ROZDZIAŁ I
Sportowa rodzina
Tata Tomasz wszystko zaplanował
Każda historia ma jednak swój początek. W przypadku Igi decyzja o tym, jaką będzie uprawiać dyscyplinę sportu, zapadła, gdy była jeszcze... małą dziewczynką.
Nie każdy wie, ale jej tata Tomasz Świątek również był sportowcem. Uprawiał wioślarstwo i szło mu tak dobrze, że w 1988 roku poleciał z kolegami - a pływał w czwórce podwójnej - na Igrzyska Olimpijskie do Seulu!
- Nie chcę się tu chwalić, ale leciałem z kolegami po medal. Nie przesadzam, bo byliśmy megaprzygotowani, niestety już w Korei sprawy się skomplikowały - opowiadał po latach w rozmowie z portalem Sportowy24.pl.
Co się stało?
- Klimat był morderczy, było gorąco, duża wilgotność, a my nie mieliśmy w pokojach klimatyzacji. No i jeden z kolegów próbował chłodzić się w inny sposób. W efekcie się przeziębił, a w takiej dyscyplinie jak wioślarstwo, nawet lekkie przeziębienie ma katastrofalne skutki. Skończyło się tylko siódmym miejscem - dodał tata Igi Świątek.
Przykre doświadczenia zaowocowały ważną decyzją. Gdy po latach mała Iga i jej o trzy lata starsza siostra Agata zaczynały swoją przygodę ze sportem ich ojciec zdecydował, że będą uprawiać indywidualne dyscypliny.
Tak, by mogły polegać tylko na sobie.
I nigdy nie przeżyły podobnego rozczarowania.
- Oczywiście nie było tak, że od razu po tamtym nieudanym starcie w Seulu zacząłem planować, co w przyszłości będą robić moje córki, bo jeszcze wtedy ich nie miałem. Takie refleksje pojawiły się dopiero, gdy Agata i Iga pojawiły się na świecie. Generalna idea była taka, żeby obie robiły cokolwiek, poza nauką. Ruszały się, dobrze bawiły, rozwijały. Nie chowałem przyszłych mistrzyń - zapewniał.
Wbrew temu, co pewnie myślicie, Iga i jej siostra wcale nie zaczynały na korcie. Na początku była... pływalnia. Koło ich domu w Raszynie pod Warszawą powstał basen, a na wyobraźnię rodziców działały sukcesy odnoszone w tamtym czasie przez Otylię Jędrzejczak, mistrzynię olimpijską z 2004 roku.
Iga Świątek z tatą Tomaszem Świątkiem
Pojawił się jednak problem.
- Nie minęło dużo czasu, a obie bez przerwy chorowały. Zapalenie ucha, gardła... Doszło do tego, że w pewnym momencie więcej czasu spędzaliśmy u laryngologa niż na treningach. Po którejś z wizyt pani doktor powiedziała, że jeśli one będą tak często chorowały, to się może skończyć nawet głuchotą. Odpuściliśmy więc pływanie i dopiero wtedy pojawił się tenis - opowiadał tata Igi Świątek.
Poważne zajęcia pierwsza rozpoczęła, z racji wieku, Agata. Iga musiała chwilę zaczekać.
- Pamiętam, jak biegała za trenerem i pytała: "Kiedy ja już będę w klubie?". A on jej odpowiadał z uśmiechem, że musi jeszcze trochę potrenować - wspominał pan Tomasz.
Jego młodsza córka w końcu również doczekała się swojej szansy, a wtedy...
Jak mała Iga wyszła z cienia starszej siostry
- Na korcie były jak ogień i woda. Agata spokojniejsza, wyważona, Iga bardziej impulsywna, zadziorna. Rywalizując z siostrą, uczyła się wytrwałości - wspominał na łamach gazety "Fakt" Michał Kaznowski, jeden z pierwszych trenerów przyszłej mistrzyni turnieju Roland Garros w Paryżu. - Nakręcała ją ta rywalizacja - dodał.
Nakręcała na tyle, że mała Iga szybko zaczęła odnosić sukcesy.
- Zawsze była ambitna. Mogła płakać, mogła krzyczeć na korcie, ale grała dalej. Nie poddawała się - podkreśla Kaznowski, który współpracę z przyszłą liderką rankingu WTA (czyli największej organizacji kobiecego tenisa) rozpoczął w 2011 roku, gdy ta miała zaledwie 10 lat. Pracował z nią do 2016 roku. Później nad jej tenisowym rozwojem czuwał przez kolejne pięć lat Piotr Sierzputowski.
Iga Świątek z siostrą Agatą Świątek
Na dobrą tenisistkę zapowiadała się również siostra. Może nie na aż tak dobrą, jak Iga, ale...
- Agata też miała bardzo fajne wyniki, była w czołówce w kraju - opowiadał Kaznowski. Niestety jej przygodę z tenisem przedwcześnie przerwały problemy ze zdrowiem.
- Dosyć szybko w pewnym momencie urosła, pojawiły się bóle kolan. Nie mogliśmy sobie z tym poradzić; co szliśmy do innego fachowca, to podpowiadał inaczej. Odpuściliśmy, bo nigdy nie dążyłem do tego, żeby moje córki zrobiły karierę za wszelką cenę. Najważniejsze było zdrowie - tłumaczył Tomasz Świątek.
Ostatecznie Agata poszła w ślady swojej mamy, Doroty, która jest ortodontką i prowadzi prywatny gabinet w Raszynie. Skończyła studia stomatologiczne i dziś odnosi sukcesy jako dentystka.
Iga może być z niej dumna!
I na pewno świetnie rozumie, przez co przeszła. W jej karierze również nie zabrakło dramatycznych chwil.
- W tamtym momencie myślałam, że już nigdy nie zagram w tenisa - przyznała pewnego razu podczas turnieju w Rzymie. Myślami wróciła do 2017 roku, gdy doznała poważnej kontuzji kostki podczas turnieju ITF (czyli niższej rangi) w Warszawie.
Szesnastoletnia wówczas tenisistka musiała poddać się skomplikowanej operacji. Przeprowadził ją świetny fachowiec: lekarz piłkarskiej reprezentacji Polski Jacek Jaroszewski. Mimo to nie było pewne, ile czasu minie, zanim będzie mogła wrócić na kort. Przerwa potrwała ostatecznie prawie osiem miesięcy, przez co nie mogła zagrać tamtego roku w juniorskim Wimbledonie.
Nikt nie spodziewał się wówczas tego, co wydarzyło się rok później.
14-letnia Iga wygrywa turnieje do lat 18
No może prawie nikt, bo o tym, że Iga ma wielki talent, wiadomo było jeszcze przed kontuzją. Już w wieku 13 lat wygrała mistrzostwa Polski. W dodatku nie tylko w singlu (gra pojedyncza), ale również w deblu (gra podwójna) i mikście (gra mieszana, drużyny są tworzone przez tenisistę i tenisistkę). Warto również przypomnieć, że pozostałe rywalizujące zawodniczki były od niej o rok starsze.
- Mając czternaście lat, wygrywała turnieje do lat osiemnastu - opowiadał trener Kaznowski.
W pierwszym juniorskim Wielkim Szlemie Świątek wzięła udział w wieku 15 lat. W 2016 roku osiągnęła ćwierćfinał Roland Garros.
Niedługo później, wraz ze Stefanią Rogozińską-Dzik i Mają Chwalińską, wygrała dla Polski Junior Fed Cup. Impreza nosząca dziś nazwę - po słynnej zawodniczce - Billie Jean King Cup to takie drużynowe tenisowe mistrzostwa świata, bo rywalizują w niej krajowe reprezentacje.
Trudno było się jednak spodziewać, że po kontuzji jej kariera zacznie rozwijać się w zawrotnym tempie. Najpierw trzeba było jednak wrócić do zdrowia.
- Nie chcieliśmy ryzykować. Woleliśmy zaleczyć wszystko do końca, potrenować, przygotować się i dopiero wystartować - tłumaczył w rozmowie z Wyborcza.pl Tomasz Świątek. Cierpliwość się opłaciła, bo Iga zaraz po powrocie wygrała w lutym turniej ITF w egipskim Szarm el-Szejk.
Później triumfowała również w amerykańskim Pelham i to w jakim stylu! W całym turnieju nie straciła nawet seta, a w finale dosłownie zdeklasowała Amerykankę Allie Kiick (6:2, 6:0).
Znawcy tenisa wpadli w zachwyt. Pochwałom nie było końca. Od razu pojawiły się również porównania do Agnieszki Radwańskiej, która kilka lat wcześniej przebojem wbiła się do światowej czołówki. Zupełnie nietrafione...
- Szczerze mówiąc, nie lubię tych porównań Igi do Agnieszki. Nie mają sensu, bo to dwie zupełnie inne tenisistki - Radwańska była mistrzynią taktyki. Świetnie się broniła. Z kolei moja córka lubi atakować, dominować. Przyłożyć z forhendu. Łączy je w zasadzie tylko tyle, że obie wygrały juniorski Wimbledon - tłumaczył Tomasz Świątek.
Wracamy więc do początku, do wygranego Wimbledonu. Tu również nie obyło się bez niespodzianek.
Iga Świątek wygrała nie ten Wielki Szlem
Prawda jest bowiem taka, że Iga chciała wygrać tamtego roku turniej Wielkiego Szlema. W pierwszej kolejności celowała jednak w Roland Garros, rozgrywany na jej ulubionych kortach ziemnych, a nie na nielubianej trawie Wimbledonu.
W tym miejscu warto wyjaśnić, o co chodzi z tymi nawierzchniami w tenisie.
W innych dyscyplinach sportu sprawa jest zazwyczaj prosta. W piłkę nożną gra się na trawie (czasem na sztucznej), w koszykówkę i siatkówkę na parkiecie. Lekkoatleci też mają swoją nawierzchnię, nazywaną tartanem.
W tenisie za to co turniej, to inna historia. Gra się na trawie, na ceglanej mączce (korty ziemne), na asfalcie i betonie (korty twarde). Kiedyś rywalizacja toczyła się nawet na... wykładzinie dywanowej.
Nie trzeba chyba dodawać, że na każdym korcie gra się trochę inaczej. Na jednych piłka odbija się wyżej, na innych niżej. Na jednych przyspiesza po odbiciu, na innych zwalnia. Nic więc dziwnego, że prawie każdy tenisista ma swoją ulubioną nawierzchnię. Zazwyczaj ma też taką, na której czuje się najgorzej.