Farma lalek. Jakub Mortka. Tom 2 - Wojciech Chmielarz

Kup ebooka

35.90 zł
29.07 zł (29,07 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

- Jezu, jak tu pięk­nie - po­wie­działa Ola.

Mortka po­my­ślał, że jego była żona ma ra­cję. Cie­płe ma­jowe słońce pa­dało na twarz po­li­cjanta, prze­bi­ja­jąc się przez gę­sty dach zie­lo­nych, pach­ną­cych wio­sną li­ści. Sie­dzieli w ogródku tuż przed za­byt­ko­wym po­nie­miec­kim pa­ła­cem, a za ich ple­cami roz­cią­gała się ma­low­ni­cza pa­no­rama Kar­ko­no­szy. Za­nu­rzył usta w chłod­nym pi­wie i przez chwilę, krótką jak mru­gnię­cie po­wieki, czuł się szczę­śliwy. A po­tem Adam, nowy chło­pak Oli, który sie­dział na­prze­ciwko, ale któ­rego Mortka w cu­downy spo­sób usu­nął ze swo­jego pola wi­dze­nia, mu­siał się ode­zwać.

- Wie­cie, że tu nie­opo­dal, za tym ho­te­lem, znaj­duje się fa­bryka dy­wa­nów? Ta słynna fa­bryka dy­wa­nów! - Wska­zał na pa­łac za swo­imi ple­cami, w któ­rym wy­na­jął po­koje dla sie­bie, Oli i chło­pa­ków.

- Ni­gdy o ta­kiej nie sły­sza­łem - po­wie­dział kwa­śno ko­mi­sarz, za­sta­na­wia­jąc się jed­no­cze­śnie, czy Adam i Ola za­miesz­kali w jed­nym po­koju czy jed­nak osobno.

- Ni­gdy, na­prawdę? W PRL-u dy­wany z tej ma­łej mie­ściny były praw­dzi­wym ra­ry­ta­sem. Moja mama o mało co nie zgi­nęła, kiedy pró­bo­wała ku­pić je­den.

- Co się stało? - za­in­te­re­so­wała się Ola, która wła­śnie koń­czyła do­pi­jać kawę. Wy­glą­dała pięk­nie: uśmiech­nięta, wy­lu­zo­wana, ema­nu­jąca sek­sa­pi­lem i speł­nie­niem.

- Mama do­wie­działa się dzień wcze­śniej, że rzucą dy­wany. Od czwar­tej nad ra­nem sie­działa przed skle­pem, ko­lejka gęst­niała z mi­nuty na mi­nutę, zro­bił się praw­dziwy tłum. Wszy­scy na­pie­rali na drzwi do tego sklepu, bo każdy chciał do­stać to­war. I w pew­nym mo­men­cie, mniej wię­cej wtedy, kiedy mieli już otwie­rać, ale z ja­kie­goś po­wodu nie otwie­rali, lu­dzie za­częli się pchać. A moja mama była w pierw­szym sze­regu. Do­słow­nie wci­snęli ją w szklane drzwi, które zbiły się z hu­kiem, a ona sama wpa­dła do środka. Naj­pierw o mało co jej nie stra­to­wano, a po­tem się zo­rien­to­wała, że upa­dła tuż obok wiel­kiego, ostrego jak brzy­twa ka­wałka szyby. Upa­dłaby kilka cen­ty­me­trów w prawo, a odła­mek prze­biłby jej tęt­nicę szyjną. - Adam uśmiech­nął się lekko i wy­cią­gnął szyję, żeby przyj­rzeć się opusz­czo­nym fa­brycz­nym ha­lom, które kryły się za pa­ła­cem. - Wy­obra­ża­cie to so­bie? Lu­dzie się za­bi­jali o te dy­wany.

- Do­słow­nie - do­dała szybko Ola i chwy­ciła go za rękę. Adam mruk­nął ci­cho z za­do­wo­le­niem.

- Mama do dzi­siaj ma bli­zny. Na szczę­ście tylko na dło­niach. Je­den z odłam­ków prze­szedł na wy­lot.

- Nie­sa­mo­wite.

- Te dy­wany były wtedy ma­rze­niem każ­dej pani domu. Do wszyst­kich de­mo­lu­dów je wy­sy­łano.

- A te­raz? - za­py­tał Mortka, uzna­jąc, że po­wi­nien się ode­zwać z grzecz­no­ści.

Adam pod­niósł jedną brew w ge­ście życz­li­wego zdzi­wie­nia.

- Nie wiesz? Prze­cież tro­chę tu już miesz­kasz.

- Nie mia­łem oka­zji się za­in­te­re­so­wać - od­po­wie­dział zmie­szany po­li­cjant, zły na sie­bie, że w ogóle wpadł mu do głowy po­mysł, by otwie­rać usta.

- Za­kład padł po trans­for­ma­cji. Prze­rost za­trud­nie­nia, prze­sta­rzały park ma­szy­nowy, tań­sza kon­ku­ren­cja za­gra­niczna, kon­ser­wa­tywny spo­sób za­rzą­dza­nia i men­tal­ność z po­przed­niego ustroju - wy­mie­niał jed­nym tchem Adam. - Czyli to samo co w ty­sią­cach po­dob­nych za­kła­dów, które prze­spały re­formy Bal­ce­ro­wi­cza.

Mortka po­ki­wał głową, jakby się zga­dzał, ale tak na­prawdę czuł się co­raz bar­dziej nie­swojo. Z utę­sk­nie­niem spoj­rzał na drzwi pa­łacu, gdzie kilka mi­nut wcze­śniej znik­nęli jego sy­no­wie, żeby ku­pić so­bie lody. Po­sta­no­wił, że kiedy wyjdą, weź­mie ich na spa­cer, na wy­cieczkę czy na­wet do Izby Pa­mięci Gór­ni­czej, którą mi­jał, idąc tu­taj. Do­kąd­kol­wiek, by­leby po­zbyć się to­wa­rzy­stwa tego na­dę­tego, przy­stoj­nego i bo­ga­tego dupka, który ak­tu­al­nie dy­mał jego byłą żonę i któ­rego z ca­łego serca nie­na­wi­dził.

- Jak ci tu jest, Kuba? - za­py­tała Ola.

Mortka wzru­szył ra­mio­nami.

- Nudno. Nic się nie dzieje.

- Żad­nych mor­derstw? - za­cie­ka­wił się Adam.

- Za­bójstw - po­pra­wiła go Ola i na­tych­miast się za­czer­wie­niła. - Na­wyk żony po­li­cjanta.

- A czym to się różni? Coś ko­ja­rzę ze stu­diów, ale szcze­rze mó­wiąc, te­raz bar­dziej się orien­tuję w cy­pryj­skim pra­wie po­dat­ko­wym niż w pol­skim kar­nym.

- Mor­der­stwo to za­bój­stwo po­peł­nione ze szcze­gól­nym okru­cień­stwem. Inna kwa­li­fi­ka­cja czynu - wy­ja­śnił Mortka.

- A rze­czy­wi­ście - Adam pstryk­nął pal­cami tuż obok swo­jego ucha - coś mi się przy­po­mina. To nie mia­łeś tu­taj żad­nego mor­der­stwa?

- Nie.

- A za­bój­stwo?

- Jedno. Fa­cet za­bił brata...

- Po pi­jaku, no­żem ku­chen­nym, po­kłó­cili się o pie­nią­dze - do­koń­czyła za ko­mi­sa­rza Ola. - Gdy­bym do­sta­wała zło­tówkę za każ­dym ra­zem, kiedy Kuba wra­cał do domu z ta­kimi hi­sto­riami, by­ła­bym bo­gata. A tak swoją drogą, tra­fi­łam?

- Pra­wie. Nogą od ta­bo­retu, nie no­żem. Reszta się zga­dza.

Ro­ze­śmiali się wszy­scy. Adam i Ola szcze­rze, ko­mi­sarz dla to­wa­rzy­stwa. Do­pił piwo i stwier­dził, że po­wi­nien za­mó­wić na­stępne, bo ina­czej tu­taj nie wy­trzyma. Spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dziła dzie­siąta rano.

- A poza tym? - do­py­ty­wał się Adam.

- Kra­dzieże, wła­ma­nia, kilka po­bić, prze­moc do­mowa, drobny han­del nar­ko­ty­kami. Nudy.

Praw­nik po­dra­pał się po no­sie.

- To co ty tu­taj wła­ści­wie ro­bisz? Bo mnie się wy­daje, że ty się tu­taj po pro­stu, wy­bacz to okre­śle­nie, mar­nu­jesz. Ola co prawda wspo­mi­nała, że masz uczyć tu­tej­szych po­li­cjan­tów spo­so­bów pro­wa­dze­nia do­cho­dzeń, no­wych me­tod, wy­mie­niać się do­świad­cze­niami...

- Teo­re­tycz­nie tak wła­śnie po­winno być.

- A prak­tycz­nie?

- A prak­tycz­nie to je­stem tu­taj za karę. I zo­stały mi jesz­cze dwa mie­siące.

Adam naj­pierw za­mru­gał zdzi­wiony, a po­tem otwo­rzył usta, żeby za­dać ko­lejne py­ta­nie, ale Ola dała mu znak, żeby mil­czał. Mortka był jej za to wdzięczny. Nie chciał mó­wić o po­wo­dach swo­jego ze­sła­nia. A na pewno nie Ada­mowi.

W tym mo­men­cie za­dzwo­nił te­le­fon ko­mi­sa­rza. W samą porę, żeby uchro­nić ich od nie­zręcz­nej ci­szy, która nie­wąt­pli­wie za­raz by za­pa­dła. Mortka wstał, wy­cią­gnął apa­rat z kie­szeni kurtki, uśmiech­nął się i od­szedł na stronę. Do­piero wtedy ode­brał po­łą­cze­nie.

- Ko­mi­sarz Mortka? - Usły­szał szcze­bio­tliwy głos dys­po­zy­torki z miej­sco­wego ko­mi­sa­riatu. Nie pa­mię­tał, jak się na­zy­wała, ale była mała, pulchna i przy­po­mi­nała mu cho­mika.

- Przy te­le­fo­nie.

- Wiem, że dzi­siaj pan nie pra­cuje, ale mamy mało lu­dzi, nie­któ­rzy po­brali urlopy, wy­je­chali z ro­dzi­nami, sam pan ro­zu­mie, ma­jówka i...

- O co cho­dzi? - prze­rwał jej.

- Jest zgło­sze­nie. Moż­liwe za­gi­nię­cie. Mała dziew­czynka. Je­de­na­ście lat. Nie wró­ciła na noc do domu.

- Gdzie?

Wy­cią­gnął no­tat­nik i za­pi­sał po­dany ad­res. Po­że­gnał się z dys­po­zy­torką i wró­cił do sto­lika z prze­pra­sza­ją­cym wy­ra­zem twa­rzy, który za­miast po­ma­gać, wy­wo­ły­wał za­wsze tylko wście­kłość Oli. Te­raz też tak się stało. Naj­pierw zbla­dła, po­tem lekko po­czer­wie­niała, po­pra­wiła włosy, a jej usta zmie­niły się w wą­ską, nie­mal nie­wi­doczną li­nię.

- Mu­szę iść - po­wie­dział Mortka, sta­ra­jąc się uni­kać wzroku by­łej żony. - Jest sprawa do za­ła­twie­nia. Po­sta­ram się szybko uwi­nąć.

- Jaka sprawa? - za­py­tała chłodno.

- Za­gi­nęła je­de­na­sto­latka.

- I aku­rat cie­bie we­zwali?

Ko­mi­sarz wy­cią­gnął przed sie­bie ra­miona, jakby tym ge­stem chciał po­ka­zać, że ni­g­dzie w po­bliżu nie wi­dać in­nego po­li­cjanta. Po­tem się­gnął po port­fel.

- Daj spo­kój - za­pro­te­sto­wał Adam. - Ja za­płacę.

Mortka uśmiech­nął się tylko, wy­jął dzie­sięć zło­tych i po­ło­żył pod pu­stym ku­flem.

- Cześć - rzu­cił i ob­ró­cił się na pię­cie.

Z ulgą opu­ścił ogró­dek piwny i zo­sta­wił za sobą stary pa­łac, Adama i Olę. Szyb­kim kro­kiem zmie­rzał pod wska­zany ad­res. Do­piero po pię­ciu mi­nu­tach in­ten­syw­nego mar­szu zo­rien­to­wał się, że nie po­że­gnał się z sy­nami.

Mortka po­my­ślał, że wszyst­kie miesz­ka­nia w blo­kach w ca­łej Pol­sce wy­glą­dają tak samo: staro, cia­sno i pach­nie w nich go­to­wa­nym ro­so­łem. To nie było wy­jąt­kiem. Le­dwo się zmie­ścił w przed­po­koju po­mię­dzy szafą, ro­we­rami i sto­sem ubrań.

Do środka wpu­ściła go mniej wię­cej czter­dzie­sto­let­nia ko­bieta o brą­zo­wych wło­sach: prze­tłusz­czo­nych, za­cze­sa­nych gładko do tyłu i zwią­za­nych w luźny koń­ski ogon. Miała na so­bie spodnie dre­sowe i czarną ko­szulkę, którą za­kry­wał po­pla­miony far­tuch ku­chenny. Za­miast po­wie­dzieć "dzień do­bry" lub coś po­dob­nego, długo przy­glą­dała się Mortce, mil­cząc po­nuro.

- Nie znam pana - stwier­dziła wresz­cie. - Na pewno jest pan po­li­cjan­tem?

- Na­zy­wam się ko­mi­sarz Ja­kub Mortka. Je­stem z Wy­działu do Walki z Ter­ro­rem Kry­mi­nal­nym i Za­bójstw Ko­mendy Sto­łecz­nej.

- Ale tu­taj jest nie War­szawa, tylko Kro­to­wice - za­uwa­żyła przy­tom­nie ko­bieta.

- Zga­dza się - od­po­wie­dział Mortka i za­czął re­cy­to­wać wy­uczoną na ta­kie oka­zje for­mułkę: - Biorę udział w po­li­cyj­nym pro­gra­mie Most. Po­lega on na tym, że po­li­cjanci od­by­wają staże u ko­le­gów z in­nych miast. Pro­gram służy wy­mia­nie do­świad­czeń, po­zna­niu pro­ble­mów kry­mi­nal­nych in­nych jed­no­stek, zdo­by­ciu wie­dzy i na­wią­za­niu kon­tak­tów, które mogą się przy­dać w przy­szło­ści. Rów­no­cze­śnie nor­mal­nie pra­cu­jemy. To ozna­cza, że mam ta­kie same upraw­nie­nia i obo­wiązki jak ko­le­dzy z kro­to­wic­kiego ko­mi­sa­riatu.

Ko­bieta roz­wa­żyła to, co wła­śnie usły­szała, a po­tem kiw­nęła głową. Ge­stem ka­zała po­li­cjan­towi iść za sobą.

Mortka prze­ci­snął się mię­dzy ro­we­rami, jed­nym dla chłopca, jed­nym dla dziew­czynki oraz jed­nym dla do­ro­słego, i sta­nął obok drzwi pro­wa­dzą­cych do du­żego po­koju. Uj­rzał w nim męż­czy­znę ze sporą nad­wagą, sie­dzą­cego na ka­na­pie w sa­mym pod­ko­szulku i bok­ser­kach. W jed­nej ręce trzy­mał puszkę z pi­wem, a w dru­giej pi­lota od te­le­wi­zora. Bez­myśl­nie ska­kał po ka­na­łach. Na­gle prze­rwał i ob­ró­cił się w stronę po­li­cjanta.

- Sama wróci - stwier­dził tu­bal­nym gło­sem. - Stara nie­po­trzeb­nie robi aferę.

- Oby - po­wie­dział ko­mi­sarz i po­szedł do kuchni. Ko­bieta cze­kała na niego, sto­jąc z za­pa­lo­nym pa­pie­ro­sem w dłoni przy na wpół otwar­tym oknie. Na ku­chence ga­zo­wej rze­czy­wi­ście go­to­wał się, ci­cho bul­go­cząc, ro­sół.

- Mogę usiąść? - za­py­tał Mortka i wska­zał na sfa­ty­go­wane krze­sło obok nie­wiel­kiego stołu.

- Pro­szę, jak pan musi.

Po­li­cjant za­jął miej­sce, wy­cią­gnął dłu­go­pis i no­tat­nik. Po­ło­żył je obok po­pla­mio­nego ze­szytu, spo­mię­dzy któ­rego kar­tek wy­sta­wały białe strzępy pa­ra­go­nów.

- Pani Jo­anna Gaw­ryś? - za­py­tał.

- Prze­cież pan wie.

- To for­mal­no­ści.

- Tak. Na­zy­wam się Jo­anna Gaw­ryś.

- Zgło­siła pani za­gi­nię­cie córki?

- Marta wy­szła wczo­raj z domu przed po­łu­dniem i nie wró­ciła na noc.

- Dla­czego do­piero te­raz zgło­siła pani za­gi­nię­cie?

Ko­bieta za­cią­gnęła się pa­pie­ro­sem i wy­dmu­chała dym za okno.

- My­śla­łam, że śpi u ja­kiejś ko­le­żanki - wy­ja­śniła zmę­czo­nym gło­sem. - Cza­sami tak robi. Bywa też, że ktoś no­cuje u nas. Zwy­kle in­for­mu­jemy się o ta­kiej sy­tu­acji, wie pan, mię­dzy mat­kami, ale nie­kiedy czło­wiek jest tak zmę­czony, że za­po­mni. Zda­rzało się już tak, dla­tego się na­wet bar­dzo nie de­ner­wo­wa­łam. Ale nie wró­ciła dzi­siaj rano do domu. Ob­dzwo­ni­łam matki jej przy­ja­ció­łek. U żad­nej się nie za­trzy­mała.

- Może ko­goś pani po­mi­nęła?

- Te­le­fo­no­wa­łam do każ­dej.

- Może to ja­kaś nowa ko­le­żanka?

- Znam jej przy­ja­ciółki. Każdą jedną - prych­nęła Jo­anna Gaw­ryś. Z pa­pie­ro­sem w dłoni po­de­szła do ku­chenki, żeby za­mie­szać ro­sół. - To nie War­szawa, pa­nie po­li­cjan­cie, tu­taj się wszy­scy znają.

Mortka kiw­nął głową.

- Czy córka mó­wiła, do­kąd idzie, wy­cho­dząc z domu?

- By­łam wczo­raj w pracy. Na po­ran­nej zmia­nie na sta­cji ben­zy­no­wej. Wy­szła przed moim po­wro­tem do domu.

- A mąż?

- Stary! - wrza­snęła w stronę du­żego po­koju. - Marta mó­wiła ci, gdzie wy­cho­dzi?!

- Nie! - od­krzyk­nął męż­czy­zna. - Ile razy mam to po­wta­rzać?!

- A brat? - za­py­tał ko­mi­sarz.

- Skąd pan wie, że ma brata?

- Ro­wer chło­pięcy w przed­po­koju.

- Ach tak... - W jej oczach uj­rzał coś na kształt uzna­nia. - Ja­nek! Ja­nek!

Nikt nie od­po­wie­dział. Odło­żyła pa­pie­rosa do sto­ją­cej na pa­ra­pe­cie za oknem po­piel­niczki, prze­pro­siła na mo­ment i wście­kłym kro­kiem wy­ma­sze­ro­wała z kuchni.

- Ja­nek! Ile razy mam ci mó­wić, że jak cię wo­łam, to masz przy­cho­dzić?! Za uszy cię te­raz za­cią­gnę! - krzy­czała.

Mortka usły­szał jesz­cze, jak Jo­anna Gaw­ryś trza­ska drzwiami od po­koju dzie­cię­cego, a chwilę po­tem wró­ciła do kuchni. Wbrew swoim obiet­ni­com z pu­stymi rę­kami.

- Nie ma go w domu - po­wie­działa od razu.

Po­li­cjant zmarsz­czył brwi.

- A gdzie jest?

- Nie wiem. Duży jest. Nie mówi mi, gdzie cho­dzi.

Jo­anna Gaw­ryś we­tknęła do ust odło­żo­nego do po­piel­niczki pa­pie­rosa, ale się nie za­cią­gała. Przez chwilę wy­da­wało się, że pa­pie­ros pali się sam.

- Ile ma lat?

- Ja­nek?

- Tak.

- Trzy­na­ście.

- Wró­cił do domu na noc?

Ko­bieta aż sap­nęła obu­rzona.

- Oczy­wi­ście, że wró­cił! Za kogo mnie pan uważa, że niby na­wet nie wiem, czy moje dzieci wra­cają na noc do łó­żek?!

- Nie o to mi cho­dziło.

- To o co?

Mortka po­sta­no­wił szybko zmie­nić te­mat, za­nim wda się w bez­na­dziejną kłót­nię, z któ­rej nic nie bę­dzie wy­ni­kało.

- Ja­kie są sto­sunki Janka z Martą? - Po twa­rzy ko­biety prze­mknął gry­mas obu­rze­nia, kiedy usły­szała słowo "sto­sunki", więc po­li­cjant szybko spre­cy­zo­wał, co ma na my­śli. - Lu­bią się? Ba­wią się ra­zem?

- Ona by chciała, on nie. To chło­piec, star­szy. Ma swoje po­my­sły. Cza­sami ją bije, ale lekko. Jak to ro­dzeń­stwo. Poza tym ona nie po­zo­staje mu dłużna. Sam pan wie, jak to jest, nie?

- Tak, wiem.

- No wła­śnie.

Ko­bieta skoń­czyła pa­lić i zga­siła nie­do­pa­łek za oknem. Mortka przy­pa­try­wał jej się przez chwilę, roz­wa­ża­jąc to, co wła­śnie zo­ba­czył i usły­szał. Jo­anna Gaw­ryś na pewno nie była do­brą matką, ale nie na­le­żała też do tych złych. Mie­ściła się ide­al­nie w ka­te­go­rii by­le­ja­ko­ści. Marta mo­gła prze­no­co­wać u jed­nej z ko­le­ża­nek lub też u ko­goś z ro­dziny, mo­gła też wpaść na ja­kiś sza­lony po­mysł, który po­trafi przyjść do głowy tylko je­de­na­sto­let­niemu dziecku, i wró­cić do domu w ciągu go­dziny lub dwóch, a cała sprawa za­koń­czy się na so­lid­nym la­niu. Bo też - Mortka w to nie wąt­pił - ro­dzina Gaw­ry­siów prawny za­kaz sto­so­wa­nia kar cie­le­snych wo­bec dzieci miała w głę­bo­kim po­wa­ża­niu. Cho­ciaż za­pewne nie prze­kro­czyli ni­gdy tej cien­kiej gra­nicy, która od­dziela ka­ra­nie od ka­to­wa­nia. Za­ra­zem jed­nak Jo­anna Gaw­ryś, w prze­ci­wień­stwie do męża, rze­czy­wi­ście przej­mo­wała się znik­nię­ciem córki. Poza tym prze­czu­cie, a ra­czej chęć zwal­cze­nia kro­to­wic­kiej nudy, pod­po­wia­dało ko­mi­sa­rzowi, żeby po­trak­to­wać tę sprawę po­waż­nie.

Spraw­dził na czy­stej kartce w no­tat­niku, czy dłu­go­pis nie jest wy­pi­sany, a po­tem wy­cią­gnął z kie­szeni kurtki drugi, za­pa­sowy, tak żeby mieć go w ra­zie czego pod ręką. Uśmiech­nął się przy­jaź­nie do ko­biety.

- Bę­dzie pani taka uprzejma i od­po­wie mi jesz­cze na kilka py­tań.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

Dżin­sowa kurtka marki jed­nej z nie­miec­kich firm odzie­żo­wych, ide­alna na ka­pry­śną gór­ską wio­snę, zo­stała wy­pro­du­ko­wana w ra­mach out­so­ur­cingu w Chi­nach, a do Pol­ski tra­fiła w kon­te­ne­rze z uży­wa­nymi ubra­niami. Te­raz no­siła ją je­de­na­sto­let­nia dziew­czynka z blond wło­sami za­ple­cio­nymi w dwa war­ko­cze. Wiel­kie błę­kitne oczy upo­dab­niały dziew­czynkę do po­staci z ja­poń­skiej kre­skówki. A w szcze­gól­no­ści do bo­ha­terki jed­nego z tych nie­grzecz­nych fil­mów anime, które męż­czy­zna sie­dzący w te­re­no­wym bmw tak lu­bił oglą­dać, kiedy wie­dział, że jest sam i nikt mu nie bę­dzie prze­szka­dzać.

Męż­czy­zna wziął łyk red bulla, prze­łknął i na­tych­miast po­czuł, że gar­dło znów robi mu się su­che z eks­cy­ta­cji, a pe­nis tward­nieje, na­pie­ra­jąc na roz­po­rek zbyt cia­snych spodni.

Dziew­czynka sie­działa na skraju drogi, ba­zgrząc pa­ty­kiem po ziemi i ocie­ra­jąc nos dżin­so­wym rę­ka­wem. Chyba pła­kała, co spra­wiało, że cała sy­tu­acja ro­biła się jesz­cze bar­dziej pod­nie­ca­jąca.

Czy się zgu­biła? Czy za­raz ktoś po nią przyj­dzie - tata, mama, star­szy brat? Może zo­sta­wili ją dla prze­stra­chu, bo była nie­grzeczna, a te­raz dys­kret­nie pil­nują, ukryci za drze­wem?

Męż­czy­zna wło­żył puszkę z na­po­jem do spe­cjal­nego uchwytu za­wie­szo­nego przy sa­mo­cho­do­wym oknie, uwa­ża­jąc przy tym, żeby nie wy­lać ani kro­pli na ta­pi­cerkę. Wy­chy­lił się lekko do przodu, by zba­dać oko­licę. Nie za­uwa­żył ni­kogo do­ro­słego. Je­dyna para tu­ry­stów ze­szła w dół do­bre dzie­sięć mi­nut temu. Było dość wcze­śnie rano, tak nie­wielki ruch mimo ład­nej po­gody wy­da­wał się więc zro­zu­miały. Ostatni dom w mie­ście stał dwa­dzie­ścia me­trów da­lej, a jego okna za­sła­niał gę­sty ży­wo­płot.

Nikt ich nie wi­dział. Męż­czy­zna po­czuł, że na­pię­cie na­ra­sta. Miał ochotę wy­cią­gnąć pe­nisa ze spodni i na­tych­miast za­cząć się ma­stur­bo­wać.

Po­wstrzy­mał się z tru­dem. Się­gnął po puszkę, wy­pił ostatni łyk, po czym zgniótł ją i wy­rzu­cił za pół­otwarte okno. Wziął dwa głę­bo­kie od­de­chy i z mocno bi­ją­cym ser­cem uru­cho­mił sil­nik.

Dziew­czynka pod­nio­sła główkę, do­piero kiedy bmw za­trzy­mało się nie­cały metr od niej, a męż­czy­zna otwo­rzył drzwi od strony pa­sa­żera. Uśmie­chał się przy­jaź­nie.

- Cześć - rzu­cił we­soło.

Nie od­po­wie­działa. Ścią­gnął oku­lary prze­ciw­sło­neczne.

- Zgu­bi­łaś się?

Chwy­ciła moc­niej pa­tyk i za­częła wbi­jać go szybko w zie­mię, two­rząc nie­re­gu­larny wzór z nie­wiel­kich dziu­rek.

- Dla­czego mil­czysz? Mama cię nie na­uczyła, że na­leży od­po­wia­dać, jak do­ro­śli py­tają?

Bąk­nęła coś, czego w pierw­szej chwili nie zro­zu­miał.

- Słu­cham? Mo­żesz po­wtó­rzyć?

Wes­tchnęła ci­chutko, a jemu prze­szedł dreszcz po ple­cach. Była taka ma­lutka, taka sek­sowna.

- Mama mó­wiła, że nie wolno mi roz­ma­wiać z nie­zna­jo­mymi.

Był przy­go­to­wany na ta­kie stwier­dze­nie.

- Twoja mama ma ab­so­lutną ra­cję. Ale ja nie je­stem nie­zna­jo­mym.

Spoj­rzała na niego i zmarsz­czyła brwi.

- To jak się na­zy­wam? - za­py­tała.

Ro­ze­śmiał się, roz­ba­wiony jej bez­czel­no­ścią i by­stro­ścią.

- Nie wiem, ko­cha­nie - przy­znał. - Ale znam twoją mamę. A naj­le­piej to znam wiesz kogo?

- Kogo?

Pa­trzyła na niego z wy­cze­ki­wa­niem.

- Pa­nią ze sklepu - za­ry­zy­ko­wał.

- Pa­nią Ma­riolkę?

- Oczy­wi­ście, że pa­nią Ma­riolkę. Je­stem jej do­brym przy­ja­cie­lem, wiesz? Bar­dzo czę­sto ro­bię u niej za­kupy i so­bie roz­ma­wiamy. Cza­sami przy­cho­dzi do nas twoja mama i dys­ku­tu­jemy wspól­nie, nie­kiedy to na­wet o to­bie. Wła­ści­wie to... - za­wie­sił na chwilę głos, zwięk­sza­jąc jej cie­ka­wość - ...po­win­naś mnie pa­mię­tać ze sklepu.

- Nie pa­mię­tam.

- By­łaś tam nie­dawno z mamą, ja­dłaś ba­tona. Przy­po­mi­nasz so­bie?

Za­sta­na­wiała się przez chwilę. Tym­cza­sem męż­czy­zna drżał we­wnątrz z nie­po­koju. Czy po­łknie przy­nętę? Czy jego mała rybka da się schwy­tać? Dała. Po­ki­wała głową ener­gicz­nie, a on uśmiech­nął się lekko.

- No wła­śnie. Jak we­szłaś z mamą, to wła­śnie roz­ma­wia­łem z pa­nią Ma­riolką, po­tem za­bra­łem swoje za­kupy, mia­łem ta­kie dwie wiel­kie czer­wone torby, po­że­gna­łem się, po­wie­dzia­łem "dzień do­bry" two­jej ma­mie i wy­sze­dłem. Pa­mię­tasz już?

- Może... - po­wie­działa z ocią­ga­niem.

- Tak wła­śnie było. Za­py­taj mamę, jak wró­cisz do domu.

Kiw­nęła głową. Męż­czy­zna się­gnął do torby scho­wa­nej za przed­nim sie­dze­niem i wy­cią­gnął ko­lejną puszkę z red bul­lem.

- Chcesz?

Spoj­rzała na niego po­dejrz­li­wie, ale tym ra­zem mniej nie­uf­nie niż wtedy, kiedy do niej pod­je­chał. Wie­dział, że musi się po­spie­szyć. Lada mo­ment ktoś może tędy prze­cho­dzić, a wtedy cały plan, który tak długo ukła­dał w gło­wie, trafi szlag. Pę­kłoby mu serce.

Trzy­mał puszkę non­sza­lancko, jakby mu nie za­le­żało, żeby ją wzięła. Cią­gle się uśmie­chał, pa­trząc bar­dziej na drogę niż na dziew­czynkę. Ką­tem oka za­uwa­żył, że pod­cho­dzi do sa­mo­chodu, chwyta na­pój, wy­ciąga go z jego dłoni, a po­tem cofa się na­tych­miast dwa kroki, za­sko­czona ła­two­ścią, z jaką prze­pro­wa­dziła tę ope­ra­cję, oraz tym, że nie pró­bo­wał jej zła­pać. Ko­lejna ba­riera po­dejrz­li­wo­ści w jej gło­wie pa­dła.

Otwo­rzyła red bulla.

- Na­prawdę zna pan pa­nią Ma­riolkę? - za­py­tała mię­dzy ły­kami.

- Bar­dzo do­brze. Od lat u niej ku­puję.

Kiw­nęła głową.

- Co tu ro­bisz? - za­py­tał.

Wy­ko­nała nie­okre­ślony ruch ręką, wska­zu­jąc na po­bli­skie góry.

- Idziesz na wy­cieczkę?

- Tak - przy­znała nie­chęt­nie.

- Sama? - za­py­tał i na­tych­miast uj­rzał w jej oczach iskierki zło­ści. Wy­stra­szył się, że po­wie­dział coś nie tak i że za­raz ją straci. Pod­niósł dło­nie w ge­ście wy­ra­ża­ją­cym, że wła­ści­wie nic go to nie ob­cho­dzi, czy idzie sama czy z kimś. Miał na­dzieję, że dała się na to na­brać. Była jak małe fu­trzane zwie­rzątko, które bar­dzo ła­two prze­stra­szyć.

- Zmę­czy­łaś się?

- Tak.

- Bo prze­szłaś ka­wał drogi. Nie­zła z cie­bie tu­rystka.

- Aha.

- Idziesz w górę?

- Tak.

- Jadę tam wła­śnie. Pod­wieźć cię?

Mil­czała, nie po­tra­fiąc się zde­cy­do­wać. Wi­dział ma­lu­jącą się na jej twa­rzy roz­terkę - z jed­nej strony miał prze­cież miłą, przy­ja­zną twarz, znał pa­nią Ma­riolkę, a pew­nie i mamę, ale z dru­giej strony cią­gle nie po­tra­fiła mu za­ufać. Do­strze­ga­jąc to wa­ha­nie, chciał po pro­stu wy­sko­czyć z sa­mo­chodu, chwy­cić ją w pas i wrzu­cić do ba­gaż­nika. Tak by­łoby naj­le­piej. Ale wtedy ktoś mógłby usły­szeć jej krzyki. Nie, mu­siał się kon­tro­lo­wać. Pod po­wie­kami cią­gle wi­dział frag­menty ja­poń­skiego filmu ani­mo­wa­nego, w któ­rym bo­ha­terka miała ta­kie same oczy jak ta dziew­czynka. I tak słodko ję­czała. Naj­pierw się bro­niła, ale po­tem ję­czała. Ta mała też bę­dzie ję­czeć. Kiedy już prze­sta­nie krzy­czeć.

- No nic. Jak chcesz, to idź na pie­chotę - po­wie­dział, po­sta­na­wia­jąc za­grać va ba­nque i się­ga­jąc po klamkę od drzwi.

Za­trzy­mała go, kiedy już nie­mal za­mknął.

- Niech pan po­czeka.

Sko­czyła na równe nogi i wśli­zgnęła się do sa­mo­chodu. Uśmiech­nął się po raz ko­lejny i po­mógł jej za­piąć pas, przy oka­zji, niby przy­pad­kiem, mu­ska­jąc jej udo.

- To je­dziemy - po­wie­dział i wska­zał na puszkę red bulla w jej dło­niach. - Uwa­żaj, żeby nie wy­lać.

Uru­cho­mił sil­nik i ru­szył. Nie za­uwa­żył, jak z lasu wy­szła dziew­czyna z psem, która długo przy­glą­dała się od­jeż­dża­ją­cemu sa­mo­cho­dowi.