Iniesta. Najlepsi piłkarze świata - Matt Oldfield, Tom Oldfield

Kup książkę

29.90 zł
17.94 zł (17,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. El Capitán

Pod wieloma względami był to dzień meczowy jak każdy inny. Andrés przybył na Camp Nou trzy godziny przed rozpoczęciem meczu i jeszcze w dresie poszedł obejrzeć murawę. Wyglądała wspaniale - jak miękki, zielony dywan. Słońce świeciło, a trybuny, na razie puste, wkrótce miały zapełnić się kibicami Barcelony.

Wracając do środka, pomachał do napotkanych pracowników Camp Nou i zatrzymał się, aby dać autografy dwóm chłopcom, z których jeden miał na sobie koszulkę Lionela Messiego, a drugi koszulkę Andrésa z napisem "INIESTA 8" na plecach. Andrés zatrzymał się na sekundę przed drzwiami do szatni Barcelony, napawając się tą chwilą. To był początek nowego sezonu i początek nowej ery.

- No to jedziemy - powiedział do siebie.

Wszedł do szatni i rzucił torbę tam, gdzie zwykle. Jego strój był już przygotowany. Bez względu na to, ile meczów rozegrał i ile trofeów zdobył, nigdy nie nudziło mu się oglądanie swojego nazwiska na słynnej koszulce Barcelony.

Ale wtedy zauważył coś nowego, jakiś mały przedmiot leżący na małej półce nad jego głową. Czerwono-żółta opaska kapitańska. Teraz należała do niego. Z klubu odeszło już tak wielu wyśmienitych piłkarzy, którzy wprowadzali Andrésa do pierwszej drużyny, w tym Xavi, kapitan z poprzedniego sezonu. Teraz to Andrés stal na czele zespołu.

- El capitán! - rozległ się za jego plecami znajomy głos.

Andrés odwrócił się i zobaczył Lionela Messiego, którego wszyscy nazywali Leo, uśmiechającego się do niego z drugiego końca szatni.

- Zero presji - zagaił Leo - ale dziś to ty musisz doprowadzić nas do powtórki tamtego sezonu, w którym zdobyliśmy potrójną koronę!

- Dzięki, Leo! - odpowiedział Andrés ze śmiechem. Fajnie było sobie z tego pożartować, ale czuł na ramionach ciężar odpowiedzialności. Jego poprzednicy byli wyjątkowymi piłkarzami, a koledzy będą teraz w nim szukali źródła inspiracji. A oczekiwania w Barcelonie zawsze były wysokie.

Andrés wyjął telefon i sprawdził wiadomości. Zobaczył SMS-a od swojego dobrego przyjaciela, Victora Valdésa, którego znał od najmłodszych lat, jeszcze z La Masii, akademii Barcelony.

Wiadomość brzmiała: "Andrés, dziś jest ten dzień! Twój pierwszy mecz w roli kapitana Barcelony. Będziesz świetny. Wciąż pamiętam dzień, w którym pojawiłeś się w La Masii. Ależ długą drogę przebyłeś!".

Tego popołudnia, kiedy przygotowywał się do spotkania towarzyskiego przeciwko Romie, Andrés słyszał wiele miłych słów. Wszyscy chcieli porozmawiać o nowym sezonie, a zwłaszcza o nowej roli Andrésa.

- Andrés, pamiętam, jak oglądałem twoją grę, gdy byłeś taki wysoki - powiedział do niego pracownik Camp Nou, podnosząc rękę na wysokość pasa. - A teraz stajesz na czele pierwszej drużyny. Zawsze mówiłem, że pewnego dnia zostaniesz kapitanem. Byłem tego pewny.

- Nie słuchaj go - przerwał inny pracownik, śmiejąc się i machając palcem. - On mówi tak o każdym chłopaku, który przychodzi do La Masii.

- Nieprawda!

Andrés tylko się uśmiechnął. Zaczynał powoli zdawać sobie sprawę z tego, że ten dzień jest jeszcze ważniejszy, niż dotychczas mu się zdawało, ale uważał, iż jest gotowy na dodatkową odpowiedzialność. Spodziewał się, że przedmeczowa rozgrzewka będzie taka sama jak zawsze. W końcu w poprzednim sezonie wielokrotnie pełnił rolę zastępcy kapitana. Szybko jednak dostrzegł różnicę. Nie był już po prostu jednym ze starszych graczy - teraz musiał być liderem i zadbać o to, by każdy w pełni koncentrował się na wykonywaniu swoich zadań.

Chociaż Andrés nigdy nie był wielkim mówcą na boisku, teraz podchodził kolejno do wszystkich kolegów z drużyny, aby każdego z nich podbudować i dodać animuszu. Na koniec dołączył do Luisa Suáreza i Javiera Mascherano, którzy ćwiczyli grę na małej przestrzeni.

- Nie martw się, Andrés - powiedział Luis, kładąc rękę na ramieniu kolegi. - Mam swoje złote strzeleckie buty. Postaramy się, aby twój debiut w roli kapitana był udany.

Andrés się uśmiechnął.

- To dobrze, bo Leo i Neymar właśnie powiedzieli mi, że w tym sezonie strzelą więcej goli niż ty - powiedział z wesołym mrugnięciem. Zmyślił to, ale wiedział, że takie słowa zmobilizują Luisa do jeszcze lepszej gry.

- Pilnuj tyłów - zwrócił się do Javiera. Jego głos znów brzmiał poważnie. - Szukaj mnie. Zawsze wyjdę ci do podania.

Andrés zdążył jeszcze dwa razy się rozciągnąć, po czym wrócił z kolegami do szatni. Serce biło mu szybciej niż zwykle. To był upalny dzień i Andrés już był spocony.

Trener Barcelony, Luis Enrique, udzielił drużynie ostatnich wskazówek, starając się jednak utrzymywać luźną atmosferę. To był przecież przedsezonowy mecz towarzyski. Na koniec spojrzał na Andrésa i poprosił go, aby jako nowy kapitan powiedział kilka słów w ramach swojego przesłania dla drużyny.

Andrés uśmiechnął się nieśmiało.

- No cóż, wszyscy wiecie, jak bardzo lubię wygłaszać wielkie przemowy - zażartował. Koledzy roześmiali się, bo wszyscy wiedzieli, że Andrés woli grać niż mówić. - Kontynuujmy to, co robiliśmy w poprzednim sezonie - powiedział. - Grajmy tak, jak przystało na mistrzów. To będzie pierwszy krok w kierunku powtórzenia naszych sukcesów.

Stojąc w tunelu - z kolegami z drużyny za plecami, boiskiem przed sobą i głośno śpiewającymi kibicami Barcelony - Andrés uśmiechnął się do siebie. Mimo że zdobył wszystkie te puchary i nagrody, czasami musiał się szczypać, aby uwierzyć, iż naprawdę spełnia się jego marzenie o grze w Barcelonie.

Poprawił opaskę na ramieniu i przymknął na chwilę powieki. Wziął głęboki oddech i pomyślał o swojej drodze - o tym wszystkim, co doprowadziło go do tego wyjątkowego momentu.

Rozdział 2. "Stadion" Bar Lujan

- No dalej, mamy czas na jeszcze jeden mecz! - zawołał mały Andrés, podciągając skarpetki. - Wygrywa ten, kto pierwszy zdobędzie trzy bramki.

- Andrés, ja cię ledwo widzę - odpowiedział Abelardo, rozglądając się po parku. Podobnie jak większość chłopców, z którymi grał Andrés, Abelardo był od niego o 4 lata starszy. - Jest za ciemno. Poza tym nie jesteś już zmęczony tym ciągłym bieganiem między nami?

Andrés roześmiał się. Koledzy byli niezłymi graczami, ale wciąż dawali się nabrać na jego sztuczki.

- Nie! Nawet nie jestem jeszcze spocony.

Abelardo pokręcił głową z niedowierzaniem - tak łatwo było zapomnieć, że Andrés miał dopiero 6 lat. Był zdecydowanie najbardziej utalentowanym piłkarzem ze wszystkich chłopców w Fuentealbilli, ich rodzinnej wiosce.

- No nic, musimy wrócić do baru, gdzie są nasi rodzice. Może uda nam się zakraść na zaplecze i tam jeszcze trochę pogramy?

Mówił o barze Lujan, w którym pracowała Mari, mama Andrésa. Mieścił się w budynku tuż przy parku.

- Idę z wami! - krzyknął Julián, trzeci z "trzech muszkieterów". - Zawsze możecie na mnie liczyć, a szczególnie gdy w grę wchodzi tajny plan!

Ta trójka niemal zawsze trzymała się razem.

Andrés wyszczerzył zęby. Jego mama prędzej czy później ich nakryje, ale plan miał pewne szanse powodzenia. Pobiegli do baru.

- Poczekajmy, aż ktoś wejdzie bocznym wejściem, a wtedy my wślizgniemy się za nim - zasugerował Andrés. - Trzymajcie głowy nisko, dopóki nie dotrzemy do kotary. A potem po prostu idźcie za mną.

Mieli mnóstwo szczęścia. Akurat kiedy dotarli do baru, do środka wchodziło trzech mężczyzn. Chłopcy przemknęli niezauważeni na zaplecze i tam przybili sobie piątki.

- Bułka z masłem - szepnął podekscytowany Julián. - Co teraz? Gdzie będziemy grać?

- Hm... Jest jeszcze jeden problem - dodał Abelardo, rozglądając się z uśmiechem. - Nie mamy piłki. A przydałaby się!

Andrés się roześmiał. Zapomniał, że piłka, której używali w parku, należała do jednego z pozostałych chłopców.

- W tamtym kącie zawsze trzymają stare gazety - powiedział, wskazując. - Zwińmy je w kulę. Będzie musiało nam to dziś wystarczyć. A jeśli przesuniemy ten stół, będziemy mieli trochę miejsca.

Mari wcale się nie zdziwiła, usłyszawszy dźwięki dobiegające z zaplecza. Widziała, jak trzej nicponie wślizgują się do środka. Postanowiła jednak pozwolić im się bawić - mieli takie miny, jakby faktycznie byli na jakiejś tajnej misji.

- Podejrzewam, że właśnie rozpoczął się mecz na stadionie Bar Lujan - powiedziała do rodziców Abelarda, którzy przyszli do baru na kolację. - Dzięki Bogu, że nie ma tam nic cennego!

Tymczasem Andrés okazał się równie skuteczny w grze gazetową kulą jak skórzaną futbolówką. Udał, że robi zwód w prawo, ale kopnął w lewo. Abelardo nie zdążył zareagować i Andrés wbił "piłkę" między tornister a kurtkę, które służyły im za prowizoryczną bramkę.