Rozdział drugi
Nie podajemy sobie żadnych imion.
Przenosimy się spod baru do stolika w kącie pomieszczenia, a mój nowy znajomy zamawia mi kolejną porcję ginu z tonikiem, nie pozwalając za siebie zapłacić. Nawet nie protestuję, bo to całkiem miłe. Nie pamiętam, kiedy ostatnio Patrick zrobił dla mnie coś podobnego. Zawsze dzieliliśmy się wydatkami, więc było dla niego naturalne, że gdy szliśmy do restauracji, ja płaciłam cały rachunek, bo on płacił potem za coś innego.
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że mi tego brakuje.
Mężczyzna przy moim stoliku zdejmuje marynarkę i podwija rękawy koszuli, a potem ściąga krawat. Przyglądam się temu z fascynacją, zauważając każdy detal. Ma umięśnione przedramiona. Podoba mi się, ale to dosyć oczywiste. Której kobiecie taki facet by się nie podobał?
- Więc... chcesz o tym pogadać? - pytam, bo odwrócenie uwagi od moich problemów cudzymi dobrze mi zrobi. - O twoim ojcu?
Facet wzdycha i przeczesuje włosy palcami, a ja uważnie śledzę ten ruch. Wcale nie dlatego, że przy nim mięśnie jego ręki się napinają.
- Nie chcę, żebyś robiła za darmową terapię - odpowiada tym gładkim, głębokim głosem, od którego z jakichś powodów dostaję ciarek.
Wzruszam ramionami.
- Jeśli nie chcesz, to nie naciskam. Ale nie mam nic przeciwko. Serio.
Milczy przez chwilę, wpatrując się w moją twarz, i mimo woli zastanawiam się, co na niej widzi. Rano włożyłam sporo wysiłku w swój wygląd: umalowałam się i uczesałam, prostując moje zazwyczaj poskręcane włosy, bo chciałam prezentować się w firmie jak najlepiej. Nie zamierzałam pokazać Patrickowi, że wszystko to, co mi zrobił, ma dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Ale teraz jestem po całym dniu pracy, mój makijaż nie wygląda już tak nieskazitelnie, a włosy na pewno się spuszyły. Poza tym moja kiecka kosztowała pewnie ułamek tego, co jego garnitur. Wygląda na wystarczająco drogi, by okazał się szyty na miarę. Znam się na tym, w końcu mam przyjaciółkę krawcową.
Co może we mnie widzieć taki facet? Anonimową, niewyróżniającą się z tłumu laskę, której może się zwierzyć, bo jutro i tak o niej zapomni?
Pewnie tak. Wiele osób przez lata łatwo o mnie zapominało.
- Po prostu... przyjechałem do miasta specjalnie na jego pogrzeb, a po ceremonii nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. - Mężczyzna pełnym zakłopotania gestem przesuwa dłonią po karku. - Nie ma tutaj nikogo, z kim chciałbym porozmawiać o tacie, a milcząc, czuję się fatalnie.
Posyłam mu zachęcający uśmiech.
- Więc opowiedz mnie.
- Pod warunkiem, że potem ty opowiesz, dlaczego taka dziewczyna jak ty siedzi w barze sama - odpowiada natychmiast. - To mnie ciekawi dużo bardziej.
Taka dziewczyna jak ja? A co to ma niby znaczyć?
- Spoko - odpowiadam nonszalancko. - Ale zapewniam, że ta historia nie będzie nawet w połowie tak ciekawa jak twoja.
- No nie wiem. - Śmieje się bez wesołości. - Mój tata chorował od miesięcy. Rak płuc, a w życiu nie wypalił ani jednego papierosa. Miałem czas, żeby przygotować się do myśli, że go zabraknie. A jednak... to i tak było trudne.
- Nikt nie może nas do końca przygotować na coś takiego - mówię łagodnie. - Byliście blisko?
- Nie dość blisko, ale się kochaliśmy. - Mój towarzysz kręci głową. - Tata zawsze był zajęty, ciągle pracował do późna. Nigdy nie miał czasu dla mnie czy dla mojej mamy. Ale wiem, że robił to dlatego, żeby mieć mi co przekazać. Żeby zapewnić mi dobre życie. Wiem, że mnie kochał. Tylko... nie bardzo potrafił to okazać.
Nagle robi mi się go żal. Nie myśląc nad tym zbyt wiele, przesuwam po stoliku dłoń w jego stronę i ściskam mocno jego rękę. Mężczyzna posyła mi zdziwione spojrzenie, ale jej nie cofa. Przeciwnie, odwraca dłoń, by spleść nasze palce, a mnie z jakiegoś powodu robi się gorąco. Nie mogę oderwać od niego wzroku, a on wcale nie patrzy na mnie tak, jakby planował o mnie jutro zapomnieć.
- Gdy byłem mały, miałem... wypadek - dodaje po namyśle. - Trafiłem wtedy do szpitala. Ojciec na zmianę z mamą siedzieli przy moim łóżku. Już wtedy nie byli razem, ale potrafili dojść do porozumienia, gdy chodziło o mnie. Widziałem wtedy, jak bardzo się tym wszystkim przejął. Czuł się odpowiedzialny za to, co się stało.
Marszczę brwi.
- Miał ku temu podstawy?
- W pewnym sensie. - Mój towarzysz uśmiecha się do mnie i tym razem ten uśmiech rozświetla też jego niebieskie oczy. - Myślę, że nadal nade mną czuwa, mimo że już odszedł, i sprowadził mi ciebie, żebym mógł się komuś wygadać.
Zanoszę się śmiechem.
- Bardzo wątpię, żeby moje pojawienie się tutaj miało z tym coś wspólnego - oponuję z rozbawieniem. - Bardzo mi przykro z powodu twojego ojca, ale fakt, że tu dzisiaj jestem, to, cóż, dzieło przypadku i splotu różnych nieprzyjemnych wydarzeń.
Mężczyzna naprzeciwko mnie marszczy brwi.
- Jakich nieprzyjemnych wydarzeń?
Otwieram usta, ale waham się przez chwilę, niepewna, ile mu wyjawić. Ostatecznie postanawiam przyznać się do większości, ale powiedzieć to dość oględnie, bez podawania niepotrzebnych szczegółów.
- Narzeczony mnie zdradził - wyznaję, wzruszając ramionami, jakby to było nic takiego. - Przyłapałam go na gorącym uczynku, a on uznał, że to moja wina, bo byłam taka toksyczna, że musiał odreagować. Potem powiedział naszym znajomym, że to ja go zdradziłam, przez co teraz wszyscy mnie nienawidzą.
Mój towarzysz robi zszokowaną minę.
- Serio? Wyrzuciłaś go z mieszkania?
- To on wyrzucił mnie. - Parskam śmiechem. - Bo to jego mieszkanie. Zmienił zamki, chociaż w środku zostały moje rzeczy. Nie wiem, czy je odzyskam. Serio, to głupie, przejmować się czymś takim, kiedy inni mają poważne problemy, tak jak ty. Prawdę mówiąc, to, co mi powiedziałeś, trochę mi pomogło. Uświadomiło, że wcale nie mam tak źle. Mogło być dużo gorzej.
On tylko kręci głową.
- Nie umniejszaj swoim problemom tylko dlatego, że inni też jakieś mają - upomina mnie łagodnie. - One też są istotne i masz prawo z ich powodu czuć się źle. A twój były to skończony gnój, który nie potrafi wziąć odpowiedzialności za swoje czyny. Przykro mi, że musisz to przez niego przechodzić, ale na pewno to lepiej, że się rozstaliście. I...
Urywa, a ja podnoszę brwi, ciekawa, co takiego zamierzał powiedzieć. Mój towarzysz milczy przez chwilę, by wreszcie dokończyć:
- I cieszę się, że okazał się takim dupkiem, jeśli dzięki temu wpadłem tu na ciebie dzisiaj i mogę z tobą rozmawiać.
Och.
To naprawdę miłe z jego strony, że tak mówi, nawet jeśli nie jest szczery. Chociaż sądząc po tym, jak się zawahał, zanim dokończył, i jak wyraźnie nie był pewien, czy się do tego przyznać...
Chyba raczej mówi poważnie.
Uśmiecham się, a on z zadowoleniem kiwa głową.
- Tak lepiej. Powiedz mi, uderzyłaś go chociaż, kiedy zobaczyłaś go z tą inną dziewczyną?
Śmieję się zachrypniętym głosem.
- Nie, ale rzuciłam w niego pierścionkiem - odpowiadam z rozbawieniem. - Chyba nie mogłam go bardziej zszokować. Byliśmy ze sobą tyle lat, że wydawało mu się, że zostanę z nim, cokolwiek by się nie działo. Przyzwyczaił się, że mnie ma.
- To był jego pierwszy błąd - stwierdza mój towarzysz. - Nikt nie powinien się przyzwyczajać do posiadania w życiu takiej kobiety jak ty. Codziennie powinien cię uważać za swój cud.
Przez chwilę gapię się na niego, niezdolna do odpowiedzi. On po prostu siedzi naprzeciwko mnie, nie spuszczając ze mnie wzroku, i bawi się moją dłonią, którą ciągle trzyma w swojej, jakby to było coś totalnie normalnego. Może po prostu w jego świecie tak jest. Może każdej dziewczynie prawi takie komplementy, bo wie, że to działa.
Ale to mi się podoba. Nic na to nie poradzę. On cały mi się podoba. Sądząc po tym, z jaką intensywnością na mnie patrzy, ja jemu z jakiegoś powodu też. Nagle wracają te wszystkie szalone myśli, które tłumiłam, gdy byłam w związku z Patrickiem i podrywał mnie ktoś obcy. Nie mam już na palcu pierścionka. Nie mam nikogo, komu musiałabym być wierna. Jedyny facet, który powinien być wierny mnie, prawdopodobnie od miesięcy był nieuczciwy. Nie zauważam żadnych powodów poza własnymi skrupułami, by nie pozwolić, żeby ta znajomość doprowadziła do czegoś więcej.
O ile oczywiście mój nowy znajomy by tego w ogóle chciał.
Wygląda na zainteresowanego. Gdy po jego ostatniej uwadze oboje na chwilę milkniemy i zaczynamy się sobie przyglądać, on robi to z wyraźnym zadowoleniem. Jakby podobało mu się to, co widzi. To takie miłe. Zainteresowanie kogoś nowego, kto nie jest moim zdradzieckim byłym. Prawie już zapomniałam, jakie to przyjemne uczucie.
W pewnym momencie w przeciwległym końcu baru zaczyna grać DJ. Między innymi dlatego wybrałam to miejsce na dzisiejsze spotkanie z Cove, bo chciałam odrobinę potańczyć, co bardzo lubię robić. Mój towarzysz przyciąga moją rękę bliżej, gładząc mnie palcami po wewnętrznej części nadgarstka, aż dostaję ciarek. Jacyś ludzie mijają nasz stolik w drodze na parkiet, ale prawie nie zwracam na to uwagi. Chcę...
Jezu. Co się ze mną dzieje?
Prawie jestem gotowa przyznać mu rację, że nasze spotkanie nie było przypadkiem. Bo może właśnie tego potrzebuję. Przystojnego faceta, który patrzy na mnie tak, jakby nic innego się nie liczyło, i który rozwieje wszystkie moje wątpliwości co do tego, czy mogę się podobać mężczyznom.
Zerka gdzieś ponad moim ramieniem, a potem pochyla się w moją stronę, by przekrzykując muzykę, zapytać:
- Zatańczysz?
Na moje usta wypływa powolny uśmiech, bo ten facet w ogóle nie wygląda, jakby potrafił tańczyć. Raczej jak księgowy z korporacji z kijem w tyłku. Kiwam jednak głową, ciekawa, jak będzie się prezentował na parkiecie. Mój towarzysz bez wahania wstaje, po czym ciągnie mnie za rękę, aż również się podnoszę, i prowadzi w odpowiednią stronę.
Nie mogę przestać mu się przyglądać. Jest pewny siebie jak facet, który przywykł do tego, że wszystko mu się w życiu należy. Że dostaje, co tylko zechce. Ma zdecydowane, oszczędne ruchy, gdy prowadzi mnie przez bar ku parkietowi, a ludzie się przed nim rozstępują, jakby to było całkowicie normalne. I, co zauważyłam już wcześniej, gdy przenosiliśmy się do stolika, nie myliłam się: jest wysoki. Naprawdę wysoki. Należę raczej do drobnych kobiet i przy nim czuję się jak liliput. Żałuję też, że nie włożyłam do mojej bordowej sukienki jakichś szpilek, tylko czarne oxfordy. No ale to w nich byłam w pracy, więc w zasadzie nic dziwnego.
W końcu docieramy na parkiet. Mój nieznajomy przyciąga mnie do siebie jednym ruchem, aż na moment wstrzymuję oddech. Zdaje się kontrolować wszystko: to, jak blisko niego jestem, jakie kroki wykonujemy, jak daleko znajdują się inni. Obejmuje mnie ramieniem, kładąc mi dłoń na plecach, a gdy chwytam go za szyję, pochyla się nieco, by wyszeptać mi do ucha:
- Rozluźnij się. A jeśli nie chcesz tu być, wystarczy, że powiesz.
Zaciągam się jego zapachem, od którego trochę mi się kręci w głowie. Jego dotyk na moim ciele jest gorący, miękki i łagodny, i naprawdę powstrzymuję się całą sobą, żeby nie zrobić tu czegoś głupiego, a on mówi, żebym się rozluźniła? Jakby to było takie proste!
- Hej. Wszystko w porządku? - pyta, przesuwając dłonią po moich plecach. Na szczęście leci akurat jakaś wolna piosenka, więc nasza pozycja nie jest na tyle nietypowa, by ktokolwiek się tym zainteresował. - Musisz do mnie mówić. Serio.
- Wszystko okej - śmieję się. - Po prostu się nie spodziewałam...
- ...że będziesz się przy mnie tak czuć? - dokańcza domyślnie, a kiedy mrugam, dodaje: - Uwierz mi, ja też nie.
Och.
Czy to oznacza, że on też to wszystko czuje?
Poruszam się w rytm muzyki, a on szybko dostosowuje się do mojego tempa, po czym narzuca własne. Chwyta mnie za biodra i okręca jednym ruchem, aż stoję tyłem do niego, a on może objąć mnie ramionami. Odchylam głowę i ocieram się o niego włosami, a on przyciąga mnie bliżej do swojej klatki piersiowej.
- Jesteś taka miękka - mruczy mi do ucha. - Twój były to nie tylko gnój, ale też ostatni palant. Gdybyś była moja, nigdy nie wypuściłbym cię z rąk.
O rany... co tu się dzieje? Przeniosłam się właśnie do alternatywnej rzeczywistości, czy jak?
Nie odpowiadam, bo nie wiem co, tylko podnoszę ręce i chwytam go za szyję, pozwalając mu błądzić dłońmi po moich bokach. Jego dotyk jest zmysłowy i łagodny, ale w żadnym razie nie staje się niestosowny. Jednak wyczynia niestworzone rzeczy z moim ciałem i z moim oddechem, który nagle zaczyna się rwać.
Kiedy ostatnio czułam się tak przy Patricku? Kiedy w ogóle tak się przy nim czułam?
Poruszamy się zgodnie, w rytm melodii, a mój towarzysz okazuje się naprawdę niezłym partnerem w tańcu. Przez cały czas prowadzi mnie pewnie, wie, co ze mną robić, jest stanowczy, ale delikatny. W chwili, gdy piosenka się kończy i przechodzi w inną, nieco bardziej skoczną, jedno wiem już na pewno.
Jeśli on będzie chciał, żebym dzisiaj pojechała do niego, na pewno się zgodzę.
Rozdział trzeci
W taksówce panuje dziwna cisza.
Zachowujemy odpowiedni odstęp, patrząc na siebie kątem oka i uśmiechając się lekko. Kiedy tylko zapytał, czy chcę jechać do hotelu, w którym się zatrzymał - w końcu przyjechał do miasta na pogrzeb ojca, nie ma tutaj stałego domu - od razu się zgodziłam.
To ktoś, kto jest w San Francisco wyłącznie przejazdem. Jutro zniknie z miasta i z mojego życia, jakby go nigdy w nim nie było. Właśnie kogoś takiego potrzebuję na dzisiejszy wieczór.
Nie wahałam się, bo wiem, że gdybym zaczęła to analizować, miałabym wątpliwości. W końcu nie znam tego faceta. Może się okazać seryjnym mordercą albo gwałcicielem. Może być z nim coś nie tak. Może ma fetysz stóp albo lubi poniżać kobiety podczas seksu.
Tylko że tak naprawdę w chwili, gdy dotknął mnie na parkiecie, przestało mnie to obchodzić. Chcę z nim być dzisiejszej nocy i nic na to nie poradzę. Jutro mogę wrócić do mojego życia, zjebanej atmosfery w pracy i byłego narzeczonego zamykającego przede mną mieszkanie, w którym wciąż są moje rzeczy, ale dzisiejszy wieczór jest odskocznią. Jest tylko dla mnie.
I wiem, że nikogo nie wykorzystuję, bo on zdaje sobie z tego sprawę. Też tym dla niego jestem. W końcu on także przeżył dzisiaj coś okropnego, musiał pochować ojca, i na pewno potrzebuje rozproszenia uwagi. Więc jeśli tym właśnie mam dla niego być, to w porządku.
Nadal nie znamy swoich imion i chcę, żeby tak pozostało. Podoba mi się urok anonimowości tej relacji. Gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach, na przykład w mojej pracy, on pewnie też uznałby, jak reszta tych idiotów z mojego zespołu, że to ja zdradziłam Patricka i byłam najgorszą narzeczoną pod słońcem. Tylko Cove zna moją wersję i uwielbiam fakt, że mogłam się wygadać komuś innemu.
A teraz jedziemy do jego hotelu.
- Nie musimy tego robić, jeśli nie chcesz - mówi cicho, sięgając między siedzeniami po moją dłoń.
Uśmiecham się do niego i kręcę głową.
- Kto powiedział, że nie chcę?
- Wydawało mi się, że na chwilę odpłynęłaś - zauważa łagodnie. - Jeśli zmieniłaś zdanie, to w porządku. I tak zachowam w pamięci dzisiejszy wieczór.
Och. Ten facet z pewnością wie, jak bajerować kobietę. Pewnie ma w tym dużo doświadczenia, zważywszy na to, jak wygląda.
Zanim zdążę odpowiedzieć, zatrzymujemy się na miejscu. Mój towarzysz płaci taksówkarzowi, a ja wysiadam, nie czekając na niego. Ledwie jednak staję na chodniku, już czuję ciepły dotyk na plecach, gdy mężczyzna zwraca mnie w swoją stronę.
- Nic nie odpowiedziałaś.
- Nie chciałam rozmawiać przy taksówkarzu - śmieję się skrępowana. - Nie zmieniłam zdania. Przepraszam, że się nie odzywałam, po prostu... pomyślałam o czymś nieprzyjemnym. A nie chcę dzisiaj nieprzyjemnych myśli. Pomóż mi się od nich oderwać, proszę.
Mężczyzna z lekkim uśmieszkiem wyciąga w moim kierunku dłoń, którą bez namysłu ujmuję.
- Tylko jeśli ty pomożesz mnie - odpowiada, a potem ciągnie mnie do środka hotelu.
Zatrzymał się w Four Seasons na Embarcadero, co już powinno mi powiedzieć co nieco o jego statusie materialnym i mnie onieśmielić. Razem z moją sukienką z przeceny kompletnie tu nie pasujemy i zdaję sobie z tego sprawę zarówno ja, jak i obsługa, która zerka na nas w lobby, gdy zmierzamy do wind. Mam to jednak gdzieś, bo najwyraźniej właśnie zamieniłam się w taką kobietę. Zamierzam się dzisiaj dobrze bawić i niczym nie martwić.
Ledwie dostrzegam wystrój eleganckiego holu, za to zauważam, kiedy mój towarzysz waha się przez chwilę, jakby nie wiedział, w którą stronę iść, po czym odnajduje odpowiedni kierunek, wciąga mnie do przestronnej windy i naciska przycisk czterdziestego ósmego piętra. Jakimś cudem od razu wiem, że to ostatnie, i nieco oszołomiona nie rejestruję, że kiedy zamykają się za nami drzwi, zostajemy w windzie sami.
Mężczyzna, nadal trzymając mnie za rękę, ciągnie mnie delikatnie i przytrzymuje drugą dłonią, którą kładzie na plecach, gdy udaje mu się mnie do siebie przyciągnąć. Spoglądam w górę, w jego widoczne zza szkieł okularów roziskrzone niebieskie oczy. Nie są już tak smutne jak wtedy, gdy pierwszy raz odezwał się do mnie w barze.
- Jak masz na imię? - mruczy, zbliżając wargi do mojej skroni.
Przepływa przeze mnie przyjemny dreszcz. Już zapomniałam, jak to jest być uwodzoną. Jaka przyjemna ekscytacja ogarnia wtedy człowieka. Odnoszę wrażenie, że całe moje ciało budzi się do życia i to wszystko dzięki temu facetowi.
Patrick zaniedbywał mnie już wystarczająco długo. Przynajmniej tej nocy mam dość myślenia o moim byłym.
- Żadnych imion - odpowiadam, unosząc ku niemu głowę.
Podnosi jedną brew, przez co wygląda niemalże komicznie.
- Na pewno? - pyta, pochylając się jeszcze bardziej, aż niemalże muska nosem mój. - Nie chcesz wiedzieć, jak mam na imię?
Wzruszam ramionami, udając nonszalancję.
- A po co?
- Żebyś wiedziała, kogo błagać o więcej? - podsuwa bez mrugnięcia okiem.
Otwieram usta, ale znowu nie wiem, co odpowiedzieć. Jezu, przez te lata spędzone z moim byłym zupełnie oduczyłam się flirtować!
Zaraz potem jednak biorę się w garść, przekrzywiam głowę i pytam z zaciekawieniem:
- Będzie was tam więcej, żebym musiała was rozróżniać po imionach?
Mężczyzna śmieje się chrapliwie, co sprawia, że robię się jeszcze bardziej podniecona. Wystarcza mu ułamek sekundy, by nas przesunąć; odwraca mnie tak, żebym to ja opierała się plecami o ścianę windy, a on pochyla się nade mną, więżąc mnie w pułapce swojego ciała. Może powinnam z tego powodu czuć się niepewnie, ale jakoś tak nie jest. Być może to oznacza, że całkowicie oszalałam.
- Och, ja się nie dzielę, skarbie - zapewnia mnie protekcjonalnie. - Dzisiaj jesteś moja.
Przez chwilę wpatrujemy się w siebie bez słowa, niemo prowokując się, by wykonać pierwszy krok. Zanim jednak którekolwiek z nas przegra to wyzwanie, winda zatrzymuje się na czterdziestym ósmym piętrze, a jej drzwi się otwierają. Mój towarzysz posyła mi ostatni uśmiech, po czym chwyta mnie za rękę i wyciąga na zewnątrz.
Droga korytarzem do odpowiedniego pokoju jest wystarczająco krótka, żebym nie stchórzyła i nie zmieniła zdania. Już po chwili znajdujemy się w środku, a ja kolejny raz daję się zaskoczyć, choć przecież wiedziałam, że po ostatnim piętrze Four Seasons nie można spodziewać się żadnej nory.
Zostawiam mojego towarzysza pod drzwiami i ruszam przez pokój do okien, z których rozciąga się panoramiczny widok na całą zatokę. W oddali dostrzegam nawet most Golden Gate. Jest ciemno, na pierwszym planie widzę rozświetloną połać miasta, a za nim rozciąga się ciemna woda. Ten widok jest tak piękny, że aż zapiera mi dech w piersiach.
Słyszę jego kroki, jeszcze zanim do mnie dołącza. Po chwili staje tuż za mną, aż mogę plecami oprzeć się o jego klatkę piersiową, obejmuje mnie ramionami i splata dłonie na moim brzuchu. Znowu owiewa mnie zapach jego perfum. Absolutnie uzależniający i uderzający do głowy. Takie zapachy powinny być zakazane, bo sprawiają, że kobiety tracą resztki rozumu, jak ja.
- Podoba ci się to, co widzisz? - mruczy mi do ucha.
Kiwam głową.
- Piękny widok.
- To prawda - stwierdza, ale kiedy dostrzegam nasze odbicie w szybie, zauważam, że patrzy na mnie, a nie przez okno. Z jakiegoś powodu mnie to bawi. Ten gość jest naprawdę dobry w prawieniu czułych słówek, gdy chce zaciągnąć kobietę do łóżka, i niechętnie przyznaję, że to na mnie działa. - Ale wolałbym, żebyś teraz skupiła się na mnie.
Nie będę z tym miała absolutnie żadnego problemu.
- Och, a myślałam, że przyprowadziłeś mnie tu specjalnie, żeby zrobić na mnie wrażenie - odpowiadam, zanim zdążę się ugryźć w język. - Nie chcesz mnie oprowadzić po swoich włościach?
- Nie - zaprzecza, po czym chwyta mnie za biodra i do siebie odwraca, aż muszę oprzeć się plecami o zimną szybę. - Tak. Może później, jeśli będziesz chciała. Na razie możesz mi podać swoje imię.
O rany, dlaczego tak się tego uczepił?
Pochyla się i opiera dłonie na szybie po obu moich stronach. Nagle jest tak blisko, że jego oddech miesza się z moim. Z fascynacją wpatruję się w jego niebieskie oczy, kiedy on uśmiecha się lekko.
- Twoje imię, skarbie.
Kręcę głową, niezdolna do wydania z siebie żadnego odgłosu. Gdybym teraz otworzyła usta, pewnie podałabym mu to cholerne imię.
Z jakiegoś powodu to go bawi jeszcze bardziej, jakby dokładnie wiedział, dlaczego milczę.
- Ja mam na imię...
Kładę mu dłoń na ustach, zanim zdąży dokończyć to zdanie. Milknie posłusznie, ale w jego oczach widzę przebłyski wesołości. Znowu kręcę głową, a w następnej chwili gwałtownie zabieram dłoń, gdy całuje jej wnętrze.
- Nie - proszę. - Nie chcę wiedzieć.
- Jesteś taka uparta - mamrocze, przenosząc jedną z dłoni na mój kark. - I tak się dowiem, skarbie.
Jasne. Po moim trupie.
Właściwie nie wiem, dlaczego aż tak mi na tym zależy, ale przy nim chcę być kimś innym. Nie żałosną dwudziestopięcioletnią Astrą Flanagan, którą zdradziecki narzeczony wyrzucił z mieszkania, a następnie obsmarował w firmie tak bardzo, że nikt jej tam teraz nie lubi. Nie chcę być nudną programistką, która lepiej zna się na cyfrach niż na ludziach.
Ten facet widzi we mnie kogoś innego. Seksowną, wartą zachodu dziewczynę, której chce się pokazać widok z czterdziestego ósmego piętra Four Seasons. Nigdy wcześniej nawet nie przebywałam w takim hotelu, a co dopiero mówić o spędzeniu tu nocy. Nigdy też nie byłam z aż tak seksownym facetem.
Ta noc to moja fantazja. Nie chcę jej psuć niepotrzebnymi szczegółami, takimi jak nasze imiona.
- Możesz próbować - oznajmiam, podnosząc wyżej podbródek. - Ale to i tak ci się nie uda.
On tylko śmieje się chrapliwie, a potem pochyla się w moją stronę jeszcze bardziej i wreszcie mnie całuje.
Na początku to tylko muśnięcie warg, jakby mnie próbował. Jedno, drugie, potem trzecie, nieco mocniejsze, po którym wyczuwam miękkość i ciepło jego ust. Wysuwa język, oblizuje moją dolną wargę, aż sama z siebie je dla niego rozchylam. Dopiero wtedy wzmacnia pieszczotę, chwytając moją twarz w dłonie i całując mnie mocno, aż wydaję z siebie cichy jęk.
Jego język penetruje moje usta, a ja bez namysłu wychodzę mu naprzeciw. Ten facet zdaje się zagarniać mnie całą dla siebie jednym stanowczym, gorącym pocałunkiem. Teraz nawet gdybym chciała, nie byłabym w stanie podać mu swojego imienia, bo gdy tak mnie pieści, zapominam, jak się nazywam. Chcę tylko więcej i więcej, chcę, żeby mnie całował bez końca.
Odnoszę wrażenie, że żadne z nas nie chce przerwać tego pocałunku. Na początku jesteśmy zachłanni, uczymy się siebie w błyskawicznym tempie, ale potem pieszczota staje się coraz bardziej powolna i zmysłowa. Mój towarzysz robi ostatni krok do przodu, przyciska mnie do szyby za mną, i czuję, jak bardzo jest w tej chwili podniecony. Przywiera do mnie cały, gdy chwyta mnie za pośladki i podnosi. Automatycznie oplatam jego biodra udami, a ramiona zarzucam mu na szyję, żeby kurczowo się go przytrzymać. Nawet i bez tego nie straciłabym jednak równowagi, bo on przyszpila mnie biodrami do szyby i cały czas trzyma mocno za tyłek.
W końcu przerywa pocałunek i oboje z trudem nabieramy powietrza. Jego wargi szybko zsuwają się w dół, do mojej szyi i dekoltu, znacząc skórę kolejnymi gorącymi muśnięciami. Wplatam mu dłoń we włosy i przytrzymuję przy sobie, jakbym się bała, że za chwilę się odsunie.
- Zupełnie się ciebie nie spodziewałem - mruczy w mój dekolt. - Poszedłem do tego baru tylko po to, żeby napić się drinka. Jakim cudem akurat tam byłaś?
- Cóż, ja też... nie zakładałam, że ten wieczór tak się skończy. - Śmieję się zduszenie.
On na chwilę podnosi głowę, by spojrzeć mi prosto w oczy. Ma przekrzywione okulary, ale wcale nie wygląda przez to śmiesznie.
- Nie wmawiaj mi, że to przypadek - oznajmia stanowczo. - Nie ma nic przypadkowego w fakcie, że cię tam znalazłem. Jasne?
Waham się przez chwilę, ale w końcu kiwam głową. Bardziej po to, żeby się z nim nie kłócić, niż dlatego, że rzeczywiście się z nim zgadzam. Okej, miałam farta, poznając takiego faceta w barze, ale jutro o nim zapomnę, a on zapomni o mnie. Na pewno przyjdzie mu to bez trudu, podobnie jak większości ludzi w moim życiu.
Dzisiaj w nocy jest jednak tylko mój.
I zamierzam z tego korzystać.