2
Kiedy wróciłam, zastałam czerwonego mini coopera mamy na podjeździe i uchylone drzwi wejściowe. Kołysały się na zawiasach, oddychając z wiatrem. Do środka prowadziły mokre ślady stóp. Nasza wiekowa kotka-demonica, Sasza, siedziała na wycieraczce i lizała sobie łapę. Kotka była starsza ode mnie i tak sponiewierana, że zaczynała wyglądać jak spartaczona ofiara taksydermii. Syknęła, kiedy ją podniosłam - nigdy nie lubiła ani mnie, ani Vivi, ani Grey i okazywała swoje uczucia pazurami - ale ostatnimi czasy tak zniedołężniała, że nawet nie walczyła.
Coś tu nie pasowało. Mama nie wypuszczała kotki na zewnątrz od jakichś dziesięciu lat.
- Cate? - zawołałam cicho. Pchnęłam drzwi i weszłam do środka. Nie pamiętałam, kiedy przestałam nazywać ją mamą, ale Cate tak wolała i się przyjęło.
Nie dostałam odpowiedzi. Odstawiłam Saszę i zrzuciłam zabłocone buty. Ciche głosy rozbrzmiewały echem na schodach - z piętra wyżej dochodziły strzępki dziwnej rozmowy.
- Tylko na tyle cię stać? - zapytała mama. - Nie powiesz mi nawet, gdzie były? Jak to się stało?
Odpowiedział jej płynący z głośnika metaliczny głos mężczyzny z amerykańskim akcentem.
- Słuchaj, paniusiu, ty nie potrzebujesz prywatnego detektywa, tylko psychiatry.
Cicho podreptałam na górę. Cate chodziła w kółko przy łóżku, wciąż w stroju pielęgniarki. Górna szuflada jej szafki nocnej była otwarta. W pokoju panowała ciemność, świeciła tylko mała lampka. Nocne zmiany w szpitalu wymagały od niej założenia zasłon zaciemniających, więc w pokoju zawsze unosił się lekko kwaśny zapach z uwagi na brak światła słonecznego. W jednej ręce Cate trzymała telefon, w drugiej zdjęcie siebie z mężczyzną i trójką dzieci. To powtarzało się każdej zimy w tygodniach po rocznicy: mama zatrudniała prywatnego detektywa, żeby rozwiązał tajemnicę, do której rozwikłania policja wciąż się nie zbliżała. Detektyw niechybnie zawsze zawodził.
- Więc to koniec? - spytała Cate.
- Jezu, może zapytasz swoje córki - rzucił mężczyzna. - Jeśli ktokolwiek wie, to one.
- Pierdol się - wycedziła.
Mama rzadko przeklinała. To było tak niewłaściwe, że poczułam ukłucie w opuszkach palców.
Cate się rozłączyła. Z jej gardła dobiegło warknięcie. Należało do tych dźwięków, których nie wydaje się w obecności innych. Natychmiast poczułam wstyd, że przyłapałam ją w tak intymnym momencie. Odwróciłam się, ale deski jęknęły pod moim ciężarem jak stare kości.
- Iris? - zdziwiła się Cate. W jej spojrzeniu mignęło coś dziwnego, złość, może strach, ale prędko ustąpiło trosce, gdy zobaczyła ubłocone legginsy. - Co się stało? Jesteś ranna?
- Nie, zaatakował mnie wściekły gołąb.
- I tak cię przestraszył, że zesrałaś się w majtki?
Uraczyłam ją miną pod tytułem "bardzo śmieszne". Zaśmiała się, przycupnęła na krawędzi łóżka i przywołała mnie do siebie. Podeszłam i usiadłam ze skrzyżowanymi nogami na podłodze przed nią, żeby zaplotła moje długie blond włosy w dwa warkocze, jak prawie codziennie, odkąd byłam mała.
- Wszystko w porządku? - zapytałam, gdy przeczesywała mi włosy palcami.
Wyczułam ostry zapach szpitalnego mydła przykryty potem, nieświeżym oddechem i innymi charakterystycznymi nutami piętnastogodzinnej zmiany w izbie przyjęć. Niektórzy myślą o swoich mamach, gdy poczują woń ich perfum z czasów dzieciństwa, ale dla mnie mama zawsze miała pozostać tym: zapachem skrobi kukurydzianej w lateksowych rękawiczkach, miedzianym posmakiem krwi innych ludzi.
- Zostawiłaś otwarte drzwi.
- Nie, nie zostawiłam. Zostawiłam? Miałam długą zmianę. Spędziłam dużo czasu z facetem przekonanym, że jego rodzina kontroluje go za pomocą sond analnych.
- Czy to się liczy jako nagły przypadek medyczny?
- Na jego miejscu pewnie też chciałabym szybkiej interwencji.
- Słuszna uwaga. - Przygryzłam dolną wargę i wypuściłam powietrze nosem. Uznałam, że lepiej spytać teraz osobiście niż później SMS-em. - Mogę dziś wieczorem wyjść? Vivi jest w mieście i daje koncert, a Grey przyleciała z Paryża. Chciałabym spędzić z nimi trochę czasu.
Mama milczała, ale omsknęły jej się palce i pociągnęła mnie tak mocno, że zassałam powietrze. Nie przeprosiła.
- To moje siostry - dodałam cicho. Czasami prośba o spotkanie z nimi, szczególnie z Grey, była odbierana jak prośba o możliwość wstrzykiwania sobie heroiny w ramach dodatkowego zajęcia. - Nie pozwolą, żeby stało mi się coś złego.
Cate wydała z siebie niezrozumiałe parsknięcie i wróciła do zaplatania warkocza.
Zdjęcie, które oglądała, leżało dołem do góry na kocu, jakby miała nadzieję, że go nie zauważę. Odwróciłam je i się przyjrzałam. Przedstawiało mamę i tatę, Gabe'a, oraz naszą trójkę, kiedy byłyśmy młodsze. Vivi miała na sobie zieloną tweedową budrysówkę, Grey - bordową kurtkę ze sztucznego futra, a ja - czerwony płaszcz w szkocką kratę ze złotymi guzikami. Nosiłyśmy pasujące złote zawieszki w kształcie serca z naszymi imionami wytłoczonymi w metalu: VIVI, GREY, IRIS. Dostałyśmy je na święta od dziadków, których odwiedzałyśmy w Szkocji, gdzie zrobiono to zdjęcie.
Policja nigdy nie znalazła tych ubrań ani zawieszek, mimo długich poszukiwań.
- To z tamtego dnia - wyszeptałam. Nigdy nie widziałam żadnych zdjęć z tamtego dnia. Nie wiedziałam nawet, że istnieją. - Wszystkie wyglądamy zupełnie inaczej.
- Możesz... - Głos uwiązł jej w gardle. Wypuściła powietrze. - Możesz iść na koncert Vivi.
- Dziękuję, dziękuję!
- Ale masz wrócić przed północą.
- Stoi.
- Powinnam zrobić nam coś do jedzenia, zanim pójdziesz do szkoły, a ty zdecydowanie powinnaś wziąć prysznic. - Skończyła zaplatać warkocze i pocałowała mnie w czubek głowy, a potem wyszła.
Jeszcze raz spojrzałam na zdjęcie, twarz mamy, twarz taty, zaledwie kilka godzin przed najgorszą rzeczą, jaka mogła im się kiedykolwiek przydarzyć. Ta rzecz wydrążyła mamę, starła jej rumieniec z policzków i zostawiła ją szczuplejszą i posępniejszą niż wcześniej. Przez większą część mojego życia mama była rozmytą kobietą pozbawioną koloru.
Gabe'a wydrążyła jeszcze mocniej.
A jednak to nasza trójka zmieniła się najbardziej. Ledwie rozpoznawałam te ciemnowłose, niebieskookie dzieci patrzące na mnie ze zdjęcia.
Powiedziano mi, że po tym wydarzeniu stałyśmy się bardziej skryte. Że przez wiele miesięcy nie rozmawiałyśmy z nikim innym oprócz siebie. Że odmawiałyśmy spania w osobnych pokojach, a nawet osobnych łóżkach. Czasami rodzice wstawali w środku nocy, żeby do nas zajrzeć, i znajdowali nas skulone razem w piżamach, z głowami przyciśniętymi do siebie jak czarownice pochylone i szepczące nad kociołkiem.
Nasze oczy stały się czarne. Nasze włosy - białe. Nasza skóra pachniała jak mleko i ziemia po deszczu. Byłyśmy wiecznie głodne, ale nie mogłyśmy przybrać na wadze. Ciągle jadłyśmy. Żułyśmy nawet we śnie, zgrzytając dziecięcymi zębami, czasami przygryzając sobie języki i policzki, tak że budziłyśmy się z krwią na ustach.
Lekarze zdiagnozowali u nas wszystko od PTSD po ADHD. Zebrałyśmy cały alfabet akronimów, ale żadne leczenie ani terapia nie zdołały przywrócić nas do stanu sprzed wydarzenia. Nie byłyśmy chore, stwierdzono. Byłyśmy dziwne.
Teraz ludziom trudno uwierzyć, że Grey, Vivi i ja jesteśmy córkami naszych rodziców.
Gabe Hollow był kwintesencją łagodności - tylko dłonie miał szorstkie od pracy stolarza i weekendowego hobby: toczenia kubków na kole garncarskim. Jego długie palce przypominały papier ścierny, gdy trzymało się go za rękę. Nosił wygodne ubrania z second handów. Nigdy nie oglądał sportu ani nie podnosił głosu. Łapał pająki w plastikowe pojemniki i wynosił do ogrodu. Rozmawiał z ziołami w kuchni, kiedy je podlewał.
Mama była równie łagodna. Piła wszystko - herbatę, sok, wino - tylko z kubków, które zrobił dla niej tata. Miała trzy pary butów i nosiła zabłocone kalosze tak często, jak tylko mogła. Po deszczu zbierała małe ślimaki z chodnika i przenosiła w bezpieczne miejsce. Uwielbiała miód - miód na tostach, na serze, miód w gorących napojach. Szyła sobie letnie sukienki ze wzorów przekazanych jej przez jej babcię.
Oboje nosili woskowane kurtki i woleli spacerować po angielskich wsiach niż podróżować za granicę. Mieli drewniane kije turystyczne i ręczne kołowrotki do łowienia ryb w strumieniach. Kochali opatulać się wełnianymi kocami i czytać w deszczowe dni. Mieli jasnoniebieskie oczy, ciemne włosy i urocze twarze w kształcie serca.
Byli łagodni. Ciepli.
Jakimś cudem razem stworzyli... moje siostry i mnie. Każda z nas mierzyła metr osiemdziesiąt, całe dwadzieścia pięć centymetrów więcej od naszej drobnej mamy. Każda z nas była kanciasta, pociągła, ostra. Każda niewygodnie piękna, z wysokimi kośćmi policzkowymi i sarnimi oczami. W dzieciństwie ludzie mówili nam i naszym rodzicom, jakie jesteśmy wspaniałe. Ich słowa brzmiały jak ostrzeżenie - i chyba nim były.
Wszystkie wiedziałyśmy, jak nasze piękno wpływa na innych, i wszystkie radziłyśmy sobie z tym inaczej.
Grey znała swoją moc i wykorzystywała ją z rozmysłem, w sposób, jaki widziałam u niewielu dziewczyn. Sposób, który bałam się naśladować, bo widziałam reperkusje bycia piękną, ładną, uroczą, seksowną, przyciągania niewłaściwego rodzaju uwagi, nie tylko chłopaków i mężczyzn, ale także innych dziewczyn i kobiet. Grey była czarodziejką, która wyglądała jak seks i pachniała jak polna łąka; ucieleśnieniem późnoletnich wieczorów na południu Francji. Podkreślała swoje naturalne piękno na wszelkie sposoby. Nosiła szpilki i delikatne koronkowe staniki, a do tego lekko przydymiony makijaż. Zawsze wiedziała, ile odsłonić, żeby osiągnąć ten cool i sexy look.
Wiedziałam, że moja najstarsza siostra jest inna niż ja, przede wszystkim ze względu na to, że nocami wracała do domu sama, zawsze piękna, czasami pijana, często w krótkich spódniczkach albo wydekoltowanych topach. Przemierzała ciemne parki, puste uliczki i pokryte graffiti kanały, gdzie wędrowcy gromadzili się, by pić, brać narkotyki i spać na kupie. Robiła to bez strachu. Chodziła w miejsca i nosiła ubrania, które - gdyby coś jej się stało - skłaniałyby ludzi do mówienia: "sama się prosiła".
"Nie rozumiesz - powiedziała mi kiedyś, kiedy zauważyłam, że to bardzo niebezpieczne - że to ja jestem grozą w ciemności".
Vivi była jej przeciwieństwem. Próbowała przegnać swoje piękno. Zgoliła głowę, przekłuła skórę, wytatuowała na palcach SPIERDALAJ - zaklęcie, które miało odpędzić niechcianą uwagę mężczyzn. Mimo tych czarów, nawet z zygzakowatym nosem, ciętym językiem, niewydepilowanymi nogami i ciemnymi workami wyżłobionymi przez alkohol, narkotyki i bezsenne noce, wciąż była boleśnie piękna i boleśnie do niej wzdychano. Zbierała każde gwizdnięcie, każde klepnięcie w tyłek, każde obmacanie piersi i trzymała je pod skórą, gdzie wrzały w kotle wściekłości, którą wypuszczała na scenie na strunach gitary basowej.
Ja plasowałam się gdzieś między nimi. Nie próbowałam czynnie dzierżyć ani marnować mojego piękna. Myłam włosy i nie używałam perfum, tylko dezodorantu. Pachniałam świeżo, ale nie upajająco, nie słodko, nie kusząco. Nie malowałam się i nosiłam luźne ubrania. Nie skracałam rąbka spódnicy mundurka. Nie chodziłam sama po nocach.
Podeszłam odłożyć zdjęcie do otwartej szuflady. Między skarpetkami i bielizną leżała brązowa teczka wypchana papierami. Wyciągnęłam ją i otworzyłam. Była pełna kopii akt policyjnych zwiniętych na rogach ze starości. Zobaczyłam swoje imię i imiona sióstr, wyłapałam strzępki naszej historii, gdy przeglądałam dokumenty, nie mogąc odwrócić wzroku.
Dzieci twierdzą, że nie pamiętają, gdzie były ani co im się przydarzyło.
Funkcjonariusz ??????????? i funkcjonariusz ??????????? odmawiają przebywania w tym samym pomieszczeniu co dzieci, powołując się na koszmary po wysłuchaniu ich zeznań.
Kwiaty znalezione we włosach dzieci to niezidentyfikowane hybrydy - może pirofity.
Psy tropiące nadal reagują na dzieci, nawet wiele dni po ich powrocie.
Gabe Hollow uparcie twierdzi, że oczy całej trojki się zmieniły, a zęby mleczne wyrosły w miejscach, z których wcześniej wypadły.
Żołądek podszedł mi do gardła. Zamknęłam teczkę i próbowałam wepchnąć ją z powrotem do szuflady, ale zahaczyła o drewno i otworzyła się na całą szerokość, tak że papiery spadły na podłogę. Uklęknęłam i pozbierałam je w kupkę drżącymi dłońmi, starając się nie patrzeć na zawartość. Zdjęcia, zeznania świadków, materiały dowodowe. Zaschło mi w ustach. Papier wydawał się zepsuty w moich palcach, nie pasował. Chciałam go spalić, tak jak człowiek pali zarażone plony, by zgnilizna się nie rozprzestrzeniła.
I nagle na wierzchu stosu zobaczyłam fotografię Grey w wieku jedenastu lat z dwoma białymi kwiatami - prawdziwymi, żywymi kwiatami - wyrastającymi ze zdjęcia, jakby wyrastały jej z oczu.