Rozdział 3
Winnie
Przynieś ręcznik.
Przynieś ręcznik?
Nie wiem, czy coś takiego znajdę w tym domu.
Idę do kuchni, bo wydawałoby się, że to prawdopodobne miejsce, i zaczynam otwierać szafki. Serce dudni mi w uszach, a ręce się trzęsą.
Tam było tyle krwi.
Bash... O mój Boże.
Niedobrze mi.
Jak dużo krwi może utracić książę wróżek? Nie wiem wystarczająco dużo o Nibylandii czy panującej tu magii. Nie wiem nic na żaden temat.
Otwierając ostatnią szafkę, krzyczę z ulgą, gdy znajduję tam stos ręczników. Biorę kilka i biegnę z powrotem na strych.
Kas trzyma Basha w objęciach, tak by ranny miał głowę w pionie. Oderwał kawałek koszuli, by go zawiązać wokół szyi brata. Krew na drewnianej podłodze wygląda jak surowy, abstrakcyjny obraz. Cała podłoga jest nią wymazana, a kałuża krwi szybko się powiększa. Nie mam pojęcia, ile jej się tam znajduje, ale Bash jest z pewnością zbyt blady.
- Szybciej, Darling - pogania mnie Kas, głos mu drży.
Biegnę do niego, ślizgając się na krwi. Upadam na podłogę i się podnoszę. Razem przyciskamy ręczniki do gardła Basha.
Gdzie jest Pan? A Vane? Jeśli Pan odzyskał swój cień, może jest w stanie coś tu zaradzić. Przecież miał być wszechmocny, prawda?
Oczy Basha są szkliste i odległe.
- Co robimy? - pytam.
- Nie wiem, Darling. - Kasowi zbiera się na płacz. - Nie mam, kurwa, pojęcia.
Trzyma brata w ramionach i przytula go do piersi.
- Czy wróżki... Czy wy nie macie mocy uzdrawiających?
- Owszem, ale utrata krwi... - Zaciska zęby i przymyka oczy. - Stracił za dużo krwi - mówi, z powrotem unosząc na mnie wzrok.
Przełykam ślinę pomimo guli, która rośnie mi w gardle, i biorę rękę Basha w swoje dłonie. Ma zimne, bezwolne palce.
Zanim pojawiłam się w Nibylandii, zanim poznałam bliźniaków, nawet nie wierzyłam we wróżki. Cóż, niemal zabiłam Kasa, gdy powiedziałam, że nie...
Zaraz, zaraz.
- Słuchaj - zaczynam, a Kas wbija we mnie niewidzący wzrok. - Pamiętasz, jak mi powiedziałeś, że jeśli się powie, że się nie wierzy wiesz-w-co, to cię zabije?
Kas oblizuje usta. Twarz ma brudną od krwi.
- Pamiętam - mówi, a w jego głosie słychać wahanie. Widzę, jak nadzieja ulatuje z jego serca i na ten widok czuję ból w piersiach, a żołądek mi się zaciska.
- To bardzo prosta rzecz, a ma taką moc, prawda?
- Do czego zmierzasz?
- To musi być magia.
- Pewnie tak.
- No więc, co się stanie, jeśli ktoś powie coś przeciwnego? Co się wydarzy, gdy, dajmy na to, powiesz "Wierzę we wróżki".
Bash rzuca się i wydaje z siebie zduszony jęk.
Kas patrzy na brata, a potem na mnie. Jego oczy są teraz szeroko otwarte.
- Zrób to ponownie.
- Wierzę we wróżki. - Ściskam rękę Basha. - Wierzę we wróżki.
Bash bierze kolejny haust powietrza.
- Jeszcze raz, Darling.
- Wierzę we wróżki!
Bash wypada z objęć Kasa na podłogę, a tam, na czworakach, wciąga w płuca powietrze.
- Nie wierzę - mówi Kas. - Udało ci się.
- Wszystko w porządku? - pytam Basha i zwalczam odruch, by go dotknąć.
Chłopak przewraca się na plecy i mruga, patrząc na sufitowe belki.
- Ja pierdolę - mówi. - To było...
- Popieprzone jak jasna cholera - kończy za niego Kas.
- Przerażające - dodaję.
- Odjazdowe - szepcze Bash, a Kas szturcha go w ramię. - Ty popieprzony dupku. Myślałem, że nie żyjesz!
Bash, mrugając, dotyka skóry wokół gardła. Na stosie ubrań obok niego leżą też mój ręcznik i koszulka.
- Też tak myślałem. Ale co z tobą, bracie. Umieranie byłoby niesamowicie odjazdowe.
- Nienawidzę cię, ty kolosalny dupku.
- Muszę się napić - oświadcza Bash i wstaje.
W towarzystwie tych dwóch kręci mi się w głowie. Wciąż się trzęsę, jest mi zimno i nadal czuję odrobinę gorączkowego przerażenia po tym, jak życie niemal uszło z Basha, a ja na to patrzyłam. Chłopak wciąż leży skąpany we własnej krwi, ale będzie żył.
- Gdzie jest Pan? - pyta.
- Jeszcze go nie widzieliśmy - odpowiada Kas, który wciąż leży na podłodze, w kałuży braterskiej krwi. Nadal jest wstrząśnięty, a jego oczy są daleko stąd.
Krew chlupocze pod butami Basha, gdy ten idzie do baru.
Unoszę ręce i widzę, że je też umazałam sobie szkarłatem. Myślę, że i mnie przydałoby się coś mocniejszego.
- Chodź, Darling - mówi Kas i się podnosi, a potem wyciera się czystym ręcznikiem. Podaje mi rękę, która nadal umazana jest czerwienią, i pomaga mi się podnieść.
Gdy przechodzimy przez strych, krętymi schodami wchodzą na górę Pan i Vane.
Energia w pomieszczeniu od razu ulega zmianie.
Pan patrzy na krew na podłodze, na mnie i bliźniaków uwalanych jej śladami, ale się nie odzywa.
Idzie do baru, chwyta pierwszą z brzegu butelkę i odkorkowuje ją z głośnym syknięciem.
Coś jest nie tak. Nie zachowuje się jak facet, który świętuje sukces.
Przytyka usta do butelki, a jabłko Adama szybko się porusza, gdy wypija wszystko do ostatniej kropli. Gdy w końcu łapie oddech, w jego napiętych mięśniach i ścięgnach ramion widać z trudem wstrzymywaną wściekłość. Żyła na jego czole nabrzmiewa.
- Znalazłeś swój cień? - pyta Bash, zbierając się na odwagę.
Vane szybko potrząsa głową. To raczej ostrzeżenie niż odpowiedź.
Pan kołysze się na nogach, a włoski na moim karku stają na baczność.
W końcu chwyta butelkę i rzuca nią o ścianę, patrząc, jak rozbija się na drobne kawałki. Resztki rumu rozbryzgują się w powietrzu, a szkło grzechocze na posadzce. Bierze kolejną butelkę i ją też rozbija. Potem przeciąga ręką wzdłuż baru, zwalając i niszcząc wszystko, co jest w jego zasięgu.
- Zabierzcie ją stąd - mówi Vane, podchodząc do Pana.
- Chodź, Darling. - Kas obejmuje mnie mocno zakrwawionym ramieniem.
Pan wydaje z siebie dziki ryk i roztrzaskuje kolejne butelki, a potem znowu ryczy z wściekłością. Chwyta za koniec stołu i rzuca nim o ścianę. Drewno eksploduje jak bomba.
Robi mi się słabo.
- Nie udało mu się - mówię, patrząc przez ramię Kasa, gdy wyprowadza mnie ze strychu. - Stracił swój cień, Cień śmierci zniknął, a Bash omal nie umarł, do tego...
- Wszystko będzie dobrze. - Kas wpuszcza mnie do mojego pokoju i zamyka za nami drzwi.
- Jak możesz tak mówić? Twój brat prawie stracił życie. To miał być moment chwały. Pan znalazł swój cień. Miał dostać go z powrotem i wszystko miało...
- Winnie. - Kas bierze moją twarz w dłonie. Cali jesteśmy umazani krwią. Na zewnątrz słychać, jak Pan rzuca się z wściekłością, roztrzaskując, co się da. - Posłuchaj mnie, Darling. Wszystko będzie dobrze.
- On zawsze tak się zachowuje?
- Czy Król Nibylandii ma wybuchową naturę? - parska. - Owszem. Nawet bardzo.
- Przeraża mnie.
- Przejdzie mu.
- Nie schwytał swojego cienia.
- Na to wygląda.
- To wszystko moja wina.
- Niby jak? Nie. - Drobne linie wokół jego oczu pogłębiają się, gdy marszczy czoło. - Jak możesz tak mówić?
- Zabrały mu go moje przodkinie. Stracił go dwa razy z powodu kobiet z rodu Darlingów.
- Nie. - Kas kręci głową. - To moja matka uknuła spisek, by mu go zabrać. Tamta Darling była tylko ślepym narzędziem, którym się posłużyła.
Patrzę na niego oczami pełnymi łez.
Nienawidzę płakać.
Kas zakłada mi włosy za ucho, a ta miękka pieszczota jego palców wywołuje dreszcz wzdłuż moich pleców.
- Twoją matką była Blaszany Dzwoneczek? - pytam. - Jak możesz tu być, skoro to Pan ją zabił?
Kas popycha mnie delikatnie do łazienki, trzymając ręce na moich ramionach.
- Nasza matka była pieprzoną suką. - Zapala światło. - Była zazdrosna o każdą kobietę, która się do niego zbliżyła. Chciała być królową u boku Pana, króla Nibylandii. Gdy odrzucił jej zaloty, wybrała naszego ojca - króla wróżek, jako tego gorszego. Była po prostu zwykłą, domową wróżką zachłanną na władzę.
Kas odkręca kran i sprawdza temperaturę wody.
- Miała tylko jedną zaletę - była przepiękna, a do tego tak lodowato zimna, że aż piekło. Mój ojciec chciał ją zmiękczyć. Nigdy mu się to nie udało.
Gdy stwierdza, że woda nadaje się już do kąpieli, wkłada korek do wanny i zaczyna ją napełniać. Podchodzi do mnie i łapie za brzeg mojej sukienki, a potem unosi moje ręce, by ją zdjąć.
- Dlaczego go zabiliście? - pytam.
Zdejmuje sukienkę jednym gładkim ruchem.
- Bo on też był chciwy i zachłannie czegoś pragnął.
- Czego?
- Władzy.
- Każdy na tej wyspie chce władzy.
- Owszem, między innymi. - Wzrok Kasa wędruje po moim nagim ciele ubrudzonym krwią. Widzę wybrzuszenie pod jego rozporkiem i mam wielką ochotę położyć tam ręce.
Czy to nie popieprzone, że dramatyczne wydarzenia sprawiają, że chcę się pogrążyć w przyjemności? Być może krew i rany powodują, że chcę dotykać, żeby przestać myśleć i czuć? Być może. A może wszyscy jesteśmy po prostu popieprzeni i pełni zła. Niewykluczone, że właśnie dlatego czuję, że pasuję do tego miejsca.
Patrzę na ciało Kasa. Jest nagi od pasa w górę, a proste linie jego tatuażu zaczynają falować w okolicach brzucha. Wyciągam dłoń i przesuwam palcami po jednej z nich od piersi w dół. Napina mięśnie brzucha pod moim dotykiem i nagle czuję tę pulsującą potrzebę.
- Zachowałaś się bardzo mądrze - mówi cicho. W jego głosie słyszę, że się powstrzymuje. - Ocaliłaś życie mojemu bratu i nigdy ci tego nie zapomnę.
- To były tylko słowa.
- To była magia. - Dotyka mojej skóry powyżej piersi, nad sercem. Moje sutki napinają się, wyczuwając bliskość jego palców, a ja nie mogę nic na to poradzić i wyginam plecy, przysuwając się do niego. - Magia i determinacja, by go ocalić.
- Podjęłam decyzję, by wrócić tu z wami. Z każdym z was - podkreślam.
Pozwalam, by mój palec pozostał na linii tatuażu, mijam jego pępek i wsuwam go poniżej linii dżinsów.
Gdy mam już go wsunąć w slipy, Kas powstrzymuje moją rękę.
- Idź do wanny, Darling. Umyj się. - Puszcza moje ramię. - Nie wychodź z pokoju, dopóki ci nie powiemy, że już możesz.
- Zostawiasz mnie samą? - Wyciągam do niego ręce, ale już jest daleko.
- Jeśli tu zostanę jeszcze chwilę, oprę cię o brzeg wanny i będę pieprzył, aż twoje żebra pokryją się siniakami.
Prostuję plecy.
- Może tego właśnie chcę.
- Nie chcesz - mówi. - Gdy już włożę kutasa w twoją ciasną cipkę, nie będzie to akt desperacji. Umyj się i wypocznij.
Zatrzymuje się za progiem łazienki i patrzy na mnie przez ramię. Ciemne włosy nadal ma związane, ale kilka luźnych pasm wydostało się z węzła i wiszą mu wokół twarzy w zakrwawionych strąkach. To dopiero widok. Widok zakrwawionego, odważnego, cudownego faceta.
- Bądź grzeczną dziewczynką - mówi. - Rób, co ci każę.
Potem znika.
Kas jest najmilszym facetem z nich wszystkich i to dlatego, gdy już mi rozkazuje, podnieca mnie to jeszcze bardziej, niż gdy robią to pozostali.
To tak, jakby wilk przebrany za owcę zdjął kostium i obnażył ostre kły.