Extinguish the Heat. Runda szósta. Wydanie premium - Katarzyna Barlińska vel P.S. HERYTIERA - "Pizgacz"

Kup książkę

79.00 zł
31.59 zł (30,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 16.Grzech dziewiąty: porzucenie

Drodzy Victorio i Theodorze!

Zapewne ten list Was zaskoczył. Nic dziwnego, skoro dotychczas nie kontaktowałem się z Wami osobiście. Postanowiłem to zmienić, ponieważ uważam, że należą Wam się wyjaśnienia. Ta wiadomość jest dość krótka, ale odpowiedzi na Wasze pytania, które mogę Wam dać, są naprawdę obszerne. Proponuję Wam spotkanie. Zrozumiem odmowę, ale jeśli zdecydujecie się ze mną zobaczyć, obiecuję, że odejdziecie z nową wiedzą i zaspokojoną ciekawością. Moje drzwi są dla Was otwarte. Mam nadzieję, że zgodzicie się powitać ze mną nowy rok. Jeśli się zdecydujecie, zadzwońcie pod numer, który znajdziecie w kopercie.

E.V. Mantoveni

Nie mam pojęcia, ile czasu poświęciłam na wpatrywanie się w żółtawą kartkę, która leżała przede mną na blacie dębowego stołu. Tępo gapiłam się na zgrabne, lekko pochyłe literki z fikuśnymi zawijasami i choć potrafiłam czytać ze zrozumieniem, treść tego listu dalej nie mogła do mnie dotrzeć.

Gdy skończyłam czytać po raz siedemnasty, chwyciłam się nadziei, że za osiemnastym razem nadawcą okaże się zupełnie inna osoba. Tak się niestety nie stało, a ja wyrwałam się z letargu dopiero wtedy, gdy zrozumiałam, że znam już całą treść na pamięć.

Przełknęłam ślinę i powoli uniosłam wzrok. Naprzeciwko mnie siedział Theo, którego twarz nie wyrażała żadnych emocji. Tak jak ja wcześniej i reszta naszych przyjaciół wpatrywał się w kartkę. Z ich twarzy nie dało się nic wyczytać. Matt wydawał się zamyślony, Scott skołowany, a Laura wyraźnie się zestresowała. Mia wyglądała tak, jakby ktoś jej oznajmił, że już nigdy nie będzie mogła kupić żadnej torebki marki Prada.

Milczeliśmy od dobrych kilkunastu minut, a atmosfera była ciężka jak ołów. Zwilżyłam koniuszkiem języka dolną wargę i zerknęłam w kierunku kominka, przy którym stał Nathaniel. On jako jedyny nie patrzył na list. Spoglądał gdzieś przed siebie niewidzącym wzrokiem, choć też wydawał się zamyślony i spięty.

W pewnym momencie musiał wyczuć, że na niego patrzę, bo spojrzał mi prosto w oczy. Dostrzegłam w nim powagę i dziwną niepewność. Pierwszy raz od bardzo dawna nie mógł mnie uspokoić, ponieważ on też nie wiedział, co o tym myśleć. Przygryzłam dolną wargę i wzruszyłam ramionami, bo ogarnęła mnie bezradność. Chłopak jeszcze mocniej zacisnął szczękę i niemal niezauważalnie pokręcił głową, co dało mi stuprocentową pewność, że dobrze zinterpretowałam jego stan. Zaczęłam tracić grunt pod nogami, a Nate nie mógł mi podać ręki, bo ziemia zatrzęsła się również pod nim.

Ponownie zerknęłam na Theo, który cicho westchnął i nerwowym ruchem przeczesał włosy. Był zdenerwowany, rozdrażniony i... wystraszony. Chyba oboje zaczęliśmy się bać. Nic dziwnego, w końcu dostaliśmy właśnie zaproszenie na sylwestra od naszego biologicznego ojca. Który jakimś cudem wiedział, że spędzamy święta w Portland.

- O Boże - mruknęłam pod nosem i ukryłam twarz w dłoniach. Zrobiło mi się niedobrze.

- Dobra - odezwał się Matt. - Dobra. Cholera, okej. Dobra. Cholera! - plątał się, a jego głos stał się nieco wyższy.

- Co za poemat, Szekspirze - zakpił Chris, a ja zwiesiłam głowę i zerknęłam na niego kątem oka. - Uważaj, bo zaraz skończą ci się słowa.

- Skąd ktoś... on wiedział, że tutaj jesteście? - zapytała Laura. Nerwowo skakała spojrzeniem pomiędzy mną a Theo. - Powiedzieliście o tym komuś?

- Tylko Erikowi, ale on jest u swojej rodziny - odparł mój brat i zmarszczył brwi. - Poza tym nie ma pojęcia o... o tym wszystkim - zająknął się i zerknął na mnie wyraźnie zmieszany.

Nie mieliśmy na tyle bliskich przyjaciół ani rodziny, aby spowiadać się komuś z tego, gdzie spędzamy święta. Jedyną osobą, która wiedziała o naszej wycieczce do domu ciotki Parkera, był Erik. Nie podejrzewałam go jednak, przecież nie miał pojęcia o tej całej sytuacji z Joseline i naszymi biologicznymi rodzicami.

- Przypominam wam, że to członek rodziny mafijnej - powiedział nagle Matt, patrząc na list.

Zerknęłam na niego beznamiętnym wzrokiem, gdy nagle przerażony wytrzeszczył oczy.

- O mój Boże! To mafia! A jak nas śledzą?! - zawył głośno i zerwał się na równe nogi.

- Lepiej padnij na ziemię - odezwał się nagle Cameron.

Matt spojrzał na niego i było widać, że nic nie rozumie. Wilson siedział jak gdyby nigdy nic na fotelu w kącie pomieszczenia i popijał herbatę.

- Dlaczego? - zapytał Donovan.

Cameron z gracją odstawił filiżankę na spodek, który trzymał w drugiej dłoni, i lekko się uśmiechnął.

- Bo zawsze strzelają przez okno, a twoja głowa jest idealnie na tej wysokości, Matthew - wyjaśnił, nie szczędząc mu ironii w głosie.

Pomimo chwilowej paniki Donovan ją wyczuł i rzucił Wilsonowi nieprzychylne spojrzenie, po czym uśmiechnął się z rozbawieniem i lekkim cynizmem.

- Ty w rzucaniu się na ziemię i tarzaniu masz wprawę. Szczególnie w śniegu - odbił piłeczkę.

Uśmiech automatycznie zniknął z twarzy Camerona. Nie lubił tego tematu, bo bijatyka z nieznanymi facetami na stacji benzynowej zdecydowanie nie pasowała do jego wizerunku kulturalnego i opanowanego dżentelmena. Matt wyszczerzył się w triumfalnym uśmiechu, a Wilson już otwierał usta, by coś odpowiedzieć, gdy nagle rozległ się donośny głos Laury:

- Przestańcie! - zawołała, uderzając pięścią w stół z taką siłą, że porcelana zadrżała, a chłopcy od razu zamilkli. - Mamy tu dużo poważniejszy problem, więc przymknijcie się i znajdźmy wszyscy racjonalne rozwiązanie.

Donovan spuścił wzrok na swoje buty, a Cameron odchrząknął i powrócił do picia herbaty.

- Masz rację, Lauro. Przepraszam. To było nie na miejscu - przyznał cicho. Upił łyk, a następnie wbił we mnie wzrok. - Victorio, w kopercie rzeczywiście jest numer?

Sięgnęłam po nią, by to sprawdzić. Była twarda i chropowata. Spojrzałam na złotą pieczęć z wytłoczonym wzorem wieńca laurowego, w środku którego widniała wielka litera "V". Wyglądała elegancko, ale jednocześnie budziła mój niepokój. Delikatnie znów ją odkleiłam i po chwili wyjęłam ze środka mały kartonik.

- Jest - mruknęłam, patrząc na rząd cyferek. Po charakterze pisma poznałam, że numer i list napisała ta sama osoba.

- Cóż, wydaje mi się, że trzeba tam zadzwonić - powiedział spokojnie Cameron, przez co prawie zachłysnęłam się własną śliną.

Moje serce zaczęło pracować dwa razy szybciej. Theo chyba miał podobnie, bo gwałtownie uniósł głowę i z przerażeniem spojrzał na Wilsona.

- Co?! - wykrztusił.

- Theodorze, to może być jedyna okazja, abyście dowiedzieli się czegoś więcej o swoich biologicznych rodzicach - odpowiedział spokojnie Cameron. Odłożył filiżankę na stolik, a następnie wstał z fotela i strzepnął niewidzialny pyłek ze swojego kaszmirowego swetra. - Prawda jest taka, że wróciliście do Culver City, by dowiedzieć się prawdy o swojej rodzinie. To jedyna opcja, abyście zrozumieli, co się wydarzyło i dlaczego to przed wami ukrywano. Wasza babcia powiedziała wiele, ale nie mogła opowiedzieć wam wszystkiego. Nawet nie znała waszego ojca.

Mimo że podświadomość podpowiadała mi, że ma rację, byłam zbyt przerażona, by chociażby rozważyć to, co proponował.

- On ma rację - odezwał się nagle Chris, a ja popatrzyłam na niego z niedowierzaniem. Widząc moją minę, chłopak ścisnął mi dłoń, aby przekazać swoje wsparcie, jednak na niewiele się to zdało. - Vic, to cholernie pokręcone. Macie coraz więcej pytań, a nie znaleźliście, i pewnie sami nigdy nie znajdziecie, żadnych nowych odpowiedzi. Musicie poznać prawdę, aby odnaleźć spokój. Trzeba zamknąć ten temat. Wiem, że o tym nie gadamy, może nawet o tym teraz nie myślisz, ale to cię kiedyś dogoni. I będziesz miała poczucie, że straciłaś szansę, żeby się wszystkiego dowiedzieć. Vic, nie macie innych tropów.

- To prawda - poparł ich Luke.

Spojrzałam na niego z lekko rozchylonymi wargami. Stał niedaleko Nathaniela z zamyśloną miną i rękami splecionymi na klatce piersiowej.

- To zaszło za daleko. Oni wiedzą, gdzie przebywacie. Wiedzą zapewne dużo więcej. Może to ludzie związani z waszym biologicznym ojcem mieli coś wspólnego z wypadkiem waszej matki? - dodał.

- Wszystko może się w końcu wyjaśnić, Vic - szepnął Chris głosem rozedrganym od emocji. - Możesz mieć spokój. Niewiedza przestanie cię męczyć.

Wiedziałam, że coś do mnie mówili, i może miało to sens, ale nie potrafiłam tego sobie poukładać. Moja sytuacja rodzinna była skomplikowana, ale starałam się o tym nie myśleć. Górka paradoksalnie mi w tym pomogła, bo skupiłam się na sobie, odsuwając temat swoich biologicznych rodziców na dalszy plan. Ten cholerny list był jak uderzenie w twarz, ponieważ doszło do mnie, że to wszystko magicznie nie zniknęło. Wciąż mieliśmy pytania, na które powinniśmy znaleźć odpowiedzi. Nie tylko ja je miałam, przecież nie wszyscy dostaliśmy to, czego szukaliśmy. Cameron, Nate, mój brat... A jeśli nasze historie naprawdę były ze sobą powiązane, jak twierdził Vincent, może mój... może ten człowiek mógł dać odpowiedzi także reszcie z nas? Tylko czy miałam na tyle odwagi, aby się z nim spotkać?

- Wydaje mi się, że jedynym racjonalnym wyjściem jest zadzwonić tam i polecieć - podjął wątek Luke. - Nie wiem, czy to bezpieczne, ale... coś czuję, że on nie chce wam nic zrobić. W końcu jesteście jego dziećmi, a wasza matka utrzymywała z nim kontakt. Wysłał wam te dziwaczne prezenty, według waszej babki dawał pieniądze, więc chyba nie ma złych intencji.

- Luke, typ jest w pierdolonej mafii! "Czy to bezpieczne", dobre sobie! - warknęła Laura, po czym przymknęła oczy i ukryła twarz w dłoniach. - O Boże, dlaczego to brzmi tak nierealnie. Nie gramy w cholernym filmie!

- W sumie... - zaczął Matt, a na jego wargi wypłynął dziarski uśmiech. Zawadiacko przeczesał włosy i zrobił dziwną minę: uniósł brwi i wypchnął usta. Chyba chciał wyglądać jak model, ale średnio mu to wyszło. - Jako obsada sprawdzilibyśmy się świetnie. Możemy zrobić remake Ojca Chrzestnego.

- Mógłbyś w nim zagrać co najwyżej kota - dociął mu Scott, na co Donovan zmrużył ze złością oczy, ale po chwilowym zastanowieniu wzruszył ramionami.

- W sumie ten kot i tak miał lepsze życie niż ja. Mogę grać - skwitował.

Hayes pokręcił głową i przewrócił oczami, jakby to go doszczętnie załamało.

- Vic, to będzie was męczyć - powiedziała Mia, ignorując chłopaków. Spojrzała na mnie spokojnie i ten spokój pomógł mi nieco opanować kołatanie serca. - Musicie to uporządkować.

Wstrzymałam powietrze, zacisnęłam szczękę i popatrzyłam na Theo. Dalej był niepewny. Widząc mój pytający wzrok, wzruszył barkiem.

- To zależy od ciebie - odezwał się cicho.

Nie odpowiedziałam i bez udziału świadomości zerknęłam w stronę Nathaniela. Okazało się, że wciąż na mnie patrzy, a jego spojrzenie nie straciło na intensywności. Nadal wyglądał tak jak kilka minut wcześniej. Dalej był niepewny, a ja nie potrafiłam zrozumieć dlaczego. Pozostali w większości opowiedzieli się za tym, byśmy przyjęli zaproszenie, ale on... w nim nie dostrzegłam takiego nastawienia. W jego zmęczonych oczach, w delikatnej zmarszczce pomiędzy jego równymi brwiami, w tym, jak nerwowo przełykał ślinę, widziałam wahanie.

Nathaniel się obawia.

Myśli w mojej głowie zaczęły krążyć zdecydowanie zbyt szybko i czułam, że dłużej nie wytrzymam. Potrzebowałam świeżego powietrza i nikotyny, aby się uspokoić. Wyrwałam dłoń z uścisku Chrisa, gwałtownie wstałam z miejsca i niezgrabnie ruszyłam w stronę korytarza.

- Dajcie mi chwilę - wychrypiałam, nawet na nich nie patrząc, choć wciąż czułam na sobie ich spojrzenia.

W amoku ruszyłam po schodach na piętro, mając mroczki przed oczami. Nie rejestrowałam kolejnych kroków i nawet nie wiedziałam, jakim cudem zamiast znaleźć się przed drzwiami swojej sypialni, zatrzymałam się przed drzwiami sypialni Nathaniela. Nie zawróciłam. Może to właśnie tam chciałam dotrzeć? Weszłam do środka i zatrzasnęłam za sobą bogato zdobione drzwi.

W pokoju było czysto i ponuro. Odetchnęłam głęboko, wdychając zapach chłopaka, jego wody kolońskiej i żelu pod prysznic.

Gdy już nieco się opanowałam, bez zastanowienia podeszłam do jednej z szafek nocnych. Wiedziałam, że Nathaniel trzymał tam paczkę papierosów. Nachyliłam się i otworzyłam szufladę, w której na szczęście zobaczyłam czerwone marlboro i zieloną zapalniczkę. Wyjęłam je i usiadłam na łóżku, a potem drżącymi palcami wyciągnęłam papierosa i odpaliłam. Gdy poczułam dym w płucach, z ulgą przymknęłam powieki.

Odrzuciłam opakowanie na łóżko i głęboko westchnęłam. Chciałam przeżyć cudowny wypad na święta z przyjaciółmi. Stworzyć wspomnienia, do których mogłabym wracać z uśmiechem. Uspokoić się po górce, złapać oddech. Od kilku dni właśnie tak było. Byłam cholernie szczęśliwa, ale to wszystko prysło jak bańka mydlana, gdy odnalazł nas ten pieprzony list, który mógł zmienić moje życie.

A może przesadzałam? Może to był dar od losu? Nie musiałam nic robić, odpowiedzi miałam jak na tacy, przynajmniej w teorii. Musiałam tylko polecieć do Włoch. Nie było już Brooklyna czy Vincenta, nie było zagadek i pieprzonych walizek, planów, intryg, zadań do wykonania... czekały na mnie jedynie odpowiedzi. Jedna decyzja dzieliła mnie od uzyskania wiedzy. Od tego, abym poznała sekrety Joseline. Tajemnice mojej rodziny. Czy powinnam była to zrobić?

Byłam w połowie papierosa, gdy usłyszałam za sobą cichy odgłos otwierania drzwi. Siedziałam jak posąg z jedną dłonią opartą na kolanie i fajką w drugiej. Tępo wpatrywałam się w gęsty dym przed sobą.

Wiedziałam, że to on, poznałam go po krokach. Zmierzał w moją stronę, aż w końcu znalazł się przede mną. Panowała między nami spokojna i niczym niezmącona cisza. Machinalnie wzięłam kolejnego bucha, unosząc przy tym wzrok na oczy Nathaniela.

Wydał mi się bardzo spokojny i opanowany. Jego widok tym razem przyniósł mi to upragnione ukojenie, którego nie potrafiłam poczuć w jadalni. Czarne oczy chłopaka nie były matowe, ale lekko błyszczały, co wprawiło mnie w nieco lepszy nastrój.

- Przepraszam, że zapaliłam w twoim pokoju, ale tego potrzebowałam - wychrypiałam słabym głosem, spuszczając wzrok na swoje kolana.

Nathaniel westchnął cicho, po czym kucnął przede mną.

- Musisz tam pojechać, wiesz to, prawda?

O dziwo, powiedział to cicho i spokojnie, a jego głos był melodią, którą potrzebowałam usłyszeć.

Nie odpowiedziałam od razu. Chyba nawet nie oczekiwał, że to zrobię, bo powoli uniósł ręce i ścisnął moje kolana. To pomogło mi jakieś trzydzieści razy bardziej niż ten cholerny papieros. Dał mi ciepło, jak gdyby ktoś w końcu zamknął cholerne okno i przerwał przeciąg.

- Boję się, Nate - wyszeptałam niemal niesłyszalnie. W ciszy znów spojrzałam mu w oczy.

Nie wstydziłam się strachu, bo wiedziałam, że Nathaniel mnie nie wyśmieje. Przy nim mogłam porzucić swoje maski. Nie musiałam już uruchamiać przełącznika, którego używałam niemal codziennie przez kilka lat. Bałam się, a Nathaniel o tym wiedział i był przy mnie, aby stać się moją latarnią podczas sztormu.

Jego oczy nią były. Bo świeciły jaśniej niż kalifornijskie gwiazdy.

- Wiem - odparł spokojnie i skinąwszy głową, jeszcze mocniej ścisnął moje kolana. - Ale Luke ma rację. Nic nie powinno ci się stać. Przecież twoja matka utrzymywała z nim kontakt. To...

- Nie tego się boję - przerwałam mu, a on zmarszczył brwi i spojrzał na mnie z lekką konsternacją. - Nie boję się o swoje bezpieczeństwo. Boję się, że już nigdy nie pomyślę o rodzicach tak, jak myślałam o nich zawsze. Wiem, że okłamywali nas przez całe życie. Arabella opowiedziała nam wiele, ale nie znamy całej historii. Miałam gdzieś w głowie to, że musimy to do końca wyjaśnić, ale najpierw chyba wolałam żyć chwilą, bo tak było łatwiej. Potem był epizod, a teraz starałam się dojść do siebie, udając, że tamto wszystko... nie wiem. Zniknęło?

- Nie możesz wiecznie udawać - powiedział poważnie, na co parsknęłam suchym śmiechem.

- Nate - zaczęłam gorzko, dotykając opuszkami palców jego dłoni. - Od ponad czterech lat jedyne, co robię, to udaję. Boję się, że nie umiem inaczej.

Gardło mi się ścisnęło, gdy zauważyłam, jak jego oczy lekko przygasają. Nie chciałam go martwić, ale nie umiałam go okłamać. Zrobiłam to tyle razy w życiu, a on na to nie zasługiwał.

- Przy mnie też to robisz? - zapytał nagle, całkowicie zbijając mnie z tropu.

- Co? - Spojrzałam na niego ze zdziwieniem, marszcząc brwi, podczas gdy on pozostał poważny i spokojny.

Oczy Nathaniela błyszczały różnymi emocjami, a w moich była tylko pustka.

- Przy mnie też udajesz?

Serce przestało mi bić, gdy wyszeptał to cholerne pytanie. Przez kilka sekund trwaliśmy w ciszy, a Nathaniel po prostu czekał na moją odpowiedź.

- Chyba nie umiem odpowiedzieć ci na to pytanie, Nate. - Przejechałam językiem po spierzchniętych wargach, po czym ostrożnie odłożyłam peta na szafkę nocną.

Nie wyglądał na złego, zrozumiał mnie. Przez większość swojego życia przeżywał to, co ja aktualnie, i nie chciał być hipokrytą. Kiwnął głową, a ja nachyliłam się ku niemu, dotknęłam delikatnie jego karku, a potem przymknęłam powieki i ostrożnie oparłam swoje czoło o jego. Wdychałam kojący zapach chłopaka i przeplatałam pomiędzy palcami kosmyki jego miękkich, brązowych włosów, a wszystko stało się jakieś prostsze. Lepsze. Nasze oddechy mieszały się ze sobą, a moje serce zwalniało rytm. Świat nabrał barw.

- Polecę, jeśli polecisz ze mną - wyszeptałam, nadal nie otwierając oczu.

Chciałam zostać w miejscu, w którym się znalazłam. W bańce, w której był tylko on. Nie mogłam tego zobaczyć, ale czułam, że się uśmiechnął.

- Chcesz użyć mnie jako swojej tarczy, jak zaczną strzelać? - zakpił, a kąciki moich ust zadrżały.

- Jesteś duży, a ja szybko biegam. Wystarczą mi cztery sekundy. - Wzruszyłam delikatnie ramionami.

Poczułam, że Nathaniel mi się przygląda, więc uniosłam powieki. Jego oczy wciąż tak ślicznie świeciły, długie rzęsy rzucały cień na wystające kości policzkowe i wszystko było tak, jak powinno być.

- Naprawdę chcę, abyś tam ze mną był - dodałam poważnym tonem. - Wiem, że proszę o wiele, ale nie wyobrażam sobie zrobienia tego bez ciebie. Potrzebuję cię obok.

Nathaniel był moją ostoją i ukojeniem. Nie miałam pojęcia, co nas czekało, może coś nam groziło, ale oni wszyscy mieli rację, trzeba było doprowadzić to do końca.

Poznać ostatnią część tej historii.

- Myślałem, że już trochę mnie znasz, ale chyba twoja głowa dalej nie działa tak, jak powinna - powiedział z przekąsem, na co zmarszczyłam brwi. - Gdy na dole zaczęli mówić o tym, że powinnaś się zgodzić, miałem wizję wojny przed oczami. Naprawdę ci się wydaje, że puściłbym cię tam samą?

To wystarczyło, aby na moich ustach wykwitł uśmiech tak szeroki i tak szczery, że zdrętwiała mi od niego twarz. Niewiele myśląc, rzuciłam się Nathanielowi na szyję. Zrobiłam to tak niespodziewanie i gwałtownie, że chłopak stracił równowagę i poleciał do tyłu. Upadliśmy, a on w ostatniej chwili podparł się dłońmi o podłogę. Usiadłam na nim okrakiem i złapałam jego policzki, a potem wcisnęłam w jego usta soczystego buziaka. Po niespełna trzech sekundach oderwałam się od niego z głośnym mlaśnięciem. Wciąż się uśmiechając, zerknęłam na jego twarz. Oczy miał półprzymknięte i nie wyglądał, jakby moja reakcja go zaskoczyła.

- Dziękuję - powiedziałam szczerze.

- Cóż. - Odchrząknął. - Podziękowania przyjmuję w gotówce, w postaci kluczyków do samochodów sportowych albo...

- ...w naturze - dokończyłam za niego, uśmiechając się, bo mógłby to powtarzać do znudzenia, a i tak za każdym razem czułabym to ciepło w sercu i nostalgię.

Ku mojemu zdziwieniu chłopak zmarszczył brwi i pokręcił głową.

- Nie, jestem pewny, że nie tak to szło.

- Oczywiście, że tak - sprzeciwiłam się, bo przecież doskonale znałam tę śpiewkę.

- Nie - upierał się Nathaniel i wyraźnie zrelaksowany rozsiadł się wygodniej. - Bo podziękowania przyjmuję w gotówce... - zaczął, po czym z leniwym uśmiechem przysunął się bliżej, a ja bacznie obserwowałam jego twarz, nie mogąc uspokoić pierdolonych motylków w brzuchu - ...w postaci kluczyków do samochodów sportowych... - szepnął głosem, od którego dostałam gęsiej skórki, a potem położył dłonie na moich udach, niemal muskając moje usta, przez co wszystko stało się jeszcze bardziej intensywne - ...i w osobie Victorii Clark. W każdej postaci.

- Kto by pomyślał, że umiesz być taki miły. Występuję w nowym powiedzeniu Nathaniela Gabriela Sheya - zakpiłam, udając niewzruszoną, ale w środku drżałam. - To zaszczyt?

Byłam pewna, że słyszał szybkie bicie mojego serca. Wystarczyło kilka pieprzonych słów, abym uśmiechała się przez następne godziny.

Tak jak kiedyś wystarczyło kilka, abym płakała tygodniami.

- Tak, dopisz to sobie w CV. - Wzruszył ramionami i mnie pocałował.

Po dobrych pięciu minutach, które spędziliśmy na zajmowaniu się sobą, Nathaniel poprawił zmierzwione włosy i w końcu wyszliśmy z pokoju. Czułam stres w związku z telefonem, który ja i Theo mieliśmy wykonać, ale po rozmowie z Sheyem i dzięki temu, że był obok, odnalazłam w sobie więcej siły i spokoju. Uśmiechnęłam się szeroko, gdy nagle, kiedy byliśmy już przy schodach, chłopak bez słowa złapał moją dłoń i splótł palce z moimi. Nic nie powiedziałam, ale byłam mu za ten gest cholernie wdzięczna.

Weszliśmy do jadalni, a reszta wciąż tam była. Nathaniel nie cofnął ręki, wręcz przeciwnie, ścisnął mocniej moją dłoń.

- Okej, przemyślałam to - mruknęłam, a mój głos był pewny i opanowany, choć dalej się denerwowałam. - Macie rację. Trzeba doprowadzić to do końca i zamknąć wszystkie sprawy. Jestem gotowa tam polecieć - powiedziałam wyraźnie i spojrzałam w oczy Theo, w których po moich słowach błysnęła nadzieja. - Ale ty też musisz tego chcieć. Oboje musimy.

Mój brat przez chwilę wpatrywał się we mnie w milczeniu. Zastanawiał się.

- Powinniśmy to załatwić - odparł w końcu. - Mimo że jestem obsrany - dodał i to właśnie te słowa spowodowały, że atmosfera się rozluźniła.

Magia Theo Clarka.

- Do tej pory myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach - mruknęła Mia. - Jakim cudem w dwudziestym pierwszym wieku działa mafia? Ludzie nie mają co robić czy co? - Prychnęła, po czym wstała z krzesła. - I dlaczego to zawsze muszą być Włochy?

- Ponieważ mafia powstała podczas hiszpańskiej okupacji Sycylii jako ruch oporu skierowany przeciw okupantowi. Potem, w dziewiętnastym wieku, wpływy mafii rozszerzyły się na całe Włochy, a w końcu jej członkowie przeniknęli do najwyższych struktur politycznych i finansowych. Podczas emigracji zarobkowej w dwudziestym wieku zaczęła działać również w Stanach Zjednoczonych. Dziś organizacje przestępcze funkcjonują na całym świecie, głównie w Kolumbii, Boliwii, Rosji, USA i we Włoszech. Niektórzy historycy uważają, że termin "mafia" pochodzi od sycylijskich rebeliantów, którzy zrzucili jarzmo francuskiej okupacji w tysiąc dwieście osiemdziesiątym drugim roku - wyrecytował bez zająknięcia Matt, uśmiechając się od ucha do ucha.

Po jego słowach nastąpiła głucha cisza, wszyscy tylko wpatrywaliśmy się w niego z rozchylonymi oczami i ustami. Chłopak jeszcze przez chwilę się szczerzył, ale widząc naszą reakcję, zmarszczył brwi.

- No co? - zapytał ze zdziwieniem.

- Co, do kurwy, stary? - zawołał wysokim głosem Scott. - Masz pieprzoną Wikipedię w głowie? Skąd ty wiesz takie rzeczy o włoskiej mafii?

- Studiowałem prawo, gdybyś zapomniał, jełopie - obruszył się Donovan. Przewrócił oczami i założył ręce na piersi.

- Po co? Żeby stać się adwokatem kartelu narkotykowego? - zakpił Chris, mrużąc oczy.

- Och, zdziwiłbyś się, ile można na tym zarobić.

Pokręciłam głową i oderwałam od niego wzrok. Mózg Matta Donovana był dla mnie zbyt skomplikowaną konstrukcją. Byłam pewna, że gdyby oddano go naukowcom do badań, odkryliby co najmniej sześć nowych schorzeń, dwa pierwiastki i przy okazji lek na raka.

Niepewnie zerknęłam na dłoń, którą wciąż trzymałam rękę Nathaniela, po czym powoli wyplątałam się z jego uścisku. Czułam na sobie spojrzenie chłopaka, ale uniosłam kącik ust i kiwnęłam głową. Pozwolił mi się odsunąć, więc zrobiłam dwa kroki do przodu.

- Wiem, że teraz proszę was o wiele - zaczęłam głośniej, skupiając na sobie uwagę wszystkich. - I wiem, że może nie zechcecie tego zrobić, co zrozumiem. Ale chcę, byście wiedzieli, że chciałabym tam polecieć z wami. Chcę to zrobić z wami, tak jak kiedyś.

Zdawałam sobie sprawę, że mogę ich narażać, to było jednak silniejsze ode mnie. Czułam, że się zbliżyliśmy i udało nam się zacząć odbudowywać to, co się rozpadło. Potrzebowałam ich wsparcia.

Gdy tylko to powiedziałam, Chris prychnął pod nosem. Machnął ręką, a następnie zerwał się na równe nogi.

- Żartujesz sobie? We Włoszech w grudniu jest całkiem ciepło! Już idę się pakować, bo jeszcze jeden dzień tutaj, a przysięgam, że się podpalę - gderał. Wciąż żywo gestykulował, podchodząc do kominka, w którym płonął wesoło ogień, a Cameron patrzył na niego z delikatnym uśmiechem. - Polecę tam, nawet jeśli na wejściu miałbym dostać kulkę w łeb.

- Nikt nie dostanie żadnej kulki, na litość boską! - zawołała Laura, ale Chris uciszył ją gestem dłoni.

- Zawsze chciałem zrobić sobie to kozackie zdjęcie przy wieży w Pizie - zarechotał Scott, po czym wystawił ręce i lekko się odchylił, przyjmując tym samym pozę, jaką robiły tysiące turystów tygodniowo przy tym charakterystycznym pochylonym zabytku. - Lecę w ciemno - zapewnił, puszczając mi oczko.

- O, o, o! Ja tak samo! - entuzjazmował się Matt. - Chcę zrobić sobie zdjęcie przy tej dużej białej świątyni. No wiecie, tej, którą wybudował ten typ dla swojej zmarłej żony - wytłumaczył, na co znów wszyscy na niego spojrzeliśmy. - To będzie romantyczny gest. Pokażę potem zdjęcia Ramonie. Zobaczy, że mam duszę romantyka.

Zapewne Ramona była tą wielką miłością, o której nam wspomniał.

- Chodzi ci o Tadż Mahal? - zapytał gdzieś za mną Nathaniel, a Donovan pokiwał głową. - Ale wiesz, że to jest w Indiach?

- No i? - burknął, wziąwszy się pod boki.

Zerknęłam przez ramię na Sheya, który wpatrywał się w Matta z lekko rozchylonymi ustami, jakby chciał się upewnić, że chłopak się nie zgrywa.

- Indie leżą w Azji. W Azji Południowej - doprecyzował, na co Matt wzruszył ramionami.

- Dalej nie widzę problemu - upierał się przy swoim Donovan, dezorientując nas jeszcze bardziej. - Przecież to jest obok siebie.

- Jak obok siebie, skoro to dwa inne kontynenty? To jakieś osiem godzin samolotem - wyjaśnił Shey, na co Mattowi mina zrzedła i spojrzał na niego tak, jakby właśnie usłyszał, że gwiazdka jest w tym roku odwołana.

- To Włochy nie leżą w Azji?

- O mój, kurwa, Boże - szepnęła Jasmine, po czym gwałtownie pokręciła głową i wyrzuciła ręce w powietrze. - Idę zarezerwować bilety, a wy tam lepiej zadzwońcie - dodała zdenerwowana i szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia z jadalni.

Matt pobiegł za nią, wciąż niepocieszony z powodu tego, że Indie nie leżą obok Włoch.

- Ale ja chciałem pozwiedzać! - zawołał z żalem. - To chociaż Luwr zobaczmy! Albo Bramę Branderburską! - wymieniał, wspinając się za Jasmine po schodach.

- Brandenburską, ty kretynie! - odparła.

Wciąż się przekomarzając, w końcu zniknęli na piętrze, a my zostaliśmy sami. Po kilku chwilach Mia z niewzruszoną miną spojrzała na Laurę i Scotta.

- Jesteście pewni, że on skończył podstawówkę? - zapytała powoli.

Hayes wzruszył ramionami.

- W piątej klasie dostał na meczu Yankeesów piłką baseballową w głowę - odparł. - Lekarze niby mówili, że nic mu nie jest, ale jego mózg może działać inaczej.

- I nagle wszystko stało się jasne - westchnęła Mia. Sekundę później spoważniała i zerknęła na Theo, a następnie na mnie. - Musicie zadzwonić.

Tak cholernie wiele znaczyła dla mnie ich zgoda. Narażali się dla nas i nie chcieli niczego w zamian. Potaknęłam, patrząc na Mię, po czym ruszyłam niepewnie w kierunku stołu i usiadłam ponownie na swoim wcześniejszym miejscu. Znów spojrzałam na list i wydawało mi się, że tusz na kopercie stał się jeszcze wyraźniejszy. Przełknęłam ślinę i zerknęłam przez ramię na Sheya. Kiwnął głową, aby mnie zachęcić, wiedziałam jednak, że on też jest zestresowany.

- Okej, to dzwonimy - mruknął mój brat, wyciągając telefon z kieszeni.

Obserwowałam, jak powoli wpisuje kolejne cyfry, usiłując ukryć drżenie palców. Gdy skończył, odchrząknął, a następnie włączył tryb głośnomówiący i położył telefon na blacie. Sekundy dłużyły mi się jak godziny, czułam, jakby to wszystko działo się w zwolnionym tempie. Ostateczna rozgrywka była coraz bliżej.

Pierwszy sygnał - rozkładamy planszę.

Drugi sygnał - rozstawiamy piony i figury.

Trzeci sygnał - przesuwamy pion i partia się zaczyna.

- Niezmiernie nam miło, że przystali państwo na naszą propozycję.

Zadrżałam, słysząc kobiecy głos, i w szoku spojrzałam na wyświetlacz. Super, jeszcze nas inwigilują. Mimo że byłam zestresowana do granic, szybko oddychałam, a moje ręce trzęsły się jak cholerna galareta, rozpoznałam ten głos. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się, skąd go znam. Nie spotkałam dotąd nikogo z kręgu mojego biologicznego ojca, ale mogłabym przysiąc, że gdzieś już słyszałam tę osobę. Albo kompletnie zwariowałam.

- Inwigilujecie nas, tak? Skoro znacie nawet nasze numery? - wyrzucił z siebie Theo, spoglądając na wyświetlacz ze złością, jakby ta kobieta mogła to zobaczyć.

Miałam ochotę parsknąć pod nosem. Dlaczego nawet w takiej sytuacji Theo był po prostu... Theo?

- Już nawet nie będę pytać, skąd wiedzieliście, gdzie jesteśmy - dodał i choć jego głos brzmiał pewnie, wyczułam, że się stresuje.

- Ten numer jest przeznaczony tylko dla państwa - wyjaśniła spokojnie nieznajoma, ignorując drugą część wypowiedzi mojego brata.

- Mamy się czuć wyróżnieni? - prychnął Theodor, a ja od razu skarciłam go wzrokiem. To nie byli ludzie, z którymi można żartować i sobie pogrywać.

- Cóż, wydaje mi się, że jest wiele ważniejszych powodów, przez które mogą się państwo tak czuć, panie Clark - powiedziała formalnym tonem. Jej akcent był dziwny. Nie przypominał włoskiego, ale nie był również czysto amerykański.

Panie Clark, panie Clark... Skąd ja to znam?

- Nie wątpię - mruknął ponuro Theodor i nerwowo postukał opuszkami palców w blat stołu. - Chciałem potwierdzić naszą... wizytę.

- Niezmiernie nam miło z tego powodu - powtórzyła kobieta, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy nie rozmawiamy przypadkiem z automatyczną sekretarką.

Zmarszczyłam brwi z irytacją. Mój brat musiał poczuć to samo, bo teatralnie przewrócił oczami.

- Mhm, tak - bąknął. - Nie wiem, kiedy dokładnie będziemy. Może jutro.

- Drzwi pana Mantoveniego już dziś są dla państwa otwarte - wyartykułowała niemal kropka w kropkę to, co było napisane w wiadomości.

Czy nasz biologiczny ojciec był w ogóle autorem tego listu?

- Jeśli jest taka potrzeba, oczywiście zajmiemy się przelotem i wszystkimi innymi czynnościami związanymi z państwa przyjazdem. Wystarczy słowo - dodała.

Uniosłam ze zdziwieniem brew. Oni wydawali się zbyt mili, a ja byłam zbyt sceptycznie nastawiona. Mieliśmy do czynienia z niebezpiecznymi ludźmi, Arabella jasno to zaznaczyła, a zachowywali się niebywale uprzejmie... Nasz tatuś tyle lat pozostawał w cieniu, a tu nagle zachciało mu się rodzinnych spotkań!

- Dzięki, sami się tym zajmiemy - rzucił krótko Theo, na co wybałuszyłam oczy. - Proszę wybaczyć, ale nie ufam wam i jakoś nie uśmiecha mi się wsiąść w samolot wybrany przez was.

Co ten idiota wyprawia? Ja naprawdę nie chcę dostać pierdolonej kulki!

Theodor, widząc moją reakcję, tylko wzruszył ramionami.

- Mogą mi państwo wierzyć albo nie, ale aktualnie państwa bezpieczeństwo jest dla nas priorytetem - odparła grzecznie kobieta. Jeśli wypowiedź Theo ją zirytowała, to zamaskowała to idealnie.

- Tak, tak - zbył ją mój brat. - Jeszcze jedno, nie przyjedziemy tylko we dwoje. Będą z nami inni... ludzie.

Spięłam się z nerwów, bo przecież kobieta mogła się nie zgodzić, a ja nie wiedziałam, czy poradziłabym sobie bez Nathaniela. Gdy tylko o nim pomyślałam, zerknęłam na niego przez ramię. Dalej stał w tym samym miejscu, wpatrując się z kamienną twarzą w telefon.

- Oczywiście, nie ma żadnego problemu - odezwała się nieznajoma, przez co głębiej odetchnęłam. - Proszę wybrać lot do Rzymu i podać nam szczegółowe informacje, będziemy czekać na lotnisku. Pan Mantoveni będzie bardzo uradowany państwa decyzją.

- To się okaże - mruknął Theo, po czym się rozłączył.

Przez dłuższą chwilę wszyscy milczeliśmy, dalej obserwując jego telefon.

- Pamiętacie, jak mówiłam wam o spotkaniu z Brooklynem i Vincentem? - zapytałam nagle, ściągając na siebie uwagę wszystkich. - Ta sytuacja na polanie. Wtedy, gdy przekazali sobie walizkę - dodałam i w tej samej sekundzie poczułam na plecach intensywne spojrzenie Nathaniela.

Wiedziałam, że on dokładnie pamiętał, jak jechał po mnie w nocy, a ja prawie zeszłam przez atak paniki.

- Tak - odpowiedziała Laura z rezerwą. - A co?

- Opowiadałam wam o kobiecie z polany. Tej, której nie znałam, a która mi pomogła. - Uniosłam głowę i niemal od razu nawiązałam kontakt wzrokowy z Theo, który uważnie mnie słuchał. - Może świruję, ale dam sobie rękę uciąć, że te koperty, które im dała, były takie same jak ta - powiedziałam i wskazałam palcem na list - papier też był taki jak ten.

- Niemożliwe - odparł niemal od razu Theodor, kręcąc głową. - To nie miałoby sensu. Nie mieliśmy z nim kontaktu.

- Czy ja wiem? - odezwał się nagle Scott. - Nie zdziwiłoby mnie to, gdyby maczali w tym palce. Są w waszym życiu od dawna, tylko o tym nie wiedzieliście. No, jeśli wasza babka powiedziała prawdę.

Westchnęłam i spuściłam głowę. Mimo że to był dopiero początek, już miałam tego wszystkiego dość, ale wizja, że mamy szansę się czegoś dowiedzieć i na spokojnie zdecydować, co dalej, wydawała się niebywale oczyszczająca. Wszyscy mi powtarzali, że w moim stanie potrzebuję stabilizacji, i choć niby nic się ze mną nie działo, bałam się, że jeśli dłużej pożyję w niewiedzy i napięciu, w końcu wybuchnę.

A ten wybuch przyniósłby zbyt wiele ofiar.

- Sprawdzimy to, gdy już tam dotrzemy. Jasmine pewnie znajdzie lot na dziś, więc chyba musimy skończyć nasze wakacje i się spakować. Widzisz?! - zawołała zdenerwowana Laura, uderzając pięścią ramię Scotta, na co chłopak jęknął i się od niej odsunął. - Lecimy do cholernego Rzymu, a ty mi nie pozwoliłeś spakować więcej sukienek! Jak ja się tam pokażę?! Możesz być pewny, że szybko pójdziemy na zakupy - zapowiedziała, a następnie jak gdyby nigdy nic ruszyła w stronę schodów z wysoko uniesioną głową.

- Kochanie, przecież masz dużo ubrań! - zawołał za nią Hayes, bezradnie rozkładając ręce.

- Ale nic się nie nadaje do Włoch!

Uśmiechnęłam się słabo, słysząc tę wymianę zdań, po czym ponownie zerknęłam przez ramię w kierunku miejsca, gdzie wcześniej stał Nathaniel, ale już go tam nie zobaczyłam.

Jak się okazało, Laura miała rację, Jasmine zarezerwowała lot na wieczór tego samego dnia. Wszyscy przystąpiliśmy więc do przyspieszonego pakowania. Była trzecia po południu, gdy stałam w swojej tymczasowej sypialni i wkładałam kolejne rzeczy do walizki. Mia obok mnie robiła to samo.

- Jak myślisz? - zapytałam nagle, przerywając ciszę. - Naprawdę dobrze robimy?

Roberts westchnęła, siadając na swoim bagażu, aby go domknąć. Chwilę się z tym męczyła, jęcząc i przeklinając na zmianę, ale w końcu podołała. Uśmiechnęła się z satysfakcją i skrzyżowała ze mną spojrzenie.

- Vic, my nigdy nie robimy niczego dobrze - odparła, na co parsknęłam śmiechem, bo miała rację. - Będzie mi brakować tej sypialni. I tych strasznych obrazów. - Zmarszczyła nos i zerknęła na jeden z portretów naprzeciw nas.

- I tak mało cię tu było - zauważyłam, na co zacisnęła usta w wąską linię. - Chyba sypialnia Parkera była przytulniejsza.

Zrobiłam unik, gdy rzuciła we mnie poduszką. Zaśmiałam się głośno, widząc jej rumieńce.

- Nie moja wina, że ten pokój jest przerażający, a ty się wiercisz - wytknęła mi, ale nawet tego nie skomentowałam.

O szóstej po południu wszyscy byliśmy gotowi. Ja i Theo martwiliśmy się jeszcze tylko jedną kwestią: nie bardzo wiedzieliśmy, co zrobić z Kotem. Droga z Maine do Portland go wymęczyła i nie chcieliśmy narażać naszego staruszka na kolejny stres. Z pomocą na szczęście przyszła nam Eloise, która zaproponowała, aby został z nimi do czasu, aż załatwimy swoje sprawy. Nasz zwierzak bardzo polubił dzieci jej siostry i wiedziałam, że zostawiamy go w dobrych rękach.

Trzy duże taksówki już na nas czekały. Stałam na schodach prowadzących do domu, wciskając dłonie w kieszenie puchowej kurtki. Tępo wpatrywałam się w swoich przyjaciół, którzy ładowali nasze bagaże do aut. Niebo było już całkowicie ciemne, a płatki śniegu wirowały w powietrzu, błyszcząc w świetle reflektorów. Mróz szczypał w policzki, ale przynosił ukojenie.

Przygryzłam dolną wargę, skupiając wzrok na Nathanielu, który wkładał swoją walizkę do bagażnika taksówki. Miał na sobie tę samą kurtkę i buty, w których przyjechał, a do tego czarne jeansy. Wydawał się skupiony i poważny. Nieco smuciło mnie to, że od momentu rozmowy w salonie nie zamieniliśmy ze sobą ani słowa. Zniknął na czas pakowania, a ja odpuściłam wizytę w jego sypialni, choć nieziemsko potrzebowałam jego bliskości.

Pokręciłam głową, odganiając od siebie te cholerne myśli, bo za bardzo to analizowałam. Pożegnałam się z Kotem, który nie przejął się zbytnio naszym wyjazdem.

- Dobra, jedziemy! - zawołał z uśmiechem Chris. Chyba jako jedyny tak bardzo cieszył się z faktu, że w końcu opuszczamy posiadłość ciotki Luke'a. - Nigdy, ale to nigdy więcej nie wrócę zimą na to zadupie. Nigdy! - zadeklarował, a następnie wskoczył do taksówki.

Cameron pokręcił głową, ale wsiadł zaraz za nim, a po nim wgramolił się tam zadowolony Matt.

Ku mojemu zdziwieniu Nathaniel otworzył drzwi z przodu tej samej taksówki. Miałam nadzieję, że pojedziemy razem, ale z całych sił starałam się nie pokazać po sobie rozczarowania. Może potrzebował samotności, dla niego też było to trudne i pewnie chciał sobie wszystko przeanalizować, ale to nie zmieniało faktu, że chciałam mieć go obok siebie.

Ze zmarszczonymi brwiami obserwowałam, jak z kamienną twarzą zbliżył się do samochodu. Nim wsiadł, ostatni raz zerknął w moją stronę i nasze spojrzenia spotkały się pośrodku zaśnieżonego placu. Choć dzieliły nas jardy, przeszył mnie dreszcz, gdy zobaczyłam w jego oczach przygnębienie. Nie dał mi patrzeć na siebie zbyt długo, odwrócił wzrok i wsiadł do taksówki. Był taki smutny, a mimo to tak łatwo się ode mnie odsunął.

Tak pięknie mnie porzucił.

Udałam, że mnie to nie dotknęło, Mii nie udało mi się jednak zwieść.

- Chodź, Vic - powiedziała z uśmiechem, łapiąc mnie pod ramię. - Pojedziesz z nami.

Luke niemal od razu pokiwał głową, co nieco poprawiło mi humor.

Gdy wyjeżdżaliśmy z posiadłości, naprawdę poczułam, że nasza sielanka się skończyła. Choć dom ciotki Luke'a mnie przerażał, cieszyłam się, że mogłam spędzić tam święta, bo spędziłam je z nimi, z moimi przyjaciółmi.

Przez całą drogę na lotnisko milczałam, obserwując nocny krajobraz za oknem. Podczas czekania na odprawę, która trwała stosunkowo krótko, zamieniliśmy wszyscy raptem dziesięć zdań. Przez większość czasu siedziałam na niewygodnym krzesełku, opierając głowę o kolumnę, i spod półprzymkniętych powiek obserwowałam tłok na lotnisku. Mia przysypiała na moim ramieniu i choć nie chciałam, co jakiś czas mimowolnie zerkałam na Sheya, który stał niedaleko. Wciąż klikał coś w telefonie, a jego twarz wyrażała zmęczenie.

Zajęłam się obserwowaniem trójki dzieci, które grały w gumę po przeciwnej stronie hali, gdy nagle dostrzegłam znajomą dziewczynę. Szła z wielką walizką w kierunku jednej z bramek. W oczy od razu rzucił mi się neonowo pomarańczowy dres z Adidasa i w tej samej sekundzie zrozumiałam, że to nasza sąsiadka z Culver City, Alice. Zacisnęłam usta w wąską linię i bardziej się skuliłam, bojąc się, że mnie rozpozna. Jak można było mieć takiego pecha? Stany Zjednoczone były wielkie, jakim cudem znalazłyśmy się na jednym lotnisku? Nie żebym jej nie lubiła, ale... była naprawdę dziwna. Zmarszczyłam brwi, widząc, jak siłuje się ze swoją różową walizką. Jak zwykle miała na stopach zielone crocsy, a przecież był mróz! Na szczęście nawet nie zerknęła w naszą stronę, udała się prosto do bramek. Z komunikatów wyczytałam, że wybiera się do Nowego Jorku.

Byłam niesamowicie zmęczona, więc głośno odetchnęłam z ulgą, gdy o dziewiątej wieczorem w końcu usiadłam na niewygodnym fotelu w samolocie. Cieszyłam się, że mam miejsce przy oknie, bo lubiłam obserwować widoki. Siedzenie obok mnie zajęła Mia. Stwierdziła, że moje ramię jest dużo wygodniejsze od ramienia Luke'a, a ona chce spać, więc Parker usiadł z Sheyem.

- Europa. Kto by pomyślał? Jeszcze trochę, a zwiedzimy razem cały świat. - Westchnęła, wygodniej rozsiadając się w fotelu. - Słuchaj, wiem, że się stresujesz, ale myślę, że to lepsze od życia w niewiedzy.

- Wiem, ale kurewsko się boję.

- Dlatego masz nas - odparła ciepło i znów przylgnęła do mojego ramienia. - Wszystko się ułoży.

Wygięłam kącik ust ku górze i oparłam policzek o jej głowę, wpatrując się tępo w fotel przed sobą.

- Wiem - szepnęłam.

Tak naprawdę nie miałam pojęcia, czy chciałam uspokoić ją, czy siebie.

***

Chociaż lubiłam latać samolotem, chyba żadna podróż nie zmęczyła mnie tak jak tamta. Po dziewiątej godzinie wiercenia się na fotelu chciało mi się płakać. Zazdrościłam Mii, która smacznie spała z opaską na oczach, nie przejmując się niczym. Myślałam o tym, co nas czekało, a zmrużyłam oko dopiero około siódmej rano, gdy słońce powoli wznosiło się nad horyzont. Przesłuchałam chyba wszystkie playlisty, jakie miałam ustawione w różnych serwisach streamingowych, trzy razy byłam siku i bardzo starałam się nie patrzeć na Nathaniela.

Zerknęłam na niego dopiero po wylądowaniu. Szedł obok Chrisa, a pod jego oczami odznaczały się głębokie sińce. Zapewne i on miał problemy ze snem. Wyglądał na wymiętego i niezadowolonego, wiedziałam, że jedyne, czego chciał w tamtym momencie, to wskoczyć pod prysznic.

- I że co? - zadrwił mój brat, gdy odebraliśmy już swoje bagaże. - Że niby ma ktoś tu na nas czekać?

- W teorii tak - odparłam, kiedy ruszyliśmy razem w stronę wyjścia z lotniska.

Uśmiechałam się pod nosem, słysząc wokół rozmowy prowadzone po włosku. Włoski był jednym z języków, których cholernie chciałam się nauczyć, ale nigdy nie miałam na to czasu. Ja i Theo szliśmy na przodzie, ciągnąc za sobą walizki. Sprawdzałam w telefonie powiadomienia, pisała do mnie głównie Eloise o Kocie.

- Erik nas zabije, jak się dowie - mruknęłam, odpisując mu na wiadomość.

- Jeśli się dowie - rzucił Theo, na co przewróciłam oczami.

W końcu wyszliśmy na zewnątrz. Zaciągnęłam się świeżym powietrzem, mrużąc oczy, gdy oślepiło mnie mocne słońce, które górowało na niebie. Mimo że było dość chłodno, jego promienie ogrzewały mi nos i twarz.

- No i niby gdzie nasz komitet powitalny? - zakpiła Mia. - Podobno mieli być tu...

- I są - przerwał jej Parker, patrząc gdzieś w bok z nietęgą miną.

Spojrzałam tam, gdzie on, i niemal od razu ich zobaczyłam. Cóż, trudno było nie zobaczyć. Niedaleko tuż przy chodniku stały zaparowane cztery wielkie, eleganckie mercedesy. Wyglądały, jakby ktoś wyjechał nimi z salonu dziesięć minut wcześniej. Czarny lakier lśnił w promieniach słonecznych. Zdecydowanie przyciągały uwagę większości ludzi kręcących się po terenie lotniska. Wiedziałam, że przyjechały po nas, ponieważ przed jednym stał wysoki mężczyzna z białą kartką, na której drukowane litery układały się w nazwisko "CLARK". Mężczyzna był bardzo barczysty, ubrany na czarno, a na jego nosie tkwiły okulary przeciwsłoneczne. Przełknęłam ślinę, zerkając na Theo, który nagle zrobił się dziwnie niepewny.

- Możemy się jeszcze wycofać - wydusiłam z siebie słabym głosem.

Zaczęła do mnie docierać powaga sytuacji i moja pewność, że chcę poznać prawdę, zupełnie wyparowała.

Dłonie mi się pociły, a puls z każdą sekundą przyspieszał. Chociaż nikt się nie odezwał, wiedziałam, że wszyscy poczuliśmy się niepewnie. Zaczęłam pluć sobie w brodę, że narażam ich na niebezpieczeństwo.

- Pierdolenie - rzucił Chris, po czym machnął ręką i jak gdyby nigdy nic ruszył w kierunku samochodów. - Nie tłukłem się tu piętnaście godzin samolotem na darmo. Chcę pozwiedzać Rzym. I się umyć. Reszta mnie nie obchodzi.

- Chris - warknęłam, ale mnie nie słuchał, dalej szedł przed siebie z dumnie uniesioną głową, a jego jaskrawozielony płaszcz marki Balenciaga powiewał na wietrze. - Chris, do cholery! - zaklęłam i szybko ruszyłam za nim.

Adams zatrzymał się kilka jardów przed mężczyzną z kartką.

- Cześć - przywitał się, przez co miałam ochotę strzelić go w jego pustą głowę. Uśmiechnął się w stronę nieznajomego, ale ten nawet nie drgnął. - To właśnie rodzeństwo Clarków - kontynuował, wskazując na mnie i na Theo.

Zmroziło mnie, bo nie wiedziałam, czego oczekiwać. Może facet miał znienacka wyciągnąć glocka i odstrzelić mi głowę?

Po kolejnych trzech dłużących się w nieskończoność sekundach mężczyzna skinął. Nieco mnie to uspokoiło, ponieważ wcześniej wyglądał jak robot, i to taki z rozładowanym akumulatorem.

- Zostawcie tu bagaże - odezwał się grubym barytonem, wskazując na samochód za swoimi plecami. Miał wyraźny włoski akcent i słabo go rozumiałam. - I wsiadajcie.

- No w końcu - mruknął Chris i bez zastanowienia puścił swoją walizkę.

Zrobił krok do przodu, aby otworzyć drzwi auta, ale mężczyzna w okamgnieniu zastąpił mu drogę. Moje serce się zatrzymało i automatycznie złapałam Adamsa za ramię, jak gdybym chciała go obronić. Chris chyba też się spiął, bo spojrzał na nieznajomego z obawą.

- Nie tu - mruknął Włoch, na co mój przyjaciel pokiwał głową i bez słowa zrobił dwa kroki w tył, po czym uniósł ręce w pokojowym geście. - Do tego wsiadacie wy - poinstruował, patrząc na mnie i na mojego brata.

Zdziwieni i przestraszeni zerknęliśmy na siebie.

- Dlaczego? - zapytał cicho Theo, ale nie dostał odpowiedzi.

Przez chwilę toczyliśmy niemą rozmowę. To było podejrzane i mogło się skończyć nieciekawie, ale czy mieliśmy wybór? Niepewnie zerknęłam na czarną tylną szybę, przez którą nie było kompletnie nic widać.

- W porządku - powiedziałam nagle.

Theodor posłał mi niepewne spojrzenie, ale nijak tego nie skomentował. Nie chciałam, aby nasi przyjaciele zauważyli mój strach, dlatego z kamienną twarzą bez wahania puściłam rączkę walizki i podeszłam do samochodu, nawet nie zerknąwszy na mężczyznę. Theo poszedł w moje ślady. Włoch otworzył nam drzwi, więc stawiając wszystko na jedną kartę, po prostu wsiadłam do środka i od razu przesunęłam się na kanapie, aby zrobić miejsce bratu.

- Witam, panno Clark.

Ze strachu aż pociemniało mi przed oczami i dobre pięć sekund zajęło mi zrozumienie, że oprócz mnie w aucie znajdowała się jeszcze jakaś osoba. W końcu odważyłam się spojrzeć na kobietę, która siedziała na kanapie naprzeciwko. Nawet nie potrafiłabym opisać tego, co poczułam, gdy sobie uświadomiłam, że to nieznajoma z polany.

- Co do... - zaczęłam słabo w momencie, gdy do samochodu wsiadł mój brat.

Nie minęła chwila, a drzwi się za nim zatrzasnęły.

- Niezmiernie miło mi państwa powitać - odezwała się formalnie kobieta.

Wtedy zrozumiałam, że przeczucie mnie nie myliło: to z nią rozmawialiśmy przez telefon.

- Ja cię znam - wyszeptałam drżącym głosem, wpatrując się w nią jak w byt nadprzyrodzony.

Po tych słowach poczułam na swojej twarzy wzrok Theo.

Rudowłosa uśmiechnęła się sztucznie i skinęła. To naprawdę była kobieta z tej cholernej polany, która mnie uratowała. To ona przyniosła koperty. Była ładniejsza, niż zapamiętałam. Wysoka, szczupła, z zielonymi oczami i nieco pyzatymi policzkami. Jej długie, niemal pomarańczowe włosy opadały kaskadami na ramiona. Miała na sobie dopasowany czarny garnitur oraz beżowe szpilki. Największą uwagę przykuwały jej wąskie usta pomalowane krwistoczerwoną szminką i nienaturalnie białe zęby.

- Owszem, panno Clark. - Skinęła głową, splatając dłonie. - A może lepiej, Victorio, skoro przeszłyśmy na "ty". Masz doskonałą pamięć.

- Jesteś kobietą z polany - szepnęłam, na co rudowłosa znów się uśmiechnęła, zakładając nogę na nogę.

- To bardzo ładne określenie, ale wolę, abyście mówili do mnie Teresa - odparła, po czym uniosła rękę i delikatnie zapukała w ciemną deskę za sobą, dając tym samym znak kierowcy, aby ruszył. - Nie bójcie się o swoich przyjaciół. Pojadą zaraz za nami - wyjaśniła, gdy zauważyła, że z obawą zerknęłam w tył przez ciemną szybę.

- Dlaczego nie mogli jechać z nami? - zapytałam nieufnie.

- Ponieważ chciałam porozmawiać z wami na osobności - powiedziała, a mercedes powoli ruszył. - Zapewne macie dużo pytań. Pan Mantoveni czeka na was w swoim domu. Zdajemy sobie sprawę z tego, że jesteście zmęczeni podróżą i chcielibyście się odświeżyć, ale mam nadzieję, że nie będziecie mieć nam za złe, jeśli udamy się najpierw do niego. Nie może się doczekać waszej wizyty.

Jej specyficzna maniera zaczęła mnie drażnić. Mówiła tak, jakby recytowała wierszyk wyuczony na pamięć.

- No kto by pomyślał - zakpił pod nosem Theo.

Teresa znów puściła jego sarkazm mimo uszu.

- Skąd wiedziałaś? - zaczęłam nagle poważnie. - O tamtej sytuacji na polanie?

Kobieta się uśmiechnęła, a z jej miny wywnioskowałam, że wyciągnięcie z niej czegokolwiek będzie niemożliwe. Nie miałam jednak zamiaru się poddać.

- Wiedziałaś, gdzie byłam. Już wtedy mnie znałaś. Dałaś im koperty i przez to się nie pozabijali - kontynuowałam pewnym głosem. - Co było w kopertach? I dlaczego tam przyjechałaś?

- Wydaje mi się, że tych pytań nie powinnaś kierować do mnie, Victorio - odparła zdawkowo i nie drgnęła jej przy tym nawet pieprzona powieka. - Wszystkiego dowiecie się na miejscu. Pan Mantoveni... - zaczęła, ale przerwało jej głośne westchnienie mojego brata.

- Tak, tak, niezmiernie cieszy się z naszej wizyty i wszystko nam wyjaśni - zadrwił, przewracając oczami. - Wiemy i znamy już na pamięć tę śpiewkę.

Byłam przekonana w stu procentach, że Theo w końcu przegiął, ale chyba nie doceniłam Teresy. Bez żadnych oznak złości znów delikatnie się uśmiechnęła i skinęła głową.

- Wszyscy już na was czekają. Mam nadzieję, że spełnimy wasze oczekiwania. - Ściągnęła wąskie usta, co jasno wskazywało, że właśnie skończyła rozmowę.

Westchnęłam, ale odpuściłam, bo wreszcie mogłam pozbierać myśli. Rzym był piękny, w oknach budynków, które mijaliśmy, wciąż wisiały ozdoby świąteczne, gdzieniegdzie stały choinki. Niestety staliśmy w korkach, co szybko zaczęło mnie drażnić. Nie byłam podekscytowana, raczej przestraszona.

- Gdzie w ogóle jedziemy? - zapytałam po kilkunastu minutach.

- Do domu - odparła tajemniczo Teresa, znów uśmiechając się w ten irytujący sposób.

Przewróciłam oczami i powróciłam do obserwowania samochodów. Droga była długa i nużąca, po czterdziestu minutach wciąż wlekliśmy się ulicami Rzymu. Obecność Teresy coraz bardziej mnie irytowała. Nie wiedziałam, dlaczego tak na nią reagowałam. Może oczekiwałam, że to wszystko będzie bardziej mroczne i niebezpieczne? Po chwilowym zastanowieniu stwierdziłam, że to idiotyzm. Czy naprawdę przeszkadzało mi to, że mieliśmy dojechać bezpiecznie na miejsce?

Powieki zaczęły mi ciążyć. Widoki, choć ładne, zlały mi się w jedno. Gdy już prawie zasypiałam, skręciliśmy w jakąś uliczkę i auto zwolniło, a Teresa się wyprostowała.

- Dojeżdżamy - poinformowała nas.

Ze zdziwieniem wyjrzałam przez szybę. Znajdowaliśmy się na zwykłym osiedlu. Ładne domy jednorodzinne z zadbanymi ogródkami ciągnęły się po obu stronach asfaltowej ulicy. Przy chodnikach w równych odległościach od siebie rosły średniej wielkości drzewa, a na poboczu stały samochody.

- To tutaj? - zdziwiłam się, gdy auto zatrzymało się pod jednym z domów.

Budynek nie wyróżniał się niczym. Był nieduży, piętrowy, zbudowany z szarej cegły. Miał białe okna i ciemny, nieco brudny dach, a trawnik przed wejściem był ładnie przystrzyżony. Nasz dom w Culver City prezentował się zdecydowanie okazalej.

- Tak, to tu - potwierdziła Teresa. - Coś nie tak?

- Nie wiem. - Theo wzruszył ramionami. - Spodziewałem się zamków, lochów i złotych kandelabrów - dodał, na co mimowolnie uniosłam kącik ust.

- Wybaczcie, że was rozczarowaliśmy - odpowiedziała grzecznie kobieta.

W tym samym momencie drzwi po obu stronach się otworzyły, a do auta wpadło trochę więcej światła.

Musiałam się zgodzić z Theo, ja też spodziewałam się czegoś... więcej? Z opowieści Arabelli wynikało, że nasz biologiczny ojciec pochodził z szanowanej i bogatej rodziny. Może babcia się myliła i to nie była żadna mafia?

Westchnęłam, gdy po wyjściu z auta rozprostowałam nogi i poczułam powiew chłodnego wiatru. Spojrzałam na ulicę, ale nie dostrzegłam samochodów, w których mieli być nasi przyjaciele.

- Gdzie reszta? - zapytałam z niepokojem, gdy Teresa opuściła pojazd, po czym, całkowicie mnie ignorując, ruszyła w stronę domu. - Hej! Pytam, gdzie reszta!

- Są w bezpiecznym miejscu - odparła, a ja poczułam, jakby ktoś mnie uderzył.

Spełniał się mój najgorszy koszmar, coś mogło im się stać. Właśnie tego próbowałam uniknąć! Przerażona wbiłam wzrok w Theodora, który również był wystraszony, zbladł i patrzył na mnie poważnie. Sięgnęłam do kieszeni po telefon, by zadzwonić do przyjaciół i upewnić się, że są cali. Jak mogłam dać się nabrać?! Cholera!

- Radzę wam tego nie robić.

Przerażona spojrzałam na Włocha za sobą, który przywitał nas na lotnisku. Stał z rękami w kieszeniach czarnych spodni, na pozór spokojny, ale coś w jego minie sprawiło, że zachciało mi się wymiotować. Zamarłam, czując, jak ogarnia mnie coraz większe przerażenie. Wypełniało mnie od stóp do głów. Bałam się o naszych przyjaciół i o Theo. Bałam się, czy wyjdziemy z tego cało.

- Wybaczcie, ale nie mamy całego dnia - westchnęła Teresa, która stała już na ganku z rękami opartymi na biodrach.

- Gdzie oni są? - wyszeptałam, a moje plany, by to pytanie zabrzmiało pewnie, spaliły na panewce.

- W bezpiecznym miejscu. Dołączycie do nich później. Nie ma potrzeby, aby byli przy tej rozmowie. To sprawy rodzinne - dodała poważniej, unosząc głowę.

- Rodzinne? Naszą jedyną rodziną tutaj są oni, więc nie zgrywaj dobrej ciotki - wyplułam z siebie niczym najgorszą obelgę.

Nie wierzyłam w ani jedno jej słowo. Oni mieli być tu z nami! Znów traciłam grunt pod nogami i nie byłam w stanie myśleć trzeźwo. Niewiele dzieliło mnie od kolejnego wybuchu, a Teresa chyba to dostrzegła, bo pokręciła głową i zerknęła znacząco na mężczyznę za nami. Nie wiedziałam, co chciała mu tym przekazać, ale zrozumiałam to sekundę później, kiedy Włoch z szybkością pantery znalazł się obok nas. Chwycił nasze ramiona, mocno zaciskając na nich palce.

- Co ty wyprawiasz?! - syknęłam, gdy zaczął nas prowadzić w stronę domu.

W przeciwieństwie do Theo, który chyba był w szoku, bo od razu się poddał, zaczęłam się szarpać i szamotać, aby wyrwać się z uścisku mężczyzny.

- Puszczaj mnie! - zawołałam, ale Włoch nie zareagował i doprowadził nas pod same drzwi, gdzie dalej czekała Teresa. - Bo zacznę krzyczeć!

- To spokojna okolica, lepiej nie zakłócać porządku wrzaskami - powiedziała z wyrzutem, patrząc na mnie poważnie. - Wybaczcie brutalność, ale mamy mało czasu.

Mężczyzna w końcu nas puścił i stanął obok ściany, splatając dłonie, a ja jęknęłam i rozmasowałam obolałą rękę. Nie zdążyłam nawet się odezwać, bo rudowłosa otworzyła drzwi, po czym odsunęła się na bok i gestem zaprosiła nas do środka. Spojrzałam na nią z powątpiewaniem.

- Nie każcie mi znowu używać siły - poprosiła, uprzedzając mój protest.

Ku mojemu zdziwieniu Theo od razu wszedł do środka, więc niewiele myśląc, ruszyłam za nim. Gdybym to ja szła pierwsza, pewnie robiłabym to ostrożnie, zważając na każdy krok, ale przecież nie mogłam pozwolić, by coś się stało Theodorowi.

W środku od razu dotarł do mnie ostry zapach piżma. Powitała nas cisza, słyszałam jedynie swój szybki oddech i odgłosy naszych kroków. Weszliśmy do długiego korytarza pomalowanego na jasnozielony kolor, gdzie na ścianach wisiały zdjęcia osób, których zupełnie nie kojarzyłam. Wszystko wyglądało tak normalnie.

Gdy wyszliśmy z korytarza, znaleźliśmy się w niedużym, gustownie urządzonym salonie. Jego wystrój przypominał mi wnętrza z lat siedemdziesiątych. Na ścianach była jasna tapeta we wzorki, a meble wydawały się dość stare. Telewizor był chyba większy niż szafka, na której stał. Więcej szczegółów nie zarejestrowałam, bo całą moją uwagę pochłonął mężczyzna znajdujący się w pomieszczeniu.

Siedział przy niedużym brązowym stole, przodem do nas. Na blacie przed nim stał kubek z parującym napojem. Kawa, herbata? Nie byłam pewna. Mężczyzna miał na sobie bordowy sweter w szkocką kratę, spod którego wystawał kołnierzyk koszuli. Na oparciu drugiego krzesła zauważyłam czarną marynarkę, która zapewne też należała do niego. Nie patrzył na nas, całą uwagę skupiał na złotej obrączce, którą przesuwał między dużymi, opalonymi palcami. Zdecydowanie była zbyt mała, jakby należała do kobiety. Na jego nadgarstku świecił złoty rolex.

Spojrzałam na jego twarz. Miał typowo włoską urodę. Jego karnacja była ciemniejsza od naszej i mocno kontrastowała z niemal białymi, krótkimi, ale gęstymi włosami. Wydał mi się przystojny, choć na jego twarzy dostrzegłam sporo zmarszczek i przebarwień. Oceniłam, że był przed siedemdziesiątką. Na jego nosie tkwiły cienkie okulary w ciemnej oprawie, ale i tak dostrzegłam wyraźne cienie pod jego oczami. Jakby był... zmęczony.

Czy to był on? Czy właśnie patrzyłam na swojego biologicznego ojca?

Gdyby ktoś mnie zapytał, jak się czułam, nie potrafiłabym odpowiedzieć. Chyba nie poczułam nic. Wydawało mi się, że stoję przed człowiekiem, z którym nic mnie nie łączyło. Moje emocje się uspokoiły, jakby to wszystko nie miało znaczenia.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Nie potrafiłam oderwać wzroku od palców mężczyzny, które wciąż bawiły się złotą obrączką. Zauważyłam też niewielki kawałek wyblakłego tatuażu tuż przy jego nadgarstku.

- Pierwszy raz spotkałem Giselle Clark dwudziestego ósmego stycznia dziewięćdziesiątego ósmego.