Moja historia
Znacie powiedzenie, że człowiek docenia zdrowie dopiero, gdy je straci? Tak było ze mną. Gdy miałam dziewiętnaście lat, wypadek zmienił moje życie.
Spędzałam ze znajomymi wakacje na Hawajach. Pewnego popołudnia poszliśmy do dżungli na pieszą wycieczkę. Uznaliśmy, że skok z wodospadu to świetny pomysł (uwaga, spoiler: myliliśmy się).
Nigdy wcześniej nie robiłam czegoś takiego. Znajomi poinstruowali mnie co i jak: "Trzymaj nogi wyprostowane, żeby przebić taflę wody stopami".
"Kumam!" - powiedziałam i podeszłam do krawędzi.
Byłam tak przerażona, że zapomniałam o wskazówce, gdy tylko skoczyłam z klifu. Powierzchnię wody przebiłam nie stopami, ale pośladkami. Napór wody wytworzył falę uderzeniową, która rozeszła się w górę mojego kręgosłupa. Kręgi jeden po drugim uległy kompresji niczym domino.
Pyk-pyk-pyk-pyk-pyk-pyk-pyk - aż do drugiego kręgu piersiowego, który pod wpływem nacisku rozprysnął się na czternaście części.
Moje życie też się rozleciało. Odtąd dzielę je na dwa etapy: przed wypadkiem i po nim.
Następne dwa tygodnie leżałam unieruchomiona w łóżku szpitalnym, czekając na operację kręgosłupa. Kiedy nie spałam, wyobrażałam sobie, co się wydarzy, choć nie do końca mogłam w to uwierzyć. Chirurg miał otworzyć moją klatkę piersiową z boku na wysokości talii oraz z tyłu przy złamanym kręgu. Zamierzano usunąć fragmenty kości, a także dwa sąsiednie kręgi, a następnie połączyć trzy kręgi i wwiercić mi w kręgosłup sześć siedmioipółcentymetrowych metalowych bolców. Przy pomocy wiertarki elektrycznej.
Przerażały mnie możliwe komplikacje: odma opłucnowa, paraliż, a nawet śmierć. Ale nie miałam wyjścia. Fragmenty kręgu uciskały błonę rdzenia kręgowego. Jakikolwiek wstrząs (nawet potknięcie na schodach) mógł ją przerwać, paraliżując mnie od pasa w dół. Bałam się. Wyobrażałam sobie, jak wykrwawiam się na stole operacyjnym, a lekarze załamują ręce. Niemal widziałam, jak umieram.
Rezultat (nie, nie uruchamiam alarmu podczas kontroli bezpieczeństwa na lotnisku, i tak, bolce zostaną na zawsze).
Dzień operacji zbliżał się powoli, ale nieubłaganie. Gdy w końcu nadszedł, wolałam, żeby w ogóle nie było go w kalendarzu. Kiedy anestezjolożka zaczęła mnie usypiać przed ośmiogodzinną operacją, zastanawiałam się, czy będzie ostatnią osobą, jaką kiedykolwiek zobaczę. Modliłam się. Chciałam żyć. Wiedziałam, że jeśli obudzę się po operacji, już zawsze będę żyła przepełniona wdzięcznością.
Obudziłam się w środku nocy. Leżałam sama na sali pooperacyjnej. Najpierw odetchnęłam z ulgą: nie umarłam. Następnie poczułam ból. Nie, źle się wyraziłam: poczułam przejmujący ból. Pręty w moim kręgosłupie były jak ściskająca go żelazna pięść. Spróbowałam usiąść, żeby wezwać pielęgniarza. Przyszedł po kilku minutach. Był markotny i traktował mnie lekceważąco. Zgotował mi przykre powitanie na tym świecie. Rozpłakałam się. Chciałam do mamy.
Przepełniała mnie wdzięczność: głęboka, szczera wdzięczność, że żyję. Ale jednocześnie cierpiałam katusze. Całe moje plecy rwały z bólu. Nie mogłam poruszyć się ani o centymetr bez wrażenia, że szwy zaraz puszczą. Nerwy w nogach "paliły" mnie przez wiele dni. Co trzy godziny dostawałam zastrzyk przeciwbólowy. Pielęgniarz wchodził na salę jak w zegarku, chwytał palcami tłuszczyk na moim udzie, raz lewym, raz prawym, i robił mi zastrzyk.
Z powodu dotkliwego bólu nie byłam w stanie spać ani jeść, bo opioidy wywoływały u mnie mdłości. Schudłam dwanaście kilogramów w dwa tygodnie. Czułam się równocześnie szczęściarą i idiotką. Było mi przykro z powodu tego, co się stało, obwiniałam się za zmartwienia, których przysporzyłam moim bliskim. Nie wiedziałam, co robić.
Choć moje ciało wydobrzało w kilka miesięcy, umysł i dusza wymagały dłuższej rehabilitacji. Czułam, że utraciłam kontakt z rzeczywistością. Gdy patrzyłam na swoje ręce, miałam wrażenie, że nie są moje. Z przerażeniem spoglądałam w lustro. Coś było nie tak, ale nie miałam pojęcia co.
Niestety inni też tego nie wiedzieli. Ponieważ z zewnątrz wydawało się, że doszłam do siebie, nie zwierzałam się nikomu ze swojego cierpienia. Zapytana, jak się czuję, odpowiadałam: "Świetnie, dzięki". Ale gdybym miała być szczera, wyznałabym: "Czuję się obco we własnym ciele. Kiedy patrzę w lustro, odchodzę od zmysłów. Strasznie się boję, że już nigdy nie poczuję się dobrze". Później zdiagnozowano u mnie depersonalizację i derealizację - zaburzenia psychiczne polegające na utracie kontaktu z samym sobą i otaczającą rzeczywistością.
Mieszkałam wtedy w Londynie. Pamiętam, jak jechałam metrem i patrzyłam na współpasażerów siedzących naprzeciwko mnie. Zastanawiałam się, jak wielu z nich przeżywa trudne chwile, ale ukrywa to tak jak ja. Marzyłam o tym, by ktoś w metrze dostrzegł moje cierpienie i powiedział, że mnie rozumie - że kiedyś też tak się czuł, ale doszedł do siebie. Na próżno. Ludzie siedzący niecały metr ode mnie nie mieli pojęcia, co się we mnie działo. Sama ledwo to rozumiałam. I vice versa - też nie wiedziałam, co działo się w nich i czy cierpią.
Stało się dla mnie jasne, że trudno się dowiedzieć, co się dzieje w naszych ciałach. Nawet jeśli umiemy wyrazić swoje emocje - wdzięczność, ból, ulgę, smutek i tak dalej - musimy się dowiedzieć, dlaczego je odczuwamy. Od czego zacząć, gdy źle się czujemy?
Pamiętam, gdy powiedziałam swojej najlepszej przyjaciółce: "Nic nie liczy się bardziej niż zdrowie, fizyczne i psychiczne - ani szkoła, ani praca, ani pieniądze". Nigdy nie byłam niczego równie pewna.
I tak cztery lata później jechałam pociągiem do Mountain View, miasta położonego około sześćdziesięciu kilometrów od San Francisco. Gdy postanowiłam, że dowiem się, jak porozumieć się z własnym ciałem, nabrałam przeświadczenia, że powinnam zajmować się przełomową technologią w dziedzinie ochrony zdrowia. W 2015 roku była to genetyka.
Dostałam się na staż w startupie 23andMe (nazwa firmy wzięła się od tego, że wszyscy mamy 23 pary chromosomów, które przekazują informację genetyczną). Chciałam tam być bardziej niż gdziekolwiek indziej na świecie.
Wyszłam z następującego założenia: DNA stworzyło moje ciało, więc jeśli zrozumiem swój kod genetyczny, zrozumiem swoje ciało.
Pracowałam na stanowisku kierowniczki produktu. Miałam dwa dyplomy wyższych uczelni i uwielbiałam upraszczać skomplikowane treści. Dobrze wykorzystałam oba atuty. Odpowiadałam za wyjaśnianie wyników badań genetycznych naszym klientom i zachęcanie ich do udziału w ankietach.
Zbieraliśmy dane w niespotykany wcześniej sposób: cyfrowo, online i od milionów ludzi jednocześnie. Każdy klient był naukowcem, gdyż przyczyniał się do lepszego zbiorowego zrozumienia kodu genetycznego. Na nasze cele składały się innowacja w dziedzinie medycyny spersonalizowanej i formułowanie zaleceń zdrowotnych dostosowanych do konkretnej osoby.
Pracowałam, opierając się na najlepszych danych, w najlepszej firmie z najlepszymi specjalistami i miałam najlepszą misję do wykonania. Atmosfera w biurze była elektryzująca.
Zżyłam się z członkami zespołu badawczego. Po przeczytaniu wszystkich prac naukowych, jakie opublikowali, zaczęłam zadawać pytania. Ku swojemu rozczarowaniu stopniowo zrozumiałam, że DNA determinuje mniej, niż zakładałam. Na przykład geny mogą zwiększyć prawdopodobieństwo, że zachorujecie na cukrzycę typu 2, ale nie powiedzą wam, czy ta choroba na pewno się u was rozwinie[7]. Badania DNA mogą nam dać jedynie pojęcie o tym, co jest możliwe. W wypadku większości chorób przewlekłych, od migren po choroby serca, przyczyna okazuje się tkwić głównie w stylu życia, a nie genach. W skrócie: DNA nie determinuje waszego samopoczucia każdego ranka.
W 2018 roku 23andMe zaczęło pracę nad nowym projektem. Kierował nim zespół zajmujący się badaniami i rozwojem w dziedzinie zdrowia, który miał za zadanie wpadać na nowe, przełomowe pomysły. Dyskutowano o... systemach ciągłego monitorowania glikemii (continuous glucose monitors, CGM).
CGM to małe urządzenie stale monitorujące glikemię, które nosi się na ramieniu. Powstało, żeby zastąpić tradycyjne glukometry wymagające nakłucia palca, których cukrzycy używają od dziesięcioleci - mierzy się nimi poziom cukru zaledwie kilka razy dziennie. CGM dokonuje pomiaru co kilka minut, pokazuje pełny wykres poziomu cukru i przesyła go do smartfona, co jest bardzo wygodne. To przełom dla diabetyków, którzy dozują lekarstwa na podstawie pomiarów poziomu cukru.
Systemy ciągłego monitorowania glikemii zwane też CGM-ami (linia) pokazują wykresy poziomu cukru, których tradycyjne glukometry (białe kółka) nie rejestrują.
Wkrótce po tym, jak 23andMe ruszyło z projektem, najlepsi sportowcy również zaczęli nosić CGM-y, żeby opierając się na pomiarach poziomu cukru, optymalizować swoje osiągi i wytrzymałość[8]. Później opublikowano kilka prac naukowych opisujących wyniki badań z wykorzystaniem tych urządzeń. Pokazano, że poziomy glikemii u niecukrzyków też mogą być zupełnie rozregulowane[9].
Gdy zespół badawczo-rozwojowy ogłosił, że przystępuje do badań nad tym, w jaki sposób niecukrzycy reagują na produkty żywnościowe, od razu się do niego zgłosiłam. Zawsze szukałam czegoś, co pomogłoby mi zrozumieć własne ciało. Ale z pewnością nie spodziewałam się, co z tego wyniknie.
Do biura przyszła pielęgniarka, żeby założyć CGM-y naszej czwórce ochotników. Czekaliśmy na nią w przeszklonej sali konferencyjnej. Następnie zakasaliśmy rękawy. Pielęgniarka przetarła mi górną część lewego ramienia wacikiem nasączonym alkoholem i przyłożyła aplikator. Powiedziała, że wbije igiełkę z zaledwie trzymilimetrowym włóknem (elektrodą). Później igiełka się wysunie, a włókno zostanie pod skórą, natomiast na wierzchu przylepi nadajnik. Elektroda miała tkwić w moim ciele przez dwa tygodnie.
Jeden, dwa... klik! Pielęgniarka niemal bezboleśnie założyła sensor.
Urządzenie potrzebowało godziny, żeby zacząć działać. Potem mogłam w dowolnej chwili sprawdzić poziom cukru przy pomocy komórki[10]. Pomiary pokazywały, jak moje ciało reaguje na jedzenie (lub post) i na ruch (lub bezczynność). Dostawałam wiadomości z wnętrza własnego ciała. Cześć, miło cię słyszeć!
Sprawdzałam poziom cukru, gdy czułam się świetnie. Sprawdzałam, gdy czułam się okropnie. Sprawdzałam, gdy ćwiczyłam, budziłam się i szłam spać. Moje ciało mówiło do mnie przez wzrosty i spadki, które widziałam na ekranie iPhone'a.
Przeprowadzałam własne eksperymenty i wszystko notowałam. Moja kuchnia stała się moim laboratorium, a obiektem badań byłam ja sama. Postawiłam hipotezę, że jedzenie i ruch wpływają na poziomy cukru przez zbiór możliwych do zdefiniowania zasad.
Wkrótce zaczęłam zauważać zaskakujące prawidłowości. Nachosy w poniedziałek - duży skok. Nachosy w niedzielę - brak skoku. Piwo - skok. Wino - brak skoku. M&M'sy po lunchu - brak skoku. M&M'sy przed kolacją - skok. Zmęczenie po południu - wysoki poziom cukru w porze lunchu. Mnóstwo energii przez cały dzień - bardzo stabilny poziom cukru. Wieczorne świętowanie ze znajomymi - huśtawka poziomu cukru w nocy. Stresująca prezentacja w pracy - skok. Medytacja - stały poziom cukru. Cappuccino, gdy byłam wypoczęta - brak skoku. Cappuccino, gdy byłam zmęczona - skok. Chleb - skok. Chleb z masłem - brak skoku.
Jeszcze ciekawiej zrobiło się, kiedy powiązałam swoje samopoczucie psychiczne z poziomami glikemii. Mgła mózgowa, z którą borykałam się od wypadku, często wiązała się z dużym skokiem cukru, a senność - z gwałtownym spadkiem. Zachcianki żywieniowe były skorelowane z huśtawką glikemii, czyli z szybko następującymi po sobie nagłymi skokami i spadkami. Gdy budziłam się zmęczona, okazywało się, że w nocy miałam wysoki poziom cukru.
Przeglądałam dane, powtarzałam eksperymenty i weryfikowałam swoje hipotezy, zestawiając je z opublikowanymi wynikami badań. Zrozumiałam, że aby czuć się świetnie, muszę unikać dużych skoków i spadków poziomu cukru. Tak też zrobiłam: nauczyłam się wypłaszczać swoje krzywe cukrowe.
Dokonywałam przełomowych odkryć na temat własnego zdrowia. Pozbyłam się mgły mózgowej i opanowałam zachcianki. Budziłam się w doskonałym nastroju. Pierwszy raz od wypadku znowu czułam się naprawdę dobrze.
Dzieliłam się swoimi przeżyciami ze znajomymi. Tak zaczął się ruch Glucose Goddess.
Na początku spotykałam się z kompletnym brakiem zrozumienia. Pokazywałam znajomym wyniki badań i mówiłam, że też powinni wypłaszczać swoje krzywe cukrowe. Zero reakcji.
Zrozumiałam, że muszę znaleźć atrakcyjny sposób komunikowania wyników badań. Wpadłam na pomysł wykorzystania własnych danych z pomiarów do zilustrowania tego, co mówi nauka. Problem w tym, że na początku trudno było zrozumieć, co wynika z wykresów.
Dzienny wykres poziomu cukru wygenerowany przez system ciągłego monitorowania glikemii.
Żeby się w nich połapać, musiałam "zrobić zbliżenie" na konkretny wycinek dnia. Niestety aplikacja dołączona przez producenta CGM na to nie pozwalała. Napisałam więc program do pokazywania konkretnych wycinków wykresu.
Zaczęłam skrupulatnie prowadzić dziennik żywieniowy. W każdym wpisie brałam pod uwagę czterogodzinny przedział. Na przykład: "17.56 - szklanka soku pomarańczowego". Patrzyłam na pomiary swojego poziomu od jednej godziny przed wypiciem soku do trzech godzin po. To dawało mi dogodny wgląd w glikemię przed wypiciem soku, w trakcie tej czynności i po niej.
Żeby wykresy były czytelniejsze, połączyłam kropki linią i zamalowałam pole pod krzywą.
Ponieważ nauka powinna być też estetyczna, uprościłam osie, a po prawej umieściłam zdjęcie testowanego produktu. Nowe wykresy znacznie bardziej przykuwały uwagę.
Znajomi i rodzina byli nimi zafascynowani. Prosili mnie o przetestowanie ogromnej liczby produktów i dzielenie się wynikami. Potem sami zaczęli używać CGM-ów. Wysyłali mi swoje dane, a ja je zbierałam. Wkrótce zabrakło mi czasu na tworzenie wykresów, o które mnie proszono. Stworzyłam więc aplikację na telefon, która zautomatyzowała ich generowanie. Moi znajomi zaczęli używać aplikacji, a potem w ich ślady poszli ich znajomi... Wieść rozeszła się lotem błyskawicy. Znajome mi osoby, które nie używały CGM-ów, poczuły się zachęcone dowodami i też zaczęły zmieniać swoje nawyki żywieniowe.
W kwietniu 2018 roku założyłam konto @GlucoseGoddess na Instagramie. Moje zdziwienie rosło wraz z powiększaniem się społeczności, która reagowała na moje obserwacje i wysyłała mi wyniki swoich eksperymentów. Zrozumiałam, że poziom cukru wpływa niemal na wszystko.
Zrobiłam "zbliżenie" na konkretny wycinek czasu: od jednej godziny przed wypiciem soku pomarańczowego o 17.56 do trzech godzin po.
Gotowy wykres wygenerowany przy pomocy programu, który sama napisałam. Podobnie jak wszystkie soki owocowe sok pomarańczowy nie zawiera błonnika, ale ma dużo cukru. Picie soków owocowych wywołuje skoki cukru.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki