1
- Jezu, jak tu pięknie - powiedziała Ola.
Mortka pomyślał, że jego była żona ma rację. Ciepłe majowe słońce padało na twarz policjanta, przebijając się przez gęsty dach zielonych, pachnących wiosną liści. Siedzieli w ogródku tuż przed zabytkowym poniemieckim pałacem, a za ich plecami rozciągała się malownicza panorama Karkonoszy. Zanurzył usta w chłodnym piwie i przez chwilę, krótką jak mrugnięcie powieki, czuł się szczęśliwy. A potem Adam, nowy chłopak Oli, który siedział naprzeciwko, ale którego Mortka w cudowny sposób usunął ze swojego pola widzenia, musiał się odezwać.
- Wiecie, że tu nieopodal, za tym hotelem, znajduje się fabryka dywanów? Ta słynna fabryka dywanów! - Wskazał na pałac za swoimi plecami, w którym wynajął pokoje dla siebie, Oli i chłopaków.
- Nigdy o takiej nie słyszałem - powiedział kwaśno komisarz, zastanawiając się jednocześnie, czy Adam i Ola zamieszkali w jednym pokoju czy jednak osobno.
- Nigdy, naprawdę? W PRL-u dywany z tej małej mieściny były prawdziwym rarytasem. Moja mama o mało co nie zginęła, kiedy próbowała kupić jeden.
- Co się stało? - zainteresowała się Ola, która właśnie kończyła dopijać kawę. Wyglądała pięknie: uśmiechnięta, wyluzowana, emanująca seksapilem i spełnieniem.
- Mama dowiedziała się dzień wcześniej, że rzucą dywany. Od czwartej nad ranem siedziała przed sklepem, kolejka gęstniała z minuty na minutę, zrobił się prawdziwy tłum. Wszyscy napierali na drzwi do tego sklepu, bo każdy chciał dostać towar. I w pewnym momencie, mniej więcej wtedy, kiedy mieli już otwierać, ale z jakiegoś powodu nie otwierali, ludzie zaczęli się pchać. A moja mama była w pierwszym szeregu. Dosłownie wcisnęli ją w szklane drzwi, które zbiły się z hukiem, a ona sama wpadła do środka. Najpierw o mało co jej nie stratowano, a potem się zorientowała, że upadła tuż obok wielkiego, ostrego jak brzytwa kawałka szyby. Upadłaby kilka centymetrów w prawo, a odłamek przebiłby jej tętnicę szyjną. - Adam uśmiechnął się lekko i wyciągnął szyję, żeby przyjrzeć się opuszczonym fabrycznym halom, które kryły się za pałacem. - Wyobrażacie to sobie? Ludzie się zabijali o te dywany.
- Dosłownie - dodała szybko Ola i chwyciła go za rękę. Adam mruknął cicho z zadowoleniem.
- Mama do dzisiaj ma blizny. Na szczęście tylko na dłoniach. Jeden z odłamków przeszedł na wylot.
- Niesamowite.
- Te dywany były wtedy marzeniem każdej pani domu. Do wszystkich demoludów je wysyłano.
- A teraz? - zapytał Mortka, uznając, że powinien się odezwać z grzeczności.
Adam podniósł jedną brew w geście życzliwego zdziwienia.
- Nie wiesz? Przecież trochę tu już mieszkasz.
- Nie miałem okazji się zainteresować - odpowiedział zmieszany policjant, zły na siebie, że w ogóle wpadł mu do głowy pomysł, by otwierać usta.
- Zakład padł po transformacji. Przerost zatrudnienia, przestarzały park maszynowy, tańsza konkurencja zagraniczna, konserwatywny sposób zarządzania i mentalność z poprzedniego ustroju - wymieniał jednym tchem Adam. - Czyli to samo co w tysiącach podobnych zakładów, które przespały reformy Balcerowicza.
Mortka pokiwał głową, jakby się zgadzał, ale tak naprawdę czuł się coraz bardziej nieswojo. Z utęsknieniem spojrzał na drzwi pałacu, gdzie kilka minut wcześniej zniknęli jego synowie, żeby kupić sobie lody. Postanowił, że kiedy wyjdą, weźmie ich na spacer, na wycieczkę czy nawet do Izby Pamięci Górniczej, którą mijał, idąc tutaj. Dokądkolwiek, byleby pozbyć się towarzystwa tego nadętego, przystojnego i bogatego dupka, który aktualnie dymał jego byłą żonę i którego z całego serca nienawidził.
- Jak ci tu jest, Kuba? - zapytała Ola.
Mortka wzruszył ramionami.
- Nudno. Nic się nie dzieje.
- Żadnych morderstw? - zaciekawił się Adam.
- Zabójstw - poprawiła go Ola i natychmiast się zaczerwieniła. - Nawyk żony policjanta.
- A czym to się różni? Coś kojarzę ze studiów, ale szczerze mówiąc, teraz bardziej się orientuję w cypryjskim prawie podatkowym niż w polskim karnym.
- Morderstwo to zabójstwo popełnione ze szczególnym okrucieństwem. Inna kwalifikacja czynu - wyjaśnił Mortka.
- A rzeczywiście - Adam pstryknął palcami tuż obok swojego ucha - coś mi się przypomina. To nie miałeś tutaj żadnego morderstwa?
- Nie.
- A zabójstwo?
- Jedno. Facet zabił brata...
- Po pijaku, nożem kuchennym, pokłócili się o pieniądze - dokończyła za komisarza Ola. - Gdybym dostawała złotówkę za każdym razem, kiedy Kuba wracał do domu z takimi historiami, byłabym bogata. A tak swoją drogą, trafiłam?
- Prawie. Nogą od taboretu, nie nożem. Reszta się zgadza.
Roześmiali się wszyscy. Adam i Ola szczerze, komisarz dla towarzystwa. Dopił piwo i stwierdził, że powinien zamówić następne, bo inaczej tutaj nie wytrzyma. Spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta rano.
- A poza tym? - dopytywał się Adam.
- Kradzieże, włamania, kilka pobić, przemoc domowa, drobny handel narkotykami. Nudy.
Prawnik podrapał się po nosie.
- To co ty tutaj właściwie robisz? Bo mnie się wydaje, że ty się tutaj po prostu, wybacz to określenie, marnujesz. Ola co prawda wspominała, że masz uczyć tutejszych policjantów sposobów prowadzenia dochodzeń, nowych metod, wymieniać się doświadczeniami...
- Teoretycznie tak właśnie powinno być.
- A praktycznie?
- A praktycznie to jestem tutaj za karę. I zostały mi jeszcze dwa miesiące.
Adam najpierw zamrugał zdziwiony, a potem otworzył usta, żeby zadać kolejne pytanie, ale Ola dała mu znak, żeby milczał. Mortka był jej za to wdzięczny. Nie chciał mówić o powodach swojego zesłania. A na pewno nie Adamowi.
W tym momencie zadzwonił telefon komisarza. W samą porę, żeby uchronić ich od niezręcznej ciszy, która niewątpliwie zaraz by zapadła. Mortka wstał, wyciągnął aparat z kieszeni kurtki, uśmiechnął się i odszedł na stronę. Dopiero wtedy odebrał połączenie.
- Komisarz Mortka? - Usłyszał szczebiotliwy głos dyspozytorki z miejscowego komisariatu. Nie pamiętał, jak się nazywała, ale była mała, pulchna i przypominała mu chomika.
- Przy telefonie.
- Wiem, że dzisiaj pan nie pracuje, ale mamy mało ludzi, niektórzy pobrali urlopy, wyjechali z rodzinami, sam pan rozumie, majówka i...
- O co chodzi? - przerwał jej.
- Jest zgłoszenie. Możliwe zaginięcie. Mała dziewczynka. Jedenaście lat. Nie wróciła na noc do domu.
- Gdzie?
Wyciągnął notatnik i zapisał podany adres. Pożegnał się z dyspozytorką i wrócił do stolika z przepraszającym wyrazem twarzy, który zamiast pomagać, wywoływał zawsze tylko wściekłość Oli. Teraz też tak się stało. Najpierw zbladła, potem lekko poczerwieniała, poprawiła włosy, a jej usta zmieniły się w wąską, niemal niewidoczną linię.
- Muszę iść - powiedział Mortka, starając się unikać wzroku byłej żony. - Jest sprawa do załatwienia. Postaram się szybko uwinąć.
- Jaka sprawa? - zapytała chłodno.
- Zaginęła jedenastolatka.
- I akurat ciebie wezwali?
Komisarz wyciągnął przed siebie ramiona, jakby tym gestem chciał pokazać, że nigdzie w pobliżu nie widać innego policjanta. Potem sięgnął po portfel.
- Daj spokój - zaprotestował Adam. - Ja zapłacę.
Mortka uśmiechnął się tylko, wyjął dziesięć złotych i położył pod pustym kuflem.
- Cześć - rzucił i obrócił się na pięcie.
Z ulgą opuścił ogródek piwny i zostawił za sobą stary pałac, Adama i Olę. Szybkim krokiem zmierzał pod wskazany adres. Dopiero po pięciu minutach intensywnego marszu zorientował się, że nie pożegnał się z synami.
Mortka pomyślał, że wszystkie mieszkania w blokach w całej Polsce wyglądają tak samo: staro, ciasno i pachnie w nich gotowanym rosołem. To nie było wyjątkiem. Ledwo się zmieścił w przedpokoju pomiędzy szafą, rowerami i stosem ubrań.
Do środka wpuściła go mniej więcej czterdziestoletnia kobieta o brązowych włosach: przetłuszczonych, zaczesanych gładko do tyłu i związanych w luźny koński ogon. Miała na sobie spodnie dresowe i czarną koszulkę, którą zakrywał poplamiony fartuch kuchenny. Zamiast powiedzieć "dzień dobry" lub coś podobnego, długo przyglądała się Mortce, milcząc ponuro.
- Nie znam pana - stwierdziła wreszcie. - Na pewno jest pan policjantem?
- Nazywam się komisarz Jakub Mortka. Jestem z Wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw Komendy Stołecznej.
- Ale tutaj jest nie Warszawa, tylko Krotowice - zauważyła przytomnie kobieta.
- Zgadza się - odpowiedział Mortka i zaczął recytować wyuczoną na takie okazje formułkę: - Biorę udział w policyjnym programie Most. Polega on na tym, że policjanci odbywają staże u kolegów z innych miast. Program służy wymianie doświadczeń, poznaniu problemów kryminalnych innych jednostek, zdobyciu wiedzy i nawiązaniu kontaktów, które mogą się przydać w przyszłości. Równocześnie normalnie pracujemy. To oznacza, że mam takie same uprawnienia i obowiązki jak koledzy z krotowickiego komisariatu.
Kobieta rozważyła to, co właśnie usłyszała, a potem kiwnęła głową. Gestem kazała policjantowi iść za sobą.
Mortka przecisnął się między rowerami, jednym dla chłopca, jednym dla dziewczynki oraz jednym dla dorosłego, i stanął obok drzwi prowadzących do dużego pokoju. Ujrzał w nim mężczyznę ze sporą nadwagą, siedzącego na kanapie w samym podkoszulku i bokserkach. W jednej ręce trzymał puszkę z piwem, a w drugiej pilota od telewizora. Bezmyślnie skakał po kanałach. Nagle przerwał i obrócił się w stronę policjanta.
- Sama wróci - stwierdził tubalnym głosem. - Stara niepotrzebnie robi aferę.
- Oby - powiedział komisarz i poszedł do kuchni. Kobieta czekała na niego, stojąc z zapalonym papierosem w dłoni przy na wpół otwartym oknie. Na kuchence gazowej rzeczywiście gotował się, cicho bulgocząc, rosół.
- Mogę usiąść? - zapytał Mortka i wskazał na sfatygowane krzesło obok niewielkiego stołu.
- Proszę, jak pan musi.
Policjant zajął miejsce, wyciągnął długopis i notatnik. Położył je obok poplamionego zeszytu, spomiędzy którego kartek wystawały białe strzępy paragonów.
- Pani Joanna Gawryś? - zapytał.
- Przecież pan wie.
- To formalności.
- Tak. Nazywam się Joanna Gawryś.
- Zgłosiła pani zaginięcie córki?
- Marta wyszła wczoraj z domu przed południem i nie wróciła na noc.
- Dlaczego dopiero teraz zgłosiła pani zaginięcie?
Kobieta zaciągnęła się papierosem i wydmuchała dym za okno.
- Myślałam, że śpi u jakiejś koleżanki - wyjaśniła zmęczonym głosem. - Czasami tak robi. Bywa też, że ktoś nocuje u nas. Zwykle informujemy się o takiej sytuacji, wie pan, między matkami, ale niekiedy człowiek jest tak zmęczony, że zapomni. Zdarzało się już tak, dlatego się nawet bardzo nie denerwowałam. Ale nie wróciła dzisiaj rano do domu. Obdzwoniłam matki jej przyjaciółek. U żadnej się nie zatrzymała.
- Może kogoś pani pominęła?
- Telefonowałam do każdej.
- Może to jakaś nowa koleżanka?
- Znam jej przyjaciółki. Każdą jedną - prychnęła Joanna Gawryś. Z papierosem w dłoni podeszła do kuchenki, żeby zamieszać rosół. - To nie Warszawa, panie policjancie, tutaj się wszyscy znają.
Mortka kiwnął głową.
- Czy córka mówiła, dokąd idzie, wychodząc z domu?
- Byłam wczoraj w pracy. Na porannej zmianie na stacji benzynowej. Wyszła przed moim powrotem do domu.
- A mąż?
- Stary! - wrzasnęła w stronę dużego pokoju. - Marta mówiła ci, gdzie wychodzi?!
- Nie! - odkrzyknął mężczyzna. - Ile razy mam to powtarzać?!
- A brat? - zapytał komisarz.
- Skąd pan wie, że ma brata?
- Rower chłopięcy w przedpokoju.
- Ach tak... - W jej oczach ujrzał coś na kształt uznania. - Janek! Janek!
Nikt nie odpowiedział. Odłożyła papierosa do stojącej na parapecie za oknem popielniczki, przeprosiła na moment i wściekłym krokiem wymaszerowała z kuchni.
- Janek! Ile razy mam ci mówić, że jak cię wołam, to masz przychodzić?! Za uszy cię teraz zaciągnę! - krzyczała.
Mortka usłyszał jeszcze, jak Joanna Gawryś trzaska drzwiami od pokoju dziecięcego, a chwilę potem wróciła do kuchni. Wbrew swoim obietnicom z pustymi rękami.
- Nie ma go w domu - powiedziała od razu.
Policjant zmarszczył brwi.
- A gdzie jest?
- Nie wiem. Duży jest. Nie mówi mi, gdzie chodzi.
Joanna Gawryś wetknęła do ust odłożonego do popielniczki papierosa, ale się nie zaciągała. Przez chwilę wydawało się, że papieros pali się sam.
- Ile ma lat?
- Janek?
- Tak.
- Trzynaście.
- Wrócił do domu na noc?
Kobieta aż sapnęła oburzona.
- Oczywiście, że wrócił! Za kogo mnie pan uważa, że niby nawet nie wiem, czy moje dzieci wracają na noc do łóżek?!
- Nie o to mi chodziło.
- To o co?
Mortka postanowił szybko zmienić temat, zanim wda się w beznadziejną kłótnię, z której nic nie będzie wynikało.
- Jakie są stosunki Janka z Martą? - Po twarzy kobiety przemknął grymas oburzenia, kiedy usłyszała słowo "stosunki", więc policjant szybko sprecyzował, co ma na myśli. - Lubią się? Bawią się razem?
- Ona by chciała, on nie. To chłopiec, starszy. Ma swoje pomysły. Czasami ją bije, ale lekko. Jak to rodzeństwo. Poza tym ona nie pozostaje mu dłużna. Sam pan wie, jak to jest, nie?
- Tak, wiem.
- No właśnie.
Kobieta skończyła palić i zgasiła niedopałek za oknem. Mortka przypatrywał jej się przez chwilę, rozważając to, co właśnie zobaczył i usłyszał. Joanna Gawryś na pewno nie była dobrą matką, ale nie należała też do tych złych. Mieściła się idealnie w kategorii bylejakości. Marta mogła przenocować u jednej z koleżanek lub też u kogoś z rodziny, mogła też wpaść na jakiś szalony pomysł, który potrafi przyjść do głowy tylko jedenastoletniemu dziecku, i wrócić do domu w ciągu godziny lub dwóch, a cała sprawa zakończy się na solidnym laniu. Bo też - Mortka w to nie wątpił - rodzina Gawrysiów prawny zakaz stosowania kar cielesnych wobec dzieci miała w głębokim poważaniu. Chociaż zapewne nie przekroczyli nigdy tej cienkiej granicy, która oddziela karanie od katowania. Zarazem jednak Joanna Gawryś, w przeciwieństwie do męża, rzeczywiście przejmowała się zniknięciem córki. Poza tym przeczucie, a raczej chęć zwalczenia krotowickiej nudy, podpowiadało komisarzowi, żeby potraktować tę sprawę poważnie.
Sprawdził na czystej kartce w notatniku, czy długopis nie jest wypisany, a potem wyciągnął z kieszeni kurtki drugi, zapasowy, tak żeby mieć go w razie czego pod ręką. Uśmiechnął się przyjaźnie do kobiety.
- Będzie pani taka uprzejma i odpowie mi jeszcze na kilka pytań.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki