2
Pokój znajdował się na pierwszym piętrze. Stały w nim dwa łóżka, na których ułożono świeżą pościel w kwiaty, oprócz tego szafa, krzesła i stolik z dwiema szklankami. Ściany były białe. Ozdabiały je dwa obrazy - pejzaże przedstawiające jezioro, kilka drzew i łódki z wędkarzami. W pokoju unosił się nieprzyjemny zapach kojarzący się z wonią kulki na mole. Kto wie, może zresztą wciąż kilka z nich znajdowało się w szafie.
Czarny rzucił walizkę na łóżko. Ściągnął kurtkę i położył ją obok, a potem otworzył szeroko okno, żeby wpuścić trochę świeżego powietrza.
- No to jesteśmy - powiedział ponuro.
Drugie posłanie należało więc do mnie. Umieściłem na nim swoją torbę i zacząłem kręcić głową to w jedną, to w drugą stronę. Od długiej jazdy samochodem bolały mnie kark, plecy i mięśnie. Zrobiłem dwadzieścia przysiadów, po czym wziąłem się za pompki.
- Popisujesz się - mruknął Czarny.
W międzyczasie zdążył wyjąć z walizki kosmetyczkę i długi ręcznik. Zdjął koszulkę, spodnie. Był dobrze zbudowany, umięśniony, ale nieprzesadnie. Jego tors był zupełnie gładki. Musiał go regularnie golić. Na boku dostrzegłem brzydką długą bliznę, która ciągnęła się w dół od żeber. Wyglądała jak ślad po cięciu nożem.
- Znajdę łazienkę, wysram się i wezmę prysznic - rzucił, wychodząc z pokoju.
Zostałem sam. Podszedłem do okna i wyjrzałem na zewnątrz. Mieliśmy widok na podwórze i nasz samochód. Właścicielka pensjonatu wciąż stała tam, gdzie ją zostawiliśmy. Rozmawiała z kimś przez telefon. W pewnym momencie podniosła głowę, a gdy nasze spojrzenia się spotkały, zaczerwieniła się, spłoszona. Przycisnęła mocniej telefon do policzka i schowała się przede mną.
Usiadłem na łóżku, zastanawiając się, w jaką awanturę właśnie się wplątuję. Zacząłem żałować, że mam starą nokię zamiast nowego telefonu z dostępem do internetu. Chętnie dowiedziałbym się czegoś o tej zamordowanej dziewczynie. Czarny nie powiedział mi wszystkiego. Na razie jednak byłem skazany na jego dobrą wolę - niezbyt wesoła perspektywa.
Gangster wrócił do pokoju po około piętnastu minutach. W jego włosach lśniły jeszcze kropelki wody. Rzucił ręcznikiem i przemaszerował przez pokój nagi, zupełnie nie przejmując się moją obecnością. Ubrał się, potem przyjrzał się sobie w lustrze i poprawił fryzurę.
- Zdycham z głodu - oznajmił. - Chodźmy coś zjeść.
- Nie dostaniemy kolacji?
- Od tej starej raszpli? Tylko spanie, przyjacielu. I tak jestem zaskoczony, że przygotowała nam świeżą pościel, a w łazience jest ciepła woda.
- Dziwnie na ciebie patrzyła. Znasz ją?
Uśmiechnął się krzywo.
- Nie - powiedział i wskazał palcem na swoją twarz. - Po prostu zobaczyła Cygana i sądzi, że nie marzę o niczym innym tylko o tym, żeby ukraść jej te stare prześcieradła.
Włożył kurtkę, pogrzebał w walizce i wyjął z niej nóż sprężynowy. Wsadził go do kieszeni.
- Idziemy? - zapytał.
Przytaknąłem. Kiedy opuściliśmy pokój, zamknął drzwi na klucz i zeszliśmy po schodach. Dom był urządzony w ten sposób, że na piętrze znajdowały się pomieszczenia dla gości, a na parterze mieszkała gospodyni. Z głębi dobiegały odgłosy włączonego telewizora, nigdzie jednak nie widzieliśmy właścicielki.
Poszliśmy w stronę głównej ulicy. Przez chwilę wydawało mi się, że wilki z sąsiednich podwórek śledzą nas wzrokiem. Pomyślałem, że będę potrzebować trochę czasu, by przyzwyczaić się do obecności tych dziwnych drewnianych rzeźb.
Miasteczko wyglądało na wymarłe. O tym, że mieszkali w nim ludzie, świadczyły tylko światła w domach i zaparkowane na podwórkach samochody. Wieczór przyniósł ze sobą przyjemny chłód, co stanowiło miłą odmianę, bo wrzesień był do tej pory bardzo ciepły, wręcz upalny. Zatrzymaliśmy się na zakręcie i zaczęliśmy się rozglądać. Nie przejeżdżał żaden samochód. Widzieliśmy jedynie psa pospiesznie przemykającego pod płotem, z nosem przy ziemi. Z dźwięków dochodziły tylko skrzeki przelatujących nad naszymi głowami wodnych ptaków.
Zabiłem komara, który usiadł mi na szyi.
- Tam jest chyba knajpa. Wydaje mi się, że widziałem ją, jak tędy przejeżdżaliśmy - powiedział Czarny.
- Myślisz, że będzie otwarta?
- Musi być - stwierdził. - Jestem tak głodny, że jeśli jest zamknięta, to chyba pójdę do jeziora i gołymi rękami złapię jakąś rybę. Zjem ją na surowo jak ten potwór z Władcy Pierścieni. Mniam, mniam, mniam. Widziałeś to?
- Czytałem książkę - odpowiedziałem.
Nie było jednak potrzeby, żeby Czarny zabawiał się w Golluma. Po krótkim spacerze dotarliśmy do domu ozdobionego podświetlonym logo jednego z browarów. Było tak stare, że większość liter już się zatarła. Na zewnątrz stały dwie drewniane ławy schowane pod parasolem z napisem COCA-COLA.
Weszliśmy do środka.
Są takie miejsca, gdzie natychmiast wiesz, że nie jesteś mile widziany, i do nich należała właśnie ta knajpa. Od momentu, kiedy przekroczyliśmy próg i zadzwonił zawieszony nad framugą dzwonek, czułem, że coś jest nie tak. Spojrzenia wszystkich skierowały się w naszą stronę. Po mnie się prześlizgnęły z pewnym zainteresowaniem, może zdziwieniem u jednej lub dwóch osób, bo przecież byłem kimś nowym, ale generalnie nie budziłem sensacji. W przypadku Czarnego wyglądało to inaczej. Zmarszczone brwi, rzucone szeptem gdzieś w kącie przekleństwo, stężałe twarze i wrogie spojrzenia świadczyły o tym, że najchętniej natychmiast by go stąd wyrzucono. A ponieważ przyszedłem z nim, mój status również się zmienił. Na gorszy.
Czarny wydawał się jednak tego nie zauważać. Po prostu podszedł do baru i oparł się o ladę. Stojący nieopodal pracujący tam dwudziestokilkulatek w niebieskiej koszulce polo w białe paski, ze sporą nadwagą i nażelowanymi włosami, nie zauważył Roma. Pochłonięty swoim telefonem, kreślił po nim palcem z góry na dół.
Wystrój knajpy zapewne nie zmienił się od dwudziestu, może nawet trzydziestu lat. Wszystko było drewniane i pokryte grubą warstwą lakieru. Ściany zdobiły boazeria, wędkarskie trofea i kilka wypreparowanych szczupaczych łbów. Jedyny nowy sprzęt, płaski telewizor, straszył ciemną plamą ekranu. Brakowało tylko plakatów z gołymi babami z jakiegoś niemieckiego pisemka.
Gości było łącznie dziesięciu. Sami mężczyźni. Czterech siedziało przy jednym stoliku. Mieli po około czterdzieści lat i pili piwo. Jeden z nich, najszczuplejszy, o wydatnym nosie i pociągłej twarzy, która upodobniała go trochę do konia, zaciskał mocno dłoń na blacie, wbijając wzrok w Czarnego. Powiedział coś, czego nie usłyszałem, dojrzałem tylko przez moment jego pożółkłe zęby. Kumple, wszyscy z brzuchami, spracowanymi dłońmi i pełnymi kuflami, zgodzili się z nim w milczeniu.
Kolejnych trzech siedziało bliżej telewizora. Młodsi, mogli mieć od dwudziestu do, góra, trzydziestu lat. Wszyscy w bluzach z kapturami i dresowych spodniach. Każdy z nich szeroko rozłożył nogi. Głupia samcza rywalizacja - sposób, żeby zaznaczyć, jak bardzo jest się ważnym. Oni również zauważyli nasze wejście i nie pałali do nas sympatią. To był jednak inny rodzaj niechęci, mniej zajadły. Wynikający bardziej ze znudzenia i potrzeby znalezienia jakiejś rozrywki w ten monotonny wieczór.
Trzeci stolik zajmowało dwóch siwowłosych mężczyzn. Pili piwo i pochylali się nad szachownicą. Zerkali na nas, ale udawali, że całkowicie pochłania ich gra. W kącie siedział ostatni gość. Samotny mężczyzna z książką, która teraz leżała na blacie. Był łysy, dobrze zbudowany, a jego szczękę pokrywał siwy zarost. Ten człowiek wzbudził mój niepokój. Czułem, że ocenia mnie tak, jak ja teraz oceniałem jego. Jako potencjalnego przeciwnika.
Tymi czterema od końskiej twarzy nie przejmowałem się specjalnie. Sądziłem, że będą tylko przeklinać i narzekać. Może wymienią się kilkoma przechwałkami, co to nie oni, ale wątpiłem, żeby zdecydowali się na jakikolwiek wrogi gest wobec nas. To dorośli faceci z rodzinami i obowiązkami, nie mają czasu ani specjalnej ochoty na bójki w barze. Poza tym, nawet jeśli by do czegoś doszło, prawdopodobnie szybko by się skończyło. Wystarczyłoby tylko porządnie przywalić pierwszemu, żeby reszta grzecznie wróciła na swoje miejsca. Porządni ojcowie rodziny naprawdę nie chcą się pojawić w domu z podbitym okiem albo brać wolnego w pracy ze względu na złamaną rękę.
Trzech młodszych było zagadką. W ogóle z dwudziestolatkami to nigdy nie wiadomo. Kwestia biologii - inaczej szacują ryzyko, nie do końca potrafią ocenić zagrożenie i konsekwencje. Nie dlatego, że są głupi, po prostu ich mózgi jeszcze nie w pełni się ukształtowały. To dlatego przestępczość jest zawsze najwyższa w tej grupie wiekowej. Potem człowiek się uspokaja, czy tego chce czy nie. Tamci trzej nie wyglądali na specjalnie wojowniczych, ale to mogło zmienić się w okamgnieniu. Wystarczył jeden głupi pomysł, myśl albo niepotrzebna odzywka. Na szczęście w knajpie nie było żadnej dziewczyny, nie musieli więc nikomu nic udowadniać. Jeśli będziemy ich omijać szerokim łukiem i niczym nie sprowokujemy, powinien być spokój.
Dwóch staruszków ciągle udawało, że zajmują się szachami. Gdyby coś się wydarzyło, zapewne szybko pozbieraliby figury i z szachownicą pod pachą wymknęliby się na zewnątrz. Zostawał więc ten łysy. Nie wiedziałem, co o nim myśleć. Nie dawał żadnych sygnałów sugerujących, że chce sprowokować awanturę, ale ze wszystkich mężczyzn on wydawał się w najlepszej formie. Było też coś w wyrazie jego twarzy, pewne zdecydowanie cechujące człowieka, który wiele razy znajdował się w niebezpieczeństwie i wie, jak się obronić.
No i pozostawała jeszcze ostatnia niewiadoma. Cholerny Czarny. Nie podobało mi się, że wziął ze sobą nóż sprężynowy. Tego jeszcze brakowało, żeby już na początku naszego śledztwa pociął komuś z miejscowych twarz. Nie znałem go za dobrze. Śledziłem kiedyś na zlecenie pewnego biznesmena, któremu nie pasowało, że Rom sypia z jego córką, i wyglądał wtedy na spokojnego oraz opanowanego, kogoś, kto ma przemyślany każdy ruch. Tyle że wówczas był u siebie i w pełni kontrolował sytuację. Teraz, na obcym terenie, zachowywał się nerwowo i maskował to arogancją, co stanowiło zaproszenie dla kłopotów.
Jakby na potwierdzenie moich słów Czarny wyjął z uchwytu serwetkę, zwinął ją w kulkę i rzucił nią w barmana. Trafił idealnie w głowę. Chłopak aż podskoczył ze zdziwienia, a telefon wyślizgnął mu się z dłoni i poleciał na ziemię.
- Co jest? - powiedział i dopiero teraz zauważył Czarnego. Zamrugał dwa razy, jakby sądził, że coś mu się przywidziało.
- Chcieliśmy zamówić coś do jedzenia - włączyłem się szybko, obawiając się tego tekstu, który już mielił w ustach Czarny.
- Kuchnia jest zamknięta - wymamrotał barman, schylając się po telefon. Podniósł go i dokładnie obejrzał ekran, sprawdzając, czy nie pękł.
- Na pewno da się otworzyć - rzucił Czarny.
- No raczej nie.
Rom westchnął teatralnie. Okręcił się, rozkładając szeroko ręce, jakby pokazywał niewidzialnej publiczności, w jak godnej pożałowania sytuacji się znalazł. Potem wyjął z kieszeni portfel, a z niego banknot dwustuzłotowy i podsunął go w stronę barmana tak, by ten mógł dojrzeć w środku cały plik takich papierków.
- Może jednak da się coś wymyślić?
Chłopak oblizał wargi, potem wziął banknot. Złożył go na pół i wsadził do kieszeni koszulki.
- Zaraz sprawdzę, co mogę podać - powiedział i ruszył w stronę wejścia do kuchni.
- Czekaj! - krzyknął za nim Czarny. - Najpierw nalej nam piwo.
- Dla mnie woda - powiedziałem.
Barman uniósł jedną brew. Nalał mu kufel piwa, a mnie podał butelkę wody mineralnej.
Poszliśmy do jednego z wolnych stolików. Usiadłem przy ścianie, tak żeby mieć widok na całą salę. Czarny zajął miejsce plecami do reszty gości. Wyczuwałem w tym prowokację. Jakby chciał w ten sposób pokazać, że wcale się ich nie boi.
- Nie pijesz? - zapytał, wskazując na moją wodę.
- Unikam - przyznałem, odkręcając butelkę.
- Kto nie pije, ten kapuje - zauważył.
Wzruszyłem ramionami. Nie miałem zamiaru reagować na jego zaczepki.
- Ciekawe, skąd ma te pieniądze - powiedział ktoś bardzo głośno i zdecydowanie w naszym kierunku.
Końska twarz. Zaskoczył mnie. Nie spodziewałem się, że będzie szukać zaczepki, a już na pewno nie tak szybko. Jakby spieszył się, bo obiecał żonie, że za piętnaście minut wróci do domu.
Czarny nie zareagował. Siedział, przypatrując się swojemu kuflowi i bąbelkom gazu, które wypływały na powierzchnię.
- Pewnie je ukradł! - powiedział jeszcze głośniej końska twarz.
Tym razem Czarny się obrócił. Spojrzał na mężczyznę po drugiej stronie sali.
- Do mnie mówiłeś? - rzucił.
- Nie! - odpowiedział mu końska twarz.
- To dobrze.
- Mówiłem do moich kumpli, że pewnie ukradłeś te dwie stówki. A my tutaj nie lubimy złodziei.
Czarny poderwał się z miejsca.
- Jak mnie nazwałeś?!
Końska twarz wstał od stolika i wyszedł na środek sali.
- Nazwałem cię, kurwa, złodziejem, a my tutaj nie lubimy złodziei. Dlatego spierdalaj stąd, złodzieju.
- Bo co mi zrobisz?
- Bo ci wpierdolę.
Czarny roześmiał się głośno.
- Taka mała pizdeczka miałaby mi wpierdolić?! - powiedział z udawanym zdziwieniem. - Wróć lepiej do obciągania fiutów swoim koleżkom.
Skrzywiłem się. Czarny popełnił błąd. Towarzysze końskiej twarzy do tej pory tylko przysłuchiwali się tej wymianie zdań. Jasne, trzymali stronę kumpla, ale nie wyglądało na to, żeby zamierzali się przyłączyć do zabawy. Gangster jednak sam ich w nią wciągnął. Teraz niechętnie, bo niechętnie, ale jednak podnieśli się z miejsc. Zerknąłem szybko w stronę młodych. Przyglądali się całej sytuacji. Obawiałem się, że jeśli dojdzie do eskalacji, przyłączą się do bijatyki. Gdybyśmy mieli przeciwko sobie tylko tych czterech, powinniśmy sobie poradzić. Jeśli będzie ich siedmiu, do tego atakujących nas z dwóch stron, zostanie nam tylko ucieczka. Wątpiłem jednak, żeby taka ewentualność pojawiła się w głowie Czarnego.
Pierwszy dzień, pomyślałem ze złością. Nawet nie zdążyłem się rozpakować.
W tym momencie wstał łysy, podszedł do końskiej twarzy i klepnął go po plecach.
- Piwo ci się wygazuje, Koniu - rzucił.
Nazwał go Koniu. Czyli nie tylko ja miałem zoologiczne skojarzenia związane z jego fizjonomią.
Łysy minął czterech kolesi, którzy po chwili wahania wrócili na miejsca, wziął jedno z krzeseł, postawił je przy naszym stoliku i usiadł. Podrapał się po szczęce. Spojrzał na mnie, spojrzał na Czarnego.
- Powiesz swojemu kumplowi, żeby posadził tyłek? - zwrócił się do mnie.
- Czarny - poprosiłem.
Rom zmiął w ustach przekleństwo i usiadł.
- Po co tutaj przyjechaliście? - zapytał łysy.
- Na urlop - odpowiedział Czarny.
- Nie ma sezonu.
- Ledwo się skończył.
- Miesiąc temu.
- Czyli uniknęliśmy tłumów.
- I tak ich tutaj nie było. Dlaczego przyjechaliście właśnie do Wilków?
- Słyszeliśmy, że jest tu ładnie.
- Ktoś was okłamał. Mamy tu tylko syf i brud.
- Odniosłem inne wrażenie.
- Mylne.
- Jeszcze nie zobaczyliśmy jeziora.
- Nie ma czego oglądać.
Barman wyłonił się z kuchni i żwawo szedł w stronę naszego stolika z dwoma talerzami. Z każdym krokiem jednak zwalniał. Czuł, że coś się stało, ale nie wiedział co. Wreszcie postawił przed nami talerze. Na każdym było trochę frytek, jakaś odgrzewana ryba w panierce i kupka surówki z kiszonej kapusty prosto z plastikowego wiaderka o pojemności pięć kilo. Chrząknął, jakby spodziewał się pochwały czy zwykłego "dziękuję", ale doczekał się jedynie twardego spojrzenia łysego. Spłoszony chłopak szybko wrócił za bar.
- Rozumiem, że jesteście głodni - odezwał się mężczyzna. - I szanuję to, że za ten skromny posiłek zapłaciliście zdecydowanie za dużo. Niemniej, skoro już ustaliliśmy, że to kiepskie miejsce na spędzenie urlopu, chciałbym, żebyście zjedli i stąd zniknęli.
- Mogę siedzieć w tym barze. Nikomu nie robię nic złego - powiedział Czarny.
- Nie mówiłem o barze, ale o całym miasteczku. Macie stąd zniknąć.
- Mogę spędzać urlop tam, gdzie mi się podoba.
- Zgadza się. Ale tylko jeśli tym miejscem nie jest ta mieścina. Jasne? Zjadajcie i spieprzajcie.
- Nie masz prawa.
- Pewnie nie - zgodził się łysy i wzruszył ramionami. - Ale co zrobisz?
- Zadzwonię po policję?
Mężczyzna uniósł wysoko brwi i pokiwał głową, jakby ten pomysł wydał mu się naprawdę intrygujący.
- Ciekawe, co by zrobili? - rzucił.
- Sprawdźmy.
Nim zdążyłem zareagować, Czarny miał w dłoni telefon.
- Daj spokój - powiedziałem, ale Rom wybrał już numer.
- Halo? Chciałem zgłosić niebezpieczną sytuację w Wilkach w barze... Jak się nazywa ta buda?
- U Romana - odpowiedział mu szybko łysy.
- U Romana - ciągnął niezrażony Czarny. - Grupa mężczyzn mi grozi. Proszę przysłać patrol, bo inaczej może dojść do bijatyki i będę musiał się bronić... Tak, sprawa jest pilna.
Rozłączył się i odłożył komórkę. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, patrząc na siebie nawzajem, a po niecałej minucie rozdzwonił się telefon łysego. Mężczyzna, nie spuszczając z nas oka, odebrał.
- Tak? - powiedział, a potem przez chwilę słuchał. - U Romana? Dobra, nie ma problemu. Sprawdzę to. Pewnie nic poważnego. Naprawdę nie ma żadnego kłopotu. Dzięki za informację.
Skończył rozmawiać. Powolnym ruchem schował telefon, a potem wyjął z kieszeni policyjną blachę. Położył ją na stoliku.
- Słyszałem, panowie, że jest jakiś problem - powiedział i spojrzał na nas pytająco.
Zobaczyłem, że Czarny cały się napina. Postanowiłem zareagować szybciej od niego.
- Żadnego - stwierdziłem. - Już stąd wychodzimy.
Klepnąłem Czarnego w ramię, dając mu do zrozumienia, że już na nas czas. Modliłem się w duchu, żeby mnie posłuchał. I miałem szczęście, bo Rom faktycznie wstał. Przez chwilę wydawało się, że chce coś jeszcze powiedzieć, ale ruszył do wyjścia. Ja za nim.
- Poczekajcie - zatrzymał nas łysy. - Wasze żarcie. Bartosz, zapakuj panom na wynos!
Barman, słysząc swoje imię, drgnął i pobiegł po nasze talerze, po drodze uderzając się biodrem o kant baru. Syknął, zaklął i zniknął w kuchni. Czarny tymczasem wyszedł z lokalu. Ja czekałem. Pomimo wszystko byłem głodny.
- To po co tu naprawdę przyjechaliście? - zapytał jeszcze raz łysy.
Zacząłem się zastanawiać nad odpowiedzią. W mojej głowie pojawił się pomysł, żeby powiedzieć mu prawdę. Miał on sporo minusów. Przede wszystkim odsłoniłbym się i ujawnił swoje zamiary, więc łysy mógłby mi przeszkodzić. Tyle że już i tak zwróciliśmy na siebie jego uwagę. Poza tym niby jak miałbym prowadzić tutaj jakiekolwiek śledztwo - to mała społeczność, gdzie zapewne jedyną rozrywką jest plotkowanie, więc gdy tylko porozmawiam z jedną osobą, to wszyscy mieszkańcy będą wiedzieć, po co tu przyjechałem, a tak przynajmniej zobaczę jego reakcję. Do tego trochę zamieszam w tym mętnym stawie i może dzięki temu wypłynie coś ciekawego. Tak, to na pewno nie była optymalna strategia śledcza, ale ja nie byłem żadnym detektywem. Postanowiłem posłuchać swojego instynktu.
- Żeby znaleźć człowieka, który zamordował Olę Michowską - powiedziałem.
Czekałem w napięciu. Spodziewałem się agresji, bo skoro policjant nie znalazł jej zabójcy, to sprawa mogła stanowić ujmę na jego honorze, albo strachu, jeśli facet miał cokolwiek wspólnego z samym zabójstwem. Ale on był szczerze zaskoczony.
- To przyjechaliście w złe miejsce, koledzy - powiedział. - Człowiek, który zamordował Olę, siedzi teraz w areszcie śledczym i czeka na rozpoczęcie procesu.