarówki wydobywały się teraz gęste kłęby. Dwóch ludzi szybko
wysiadło, kiedy seria z lewej przecięła burtę. Połowa pocisków poszła w powietrze, ale jeden, raczej przypadkiem, dosięgnął kierowcę. Mężczyzna
upadł ciężko. Drugi ochroniarz wykonał przewrót i schował się za wielkim
tylnym kołem.
- Celuj lepiej!
Kolejna seria krzesała jedynie iskry na asfalcie - Borg nie umiał ani
trochę strzelać.
Milena, stukając obcasami, odbiegła za róg budynku i rzuciła stamtąd
kolejny granat dymny. Przeleciał łukiem nad ulicą i z metalicznym
odgłosem uderzył w latarnię. Odbił się i upadł kilka metrów od Zora.
Szlag! Gdyby celowała, toby tak nie trafiła!
Granat z sykiem wyrzucał z siebie siwy dym, częściowo zasłaniając Zorowi
widok.
Aya puściła serię w ciężarówkę. Chyba strzelała pierwszy raz w życiu,
żaden pocisk nie trafił celu, choć miała do niego nie więcej niż
trzydzieści metrów.
Trzech ochroniarzy w uniformach ostrzeliwało się zza samochodu. Walili
na oślep, nie potrafili zlokalizować napastników. Czwarty, ukryty za
kołem ciężarówki, wypatrzył Ayę, schowaną za wrastającym w ziemię
wrakiem samochodu.
- Aya, kryj się! - rzucił do mikrofonu Zor. Dziewczyna szybko schyliła
się, nim seria z ciężkiego karabinu przebiła blachę jak papier.
Karoseria auta Mileny nie zatrzymałaby pocisków, dlatego godzinę
wcześniej włożyli do środka panele balistyczne. Spełniły swoje zadanie.
- Aya, nie wychylaj się teraz - ostrzegł Zor.
Tych trzech musi zaczekać. Po kolei. Nie widział ochroniarza za tylnym
kołem ciężarówki, ale wiedział, że on tam jest. Wycelował w oponę.
Strzelił trzy razy: w górę, w środek i w dół. Ręce bolały go od odrzutu.
Zamek karabinka łapał luzy, zaraz się zatnie albo rozsypie. I tak nic to
nie dało - kule grzęzły w gumie. Za to teraz pozostali znali również i jego kryjówkę. Kilka kul świsnęło mu nad głową, posypał się tynk. Granat
dymny niespodziewanie okazał się wybawieniem. Jednak Zor nie mógł się
wychylić nawet na milimetr. Sekundy mijały i nic nie można było zrobić.
Typowy pat.
- Osłaniaj mnie! - rzuciła przez radio Aya.
Wyskoczyła z ukrycia.
- Aya... - zaczął Zor, ale było już za późno, by ją powstrzymać. Wychylił
się i strzelił kilka razy, bardziej na postrach, bo i tak ze swojej
pozycji nie miał szans nikogo trafić.
Dziewczyna wskoczyła na dach Quadry, z niego na tył ciężarówki i jednym
ruchem podciągnęła się na jej dach. Zrobiła to wszystko dwa razy
szybciej niż wyszkolony żołnierz. Kilka serii z karabinów przecięło
powietrze, Aya zeskoczyła i strzeliła trzy razy z bliska.
- Ron! - rzucił Warden.
- No nareszcie. Prawie tu zasnąłem.
Ciężki karabin załomotał basowo, ukryty gdzieś w oknie na pierwszym
piętrze. W górę poleciał gruz z rozłupanego trotuaru, strzeliła woda z hydrantu, zabębniła rwana na kawałki bariera wokół wykopu. Rozprysło się
nawet kilka szyb w budynku dobre sto metrów dalej. Samochód ochrony
pozostał nietknięty.
- Wow! - To był głos Mileny. - Ron, bardzo celnie!
- Pierwszy raz tego używam, do cholery!
Ochrona kryła się i na razie przestała strzelać - przynajmniej tyle.
- Aya! - krzyknął Zor. - Do mnie!
Dziewczyna wyskoczyła zza wraku samochodu i błyskawicznie dopadła
kryjówki Zora. Złapał ją i wciągnął za siebie.
- Dzięki. - Oparła się o ścianę, odgarnęła długie czarne włosy i sprawdziła broń. Z ramienia ciekła jej krew.
- Pokaż. - Zor delikatnie chwycił jej rękę i przyjrzał się ranie. Nie
była groźna.
- To tylko draśnięcie. - Aya niewprawnie załadowała nowy magazynek.
- Ron! - krzyknął do mikrofonu Zor.
- Się robi!
Krótka seria, może pięć pocisków, trzy w celu. Samochód ochrony rozpadł
się jak puszka konserw po wrzuceniu do niej petardy. Ochroniarze
odskoczyli od nieskutecznej już osłony.
- Kryć się! - To był Warden. - Ekranujcie broń.
Zor wskoczył za śmietnik, wepchnął dziewczynę głębiej.
- Broń za blachę - polecił.
* * *
Wizualizował sobie wszystko na bieżąco, bawił się ustawieniami
interfejsu, bo każdy netrunner stosował swoje sposoby na organizowanie
własnej cyberprzestrzeni. On lubił maksymalny porządek i żeby nie było
żadnych niepotrzebnych ozdobników-rozpraszaczy. Darował sobie animację
danych płynących kolejnymi kanałami. Czytelniejsze były różne kolory i stopnie jasności.
Sama akcja, tam w Arroyo, aż tak go nie pochłaniała. To nie było trudne,
jeśli myślało się o niej jak o grze, i to raczej prostej. Mógłby to
zrobić i na zwykłym cyberdecku, jednak ten sprzęt był zdecydowanie
potężniejszy. Dawał poczucie władzy nad rzeczywistością. A kody od Borga
rzeczywiście działały. Zmieniał światła uliczne w tej części Arroyo, jak
chciał.
Rozpierała go radość, bezcieleśnie obracał się w skonfigurowanym przez
siebie centrum sterowania. Podzielił niezbędne elementy na podgrupy i zawiesił w przestrzeni wokoło. Tkwił teraz w wypełnionej setkami symboli
i ikon nieregularnej sferze bez zewnętrza. Choć ono istniało, skryte za
czarnymi zasłonami zabezpieczeń LOD.
Pora na kolejny etap. Nie musiał się spieszyć. Czas tutaj mijał inaczej,
wolno. Zor biegnący w stronę kontenera na śmieci zdawał się poruszać jak
w gęstym oleju.
Podgląd z kamer miejskich bardzo pomagał. Technicy w centrum monitoringu
szukali teraz przyczyny awarii. Nie wiedzieli, że nie ma żadnej awarii.
Dojdą do tego, w końcu znajdą podmieniony NetIndex dla połowy dzielnicy,
ale nawet najlepszym zajmie to wystarczająco dużo czasu, by nie miało
już znaczenia.
Nie spodziewał się nieproszonych gości w tym swoim tymczasowym
królestwie. Na wszelki wypadek położył jednak na wszystkie wejścia
potrójne zabezpieczenia. Nawet jeżeli nie zatrzymają intruza, to tak go
spowolnią, że gdy wreszcie dostanie się do środka, znajdzie tylko
pustkę.
Dwa czerwone minimalistyczne prostokąty - takie, jakie lubił - unosiły
się po lewej stronie. Sterowanie detonatorów.
Nacisnął je niematerialną dłonią, komendomyślą właściwie.
* * *
Dwa punktowe ładunki EMP, ukryte w śmieciach zalegających rynsztoki,
odpaliły z cichymi ćwierknięciami. Licznik amunicji z boku karabinu Zora
zamigotał, ale nic więcej się nie wydarzyło - mechanizm spustowy był
konwencjonalny. Aya drgnęła. Zor czuł bijące od niej ciepło.
Borg z prawej strzelał po wszystkim, po czym się dało.
- EPM nic nam nie zrobi. - Zor próbował pocieszyć dziewczynę. Kiwnęła
głową.
Stalowy kontener znów się przydał. Za to zaawansowana broń ochrony
zrestartuje się za jakieś pięć sekund. Dla nich to o pięć sekund za
późno.
Teraz!
- Teraz! - polecił Warden.
Zor wyskoczył z ukrycia i otworzył ogień. Borg i Ron powinni ich
osłaniać, szlag! Zor nie strzelał w powietrze, żeby nie trafić w budynki, celował w ziemię, by wyhamować energię i narobić więcej hałasu.
Snopy iskier i fruwające fragmenty nawierzchni dawały lepszy efekt. I tak brzęknęło kilka szyb, rozbitych odłamkami. Aya biegła tuż za nim i próbowała go we wszystkim naśladować.
- Borg, transport! - Głos Wardena.
Ochroniarze konwoju odrzucili broń i zwyczajnie unieśli ręce.
Pięknie. Amatorka po obu stronach.
Strzał! Jeden z ochroniarzy padł.
- Borg! - Zor obejrzał się za siebie. - Wstrzymaj ogień!
Dobiegł do ochroniarzy i kopnął ich karabiny pod wrak samochodu. Klepnął
jednego w ramię, żeby ten stanął przodem do ocalałego fragmentu bariery
wokół wykopu. Drugi, równie przerażony, szybko zrobił to samo, bez
ponaglania. Aya przeszukała ich pobieżnie. Wyjęła im pistolety z kabur.
Nawet nie próbowali ich wcześniej użyć.
Borg wyszedł wreszcie z ukrycia, w tym swoim fioletowo-granatowym
obcisłym kombinezonie. Zbliżał się przesadnie nonszalanckim krokiem,
jakby uczestniczył w takich akcjach rutynowo. Zielone włosy powiewały
nad wysokim czołem. Przymierzał się do kolejnego strzału.
- Opuść broń! - krzyknął Zor.
Borg nie zamierzał posłuchać. Uśmiechał się jak dzieciak, który planuje
zrobić coś zabronionego.
- Borg, transport! - Tym razem był to głos Wardena. - Trzymaj się
planu.
- Słyszałeś - warknął Zor.
Borg niedbałym ruchem oparł lufę karabinu o ramię. Skrzywił się i szybko
ją uniósł. Nie zdążyła wystygnąć. Przerwał połączenie, aby Warden go nie
słyszał:
- Taki plan, że my tu nadstawiamy dupy - rzucił - a on sobie siedzi
bezpiecznie i wydaje polecenia.
Podwinął rękaw i chwilę majstrował przy panelu powyżej nadgarstka.
Piknęło, a jego ramiona i barki zaczęły puchnąć. W kilka sekund urosły
prawie o połowę. Zaśmiał się głośno i pocałował napięty biceps.
- Robi wrażenie, co? - Zerknął na Ayę.
- Niespecjalnie. - Nawet na niego nie spojrzała. Trzymała na muszce
dwóch ochroniarzy. - Zajmij się transportem.
- Czas! - ponaglił syntetyczny głos netrunnera.
Borg niechętnie odwrócił się i niespiesznie podbiegł w stronę miejsca,
gdzie miał być ponad pół minuty temu. Duża niezgodność z planem.
Już dało się słyszeć syreny policyjne.
- Spierdalać! - polecił Zor ochroniarzom, jednocześnie łagodnie opuścił
ręce dziewczyny.
Z krótkim zawahaniem i niedowierzaniem ochroniarze odbiegli, prawie się
przewracając o własne nogi.
- Zamek! - rzucił Zor.
Aya obiegła pojazd, długie włosy powiewały za nią jak czarna flaga. Była
naprawdę szybka, ale Zor nie dostrzegał w niej niczego, co by świadczyło
o obecności implantów. Sam został przy kabinie i pilnował wylotu ulicy.
- Mina przyczepiona - zameldowała Aya. - Pięć sekund.
Usłyszeli ryk silnika na nienaturalnie wysokich obrotach, śmieciarka już
cofała.
- Co jest...? - zdziwił się Borg. - Kurwa, to ja miałem prowadzić.
- To trzeba było prowadzić, zamiast pierdolić - powiedziała przez
radio Milena.
Aya wybiegła zza burty ciężarówki, oparła się plecami o przedni zderzak
i zamknęła oczy.
Wybuch nie był nawet szczególnie głośny. Bardziej kapiszon niż granat.
Ale o to właśnie chodziło, żeby nie uszkodzić ładunku.
Obiegli ciężarówkę i wspólnie otworzyli drzwi ładowni.
- Co mam robić? - zapytał przez radio Ron.
- Już nic - odparł Zor. - Przejmujemy ładunek i zjeżdżamy stąd, bo zaraz
tu będzie nie tylko policja, ale i 6th Street gang. Zejdź do nas.
Do ciężarówki tyłem podjeżdżała śmieciarka. Borg, niezadowolony,
naprowadzał Milenę gestami. Zdaje się, że nigdy wcześniej nie prowadziła
niczego większego niż miejski samochód. Przytarła błotnik Quadry.
Nieważne, przecież kradziona.
W ładowni ciężarówki, na samym środku, przypięty pasami, spoczywał cel
ich akcji - szary kontener.
Chwilę stali, wpatrując się w niego. Wyglądał... poważnie. Jednak nie było
czasu na podziwianie zdobyczy. Zor przeciął pasy mocujące i na próbę
pociągnął za uchwyt. Kontener nawet nie drgnął.
- Nie przeniesiemy tego! - krzyknął. - Borg, przydaj się na coś.
Borg podszedł do panelu sterującego, przylepionego taśmą do burty
śmieciarki. Panel nie był szczególnie wymyślny, bo i czasu na jego
przygotowanie nie mieli zbyt wiele. Ramię dźwigu wysunęło się z dachu,
ciągnąc za sobą pasy z hakami. Zor zaczepił je o uchwyty po bokach
Kontenera. Prowizoryczne spawy na dachu śmieciarki zatrzeszczały.
- Waży ze trzysta kilo - powiedział z uznaniem Borg. - Co tam, kurwa,
jest w środku?
Syreny policyjne były coraz głośniejsze.
- Macie dwie minuty - poinformował ich netrunner.
- Zgadujesz czy wiesz? - zapytała Aya.
- Mogę wam kupić dodatkowe pół minuty, nie więcej.
Zor zerknął na dziewczynę. Pomyślał, że mógłby w tej akcji zrezygnować z reszty zespołu, ale nie z niej. No i nie z netrunnera, kimkolwiek był.
W bramie opuszczonej fabryki pojawiła się wysoka, nawet nie tyle
szczupła, ile chuda postać. Zor sięgnął po pistolet.
- Ron! - Zatrzymał ruch w połowie. - Ostrzegaj wcześniej.
- Hej! Hej... - Ron zrobił unik, dobrą sekundę za późno. - Jesteśmy po tej
samej stronie, pamiętasz? - Teatralnie złapał się za pierś. - Uff!
Dzięki, że mnie oszczędziłeś.
Za duża robocza kurtka wisiała na jego ramionach jak worek. Krótkie,
szpakowate włosy sterczały w nieładzie. Wydawał się nie przejmować całą
sytuacją, jakby ta nie była realna, lecz rozgrywała się w braindansie,
który można zapauzować, albo i cofnąć, po czym przejść trudny fragment
ponownie.
Kontener wielkości przeciętnej wanny wyglądał niepozornie, ale dach
śmieciarki wygiął się, a całe ramię pochyliło pod jego ciężarem. Udało
się jednak wciągnąć ładunek nad zbierak śmieci.
- Czas!
Zor ponownie przeciął pasy. Kontener z głuchym dźwiękiem uderzył o dno
zbieraka.
- Wsiadamy!
* * *
Warden obserwował na ekranie śmieciarkę odjeżdżającą na pełnym gazie z miejsca akcji. Uniósł brew, gdy zderzakiem zahaczyła zaparkowany
samochód i wepchnęła go w latarnię.
Na mniejszym ekranie, kilka przecznic dalej dwa pojazdy policyjne
pędziły w przeciwnym kierunku.
Czekał na patrole Militechu, są przecież szybsi od glin. Nie było ich
jednak nigdzie widać.
Powoli dopuszczał do siebie myśl, że naprawdę im się udało. Wcześniej w to nie wierzył, bo założenia całej operacji, przygotowane przez klienta,
wydawały się dziwne, wręcz nierealne do wykonania. Zwykle klient mówi,
czego chce i ile może zapłacić. Ten przyszedł z gotowym planem, w dodatku głupim. Ale, o dziwo, ten plan właśnie zadziałał. Czyli może nie
był taki głupi. Wardenowi przebiegło przez myśl, że ta strategia może
mieć przyszłość. Zmusić grupę amatorów, żeby odwalili całą robotę. W razie niepowodzenia nic nie ryzykujesz.
Potrzebna jest tylko mała modyfikacja: nie powinni znać twojej
tożsamości.
* * *
- Zwolnij, babo! - Borg przytrzymał się siedzenia, drugą ręką odgarnął
mokre zielone włosy. - Rozwalisz nas!
- Sam jesteś baba. - Milena z zacięciem usiłowała utrzymać prosty tor
jazdy i uśmiechała się. Prowadzenie ciężarówki najwyraźniej się jej
podobało.
Zor wymienił spojrzenie z Ronem.
- Zwolnij, nie możemy się rzucać w oczy - przyznał Zor. - Śmieciarki
jeżdżą wolno.
Chciał mieć to już za sobą, a głupio by było wpaść w taki sposób. Dał
się wrobić, choć to nie był żaden błąd, raczej pech. Nie miał wyboru.
Każde z nich znalazło się tu z jakiegoś powodu i każde miało do
stracenia coś wartego kilka minut ryzyka.
Milena zaczepiła o śmietnik. Zmięła pod nosem przekleństwo i niechętnie
zwolniła.
Ron odwrócił się i kiwnął palcem na Ayę.
- Pokaż rękę - poprosił.
Wysunęła ramię w jego stronę. Pochylił się nad raną i przestawił optykę
oczu na dziesięciokrotne powiększenie.
- Potem znajdę lekarza - powiedziała dziewczyna.
- Już znalazłaś. Pozwól, że to naprawię.
Nie protestowała. Ron rozerwał materiał wilgotnego od deszczu rękawa,
wyjął z kieszeni malutką puszkę i psiknął czymś na ranę. Bezbarwny płyn
zapienił się i szybko odparował. Sześciopalczaste, metaliczne dłonie
Rona wykonały błyskawiczny taniec nad uszkodzonymi tkankami. Krótkie
błyski lasera z jednego palca prawej dłoni idealnie synchronizowały się
z palcami lewej, które delikatnymi ruchami przysuwały do siebie rozciętą
skórę. Wstrząsy na nierównej nawierzchni zdawały się w najmniejszym
stopniu mu nie przeszkadzać. Wszystko trwało chwilę, a na ramieniu
dziewczyny została tylko wąska, ciemniejsza kreska.
- Zniknie bez śladu - obiecał.
- Dzięki. - Aya uśmiechnęła się do niego krótko i wróciła na miejsce
obok Borga, które służyło raczej do przewożenia akcesoriów, takich jak
wykrywacze promieniowania i skażeń chemicznych, niż do siedzenia. Borg
położył jej rękę na udzie, na co dziewczyna zareagowała takim
spojrzeniem, że natychmiast ją zdjął i na wszelki wypadek się odsunął.
Zor siedział przyciśnięty do drzwi po prawej stronie. Obserwował
pozostalych.
Ron, ripperdoc, który znalazł się w złym momencie i w złym miejscu. Zor
przyglądał się jego sześciopalczastym dłoniom, o tytanowym korpusie i stawach, miękkiej nanogąbce na opuszkach, pokrytej czymś zupełnie
nieprzypominającym RealSkinn. Precyzyjny model produkcji Zetatech, drogi
sprzęt. Co mu Warden wyciągnął, że zmusił go do tej roboty?
Zor miał niejasne wrażenie, że kiedyś już się spotkali.
Milena skręciła, prawie kasując przy okazji słup z sygnalizacją.
- Ups - mruknęła. - Ależ to ma promień skrętu...
Ile mogła mieć modyfikacji odmładzających? Czterdzieści parę lat, choć
na pierwszy rzut oka ciało młodsze o połowę. Ale tylko na pierwszy rzut
oka. Tych gestów, nieco wolniejszych, tego doboru słownictwa, sposobu, w jaki przechylała głowę, tego nie da się oszukać żadnymi modyfikacjami.
Może kiedyś albo nawet już teraz, lecz za większe pieniądze. Cybernetyka
przyspieszy gestykulację i będzie tobą trząchać, zanim pomyślisz, żeby
ruszyć ręką. Głupio być pasażerem we własnym ciele.
Aya, kolejna zagadka. Żadnych widocznych modyfikacji, to dziś rzadkość.
Niesamowicie szybka, czyli dużo ćwiczy, czyli zdyscyplinowana.
Kim był netrunner, trudno się było zorientować. Panował nad wszystkim i wszystko trzymał w garści. Tak naprawdę on jeden był niezastąpiony, bez
niego nic by nie wyszło.
- W prawo - pozbawiony intonacji syntetyczny głos brzmiał, jakby jego
posiadaczowi na niczym nie zależało. - Przez dwa skrzyżowania macie
zielone światło. Potem w lewo.
- A dzięki komu, cieniasy? - zapytał z tyłu Borg. - To moje kody na to
pozwalają! Beze mnie...
No a kim był Borg? Liczne modyfikacje, wszystkie mało użyteczne.
Poszerzenie szczęki, coś wszczepione w kark, w barki i w ramiona. Nie
wiadomo co, ale zwiększało raczej objętość niż siłę. Nieważne, nie ma
potrzeby zastanawiać się nad tym. Przekażą Kontener zleceniodawcy, każde
pójdzie w swoją stronę i nigdy więcej się nie spotkają.
Siedzieli stłoczeni w kabinie i obserwowali ulicę, która w magiczny
sposób pustoszała przed nimi. Netrunner zdalnie zmieniał sekwencje
świateł ulicznych tak, że pojazdy policyjne grzęzły w korkach. Za to ich
śmieciarka korzystała z dobrodziejstw idealnej zielonej fali. Milenie
uśmiech nie schodził z twarzy.
I jeszcze coś.
- Zatrzymaj się. - Zor powiedział to takim tonem, że Milena po prostu
wcisnęła hamulec.
Zjechała na prawo i przyzwyczajona do czułych hamulców osobówki, z rozpędu przepchnęła jeszcze zderzakiem wrak samochodu.
- Nieźle. - Ron uśmiechnął się bez radości. - Tak trzeba żyć...
Deszcz przestał bębnić o dach. Stali pod wiaduktem.
- Wyłączcie telefony. - Zor pierwszy wyłączył swój.
Reszta z lekkim ociąganiem zrobiła to samo, komendomyślą, w przeciwieństwie do Zora nie ruszyli choćby palcem.
- Słuchawki w uszach... - Borg prychnął z pogardą. - Nie stać cię na
wszczep?
- Nie lubię elektroniki w głowie - odparł Zor.
On i Aya nie używali wszczepionych holofonów. Dziewczyna jednak miała
łącze neuralink podpięte do fizycznego, zewnętrznego urządzenia. Dopóki
potrzebowali jedynie komunikacji głosowej, Zor wolał zwykłe słuchawki.
Nie planowali przecież holokonferencji.
- Czemu wybrał akurat nas? - zapytał.
Dłuższą chwilę patrzyli na niego w milczeniu.
- Może dlatego, że jesteśmy zajebiście dobrzy - parsknął Borg. - Poszło
jak po maśle. Widziałeś ich miny? Srali ze strachu na nasz widok.
- Bo nie spodziewali się żadnych kłopotów - sprostował Ron. - Nawet tak
małych jak my.
- Bali się. - Milena wyjęła z kieszeni papierosa, wetknęła w fifkę i przypaliła. Po kabinie rozszedł się fiołkowy aromat. - Byli nowi,
niedoświadczeni. Przerażeni, owszem, bo nikt ich nie przeszkolił.
Myśleli, że zadanie będzie proste.
- No to zakończyliśmy chłopakom dzieciństwo - rzucił Ron.
- Niektórym za jednym zamachem też dorosłość i starość. - Milena
wykonała nieokreślony gest dłonią z papierosem. - Bo ktoś nie umiał się
trzymać planu.
- Warden wybrał nas, bo nic nie ryzykował - powiedziała Aya. - Nasza
śmierć nic by go nie kosztowała.
- I nic nie będzie go kosztowała teraz - dodał Zor. - Na razie jesteśmy
mu potrzebni. Przestaniemy, kiedy dostanie Kontener.
* * *
Co znowu?
Warden obserwował śmieciarkę, stojącą pod wiaduktem.
- Dlaczego się zatrzymaliście? - zapytał.
Brak odpowiedzi. Co za banda amatorów! Jeśli już teraz stwarzają
problemy, to jutro będzie jeszcze gorzej. A problemy lepiej rozwiązywać
szybko, zanim zaczną pączkować kolejnymi. Niestety, klient wyraźnie
zaznaczył, że mają przeżyć. Skąd u niego taka wrażliwość?
Wyjął z kabury pistolet, przyjrzał mu się i z czułością przejechał
dłonią po gładkim metalu. A gdyby tak zmienić nieco warunki umowy? Mniej
świadków, mniej problemów. Reszta bez zmian. Od niechcenia wycelował w leżącego w wannie netrunnera.
- To nie jest rozsądne - powiedział syntetyczny głos. - Spójrz na
ekran.
Warden pochylił się nad sprzętem. Główny ekran wyświetlał wnętrze
niewykończonego piętra mieszkaniowca. Czterdziestoletni, barczysty,
pokryty tatuażami czarnoskóry w płaszczu z matowej sztucznej skóry
pochylał się nad sprzętem.
Warden szybkim ruchem wycelował broń w wiszącego za oknem drona.
- Nie warto. - Syntetyczny głos był pozbawiony emocji. - Zapis całej
akcji leży bezpieczny daleko stąd. Jeśli coś mi się przydarzy, zapis
opublikuje się w sieci.
Warden wolnym krokiem podszedł do wanny. Oparł się o jej krawędź i zbliżył swoją twarz do twarzy netrunnera. Gdyby nie kolorowe migotanie
przebijające przez powieki, mogłoby się wydawać, że ten zasnął podczas
kąpieli. Lód już się prawie rozpuścił.
- Mogę utrzymywać twoje ciało przy życiu, jak długo będzie trzeba -
powiedział Warden szorstkim szeptem.
Netrunner nie odpowiedział. Warden uśmiechnął się. Wyprostował się i schował pistolet.
- Nie pietraj. Dostaniesz, co obiecałem. Bawię się bronią, bo lubię. Nie
mam innych zabawek.
* * *
- Kurwa, nie pękajmy! - ożywił się Borg. - To my mamy Kontener. Możemy
mu go sprzedać!
- Ty chyba nie do końca rozumiesz naszą sytuację. - Ron spojrzał na
Borga. - To jest jego gra, on ustala zasady.
- To zmieńmy zasady. To my jesteśmy gangiem, a nie on.
Milena tylko pokręciła głową.
- Każde z nas ma coś do stracenia - przyznał Ron.
- Tak? - zapytał Borg. - A ty co na przykład, staruszku?
- Cierpliwość na pewno, jeśli zaraz nie wyłączysz opcji "wszechwiedzący
buc".
- Jeśli Warden nie dostanie Kontenera zgodnie z planem, spełni swoje
groźby - dodała Milena. - Nie wiem, co ma na was, ale chyba coś grubego,
skoro w to weszliście. Zakończmy to i rozejdźmy się, każdy do swojego
życia.
- A ty skąd to niby wiesz? - Borg pomasował ramię. Skrzywił się, tak,
lufa z pewnością była gorąca. - Skąd wiesz, że spełni te swoje groźby?
- Znam się na ludziach. - Milena zaciągnęła się i wydmuchnęła dym w jego
stronę. - Można powiedzieć, zawodowo.
Ron uśmiechnął się.
- Wiemy, kim jest - odezwał się Zor. - Dopóki żyjemy, jesteśmy dla niego
zagrożeniem.
- Znamy jego tożsamość - powiedziała Milena. - Gdyby chciał, bez trudu
by ją przed nami zataił. Nie zrobił tego, bo czuje się bezkarny i bezpieczny. Potem to my się będziemy bać, nie on. I trzymać język za
zębami, bo jego groźby długo pozostaną aktualne.
- Dobra, no to jedźmy w końcu. - Borg oparł głowę o tylną ścianę kabiny,
aż rozległ się głuchy odgłos. - Zgarniamy kasę i zapominamy o sprawie.
- Kasę? - zapytała zdziwiona Aya.
- Znaczy... - Borg lekko się przygarbił. - Miejmy to za sobą. Chyba że wam
się podoba smród tej śmieciary.
* * *
Ochroniarz wpuścił ich bez pytania, a właściwie to i bez patrzenia.
Rozsądny człowiek. Podziemny garaż był niemal pusty, oświetlony jedynie
w kilku miejscach słabymi lampami roboczymi. Filary, rozstawione w równych odstępach, rzucały długie cienie. Deweloper wpadł widać w problemy finansowe na samym finiszu, bo nie zdążył zainstalować nawet
normalnego oświetlenia.
Wysiedli. Podłogę pokrywała warstewka wody, co nawet lepiej tłumaczyło
brak bezdomnych niż introwertyzm ochroniarza. Z jednej strony chcieli to
już mieć za sobą, z drugiej wcale im się nie spieszyło do spotkania z Wardenem. To miejsce było wręcz wymarzone do załatwienia sprawy po
cichu. Dowolnej sprawy.
- I co? - Borg rozłożył ręce i rozejrzał się po betonowym wnętrzu. -
Gdzie ten nasz szefunio?
Ron spojrzał na dach śmieciarki. Do sufitu brakowało ledwie kilku
centymetrów.
- Ciekawe, czy to dowodzi jego inteligencji i perfekcjonizmu -
zastanowił się - czy wprost przeciwnie.
Nikt nie zdążył tego skomentować, bo usłyszeli głos Wardena:
- Całą broń włóżcie do skrzyni.
Tym razem przed nimi pojawił się hologram Wardena. Widzieli go wszyscy
poza Zorem - on słyszał tylko głos.
Skrzynia stała przy drzwiach windy. Zor pogratulował mu w myślach.
Logiczne posunięcie. Jeśli komuś grozisz, to nie chcesz, by i on mógł
grozić tobie.
Zor nie planował zemsty na Wardenie. Chciał tylko wrócić do normalności,
jeśli tym mianem można określić jego życie. Pierwszy wrzucił do skrzyni
karabin, już i tak złom, a zaraz po nim pistolet. Skoro do tej pory grał
na zasadach Wardena, to tak dokończy. Bez wszczepek musiał polegać na
swoich instynktach i wyuczonych dawno temu procedurach. Totalna
amatorka, ale przecież nie pierwsza tego dnia. Mógł zginąć godzinę temu,
teraz, za minutę, za pięć. Nie bał się. Może to by nawet było dobre
zakończenie - bezsensowna śmierć
wieńcząca bezsensowne życie. Piękna wizja, unieść ręce, albo i nie
unosić, żeby nie kusić ocalenia i szybciej zdeptać to niepotrzebne
istnienie. Wystarczy zaczekać, aż cię trafi przypadkowa, albo i nieprzypadkowa, kula i skończy się świat. Czarny deszcz uderza o szyby
i zdmuchnięty pędem, ucieka do tyłu, w noc. Światła Night City,
przygaszone, daleko po lewej. Z przodu, na horyzoncie łuna pożaru. Jest
już za późno...
- Zor...
Ocknął się, pochylony nad skrzynią z bronią. Aya zabrała dłoń z jego
ramienia. Wyprostował się. Nic się nie stało. Poza Ayą jedynie stojący
kawałek dalej Ron zauważył sytuację. Nie skomentował, ale dłuższą chwilę
badawczo obserwował Zora.
Drzwi windy otworzyły się jak wrota niebios. Albo piekieł. Zamarli.
Pasek światła rozszerzył się, a Warden, w długim płaszczu, wkroczył na
parking jak jakiś bóg. Albo demon. Wszedł we własny hologram, który -
już niepotrzebny - zniknął.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki