Rozdział 2
Jak zapowiedziała matka, Gabriel został z Grace, kiedy ich rodzice wylecieli z Londynu następnego dnia rano. Wcześniej jednak pojawili się na uroczystym śniadaniu, na którym zjawiła się także królowa Charlotte.
Louis przyglądał jej się przez całe spotkanie - wyglądała dość dobrze, lecz nie mógł nie zauważyć tego, jak drżały jej ręce, kiedy unosiła szklankę do ust. Kilka cichych kaszlnięć także nie uszło jego uwadze.
Zganił się w myślach za to, że jest zbyt przewrażliwiony. W końcu to starsza osoba - drżące dłonie to najnormalniejsza rzecz na świecie.
Przechadzał się zaśnieżoną ścieżką po królewskich ogrodach, kiedy jego rodzice żegnali rodziców jego przyszłej żony. Już za godzinę mieli pojechać do pałacu Kensington, gdzie Grace oraz Gabriel spędzą najbliższe dwa tygodnie.
Nie mógł się doczekać, aż w końcu się tam znajdzie. Aż zamknie się w swoim apartamencie, w swojej sypialni i nie wyjdzie z niej przez najbliższych kilka godzin.
W pewnym momencie, kiedy przystanął przed krzewem, który na lato przyozdobią piękne czerwone róże i wbijał w niego pusty wzrok, usłyszał, jak ktoś woła jego imię. Odwrócił się w stronę, skąd dobiegał głos. Ujrzał Grace, która pomachała do niego i zaczęła się zbliżać.
- Szukałam cię - rzekła, kiedy zatrzymała się przy nim. Owinęła się długim czarnym płaszczem, mimo to lekko trzęsła się z zimna. Było dość chłodno, lecz Louisowi zupełnie to nie przeszkadzało.
- Coś się stało?
Pokręciła głową.
- Nie. Po prostu chciałam z tobą porozmawiać. Przy śniadaniu nie było okazji. Gabriel skupił całą uwagę na sobie. - Nie powiedziała tego ze złośliwością. Raczej z lekko wyczuwalną czułością w głosie.
- Nie zaprzeczę.
- On po prostu już taki jest. Te lata w Stanach, a potem wojsko... Trochę go to zmieniło. Trzeba się do niego przyzwyczaić. Tyle. - Uśmiechnęła się. - Mam nadzieję, że się dogadacie. Zależy mi na tym. - Zaczęli kierować się w stronę pałacu.
- Postaram się - rzucił, choć wiedział, że to prawdopodobnie kłamstwo. Jednak nie chciał wdawać się teraz z Grace w pogawędkę o jej głupim bracie.
- Dziękuję. - Dziewczyna posłała mu wdzięczny uśmiech, co też sprawiło, że Louis momentalnie poczuł się źle.
- Podobało ci się przyjęcie? - zapytał. Chciał zmienić temat, aby poczucie winy nie zdążyło dostatecznie urosnąć i sprawić, że poczuje się jak najgorszy człowiek chodzący po tym świecie.
Rozmawiali przez chwilę, wspominając niemożliwie nudny bal, aż w pewnym momencie oboje zaczęli się śmiać. Śmiech Grace był słodki i zdecydowanie okazał się czymś, czego Louis teraz potrzebował. Zwłaszcza kiedy w oddali zauważył Gabriela, który wyglądał, jakby na nich czekał.
- Co tam? - zapytała księżniczka, gdy znaleźli się wewnątrz budynku.
Gabriel zerknął na księcia Cambridge, który akurat w tym momencie zaczął uważnie przyglądać się kafelkom pod swoimi stopami, jakby były najpiękniejszymi dziełami sztuki, jakie kiedykolwiek widział.
- Rodzice wyjechali. Kazali cię jeszcze raz przytulić i przekazać, abyś dobrze się bawiła. - Jego spojrzenie przeniosło się na siostrę. Objął ją i uniósł lekko do góry, na co zareagowała śmiechem. - Przed pałacem czeka samochód, który ma zabrać nas do Kensington. Nasze rzeczy już tam wyjechały. - Ponownie zerknął na Louisa. - Twoi rodzice wyruszyli z królową do Windsor. Rosalind kazała przekazać, że będzie wieczorem, a Eugenia... Chyba nic nie mówiła. Nadal gdzieś się tu kręci, gdybyś chciał z nią porozmawiać.
- Myślę, że Eugenia się nie pogniewa, jeśli wyjadę bez pożegnania. Rosalind zapewne i tak ściągnie ją na dzisiejszy wieczór.
- A co jest dzisiejszego wieczoru? - zainteresowała się Grace. Wzruszył ramionami.
- Nie mam pojęcia. Rosalind powiedziała mi tylko, że wieczorem wszyscy mamy czekać na nią w moim apartamencie.
- Wyczuwam zabawę z alkoholem. - Usta Gabriela rozciągnęły się w uśmiechu, a Grace trzepnęła go w ramię.
- Zachowuj się.
Chłopak posłał jej słodki uśmiech.
- Co to za zabawa bez alkoholu?
- Kiedyś zrzucę cię ze schodów i upozoruję wypadek. Przysięgam.
Louisowi bardzo spodobał się ten pomysł. Mógłby pomóc w spychaniu na przykład.
- Jak dobrze, że mnie kochasz i tego nie zrobisz.
Grace westchnęła.
- Nienawidzę, kiedy masz rację.
***
Młody książę przekonał się, że jego plan natychmiastowego zamknięcia się w swojej sypialni nie wypali, w momencie, w którym dojechali na miejsce. Przecież musiał zaprowadzić Grace oraz Gabriela do ich tymczasowych pokojów, może nawet oprowadzić rodzeństwo po zamku. Cóż, oczywiście nie musiał, mógł to zrobić jakikolwiek strażnik, aczkolwiek wczoraj obiecał to matce.
Gdyby chodziło o samą Grace, nie narzekałby. Jednak Gabriel również tam był i Louis nie mógł dłużej udawać, że chłopak nie istnieje. Robił to od rana aż do teraz.
Jesteś dorosłym facetem, więc i tak się zachowuj - zganił się w myślach.
- Pokażę wam, gdzie będziecie spali, a potem, jeśli chcecie, mogę was oprowadzić po zamku. A przynajmniej po tej jego części.
Grace posłała mu uśmiech.
- Bardzo chętnie, ale czy możemy to przełożyć na potem? Boli mnie głowa i chciałabym się na chwilę położyć.
- Oczywiście.
Apartament Grace znajdował się na tym samym piętrze co apartament Rosalind. Powiedział, że gdyby czegoś potrzebowała, w każdej chwili może do niej wpaść - Louis tylko powtarzał słowa siostry.
- A dla mnie co? Lochy w piwnicy? - Gabriel, który się nie odzywał, odkąd wyjechali z pałacu Buckingham, w końcu postanowił przerwać milczenie.
- Jeśli chcesz.
- Gdyby to od ciebie zależało, spałbym na drugim końcu pałacu, co?
- Gdyby to ode mnie zależało, nie byłoby cię tutaj.
Gabriel zaśmiał się krótko.
- Jak dobrze, że to nie zależy od ciebie.
- Jak dobrze, że właśnie stoimy przed twoim apartamentem i zaraz znikniesz mi z oczu.
- Nie oprowadzisz mnie?
- Nie.
- Ponieważ?
- Ponieważ nie będę robił tego dwa razy - odpowiedział. - Jeśli masz ochotę na wycieczkę, to proszę bardzo. - Odszedł, nie czekając na odpowiedź.
- Jesteś niemiły!
- Wydaje ci się.
- Jesteś bardzo niemiły.
Louis nie mógł powstrzymać małego uśmiechu.
- Skoro tak uważasz.
- To jeden z twoich sekretów. Udajesz miłego, ale tak naprawdę jesteś wielkim gburem.
Tym razem książę roześmiał się na głos. Odwrócił się w stronę Gabriela, który stał w otwartych drzwiach i patrzył za nim z uśmiechem.
- Brawo. Właśnie odkryłeś jeden z moich sekretów. Dwadzieścia punktów dla... - Zamyślił się na chwilę. - Gryffindoru. Zdecydowanie jesteś Gryfonem. Jesteś tak samo głupi jak oni.
Teraz to Gabriel się roześmiał - całkowicie szczerze i niewymuszenie.
- Szanuję. Ale skoro ja jestem Gryfonem, a ty, bez dwóch zdań, okropnym Ślizgonem, chyba nie przypadniemy sobie do gustu.
- Okropnie mi przykro z tego powodu. - Teatralnie przyłożył rękę do miejsca na klatce piersiowej, gdzie znajdowało się serce.
- Właśnie widzę.
- Chyba pójdę wypłakać się w moją aksamitną poduszkę.
Duńczyk parsknął.
Kiedy Louis był zirytowany i jak najszybciej chciał oddalić się od tego chłopaka, aby w końcu nie musieć patrzeć na jego twarz, ten wydawał się wyraźnie rozbawiony ich rozmową. Nie zrażał go nawet wyraz twarzy księcia Cambridge - wyraz twarzy osoby, która ma dość, która nie ma ochoty na dalszą rozmowę i którą niewiele dzieli od powiedzenia czegoś naprawdę niemiłego.
- Idź, zanim twój wzrok uzyska moc zabijania i padnę tu trupem. Będzie bardzo nieciekawie, kiedy znajdą moje martwe ciało. Wybuchnie ogromny skandal.
Blondyn popatrzył na niego jak na ostatniego na świecie idiotę, a następnie bez słowa odwrócił się na pięcie, aby długim korytarzem przejść na sam jego koniec, tam, gdzie znajdował się jego apartament.
I się uśmiechał. Uśmiechał się sam do siebie. A kiedy zdał sobie z tego sprawę, kiedy spojrzał na swoje odbicie w mijanym właśnie oknie i to zauważył, potrząsnął głową i szybko zacisnął usta w wąską linię.
Głupi książę.
***
Louis siedział na czarnej skórzanej kanapie w swoim salonie. Grace była tuż obok z kubkiem herbaty w dłoni. Gabriel przechadzał się po pomieszczeniu, oglądając wszystko, co wpadło mu w oko. Czekali na Rosalind, która pisała, że niedługo się zjawi.
Książę Danii zatrzymał się przy półce ze zdjęciami.
- O, właśnie takiego cię zapamiętałem. Mały, chudy Louis chodzący za mną jak piesek. Taki trochę wrzód na tyłku. - Odwrócił się w ich stronę, trzymając zdjęcie Louisa z czasów, kiedy miał około dziesięć lat.
- Gabe. - Grace skarciła go wzrokiem.
Blondyn przewrócił oczami.
- Jak dobrze, że już z tego wyrosłem.
Gabriel odłożył zdjęcie i wziął do ręki kolejne - Louis miał na nim osiemnaście lat, to był pierwszy dzień studiów. Przez chwilę przyglądał się fotografii, a następnie spojrzał na Louisa.
- Zmieniłeś się.
- No co ty nie powiesz?
- Mam na myśli... - Zerknął przelotnie na Grace. Dziewczyna właśnie sięgała po telefon, który się zaświecił.
- Mama - powiedziała, wstając i wychodząc. Louis zdążył usłyszeć, że wita się z kobietą i pyta, jak minął lot, nim zamknęła za sobą drzwi.
- Masz smutniejsze oczy.
- Słucham?
- Masz smutniejsze oczy - powtórzył Gabriel, odkładając ramkę ze zdjęciem. Stanął obok kominka, a Louis przez chwilę zapatrzył się w buchający z niego ogień. - Teraz. Na zdjęciu wydajesz się nieco szczęśliwszy.
Zamrugał kilka razy, zapewne wyglądając przy tym bardzo głupio, aczkolwiek absolutnie nie wiedział, jak ma zareagować na słowa Gabriela.
Smutne oczy. Czy rzeczywiście miał smutne oczy? Czy to, że jest nieszczęśliwy, doprawdy można było wyczytać tylko z jego cholernych oczu? Wydawało mu się, że dobrze to ukrywa. Że maska, którą nosi, jest szczelna i nie musi się obawiać tego, że ktoś zauważy jego nieszczęście.
- Głupoty gadasz - mruknął.
- Mówię tylko, co zauważyłem.
- Nie znasz mnie, Gabriel.
- Oczy bardzo dużo mówią o człowieku, wiesz?
- Nie. Znasz. Mnie - powtórzył, akcentując każde słowo. - Odpuść.
Ku zaskoczeniu Louisa chłopak posłusznie pokiwał głową i odwrócił się z powrotem do przeglądanych chwilę temu zdjęć.
Cisza trwała aż do momentu, kiedy zjawiły się Grace z Rosalind.
- Co to za plany na ten wieczór? - zapytał Gabriel.
- Och, to nic wielkiego. Chciałam po prostu spędzić z wami czas przy lampce wina. Ewentualnie kilku lampkach. Porozmawiać sobie. Zwłaszcza o tobie, Gabrielu. - Posłała mu ciepłe spojrzenie. - Widzę cię pierwszy raz od wielu lat. Nie uciekniesz przed moimi pytaniami.
Wspomniany chłopak się roześmiał.
- Odpowiem na każde, Rose.
Uśmiechnęła się. Dziewczyna nie przepadała za swoim pełnym imieniem. Uważała, że rodzice nie byli do końca trzeźwi, kiedy jej je nadawali.
- Ty - wskazała na Louisa - i Gabriel pójdziecie do piwnicy i weźmiecie jakieś dobre wino, a ja i Grace zajmiemy się przekąskami. Nie jest jeszcze zbyt późno. Myślę, że ktoś nadal powinien być w kuchni.
- W razie czego mam coś u ciebie. - Chłopak spojrzał na siostrę.
- Jedzenie na czarną godzinę. Mój brat nigdy mnie nie zawodzi. - Uścisnęła chłopaka, a następnie razem z Grace wyszły, rozmawiając między sobą. Pozostała dwójka niechętnie zrobiła to samo.
Louis szedł przodem, Gabriel wlókł się za nim. Zatrzymał się przed drzwiami, które prowadziły do piwnicy.
- Idziesz?
- Nie.
Blondyn uniósł brew.
- A powodem tego jest...?
- Nie przepadam za pomieszczeniami, które znajdują się pod ziemią.
- A może po prostu boisz się ciemności? - zakpił.
- Jeśli tak właśnie chcesz myśleć, to proszę bardzo. Idź, ja tu zaczekam.
Książę przewrócił oczami i samotnie zszedł na dół, wcześniej zapalając światło. Szybko znalazł piwniczkę, gdzie przetrzymywali wino, i zgarnął cztery butelki - jeśli miał spędzić najbliższe godziny w towarzystwie Gabriela, będzie potrzebował przyjaciela w postaci dobrego alkoholu.
- Widzę, że ktoś tu jest bardzo spragniony.
Gabriel odebrał od niego dwie butelki.
- Butelka na głowę.
Książę Danii się roześmiał.
- Moja siostra wypije lampkę, góra dwie. Nie jest wielką miłośniczką alkoholu.
- W przeciwieństwie do ciebie?
- W przeciwieństwie do mnie.
Kilkanaście minut później siedzieli całą czwórką, każdy z pierwszą lampką wina w dłoni. Grace właśnie opowiadała o swoim ostatnim pobycie w Australii - była tam z rodzicami na krótkich wakacjach. Louis starał się wyglądać na zainteresowanego, jednak myślami błądził zupełnie gdzie indziej.
Niebawem ta dziewczyna miała zostać jego żoną. Grace, cudowna Grace. Grace, na którą nie zasługiwał. Grace, która sama zasługiwała na kogoś znacznie lepszego - na kogoś, kto nie będzie jej okłamywał na każdym kroku, na kogoś, kto da jej szczęście i sam będzie z nią szczęśliwy.
- A ty, Gabriel? Opowiadaj, co u ciebie. - Słowa Rosalind sprawiły, że Louis mimowolnie się zainteresował. Niemniej starał się udawać, że wcale tak nie jest. Upił łyk wina i rzucił wspomnianemu chłopakowi krótkie spojrzenie.
- Mówiąc szczerze, jest tyle rzeczy do opowiedzenia, że nie wiem nawet, od czego powinienem zacząć. Zapytaj mnie o cokolwiek, a ja postaram się odpowiedzieć.
- Jak ci się żyło w Stanach? Spędziłeś tam chyba z dziesięć lat, prawda? - Gabriel skinął głową. - To kawał życia.
Rosalind rozsiadła się wygodnie, sięgnęła po wino i bez jakiegokolwiek skrępowania pociągnęła łyk z butelki. Gabriel wydawał się lekko zaskoczony, ale także sprawiał wrażenie, jakby Rose mu zaimponowała.
- No co? To, że jestem księżniczką, nie oznacza, że nie potrafię pić jak człowiek - powiedziała, śmiejąc się.
- Jestem pod wrażeniem.
- I powinieneś. - Teatralnym gestem odgarnęła do tyłu długie włosy, po czym dodała: - Więc opowiadaj. Prawie dziesięć lat w Stanach. Gdzie dokładnie mieszkałeś? Podobało ci się?
- Przez większość czasu mieszkałem w Nowym Jorku. Prawdę mówiąc, nadal tam mieszkam. Po szkole kupiłem sobie mieszkanie i spędzam tam większość swojego czasu.
Louis zazdrościł mu tej swobody. Mógł robić, co chciał, i nikt nie patrzył mu przy tym na ręce. Gdyby Louis chciał coś takiego zrobić, gdyby powiedział rodzicom, że chciałby studiować za granicą, ci prawdopodobnie by go wyśmiali. Cóż, może nie do końca wyśmiali, aczkolwiek matka z czułością pogłaskałaby go po głowie, powiedziała, że to bardzo głupi pomysł, że ma dobre uczelnie tuż pod nosem i bez sensu jest wyjeżdżać za granicę. Ojciec zapewne by jej przytaknął, jak robił to niemal zawsze.
Ojciec Louisa nie pochodził z monarszej rodziny. Jego rodzice byli prawnikami, a syn poszedł w ich ślady. Był zwykłym mężczyzną, którego matka trzydzieści lat temu poznała na studiach i bez pamięci się w nim zakochała. Mężczyzną, za którego po niecałych dwóch latach wyszła za mąż, a następnie urodziła mu trójkę wspaniałych dzieci.
Ludzie często go pomijali, często uważali, że człowiek taki jak on nie powinien należeć do rodziny królewskiej. Nie przejmował się tym - wiedział, że te słowa nie mają znaczenia. Jego żona go wybrała, pokochała i tylko to się dla niego liczyło.
To nie tak, że nie miał własnego zdania i słuchał tego, co mówi mu żona. Czasami miał do powiedzenia więcej niż księżna Elizabeth, jednakże jeśli w grę wchodziły sprawy rodzicielskie, to kobieta przejmowała pełną kontrolę.
- Nie mów, że na studiach nie mieszkałeś w akademiku? - Rose oparła butelkę na kolanie.
- Błagam cię, Rose, miałem pozwolić, aby ominęło mnie coś takiego jak mieszkanie w akademiku? - Pokręcił stanowczo głową. - Przez większość czasu tak. Na ostatnim roku postanowiłem przenieść się do swojego mieszkania. Miałem więcej swobody, więcej czasu na naukę. Nikt nie stał mi nad głową, kiedy wkuwałem.
- Miałeś wolną rękę? Mam na myśli to, że robiłeś, co ci się żywnie podobało?
- Praktycznie tak. Wiadomo, miałem ze sobą dwójkę ochroniarzy, ale poza nimi nikt inny mnie nie kontrolował.
- Ale zajebiście. - Rose często przeklinała i nic sobie z tego nie robiła. Zawsze powtarzała, że jest tylko człowiekiem, a nie maszyną. Nie musi i nie chce być idealna. - Jestem pewna, że nie przegapiłeś żadnej akademickiej imprezy, co?
Gabriel uśmiechnął się całkowicie niewinnie.
- Akademickie imprezy w Stanach to zupełnie inny wymiar.
- Ile bym dała, aby kiedyś się na taką wybrać. - Rozmarzyła się. - Musisz mnie kiedyś zabrać do Nowego Jorku i wziąć ze sobą na taką imprezę. Błagam, Gabriel, to moje nowe marzenie, o którym nie miałam pojęcia, a ty właśnie je odblokowałeś.
Książę się roześmiał i skinął głową.
- Nie widzę żadnych przeszkód.
- A co ze znajomymi? Wiedzieli, że jesteś księciem?
- Z początku nie. Pewnego dnia jeden z kumpli zapytał mnie, co to za koleś, który cały czas za mną chodzi i nie odrywa ode mnie wzroku ani na sekundę. - Zaśmiał się. - Wtedy powiedziałem im, kim jestem. Nie ukrywałem tego specjalnie, po prostu nie widziałem sensu, aby się tym chwalić.
- Byli pod wrażeniem?
- Trochę. - Pokiwał głową i sięgnął po butelkę, aby dolać sobie wina. - Poprosiłem ich jednak o to, aby nadal traktowali mnie tak samo. Wciąż byłem tym samym Gabrielem, którego poznali kilka miesięcy wcześniej. Bardzo nie chciałem, aby ich nastawienie do mnie się zmieniło.
- A zmieniło się?
- Nie. - Uśmiechnął się. - Czasami po prostu sobie ze mnie kpili. Ale to nie było złośliwe. To była raczej... Przyjacielska kpina? Jeśli takie coś w ogóle istnieje. Żartowali sobie ze mnie, śmiali się, lecz nigdy nie odczułem, że robią to, aby mi dopiec, abym poczuł się źle.
Rosalind pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Spotykałeś się z kimś?
Grace cicho się roześmiała i powiedziała:
- Nie licz na to, że cokolwiek ci powie na temat swoich związków. Sama nie potrafię tego z niego wyciągnąć.
Rosalind rzuciła Gabrielowi błagające spojrzenie.
- No weź!
Książę z uśmiechem pokręcił głową.
- Wybacz, moje związki to temat tabu.
Dziewczyna prychnęła i się napiła. Po chwili zastanowienia ponownie się odezwała.
- No dobrze. Więc od razu po powrocie ze Stanów zaciągnąłeś się do wojska?
Pokiwał głową.
- Zaciągnąłem się zaraz po powrocie do Danii, na początku roku, niecałe trzy lata temu. Wyszedłem w styczniu tego roku.
- Gdzie służyłeś?
- Rose. - Louis westchnął.
- W porządku. Sam obiecałem, że odpowiem na wszystkie pytania. - Uśmiechnął się do księżniczki. - Niemal wszystkie - poprawił się i puścił do Rosalind oczko. - Siły powietrzne. W Stanach wyrobiłem sobie licencję pilota.
- Lubisz to? Mam na myśli latanie.
- Kocham, Rose. Kiedy pierwszy raz tam poszedłem, byłem bardzo sceptycznie nastawiony. W mojej głowie kłębiła się myśl, że robię to tylko ze względu na ojca, ponieważ on sam był pilotem. Lecz kiedy usiadłem za sterami, kiedy chwyciłem ten ster w dłonie... Cholera, pokochałem to.
Uśmiechnął się i jego uśmiech w tej chwili był tak szczery, tak prawdziwy, że Louis nie mógł powstrzymać się przed rozciągnięciem swoich ust w podobny sposób.
- I przede wszystkim w końcu mogłem być jak Han Solo.
- Jak kto? - Rosalind zmarszczyła brwi.
- Nie wierzę, że nie wiesz, kto to Han Solo! - Gabriel wykrzyknął z oburzeniem.
- To jakiś... Znany pilot? - mruknęła niepewnie. Grace się roześmiała, a Gabriel patrzył na Rose, jakby na środku czoła wyrosło jej trzecie oko. Louis zachichotał. Siostra posłała mu oburzone spojrzenie. - No co?
- To postać z Gwiezdnych Wojen - odpowiedział, co też sprawiło, że Gabriel posłał mu krótkie, ni to zaskoczone, ni to mówiące, że jest pod wrażeniem, spojrzenie.
Louis uwielbiał tę serię filmów. W dzieciństwie ojciec zaraził go miłością do nich i tak zostało aż do teraz. Oglądał je zawsze, kiedy tylko miał na to czas. Albo kiedy się nudził. Lub kiedy miał doła i nic nie było w stanie poprawić mu nastroju. Albo kiedy nie miał doła, lecz po prostu uznawał, że to idealny czas, aby znów obejrzeć tę serię.
- Och, to te filmy, na punkcie których masz obsesję?
- Nie mam żadnej obsesji - burknął.
- A ja nie jestem księżniczką i nie mam na sobie spodni od Gucciego.
- Głupie porównanie.
- A ty masz obsesję.
- Nie mam.
- Gabriel też ma, jeśli to sprawi, że poczujesz się lepiej - wtrąciła Grace.
- Nieprawda. - Tym razem to Gabriel zaprzeczył. - Po prostu lubię Gwiezdne Wojny. Nie mam żadnej obsesji.
- Twój pokój w naszej letniej rezydencji wręcz krzyczy: "mam obsesję na punkcie Gwiezdnych Wojen", Gabe.
- Bezczelne kłamstwo - odpowiedział, mimo że dobrze wiedział, iż to prawda.
- Nazwałeś kota Skywalker.
- I jestem z tego bardzo dumny. Drugi będzie się nazywał Han Solo.
Grace pokręciła głową z uśmiechem i dolała sobie trochę wina. Rosalind upiła kilka łyków z butelki, a Louis ukradkiem obserwował Gabriela. Mężczyzna wyciągnął telefon i z dumą zaczął pokazywać Rose zdjęcia swojego kota.
- Jaki słodki! Lou, chodź, zobacz.
Gabriel zerknął na niego dosłownie na sekundę, lecz książę Cambridge zdążył to zarejestrować.
Oczywiście, że chciał wstać i obejrzeć zdjęcia razem z siostrą. Kochał zwierzęta, a już w szczególności koty. Jednak zdusił w sobie tę chęć, pokręcił przecząco głową i dopił do końca swoją lampkę.
Odwrócił wzrok, więc nie mógł dostrzec posłanego w jego stronę zawiedzionego spojrzenia księcia Danii.