Grzeczna dziewczynka musi zginąć - Holly Jackson

Kup ebooka

41.99 zł
29.68 zł (28,05 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pip wbrew wła­snej woli sta­nęła jak ska­mie­niała. Kie­ro­wał nią ja­kiś pier­wotny in­stynkt, nie­na­zwane prze­czu­cie. Jesz­cze je­den krok da­lej, a by­łaby zbyt bli­sko.

- Tu­taj, Pip - po­wie­dział Ro­ger, wy­su­nął krze­sło sto­jące do­kład­nie na­prze­ciwko Maksa i wska­zał ge­stem, żeby usia­dła.

Poza Mak­sem za sto­łem sie­dział rów­nież Chri­sto­pher Epps. Ten sam ad­wo­kat, który re­pre­zen­to­wał chło­paka w cza­sie pro­cesu. Pip ostat­nim ra­zem sta­nęła z nim twa­rzą w twarz, kiedy ze­zna­wała zza pul­pitu dla świad­ków. Miała na so­bie do­kład­nie ten sam ko­stium, a Epps pa­stwił się nad nią, po­szcze­ku­jąc szorst­kim gło­sem. Jego też nie­na­wi­dziła, ale to uczu­cie zdą­żyło się stę­pić, po­chło­nięte nie­na­wi­ścią do osoby sie­dzą­cej na­prze­ciw niej. Dzie­liła ich tylko sze­ro­kość stołu.

- Do­brze... Dzień do­bry wszyst­kim - ode­zwał się po­god­nie Has­san, zaj­mu­jąc miej­sce u szczytu stołu po­mię­dzy dwiema stro­nami. - Na po­czątku kilka słów wstępu. Moja rola jako me­dia­tora ozna­cza, że je­stem tu­taj, aby po­móc pań­stwu osią­gnąć po­ro­zu­mie­nie za­do­wa­la­jące obie strony. Moim je­dy­nym ce­lem jest to, żeby wszy­scy wy­szli stąd za­do­wo­leni. Czy wy­ra­zi­łem się wy­star­cza­jąco ja­sno?

Za­do­wo­leni? Has­san naj­wi­docz­niej nie przyj­rzał się zbyt uważ­nie ich mi­nom.

- Za­sad­ni­czo ce­lem me­dia­cji jest unik­nię­cie sporu są­do­wego. Sprawa w są­dzie to spory kło­pot i nie­mały wy­da­tek dla wszyst­kich za­in­te­re­so­wa­nych, dla­tego za­nim zo­sta­nie zło­żony po­zew, le­piej bę­dzie spró­bo­wać dojść do po­ro­zu­mie­nia. - Wy­szcze­rzył się naj­pierw do Pip, a po­tem do Maksa. Oboje zo­stali ob­da­ro­wani uśmie­chem po równo i spra­wie­dli­wie. - Je­śli nie zdo­łamy za­wrzeć ugody, pan Ha­stings i jego obrońca za­po­wia­dają, że wniosą po­zew o znie­sła­wie­nie prze­ciwko pan­nie Fitz-Amobi za twe­eta oraz wpis blo­gowy z trze­ciego maja tego roku, które we­dług nich za­wie­rały znie­sła­wia­jące oświad­cze­nie. - Has­san zer­k­nął do no­ta­tek. - Pan Epps w imie­niu po­woda, pana Ha­stingsa, twier­dzi, że znie­sła­wia­jąca wy­po­wiedź po­waż­nie od­biła się na zdro­wiu psy­chicz­nym jego klienta oraz spo­wo­do­wała nie­od­wra­calne nad­szarp­nię­cie jego re­pu­ta­cji. To z ko­lei do­pro­wa­dziło do kło­po­tów fi­nan­so­wych, za które obec­nie do­maga się od­szko­do­wa­nia.

Pip za­ci­snęła pię­ści pod sto­łem, a jej kłyk­cie uwy­pu­kliły się jak krę­go­słup ja­kie­goś pre­hi­sto­rycz­nego gada. Nie wie­działa, czy bę­dzie w sta­nie usie­dzieć na miej­scu i wy­słu­chi­wać tego wszyst­kiego. Po pro­stu, kurwa, nie wie­działa. Ale ode­tchnęła głę­boko i po­sta­no­wiła spró­bo­wać. Dla taty, dla Ro­gera i dla tego nie­szczę­snego Has­sana.

Na stole przed Mak­sem stał jego ohydny bi­don z wodą. Przy­bru­dzony ciem­no­nie­bie­ski pla­stik z gu­mową za­tyczką. Pip nie pierw­szy raz wi­działa go z tym bi­do­nem. W tak ma­łym mia­steczku jak Lit­tle Kil­ton trasy bie­gowe czę­sto za­cho­dzą na sie­bie i się prze­ci­nają. Jed­nak Pip za­częła po­dej­rze­wać, że Max z pre­me­dy­ta­cją bie­gał jej trasą. I za­wsze z tym pie­przo­nym nie­bie­skim bi­do­nem.

Max zo­ba­czył, że Pip spo­gląda na jego bi­don. Się­gnął po niego, jed­nym szyb­kim ru­chem pstryk­nął w za­tyczkę, po­cią­gnął długi, gło­śny łyk wody i prze­płu­kał so­bie usta. Na­wet na se­kundę nie spu­ścił wzroku z Pip.

- A za­tem, pa­nie Epps - Has­san nieco po­lu­zo­wał kra­wat - ze­chce pan roz­po­cząć od wy­gło­sze­nia oświad­cze­nia wstęp­nego.

- Oczy­wi­ście - po­wie­dział Epps, prze­rzu­ca­jąc pa­piery. Pip do­brze pa­mię­tała jego prze­ni­kliwy głos. - Otóż od trze­ciego maja wie­czo­rem, kiedy panna Fitz-Amobi opu­bli­ko­wała oszczer­czy wpis, mój klient do­świad­cza po­twor­nego cier­pie­nia, szcze­gól­nie że panna Fitz-Amobi cie­szy się w in­ter­ne­cie znaczną po­pu­lar­no­ścią. Liczba osób śle­dzą­cych jej konto się­gała w tam­tym cza­sie trzy­stu ty­sięcy. Mój klient ode­brał zna­ko­mite wy­kształ­ce­nie na re­no­mo­wa­nej uczelni, co ozna­cza, że na rynku pracy po­wi­nien ucho­dzić za bar­dzo atrak­cyj­nego kan­dy­data.

Max po­now­nie po­cią­gnął wodę z bi­donu, jakby chciał przy­pie­czę­to­wać jego wy­po­wiedź.

- Tym­cza­sem od kilku ostat­nich mie­sięcy pan Ha­stings bo­ryka się ze zna­le­zie­niem za­trud­nie­nia na od­po­wied­nim dla niego po­zio­mie. Jest to bez­po­średni sku­tek uszczerbku na re­pu­ta­cji spo­wo­do­wa­nego oszczer­czym wpi­sem panny Fitz-Amobi. W kon­se­kwen­cji mój klient jest zmu­szony wciąż miesz­kać z ro­dzi­cami, po­nie­waż nie może zna­leźć za­do­wa­la­ją­cej pracy, a co za tym idzie - utrzy­mać się w Lon­dy­nie.

Ojej, mały, biedny se­ryjny gwał­ci­ciel - po­my­ślała Pip, po­sy­ła­jąc mu wy­mowne spoj­rze­nie.

- Jed­nak po­krzyw­dzony jest nie tylko mój klient - cią­gnął Epps. - Jego ro­dzice, pan i pani Ha­stings, rów­nież cier­pią z po­wodu stresu. Co wię­cej, nie­dawno mu­sieli wy­je­chać z kraju i na kilka mie­sięcy za­miesz­kać w swo­jej po­sia­dło­ści we Flo­ren­cji. Dla­czego? Otóż tej sa­mej nocy, kiedy panna Fitz-Amobi za­mie­ściła znie­sła­wia­jący wpis, ich dom zo­stał zde­wa­sto­wany. Na fron­to­wej ścia­nie ktoś wy­ma­lo­wał na­pis: "Do­padnę cię, gwał­ci­cielu".

- Pa­nie Epps - prze­rwał mu Ro­ger. - Mam na­dzieję, że nie su­ge­ruje pan, ja­koby moja klientka miała coś wspól­nego z tym ak­tem wan­da­li­zmu. Po­li­cja w tej spra­wie na­wet się do niej nie ode­zwała.

- By­naj­mniej, pa­nie Tur­ner. - Epps po­krę­cił głową. - Wspo­mi­nam o tym, po­nie­waż mo­żemy po­dej­rze­wać, że ist­nieje zwią­zek przy­czy­nowy po­mię­dzy oszczer­czym wpi­sem panny Fitz-Amobi a ak­tem wan­da­li­zmu, któ­rego do­ko­nano w go­dzi­nach po­prze­dza­ją­cych pu­bli­ka­cję. W kon­se­kwen­cji ro­dzina Ha­sting­sów nie czuje się bez­piecz­nie w swoim domu i mu­siała za­mon­to­wać ka­mery. Mam na­dzieję, że po czę­ści wy­ja­śnia to nie tylko pro­blemy fi­nan­sowe, w ja­kie po­padł pan Ha­stings, lecz także ogromny ból i cier­pie­nie od­czu­wane przez jego ro­dzinę w na­stęp­stwie pod­łego, oszczer­czego oświad­cze­nia panny Fitz-Amobi.

- Pod­łego? - ode­zwała się Pip, a jej po­liczki po­czer­wie­niały. - Na­zwa­łam go gwał­ci­cie­lem, bo jest gwał­ci­cie­lem i...

- Pa­nie Tur­ner - wark­nął Epps pod­nie­sio­nym to­nem. - Ze­chce pan po­pro­sić swoją klientkę o spo­kój i przy­po­mnieć jej, że ja­kie­kol­wiek rzu­cone przez nią oszczer­stwo może zo­stać uznane za po­mó­wie­nie.

- Do­brze, do­brze, dajmy so­bie chwilę wy­tchnie­nia - od­parł Has­san, pod­no­sząc ręce. - Panno Fitz-Amobi, druga strona doj­dzie do głosu już nie­ba­wem - oznaj­mił i znów po­lu­zo­wał kra­wat.

- Już do­brze, Pip, ro­zu­miem - po­wie­dział ci­cho Ro­ger.

- Chciał­bym przy­po­mnieć pan­nie Fitz-Amobi - mó­wił Epps, wbi­ja­jąc wzrok w Ro­gera i na­wet na nią nie spo­glą­da­jąc - że cztery mie­siące temu mój klient zo­stał oczysz­czony z za­rzu­tów i uznany za nie­win­nego przez sąd ko­ronny. Co sta­nowi nie­zbity do­wód na to, że oświad­cze­nie z trze­ciego maja było jaw­nym znie­sła­wie­niem.

- Pra­gnę jed­nak za­uwa­żyć - wtrą­cił się Ro­ger i za­sze­le­ścił do­ku­men­tami - że oświad­cze­nie można uznać za znie­sła­wia­jące je­dy­nie wtedy, gdy przed­sta­wia prawdę. Na­to­miast tweet mo­jej klientki brzmi na­stę­pu­jąco: "Osta­teczne pod­su­mo­wa­nie pro­cesu Maksa Ha­stingsa. Nie ob­cho­dzi mnie, co my­śli ława przy­się­głych. Max jest winny" - od­chrząk­nął. - Stwier­dze­nie "nie ob­cho­dzi mnie" wy­raź­nie wska­zuje, że mamy do czy­nie­nia z su­biek­tywną opi­nią, nie zaś z fak­tem...

- Nieee, pro­szę so­bie nie żar­to­wać - prze­rwał mu Epps. - Pró­buje się pan pod­pie­rać pra­wem do wy­ra­ża­nia opi­nii? Do­prawdy? Bła­gam. Ten wpis jest sfor­mu­ło­wany jako czy­sty fakt, a plik dźwię­kowy - jako za­pre­zen­to­wa­nie prawdy.

- Bo to jest prawda - po­wie­działa Pip. - Chce­cie go od­słu­chać?

- Pip, pro­szę...

- Pa­nie Tur­ner...

- Prze­cież to jawne fał­szer­stwo. - Max pierw­szy raz za­brał głos. Ode­zwał się z nie­zno­śnym spo­ko­jem i za­plótł ręce na piersi, sku­pia­jąc wzrok wy­łącz­nie na me­dia­to­rze. - Ja w ogóle tak nie brzmię.

- Niby jak? Jak gwał­ci­ciel? - syk­nęła Pip.

- PA­NIE TUR­NER...

- Pip...

- Dro­dzy pań­stwo! - Has­san wstał. - Po­sta­rajmy się za­cho­wać zimną krew. Każdy z nas bę­dzie miał oka­zję, żeby się wy­po­wie­dzieć. Pa­mię­tajmy, że na­szym ce­lem jest wy­pra­co­wa­nie za­do­wa­la­ją­cego wszyst­kich po­ro­zu­mie­nia. Pa­nie Epps, ze­chce pan nas za­po­znać z kwo­tami od­szko­do­wa­nia, ja­kich do­maga się pań­ski klient.

Epps po­chy­lił głowę i spod sterty pa­pie­rów wy­cią­gnął ja­kieś kartki.

- Bio­rąc pod uwagę fakt, że przez ostat­nie cztery mie­siące mój klient po­zo­sta­wał bez pracy, a śred­nie wy­na­gro­dze­nie na jego sta­no­wi­sku wy­nosi trzy ty­siące fun­tów, strata fi­nan­sowa sięga dwu­na­stu ty­sięcy.

Max ko­lejny raz po­cią­gnął wodę z bi­donu, ochla­pu­jąc so­bie szyję. Pip miała ochotę wy­szar­pać mu ten pie­przony bi­don i chlu­snąć go wodą pro­sto w twarz. Je­śli miała mieć krew na rę­kach, to wła­śnie Maksa.

- Oczy­wi­ście ból i cier­pie­nie psy­chiczne, ja­kich do­znał mój klient, a ra­zem z nim cała jego ro­dzina, są trudne do osza­co­wa­nia. Jed­nak je­ste­śmy skłonni uznać, że kwota ośmiu ty­sięcy fun­tów by­łaby za­do­wa­la­jąca, co w su­mie da­wa­łoby dwa­dzie­ścia ty­sięcy fun­tów szter­lin­gów.

- Nie­do­rzecz­ność - po­wie­dział Ro­ger, po­trzą­sa­jąc głową. - Moja klientka ma do­piero osiem­na­ście lat.

- Pa­nie Tur­ner, pro­szę po­zwo­lić mi skoń­czyć. - Epps uśmiech­nął się z prze­ką­sem, ob­li­zał pa­lec i prze­wró­cił stronę. - Jed­nakże mój klient przy­znał, że jego usta­wiczne cier­pie­nie spo­wo­do­wane jest przede wszyst­kim bra­kiem wy­co­fa­nia znie­sła­wia­ją­cej wy­po­wie­dzi, a także nie­za­miesz­cze­niem pu­blicz­nych prze­pro­sin, które w rze­czy­wi­sto­ści mia­łyby dla niego więk­szą war­tość niż ja­kie­kol­wiek od­szko­do­wa­nie pie­niężne.

- Panna Fitz-Amobi ska­so­wała swój wpis kilka ty­go­dni temu, gdy tylko do­stała pi­smo z pań­skiej kan­ce­la­rii - oznaj­mił Ro­ger.

- Pa­nie Tur­ner, pro­szę - po­wtó­rzył Epps. Pip po­my­ślała, że je­śli jesz­cze raz usły­szy to jego "pro­szę", to roz­trza­ska mu łeb. - Wy­ka­so­wa­nie twe­eta po fak­cie nie umniej­sza wy­rzą­dzo­nej szkody. A za­tem na­sza pro­po­zy­cja jest na­stę­pu­jąca: panna Fitz-Amobi wy­sto­so­wuje oświad­cze­nie na swoim pu­blicz­nym kon­cie spo­łecz­no­ścio­wym, w któ­rym wy­co­fuje się z po­mó­wień, uznaje swoją winę i prze­pra­sza za wszel­kie krzywdy, ja­kie jej słowa wy­rzą­dziły mo­jemu klien­towi. Po­nadto - i jest to naj­waż­niej­szy punkt sporny, pro­szę więc zwró­cić na niego baczną uwagę - w oświad­cze­niu musi przy­znać, że sfał­szo­wała rze­czone na­gra­nie, a mój klient ni­gdy nie wy­po­wie­dział przy­ta­cza­nych słów.

- Pie­prz­cie się.

- Pip...

- Panno Fitz-Amobi - za­chry­piał Has­san, sza­mo­cząc się z kra­wa­tem, jakby ten co­raz moc­niej za­ci­skał się na jego szyi w po­goni za swoim ogo­nem.

- Pusz­czę w nie­pa­mięć wy­buch pań­skiej klientki, pa­nie Tur­ner - po­wie­dział Epps. - Je­śli te żą­da­nia zo­staną speł­nione, je­ste­śmy skłonni za­sto­so­wać zniżkę i zmniej­szyć war­tość od­szko­do­wa­nia do dzie­się­ciu ty­sięcy fun­tów.

- To do­bry punkt wyj­ścia - przy­znał Has­san, pró­bu­jąc od­zy­skać kon­trolę. - Pa­nie Tur­ner, ze­chciałby pan od­po­wie­dzieć na tę pro­po­zy­cję?

- Dzię­kuję, pa­nie Ba­shir - za­brał głos Ro­ger. - Pro­po­no­wane za­dość­uczy­nie­nie wciąż jest zbyt wy­gó­ro­wane. Czyni pan zbyt da­leko po­su­nięte za­ło­że­nia, je­śli cho­dzi o po­ten­cjalny sta­tus za­wo­dowy swo­jego klienta. Nie po­strze­gam go jako wy­jąt­kowo po­żą­da­nego kan­dy­data, szcze­gól­nie na obec­nym rynku pracy. Moja klientka ma osiem­na­ście lat. Jej je­dyny do­chód sta­no­wią wpływy z re­klam na pod­ca­ście o praw­dzi­wych zbrod­niach. Po­nadto za kilka ty­go­dni roz­po­czyna stu­dia, na które za­cią­gnie znaczny kre­dyt. W związku z po­wyż­szym pań­skie wy­ma­ga­nia są nie­uza­sad­nione.

- Zgoda, sie­dem ty­sięcy - oznaj­mił Epps, mru­żąc oczy.

- Pięć - li­cy­to­wał Ro­ger.

Epps zer­k­nął prze­lot­nie na Maksa, który nie­znacz­nie ski­nął głową i osu­nął się na krze­śle.

- Je­ste­śmy go­towi to za­ak­cep­to­wać - po­twier­dził Epps. - Wraz z wy­co­fa­niem oszczerstw i prze­pro­si­nami.

- Wi­dzę, że zmie­rzamy w do­brym kie­runku. - Na twarz Has­sana po­wró­cił za­cho­waw­czy uśmiech. - Pa­nie Tur­ner, panno Fitz-Amobi, czy ze­chcą pań­stwo wy­ra­zić swoje zda­nie?

- Cóż - za­czął Ro­ger. - My­ślę, że...

- Żad­nych ukła­dów - prze­rwała mu Pip i od­su­nęła się od stołu.

Krze­sło za­szu­rało o wy­po­le­ro­waną pod­łogę.

- Pip... - Ro­ger od­wró­cił się do niej, za­nim zdą­żyła się pod­nieść. - Może po­roz­ma­wiamy o tym na spo­koj­nie gdzieś w...

- Nie wy­co­fam swo­jego oświad­cze­nia i nie za­mie­rzam kła­mać, że sfał­szo­wa­łam na­gra­nie. Na­zwa­łam go gwał­ci­cie­lem, bo jest gwał­ci­cie­lem. Prę­dzej zdechnę, niż cię prze­pro­szę. - Wy­szcze­rzyła zęby do Maksa, a wście­kłość prze­wier­cała jej krę­go­słup i roz­pły­wała się po skó­rze.

- PA­NIE TUR­NER! Pro­szę na­tych­miast uspo­koić swoją klientkę! - Epps ude­rzył w stół.

Zdez­o­rien­to­wany Has­san nie wie­dział, jak za­re­ago­wać.

Pip wstała.

- Chcesz pro­cesu, tak? O to ci cho­dzi, Max? - Wy­pluła jego imię za­le­ga­jące go­ry­czą na ję­zyku. - Ja dys­po­nuję bro­nią osta­teczną: prawdą. Po­zy­waj mnie więc, pro­szę bar­dzo. Cze­kam na spo­tka­nie w są­dzie. A wiesz, jak to bę­dzie wy­glą­dać? Bę­dziesz mu­siał udo­wod­nić, że moje oświad­cze­nie jest fał­szywe, co ozna­cza po­wtó­rze­nie ca­łego pro­cesu o gwałt. Z tymi sa­mymi świad­kami, ze­zna­niami ofiar, do­wo­dami. Tym ra­zem bez żad­nych za­rzu­tów, ale przy­naj­mniej wszy­scy raz na za­wsze po­znają twoje praw­dziwe ob­li­cze. Ob­li­cze gwał­ci­ciela.

- Panno Fitz-Amobi!

- Pip...

Oparła się o stół i po­chy­liła się, jej oczy pło­nęły, a spoj­rze­nie wwier­cało się w Maksa. Gdyby tylko wzrok mógł wy­krze­sać ogień, twarz Maksa za­ję­łaby się pło­mie­niem.

- Na­prawdę my­ślisz, że dasz radę po­wtó­rzyć swój suk­ces? Prze­ko­nać ko­lej­nych dwa­na­ście osób z ławy przy­się­głych, że nie je­steś po­two­rem?

- Ty chyba osza­la­łaś - syk­nął szy­der­czo, prze­szy­wa­jąc ją wzro­kiem.

- Może i tak. Czyli po­wi­nie­neś się bać.

- Dość tego! - Has­san wstał i kla­snął w dło­nie. - Naj­wy­raź­niej po­trze­bu­jemy chwili prze­rwy na cia­steczka i her­batę.

- Skoń­czy­łam - ci­snęła Pip, za­rzu­ciła ple­cak na ra­mię i z im­pe­tem otwo­rzyła drzwi, które od­biły się od ściany.

- Panno Fitz-Amobi, pro­szę wró­cić. - Roz­pacz­liwy głos Has­sana niósł się przez ko­ry­tarz.

Po chwili usły­szała także stu­kot kro­ków. Od­wró­ciła się. To tylko Ro­ger. Go­nił ją, nie­zdar­nie usi­łu­jąc wci­snąć pa­piery do teczki.

- Pip - wy­sa­pał - na­prawdę uwa­żam, że po­win­ni­śmy...

- Nie za­mie­rzam z nim ne­go­cjo­wać.

- Po­cze­kaj­cie chwilę! - Uja­da­nie truch­ta­ją­cego Ep­psa wy­peł­niło ko­ry­tarz. - Daj­cie mi mi­nutkę, pro­szę - dy­szał, przy­gła­dza­jąc siwe włosy. - W naj­bliż­szym mie­siącu nie zło­żymy żad­nego po­zwu. Unik­nię­cie sporu są­do­wego leży w na­szym wspól­nym in­te­re­sie. Masz za­tem kilka ty­go­dni na prze­my­śle­nie sprawy bez nie­po­trzeb­nych emo­cji. - Spoj­rzał z góry na Pip.

- Ni­czego nie będę prze­my­ślać - od­parła Pip.

- Pro­szę, cho­ciaż... - Epps wy­grze­bał z kie­szeni dwie no­wiut­kie wi­zy­tówki w ko­lo­rze ko­ści sło­nio­wej. - To dla was - po­wie­dział, wy­cią­ga­jąc rękę do Pip i Ro­gera. - Tu jest mój nu­mer te­le­fonu. Za­sta­nów się jesz­cze raz, a je­śli zmie­nisz zda­nie, za­dzwoń do mnie.

- Nie zmie­nię - od­parła i nie­chęt­nie wzięła wi­zy­tówkę, którą wsu­nęła w nie­uży­waną kie­szeń kurtki.

Chri­sto­pher Epps zmarsz­czył brwi i przez chwilę ba­daw­czo jej się przy­glą­dał. Pip wy­trzy­mała jego spoj­rze­nie. Od­wró­ce­nie wzroku ozna­cza­łoby ustą­pie­nie z pola walki.

- Dam ci do­brą radę - do­dał Epps. - Weź ją so­bie do serca albo od­rzuć... Zna­łem osoby, które wpa­dły w spi­ralę sa­mo­znisz­cze­nia. Wiele z nich było mo­imi klien­tami. I wiesz co? Na sa­mym końcu cier­pią wszy­scy wo­kół cie­bie. I ty rów­nież. Nie zdo­łasz temu za­po­biec. Dla­tego na­le­gam, że­byś się wy­co­fała, za­nim wszystko stra­cisz.

- Dzię­kuję za rze­czową radę - po­wie­działa Pip. - Ale zdaje się, że nie do­ce­nia mnie pan. Z wielką chę­cią je­stem go­towa wszystko stra­cić i do­ko­nać sa­mo­znisz­cze­nia, je­śli bę­dzie to ozna­czało jed­no­cze­sne znisz­cze­nie pań­skiego klienta. To chyba uczciwy układ. Ży­czę mi­łego dnia, pa­nie Epps.

Po­słała mu uśmiech, słodki i ja­do­wity, i od­wró­ciła się na pię­cie. Przy­spie­szyła kroku. Stu­kot jej bu­tów nie­mal się zle­wał z ryt­mem dud­nią­cego serca. I wtedy, w huku ude­rzeń, pod war­stwą mię­śni i ścię­gien, roz­le­gło się sześć strza­łów z broni pal­nej.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Mar­twe oczy. Tak wła­śnie się mówi, prawda? Bez ży­cia, zimne, pu­ste. Mar­twe oczy, które stały się jej nie­od­łącz­nymi to­wa­rzy­szami, wo­dziły za nią wszę­dzie, nie od­stę­po­wały na krok. Przy­cza­jały się w jej gło­wie i na­wie­dzały ją w snach. Jego mar­twe oczy. Do­kład­nie w chwili, gdy prze­kro­czyły gra­nicę mię­dzy ży­ciem a śmier­cią. Wi­działa je w prze­lot­nych spoj­rze­niach i w naj­głęb­szych mro­kach. A cza­sem także w lu­strze. W od­bi­ciu swo­jej twa­rzy.

Wi­działa je wła­śnie te­raz. Prze­wier­cały ją na wskroś. Mar­twe oczy osa­dzone w gło­wie pa­dłego go­łę­bia, który z roz­po­star­tymi skrzy­dłami le­żał na pod­jeź­dzie przed do­mem. Oczy szklane i bez ży­cia, poza od­bi­ja­ją­cymi się w nich ru­chami Pip, która uklę­kła i wy­cią­gnęła rękę. Nie chciała go do­tknąć, tylko zna­leźć się jak naj­bli­żej.

- Go­towa do drogi, ser­delku? - spy­tał zza ple­ców tata Pip.

Wzdry­gnęła się, kiedy z im­pe­tem za­trza­snął drzwi. W tym huku krył się od­głos wy­strzału. Jesz­cze je­den to­wa­rzysz Pip.

- Ta... tak - po­wie­działa, wy­pro­sto­wała się i od­chrząk­nęła. Od­dy­chaj, po pro­stu to prze-tchnij. - Patrz. - Wska­zała cał­kiem nie­po­trzeb­nie. - Mar­twy go­łąb.

Oj­ciec po­chy­lił się, żeby obej­rzeć go z bli­ska. Jego ciemna skóra zmarsz­czyła się wo­kół przy­mru­żo­nych oczu, a nie­ska­zi­telny trzy­czę­ściowy gar­ni­tur zmarsz­czył się wo­kół ko­lan. Po chwili na­gła zmiana wy­razu twa­rzy - znała ją aż za do­brze - i już wie­działa, że oj­ciec za­raz rzuci ja­kimś cię­tym żar­tem w stylu...

- Czyli dzi­siaj na ko­la­cję go­łą­bek? - za­py­tał.

Jak na za­wo­ła­nie. Pra­wie wszystko, co ostat­nio mó­wił, ob­ra­cał w żart, jakby nie­stru­dze­nie sta­rał się roz­we­se­lić Pip. Ta w końcu ustą­piła i po­słała mu wy­mu­szony uśmiech.

- Je­śli upich­cisz do tego swoje słynne ra-tata-tuj, to zgoda - śmiesz­ko­wała, co po­zwo­liło jej ode­rwać uwagę od pu­stych go­łę­bich oczu.

Wstała i za­rzu­ciła na ra­mię brą­zowy ple­cak.

- Ha! - Oj­ciec z ra­do­ści klep­nął ją w plecy. - Moje chu­cherko nie­szczę­sne. - Ko­lejna zmiana mi­miki, kiedy do­tarło do niego, co wła­śnie po­wie­dział.

W tych trzech pro­stych sło­wach kłę­biło się tak wiele zna­czeń. Pip nie mo­gła umknąć przed śmier­cią, na­wet w ten sło­neczny póź­no­sierp­niowy po­ra­nek pod­czas nie­roz­waż­nych żar­tów z tatą. Wy­da­wało jej się, że nie robi nic in­nego, tylko ucieka.

Po ojcu szybko spły­nęła ta nie­zręczna wpadka. Za­wsze po­tra­fił bły­ska­wicz­nie się otrzą­snąć.

- Chodź już, nie mo­żesz się spóź­nić na to spo­tka­nie - oznaj­mił, wska­zu­jąc głową sa­mo­chód.

- Taa - od­parła Pip, otwo­rzyła drzwi i usa­do­wiła się na sie­dze­niu.

Nie wie­działa, co jesz­cze mo­głaby po­wie­dzieć. Ru­szyli, a jej my­śli zo­stały w tyle. Obok mar­twego go­łę­bia.

Do­go­niły ją, kiedy wje­chali na par­king przy sta­cji ko­le­jo­wej Lit­tle Kil­ton. Było tłoczno. Od­bla­ski słońca śli­zgały się po usta­wio­nych w rządku sa­mo­cho­dach prze­siad­ko­wi­czów.

- Ten dzban z po­rsche znowu za­jął moje miej­sce - wes­tchnął tata.

Dzban: ko­lejne słowo, któ­rego Pip go na­uczyła, czego na­tych­miast po­ża­ło­wała.

Trzy ostat­nie miej­sca były na da­le­kim końcu, przy ogro­dze­niu z dru­cia­nej siatki, gdzie nie się­gały ka­mery. Dawny re­wir Ho­wiego Bo­wersa. W jed­nej kie­szeni pie­nią­dze, w dru­giej małe pa­pie­rowe to­rebki. Za­nim Pip zdo­łała się opa­no­wać, klik­nię­cie od­pi­na­nego pasa prze­ro­dziło się w stu­kot bu­tów Stan­leya For­besa na be­to­nie tuż za nią. Na­gle jest noc, Ho­wie nie sie­dzi w wię­zie­niu, ale stoi tuż obok w po­ma­rań­czo­wym bla­sku la­tarni, jego oczy spo­wija cień. Stan­ley pod­cho­dzi do niego i za plik bank­no­tów ku­puje swoje ży­cie, swoją ta­jem­nicę. Kiedy z mar­twym wzro­kiem od­wraca się do Pip, jego ciało prze­szywa sześć kul, krew prze­siąka przez ko­szulę, ska­puje na be­ton i... na dło­nie Pip. Jej ręce są całe we krwi...

- Ser­delku, idziesz? - Tata przy­trzy­my­wał dla niej otwarte drzwi.

- Idę, idę - rzu­ciła i wy­tarła dło­nie o swoje naj­bar­dziej ele­ganc­kie spodnie.

W po­ciągu do Lon­dynu Ma­ry­le­bone rów­nie było tłoczno. Pa­sa­że­ro­wie stali po­upy­chani ra­mię przy ra­mie­niu po­śród in­nych po­dróż­nych. Po­trą­cali się nie­ustan­nie, z za­kło­po­ta­niem za­ci­ska­jąc pół­u­śmiech­nięte usta wy­ra­ża­jące nieme "prze­pra­szam". Dło­nie ucze­pione me­ta­lo­wej po­rę­czy, cia­sno, jedna przy dru­giej. Pip mu­siała się przy­trzy­my­wać zgię­tej w łok­ciu ręki ojca, żeby za­cho­wać rów­no­wagę. Gdyby tylko to było ta­kie pro­ste...

Dwa razy do­strze­gła Char­liego Gre­ena. Pierw­szy raz, kiedy wy­cią­gał szyję zza głowy ja­kie­goś męż­czy­zny, żeby pod­czy­ty­wać mu przez ra­mię ga­zetę "Me­tro". Drugi raz, kiedy cze­kał na pe­ro­nie, ści­ska­jąc w ręku broń. Jed­nak kiedy wsiadł do wa­gonu, jego twarz przy­brała nowe rysy, całe po­do­bień­stwo do Char­liego znik­nęło, a broń oka­zała się zwy­kłym pa­ra­so­lem.

Mi­nęły cztery mie­siące, a po­li­cja na­dal go nie od­na­la­zła. Osiem ty­go­dni temu jego żona, Flora, po­ja­wiła się na ko­mi­sa­ria­cie w Ha­stings. Nie wie­działa, gdzie jest jej mąż, z któ­rym w ja­kiś spo­sób udało jej się roz­dzie­lić w cza­sie ucieczki. Jed­nak we­dług krą­żą­cych w sieci plo­tek mógł się ukryć we Fran­cji. Mimo to Pip nie usta­wała w po­szu­ki­wa­niach. Nie dla­tego, że chciała go schwy­tać, ale dla­tego, że mu­siała go zna­leźć. Wła­śnie ta róż­nica spra­wiała, że już nic nie mo­gło być ta­kie jak daw­niej.

- De­ner­wu­jesz się spo­tka­niem? - Tata ścią­gnął ją wzro­kiem, prze­krzy­ku­jąc skrzy­pie­nie kół po­ciągu zwal­nia­ją­cego przed sta­cją Ma­ry­le­bone. - Bę­dzie do­brze. Po pro­stu słu­chaj Ro­gera. To zna­ko­mity praw­nik. Wie, co mówi.

Ro­ger Tur­ner był ad­wo­ka­tem pra­cu­ją­cym w fir­mie ojca, po­dobno naj­lep­szym w pro­ce­sach o znie­sła­wie­nie. Kilka mi­nut póź­niej spo­tkali się z nim przed sta­rym cen­trum kon­fe­ren­cyj­nym z czer­wo­nej ce­gły, gdzie za­re­zer­wo­wali salę.

- Miło znów cię wi­dzieć, Pip - po­wie­dział Ro­ger, wy­cią­ga­jąc rękę. Pip, za­nim ją uści­snęła, prędko zer­k­nęła na swoje dło­nie, upew­nia­jąc się, że nie ma na nich żad­nych śla­dów krwi. - Jak mi­nął week­end, Vic­to­rze?

- Bar­dzo przy­jem­nie, dzię­kuję. Po­nie­dzia­łek też za­po­wiada się wspa­niale, bo wzią­łem ze sobą tro­chę resz­tek z nie­dziel­nego obiadu.

- Chyba po­win­ni­śmy już iść. Je­steś go­towa? - za­py­tał Ro­ger i spoj­rzał na ze­ga­rek.

W dru­giej ręce ści­skał lśniącą teczkę.

Pip przy­tak­nęła. Czuła, że znowu ma mo­kre dło­nie, ale tym ra­zem od potu. Tylko od potu.

- Po­ra­dzisz so­bie, skar­bie - oznaj­mił tata i po­pra­wił jej koł­nie­rzyk.

- Na pewno. Mam za sobą ty­siące me­dia­cji - uśmiech­nął się Ro­ger, za­cze­su­jąc do tyłu swoje siwe włosy. - Nie ma się czym mar­twić.

- Za­dzwoń, gdy już bę­dzie po wszyst­kim. - Tata Pip po­chy­lił się i dał jej bu­ziaka w czu­bek głowy. - Wi­dzimy się wie­czo­rem w domu. A z tobą, Ro­ger, nie­długo w biu­rze.

- Ja­sne, Vic­tor, na ra­zie. Pani przo­dem... - rzu­cił do Pip.

Znaj­do­wali się na ostat­nim pię­trze w po­koju kon­fe­ren­cyj­nym 4E. Wcze­śniej Pip po­pro­siła, żeby po­szli scho­dami, bo skoro jej serce i tak miało ło­mo­tać, wo­lała, żeby ło­mo­tało z po­wodu wy­siłku. Wpa­dła na po­mysł, że za każ­dym ra­zem, gdy po­czuje ucisk w klatce pier­sio­wej, wyj­dzie po­bie­gać. I bie­gała, do­póki ból nie zmie­nił swo­jego źró­dła.

Wdra­pali się na samą górę. Stary Ro­ger dy­szał ciężko kilka kro­ków za nią. Na ko­ry­ta­rzu przed po­ko­jem 4E stał ele­gancko ubrany męż­czy­zna, który uśmiech­nął się na ich wi­dok.

- Ty pew­nie je­steś Pippa Fitz-Amobi - po­wie­dział. Ko­lejna wy­cią­gnięta ręka, ko­lejne spraw­dze­nie śla­dów krwi na dło­niach. - A pan, Ro­ger Tur­ner, jej ad­wo­kat. Na­zy­wam się Has­san Ba­shir i dzi­siaj będę wa­szym nie­za­leż­nym me­dia­to­rem.

Uśmiech­nął się i po­pra­wił oku­lary. Wy­glą­dał sym­pa­tycz­nie i nie­mal pod­ska­ki­wał z prze­ję­cia. Pip nie mo­gła znieść my­śli, że z pew­no­ścią już za kilka chwil ze­psuje mu cały dzień.

- Miło pana po­znać - od­po­wie­działa i od­chrząk­nęła.

- Mnie rów­nież. - Kla­snął w dło­nie, czym za­sko­czył Pip. - Druga strona sporu już czeka w środku. Są go­towi. Czy ma­cie jesz­cze ja­kieś py­ta­nia? - Zer­k­nął na Ro­gera. - Je­śli nie, to mo­żemy za­czy­nać.

- Ja­sne. - Ro­ger prze­zor­nie sta­nął przed Pip i prze­pu­ścił Has­sana, który otwo­rzył drzwi do po­koju 4E i je przy­trzy­mał.

W środku pa­no­wała ci­sza. Ro­ger prze­kro­czył próg, dzię­ku­jąc Has­sa­nowi ski­nie­niem głowy. Na­stępna w ko­lejce była Pip. Wzięła głę­boki wdech, pod­kur­czyła ra­miona i wy­pu­ściła po­wie­trze przez za­ci­śnięte zęby.

Była go­towa.

We­szła do po­miesz­cze­nia i na­tych­miast do­strze­gła jego twarz. Sie­dział po dru­giej stro­nie dłu­giego stołu. Jego wy­raź­nie za­ry­so­wane ko­ści po­licz­kowe scho­dziły ku ustom, a ja­sne włosy były nie­dbale za­cze­sane do tyłu. Pod­niósł wzrok i spoj­rzał na nią. W jego ciem­nych oczach po­ja­wił się prze­błysk triumfu.

Max Ha­stings.