Pip wbrew własnej woli stanęła jak skamieniała. Kierował nią jakiś pierwotny instynkt, nienazwane przeczucie. Jeszcze jeden krok dalej, a byłaby zbyt blisko.
- Tutaj, Pip - powiedział Roger, wysunął krzesło stojące dokładnie naprzeciwko Maksa i wskazał gestem, żeby usiadła.
Poza Maksem za stołem siedział również Christopher Epps. Ten sam adwokat, który reprezentował chłopaka w czasie procesu. Pip ostatnim razem stanęła z nim twarzą w twarz, kiedy zeznawała zza pulpitu dla świadków. Miała na sobie dokładnie ten sam kostium, a Epps pastwił się nad nią, poszczekując szorstkim głosem. Jego też nienawidziła, ale to uczucie zdążyło się stępić, pochłonięte nienawiścią do osoby siedzącej naprzeciw niej. Dzieliła ich tylko szerokość stołu.
- Dobrze... Dzień dobry wszystkim - odezwał się pogodnie Hassan, zajmując miejsce u szczytu stołu pomiędzy dwiema stronami. - Na początku kilka słów wstępu. Moja rola jako mediatora oznacza, że jestem tutaj, aby pomóc państwu osiągnąć porozumienie zadowalające obie strony. Moim jedynym celem jest to, żeby wszyscy wyszli stąd zadowoleni. Czy wyraziłem się wystarczająco jasno?
Zadowoleni? Hassan najwidoczniej nie przyjrzał się zbyt uważnie ich minom.
- Zasadniczo celem mediacji jest uniknięcie sporu sądowego. Sprawa w sądzie to spory kłopot i niemały wydatek dla wszystkich zainteresowanych, dlatego zanim zostanie złożony pozew, lepiej będzie spróbować dojść do porozumienia. - Wyszczerzył się najpierw do Pip, a potem do Maksa. Oboje zostali obdarowani uśmiechem po równo i sprawiedliwie. - Jeśli nie zdołamy zawrzeć ugody, pan Hastings i jego obrońca zapowiadają, że wniosą pozew o zniesławienie przeciwko pannie Fitz-Amobi za tweeta oraz wpis blogowy z trzeciego maja tego roku, które według nich zawierały zniesławiające oświadczenie. - Hassan zerknął do notatek. - Pan Epps w imieniu powoda, pana Hastingsa, twierdzi, że zniesławiająca wypowiedź poważnie odbiła się na zdrowiu psychicznym jego klienta oraz spowodowała nieodwracalne nadszarpnięcie jego reputacji. To z kolei doprowadziło do kłopotów finansowych, za które obecnie domaga się odszkodowania.
Pip zacisnęła pięści pod stołem, a jej kłykcie uwypukliły się jak kręgosłup jakiegoś prehistorycznego gada. Nie wiedziała, czy będzie w stanie usiedzieć na miejscu i wysłuchiwać tego wszystkiego. Po prostu, kurwa, nie wiedziała. Ale odetchnęła głęboko i postanowiła spróbować. Dla taty, dla Rogera i dla tego nieszczęsnego Hassana.
Na stole przed Maksem stał jego ohydny bidon z wodą. Przybrudzony ciemnoniebieski plastik z gumową zatyczką. Pip nie pierwszy raz widziała go z tym bidonem. W tak małym miasteczku jak Little Kilton trasy biegowe często zachodzą na siebie i się przecinają. Jednak Pip zaczęła podejrzewać, że Max z premedytacją biegał jej trasą. I zawsze z tym pieprzonym niebieskim bidonem.
Max zobaczył, że Pip spogląda na jego bidon. Sięgnął po niego, jednym szybkim ruchem pstryknął w zatyczkę, pociągnął długi, głośny łyk wody i przepłukał sobie usta. Nawet na sekundę nie spuścił wzroku z Pip.
- A zatem, panie Epps - Hassan nieco poluzował krawat - zechce pan rozpocząć od wygłoszenia oświadczenia wstępnego.
- Oczywiście - powiedział Epps, przerzucając papiery. Pip dobrze pamiętała jego przenikliwy głos. - Otóż od trzeciego maja wieczorem, kiedy panna Fitz-Amobi opublikowała oszczerczy wpis, mój klient doświadcza potwornego cierpienia, szczególnie że panna Fitz-Amobi cieszy się w internecie znaczną popularnością. Liczba osób śledzących jej konto sięgała w tamtym czasie trzystu tysięcy. Mój klient odebrał znakomite wykształcenie na renomowanej uczelni, co oznacza, że na rynku pracy powinien uchodzić za bardzo atrakcyjnego kandydata.
Max ponownie pociągnął wodę z bidonu, jakby chciał przypieczętować jego wypowiedź.
- Tymczasem od kilku ostatnich miesięcy pan Hastings boryka się ze znalezieniem zatrudnienia na odpowiednim dla niego poziomie. Jest to bezpośredni skutek uszczerbku na reputacji spowodowanego oszczerczym wpisem panny Fitz-Amobi. W konsekwencji mój klient jest zmuszony wciąż mieszkać z rodzicami, ponieważ nie może znaleźć zadowalającej pracy, a co za tym idzie - utrzymać się w Londynie.
Ojej, mały, biedny seryjny gwałciciel - pomyślała Pip, posyłając mu wymowne spojrzenie.
- Jednak pokrzywdzony jest nie tylko mój klient - ciągnął Epps. - Jego rodzice, pan i pani Hastings, również cierpią z powodu stresu. Co więcej, niedawno musieli wyjechać z kraju i na kilka miesięcy zamieszkać w swojej posiadłości we Florencji. Dlaczego? Otóż tej samej nocy, kiedy panna Fitz-Amobi zamieściła zniesławiający wpis, ich dom został zdewastowany. Na frontowej ścianie ktoś wymalował napis: "Dopadnę cię, gwałcicielu".
- Panie Epps - przerwał mu Roger. - Mam nadzieję, że nie sugeruje pan, jakoby moja klientka miała coś wspólnego z tym aktem wandalizmu. Policja w tej sprawie nawet się do niej nie odezwała.
- Bynajmniej, panie Turner. - Epps pokręcił głową. - Wspominam o tym, ponieważ możemy podejrzewać, że istnieje związek przyczynowy pomiędzy oszczerczym wpisem panny Fitz-Amobi a aktem wandalizmu, którego dokonano w godzinach poprzedzających publikację. W konsekwencji rodzina Hastingsów nie czuje się bezpiecznie w swoim domu i musiała zamontować kamery. Mam nadzieję, że po części wyjaśnia to nie tylko problemy finansowe, w jakie popadł pan Hastings, lecz także ogromny ból i cierpienie odczuwane przez jego rodzinę w następstwie podłego, oszczerczego oświadczenia panny Fitz-Amobi.
- Podłego? - odezwała się Pip, a jej policzki poczerwieniały. - Nazwałam go gwałcicielem, bo jest gwałcicielem i...
- Panie Turner - warknął Epps podniesionym tonem. - Zechce pan poprosić swoją klientkę o spokój i przypomnieć jej, że jakiekolwiek rzucone przez nią oszczerstwo może zostać uznane za pomówienie.
- Dobrze, dobrze, dajmy sobie chwilę wytchnienia - odparł Hassan, podnosząc ręce. - Panno Fitz-Amobi, druga strona dojdzie do głosu już niebawem - oznajmił i znów poluzował krawat.
- Już dobrze, Pip, rozumiem - powiedział cicho Roger.
- Chciałbym przypomnieć pannie Fitz-Amobi - mówił Epps, wbijając wzrok w Rogera i nawet na nią nie spoglądając - że cztery miesiące temu mój klient został oczyszczony z zarzutów i uznany za niewinnego przez sąd koronny. Co stanowi niezbity dowód na to, że oświadczenie z trzeciego maja było jawnym zniesławieniem.
- Pragnę jednak zauważyć - wtrącił się Roger i zaszeleścił dokumentami - że oświadczenie można uznać za zniesławiające jedynie wtedy, gdy przedstawia prawdę. Natomiast tweet mojej klientki brzmi następująco: "Ostateczne podsumowanie procesu Maksa Hastingsa. Nie obchodzi mnie, co myśli ława przysięgłych. Max jest winny" - odchrząknął. - Stwierdzenie "nie obchodzi mnie" wyraźnie wskazuje, że mamy do czynienia z subiektywną opinią, nie zaś z faktem...
- Nieee, proszę sobie nie żartować - przerwał mu Epps. - Próbuje się pan podpierać prawem do wyrażania opinii? Doprawdy? Błagam. Ten wpis jest sformułowany jako czysty fakt, a plik dźwiękowy - jako zaprezentowanie prawdy.
- Bo to jest prawda - powiedziała Pip. - Chcecie go odsłuchać?
- Pip, proszę...
- Panie Turner...
- Przecież to jawne fałszerstwo. - Max pierwszy raz zabrał głos. Odezwał się z nieznośnym spokojem i zaplótł ręce na piersi, skupiając wzrok wyłącznie na mediatorze. - Ja w ogóle tak nie brzmię.
- Niby jak? Jak gwałciciel? - syknęła Pip.
- PANIE TURNER...
- Pip...
- Drodzy państwo! - Hassan wstał. - Postarajmy się zachować zimną krew. Każdy z nas będzie miał okazję, żeby się wypowiedzieć. Pamiętajmy, że naszym celem jest wypracowanie zadowalającego wszystkich porozumienia. Panie Epps, zechce pan nas zapoznać z kwotami odszkodowania, jakich domaga się pański klient.
Epps pochylił głowę i spod sterty papierów wyciągnął jakieś kartki.
- Biorąc pod uwagę fakt, że przez ostatnie cztery miesiące mój klient pozostawał bez pracy, a średnie wynagrodzenie na jego stanowisku wynosi trzy tysiące funtów, strata finansowa sięga dwunastu tysięcy.
Max kolejny raz pociągnął wodę z bidonu, ochlapując sobie szyję. Pip miała ochotę wyszarpać mu ten pieprzony bidon i chlusnąć go wodą prosto w twarz. Jeśli miała mieć krew na rękach, to właśnie Maksa.
- Oczywiście ból i cierpienie psychiczne, jakich doznał mój klient, a razem z nim cała jego rodzina, są trudne do oszacowania. Jednak jesteśmy skłonni uznać, że kwota ośmiu tysięcy funtów byłaby zadowalająca, co w sumie dawałoby dwadzieścia tysięcy funtów szterlingów.
- Niedorzeczność - powiedział Roger, potrząsając głową. - Moja klientka ma dopiero osiemnaście lat.
- Panie Turner, proszę pozwolić mi skończyć. - Epps uśmiechnął się z przekąsem, oblizał palec i przewrócił stronę. - Jednakże mój klient przyznał, że jego ustawiczne cierpienie spowodowane jest przede wszystkim brakiem wycofania zniesławiającej wypowiedzi, a także niezamieszczeniem publicznych przeprosin, które w rzeczywistości miałyby dla niego większą wartość niż jakiekolwiek odszkodowanie pieniężne.
- Panna Fitz-Amobi skasowała swój wpis kilka tygodni temu, gdy tylko dostała pismo z pańskiej kancelarii - oznajmił Roger.
- Panie Turner, proszę - powtórzył Epps. Pip pomyślała, że jeśli jeszcze raz usłyszy to jego "proszę", to roztrzaska mu łeb. - Wykasowanie tweeta po fakcie nie umniejsza wyrządzonej szkody. A zatem nasza propozycja jest następująca: panna Fitz-Amobi wystosowuje oświadczenie na swoim publicznym koncie społecznościowym, w którym wycofuje się z pomówień, uznaje swoją winę i przeprasza za wszelkie krzywdy, jakie jej słowa wyrządziły mojemu klientowi. Ponadto - i jest to najważniejszy punkt sporny, proszę więc zwrócić na niego baczną uwagę - w oświadczeniu musi przyznać, że sfałszowała rzeczone nagranie, a mój klient nigdy nie wypowiedział przytaczanych słów.
- Pieprzcie się.
- Pip...
- Panno Fitz-Amobi - zachrypiał Hassan, szamocząc się z krawatem, jakby ten coraz mocniej zaciskał się na jego szyi w pogoni za swoim ogonem.
- Puszczę w niepamięć wybuch pańskiej klientki, panie Turner - powiedział Epps. - Jeśli te żądania zostaną spełnione, jesteśmy skłonni zastosować zniżkę i zmniejszyć wartość odszkodowania do dziesięciu tysięcy funtów.
- To dobry punkt wyjścia - przyznał Hassan, próbując odzyskać kontrolę. - Panie Turner, zechciałby pan odpowiedzieć na tę propozycję?
- Dziękuję, panie Bashir - zabrał głos Roger. - Proponowane zadośćuczynienie wciąż jest zbyt wygórowane. Czyni pan zbyt daleko posunięte założenia, jeśli chodzi o potencjalny status zawodowy swojego klienta. Nie postrzegam go jako wyjątkowo pożądanego kandydata, szczególnie na obecnym rynku pracy. Moja klientka ma osiemnaście lat. Jej jedyny dochód stanowią wpływy z reklam na podcaście o prawdziwych zbrodniach. Ponadto za kilka tygodni rozpoczyna studia, na które zaciągnie znaczny kredyt. W związku z powyższym pańskie wymagania są nieuzasadnione.
- Zgoda, siedem tysięcy - oznajmił Epps, mrużąc oczy.
- Pięć - licytował Roger.
Epps zerknął przelotnie na Maksa, który nieznacznie skinął głową i osunął się na krześle.
- Jesteśmy gotowi to zaakceptować - potwierdził Epps. - Wraz z wycofaniem oszczerstw i przeprosinami.
- Widzę, że zmierzamy w dobrym kierunku. - Na twarz Hassana powrócił zachowawczy uśmiech. - Panie Turner, panno Fitz-Amobi, czy zechcą państwo wyrazić swoje zdanie?
- Cóż - zaczął Roger. - Myślę, że...
- Żadnych układów - przerwała mu Pip i odsunęła się od stołu.
Krzesło zaszurało o wypolerowaną podłogę.
- Pip... - Roger odwrócił się do niej, zanim zdążyła się podnieść. - Może porozmawiamy o tym na spokojnie gdzieś w...
- Nie wycofam swojego oświadczenia i nie zamierzam kłamać, że sfałszowałam nagranie. Nazwałam go gwałcicielem, bo jest gwałcicielem. Prędzej zdechnę, niż cię przeproszę. - Wyszczerzyła zęby do Maksa, a wściekłość przewiercała jej kręgosłup i rozpływała się po skórze.
- PANIE TURNER! Proszę natychmiast uspokoić swoją klientkę! - Epps uderzył w stół.
Zdezorientowany Hassan nie wiedział, jak zareagować.
Pip wstała.
- Chcesz procesu, tak? O to ci chodzi, Max? - Wypluła jego imię zalegające goryczą na języku. - Ja dysponuję bronią ostateczną: prawdą. Pozywaj mnie więc, proszę bardzo. Czekam na spotkanie w sądzie. A wiesz, jak to będzie wyglądać? Będziesz musiał udowodnić, że moje oświadczenie jest fałszywe, co oznacza powtórzenie całego procesu o gwałt. Z tymi samymi świadkami, zeznaniami ofiar, dowodami. Tym razem bez żadnych zarzutów, ale przynajmniej wszyscy raz na zawsze poznają twoje prawdziwe oblicze. Oblicze gwałciciela.
- Panno Fitz-Amobi!
- Pip...
Oparła się o stół i pochyliła się, jej oczy płonęły, a spojrzenie wwiercało się w Maksa. Gdyby tylko wzrok mógł wykrzesać ogień, twarz Maksa zajęłaby się płomieniem.
- Naprawdę myślisz, że dasz radę powtórzyć swój sukces? Przekonać kolejnych dwanaście osób z ławy przysięgłych, że nie jesteś potworem?
- Ty chyba oszalałaś - syknął szyderczo, przeszywając ją wzrokiem.
- Może i tak. Czyli powinieneś się bać.
- Dość tego! - Hassan wstał i klasnął w dłonie. - Najwyraźniej potrzebujemy chwili przerwy na ciasteczka i herbatę.
- Skończyłam - cisnęła Pip, zarzuciła plecak na ramię i z impetem otworzyła drzwi, które odbiły się od ściany.
- Panno Fitz-Amobi, proszę wrócić. - Rozpaczliwy głos Hassana niósł się przez korytarz.
Po chwili usłyszała także stukot kroków. Odwróciła się. To tylko Roger. Gonił ją, niezdarnie usiłując wcisnąć papiery do teczki.
- Pip - wysapał - naprawdę uważam, że powinniśmy...
- Nie zamierzam z nim negocjować.
- Poczekajcie chwilę! - Ujadanie truchtającego Eppsa wypełniło korytarz. - Dajcie mi minutkę, proszę - dyszał, przygładzając siwe włosy. - W najbliższym miesiącu nie złożymy żadnego pozwu. Uniknięcie sporu sądowego leży w naszym wspólnym interesie. Masz zatem kilka tygodni na przemyślenie sprawy bez niepotrzebnych emocji. - Spojrzał z góry na Pip.
- Niczego nie będę przemyślać - odparła Pip.
- Proszę, chociaż... - Epps wygrzebał z kieszeni dwie nowiutkie wizytówki w kolorze kości słoniowej. - To dla was - powiedział, wyciągając rękę do Pip i Rogera. - Tu jest mój numer telefonu. Zastanów się jeszcze raz, a jeśli zmienisz zdanie, zadzwoń do mnie.
- Nie zmienię - odparła i niechętnie wzięła wizytówkę, którą wsunęła w nieużywaną kieszeń kurtki.
Christopher Epps zmarszczył brwi i przez chwilę badawczo jej się przyglądał. Pip wytrzymała jego spojrzenie. Odwrócenie wzroku oznaczałoby ustąpienie z pola walki.
- Dam ci dobrą radę - dodał Epps. - Weź ją sobie do serca albo odrzuć... Znałem osoby, które wpadły w spiralę samozniszczenia. Wiele z nich było moimi klientami. I wiesz co? Na samym końcu cierpią wszyscy wokół ciebie. I ty również. Nie zdołasz temu zapobiec. Dlatego nalegam, żebyś się wycofała, zanim wszystko stracisz.
- Dziękuję za rzeczową radę - powiedziała Pip. - Ale zdaje się, że nie docenia mnie pan. Z wielką chęcią jestem gotowa wszystko stracić i dokonać samozniszczenia, jeśli będzie to oznaczało jednoczesne zniszczenie pańskiego klienta. To chyba uczciwy układ. Życzę miłego dnia, panie Epps.
Posłała mu uśmiech, słodki i jadowity, i odwróciła się na pięcie. Przyspieszyła kroku. Stukot jej butów niemal się zlewał z rytmem dudniącego serca. I wtedy, w huku uderzeń, pod warstwą mięśni i ścięgien, rozległo się sześć strzałów z broni palnej.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki