3
Im bardziej Prodziekan się nade mną nachylał, tym większą ochotę miałam, by zerwać się z łóżka i uciec. Nie znałam go, nie wiedziałam, dlaczego tak na mnie patrzy ani jak na to zareagować. A patrzył, jakby właśnie zrozumiał, że jakimś cudem przetrwał cały sens jego jestestwa.
Przez głowę przemknęła mi niepokojąca myśl, że jestem jedną z tych dziewczyn poszukujących zaawansowanych wiekowo sponsorów. Ale chyba nie aż tak bardzo? Ten facet musiał mieć już ponad osiemdziesiątkę.
Czyli na moje oko był w wieku, w którym ma się tylko dwa wyjścia: albo idzie się do domu spokojnej starości, albo zostaje prezydentem najpotężniejszego kraju na planecie i zawiaduje całą jego polityką.
- Boże, Aspen... - powtórzył cicho. - Czy ty naprawdę nic nie pamiętasz?
Skrzywiłam się lekko, a mój wzrok mimowolnie uciekł w kierunku Joyce'a.
- Nie powiedziałabym, że nic - zauważyłam. - Pamiętam na przykład, kto jest wokalistą Ghosta.
Prodziekan ściągnął cienkie, siwe brwi.
- Tobias Forge, znany też jako Papa Emeritus - dodałam, by uwiarygodnić swoje stanowisko. - Pamiętam też, że DC nie wypuściło nic na miarę Marvela, Gal Gadot narobiła sobie wstydu jakąś piosenką na początku pandemii, a Kanye West wystartował na prezydenta. Chociaż to ostatnie mogło mi się przyśnić.
Mężczyzna otworzył usta, ale przez moment się nie odzywał.
- Czy ty jesteś poważna? - spytał.
- A czy pan każde pytanie zaczyna od "czy?".
Przez jego twarz przemknął wyraźny ból, jakby fakt, że się co do tego upewniam, stanowił pierwszy namacalny dowód mojej amnezji. Prodziekan przesunął dłońmi po zmęczonej twarzy, a potem powoli się zgarbił.
- Jestem twoim dziadkiem - oznajmił.
- Uff.
- Co "uff"?
- Nic - odparłam szybko. - I skoro jest pan moim dziadkiem, to czemu przedstawia się pan jako Prodziekan?
- Ponieważ tak na mnie mówisz.
- Ja? - rzuciłam machinalnie. - Niby dlaczego?
- Cóż... - odrzekł i ciężko westchnął. - Być może dlatego, że takie stanowisko piastuję w mojej placówce naukowej.
- Jakiej placówce? I czemu nie po prostu szkole albo uczelni?
Dziadek zrobił skwaszoną minę, jakbym zadawała mu pytania zgoła bezsensowne. Może tak było. Zamiast dowiedzieć się o szczegóły mojego życia, starałam się wyciągnąć z niego jakieś dyrdymały.
Zdawało mi się to jednak zupełnie naturalną reakcją wywołaną strachem. Bałam się tego, czego mogę się dowiedzieć. Obawiałam się, że to mi się nie spodoba. I byłam przerażona tym, że kiedy poznam Aspen Wakefield, okaże się, że ta dziewczyna nie ma ze mną nic wspólnego.
- Byłaś u mnie lata temu w odwiedzinach - podjął Prodziekan. - Zabrałem cię na wykłady i twoją aprobatę znalazło to, że moi studenci w ten sposób się do mnie zwracają. Później z jakiegoś powodu przyjęło się to w rodzinie.
- Studenci?
Dziadek skinął głową.
- Wykładam na Trinity College - odparł, a potem spuścił wzrok. - Miałaś rozpocząć tam naukę dwa tygodnie temu.
W jego głosie był tak duży ładunek smutku, że nie mogło chodzić wyłącznie o spóźnienie się na start roku akademickiego.
- I co się stało? - zapytałam.
- Czy lekarze ci nie mówili? Miałaś wypadek.
Oni właściwie nie, zrobił to chłopak, który na dobrą sprawę nie miał prawa tutaj być.
- Tak, wiem - odparłam. - W miejscu, które się nazywa Asylum Hill.
Prodziekan nadal trwał ze ściągniętymi brwiami, ale napięcie rozlewało się na całą jego poznaczoną zmarszczkami twarz. Przypominał mi nieco tych aktorów starej daty, którzy byli jedną wielką chodzącą bruzdą, jak Eastwood czy Hopkins. Przy czym Prodziekan był raczej wagi tego drugiego.
- Na skrzyżowaniu Laurel Street z Farmington Avenue - dodałam.
Dziadek przez moment sprawiał wrażenie, jakby pozwolił sobie na cień nadziei, że zaczynam sobie coś przypominać. Nie mogłam pozwolić na to, by zdążyła na dobre się zagnieździć.
- Ale nic mi te nazwy nie mówią.
- Tak, naturalnie, że nie... - odparł ze zwieszoną głową. - To pierwsze to dzielnica, w której mieszkamy.
Wreszcie jakiś konkret.
- Przy Laurel Street mieści się nasz dom - dodał Prodziekan.
- Czyli pan mnie wychowuje?
- Zazwyczaj nie zwracasz się do mnie per "pan".
- No tak - odparłam i odchrząknęłam.
Oczy znów uciekły mi w kierunku Joyce'a. Opierał się plecami o ścianę, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, i przysłuchiwał się wszystkiemu w milczeniu. Przelotnie pomyślałam o tym, by wyekspediować go na zewnątrz, ale w zasadzie był jedyną osobą na świecie, którą znałam.
- I nie, nie wychowuję cię, Aspen - odezwał się po chwili dziadek. - Robiła to twoja matka.
Powiodłam wzrokiem na boki, jakbym mogła ją gdzieś tutaj znaleźć.
- Zginęła w wypadku - dodał przez ściśnięte gardło Prodziekan.
Zrobił to szybko, jakby chciał jak najprędzej pozbyć się ciężaru, z którym sobie nie radził. Jego oczy znów się zaszkliły, ale nie wyglądał mi na kogoś, kto tak po prostu mógłby się rozpłakać. Cała ta jego surowość zdawała się temu przeczyć.
- Tak mi przykro - dodał.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Najwyraźniej dwa tygodnie temu straciłam nie tylko pamięć, ale także matkę. Niefortunnie, ale trudno było rozpaczać po kimś, kogo się nie znało.
- Więc mieszkałyśmy z tobą? - spytałam.
- Nie - odparł dziadek i pociągnął cicho nosem. - Jakkolwiek właściwie tak...
- To jak w końcu?
Nabrał głęboko tchu, a potem się wyprostował.
- Przyszłaś na świat w Prescott, w Arizonie - oznajmił.
- W Arizonie? To po drugiej stronie kraju.
Dla porządku skinął głową, ale wydawało mi się, że nie rejestruje już moich słów, zupełnie zanurzony w tym, co sam zamierzał powiedzieć.
- Mieszkałyście tam razem z matką przez prawie osiemnaście lat - podjął. - Wychowywała cię sama, bo twój ojciec... cóż, zasadniczo nawet nigdy nie dowiedziałem się, kim jest. Ani czy żyje. Ja i June nie mieliśmy najlepszych kontaktów, a ta odległość nie pomagała...
June. To imię mówiło mi tyle, ile dualizm korpuskularno-falowy w mechanice kwantowej. A jednak właśnie tak nazywała się kobieta, dzięki której znalazłam się na tym świecie.
Jaka była? Ile z siebie mi przekazała? Czy miałyśmy dobre relacje? Pytania się mnożyły, a ja nagle zechciałam wrócić do tego pierwszego momentu po przebudzeniu, kiedy wszystko było proste. Kiedy był tylko jego głos.
- Twoja matka urodziła się tutaj, ale krótko po szkole wyruszyła w świat... - podjął dziadek. - Bywało, że nie dawała znaku życia przez pół roku, czasem dłużej. Wyrzucaliśmy to sobie, ale...
- Moja babcia żyje?
- Nie - odparł cicho Prodziekan.
- Jakieś rodzeństwo?
Pokręcił głową.
- Więc mam tylko ciebie?
- Obawiam się, że tak.
No dobrze, ten człowiek sprawiał dość przyjazne wrażenie, więc chyba nie było się czym nadto przejmować. Im mniej ludzi, tym mniej problemów z zapamiętywaniem ich imion i twarzy.
- Mogło być gorzej - oceniłam.
Nie skwitował tego w żaden sposób.
- Podjęłyście decyzję o przeprowadzce, kiedy dostałaś się u nas do college'u - kontynuował Prodziekan. - To była wielka rzecz, wszak Trinity w tamtym roku zajął dwunaste miejsce w rankingu szkół nauk wyzwolonych "Forbesa". I sześćdziesiąte drugie w tym ogólnym.
- Super. Gratulacje.
- Dziękuję - odparł dziadek, jakby nie wychwycił sarkazmu.
Trinity College. Coś mi to mówiło, ale po chwilowym zastanowieniu uznałam, że moje jedyne skojarzenie to uniwerek w Dublinie, na który poszli bohaterowie Normalnych ludzi Sally Rooney.
Myśl, że lepiej pamiętam życie fikcyjnych postaci niż swoje, powinna mnie zaniepokoić, z jakiegoś powodu była jednak kojąca. Zupełnie jakbym nagle uzyskała potwierdzenie, że mam nieograniczoną liczbę przyjaciół.
Pamiętałam nie tylko Marianne i Connella, ale także Rue i Jules z Euforii, Lily i Atlasa z It Ends With Us, ojca z synem z Drogi McCarthy'ego oraz Dymitra, Iwana i Aloszę z Braci Karamazow. Może tyle wystarczyło? Może nie potrzebowałam więcej?
Jedno było pewne - czytałam i oglądałam dość szeroki wachlarz dzieł, inaczej pamięć nie wyrzuciłaby na jednym oddechu Colleen Hoover i tuza dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej.
- Przyjechałyście stosunkowo niedawno - ciągnął przybitym tonem dziadek, wyrywając mnie z zamyślenia. - Właściwie nie zdążyłem pokazać June, jak zmieniło się miasto, a ciebie zabrać do miejsc, w których twoja mama niegdyś spędzała tyle czasu...
Urwał i uniósł wzrok, jakby dzięki temu mógł sprawić, że oczy przestaną mu się szklić.
- Wyjechałyście rano, w pierwszy dzień roku akademickiego - dodał. - Od mojego domu do skrzyżowania z Farmington jest sto trzynaście metrów.
Nie miałam wątpliwości, że przez te dwa tygodnie Prodziekan analizował wszystko, łącznie z tym, co by się stało, gdybyśmy pokonały ten krótki odcinek nieco wolniej lub szybciej.
- Od centrum nadjechał rozpędzony samochód - podjął dziadek. - Nie wiemy, co konkretnie sprawiło, że kierowca, zamiast zahamować na czerwonym świetle, przyspieszył. Uderzył w was z ogromną prędkością jakimś dużym pojazdem, półciężarówką, a potem zbiegł z miejsca zdarzenia.
Prodziekan odczekał moment, jakby się spodziewał, że to wyzwoli we mnie jakieś emocje. Była to dla mniej jednak zwykła relacja jakich wiele.
- Czy ty naprawdę nic nie pamiętasz? - spytał.
- Nic.
Pokiwał głową, ale tym razem w tym geście zdawała się kryć wdzięczność.
- Twoja mama walczyła o życie tu, w szpitalu - kontynuował. - Ty miałaś uraz głowy i barku, poza tym jednak twój stan był stabilny.
- Kiedy zmarła?
Pytanie samo wyrwało się z moich ust, choć odpowiedź zasadniczo nie mogła niczego zmienić.
- Kilkanaście godzin po przywiezieniu tutaj.
- Okej.
Co więcej mogłam powiedzieć? Na dobrą sprawę nie wiedziałam nawet, czy ten człowiek jest tym, za kogo się podaje. I czy aby nie konfabuluje. Nie było żadnej instytucji, która wystawiłaby mu poświadczenie prawdomówności.
Zapadła cisza, którą przerwał szmer, kiedy Grayson zmienił pozycję. Dziadek w końcu na niego zerknął i dopiero teraz zdawał się sobie uświadomić, że w sali jest ktoś jeszcze. Tylko lekko się skłonił, odpowiadając na podobny gest Joyce'a.
To potwierdzało, że się znali. I że obecność Graysona przy moim łóżku była dla dziadka tak normalna, iż nawet przez myśl mu nie przeszło, by poprosić go o wyjście. Ale jeżeli chłopak był przypadkowym gościem, który użył mnie tylko jako alibi, jakim cudem wkupił się w łaski Prodziekana?
- A on? - zapytałam, wskazując Joyce'a.
- Hm?
- Kim on jest? - dodałam.
Dziadek obejrzał się przez ramię, przez co nie widziałam, co zarysowało się na jego twarzy.
- To twój stary znajomy - wyjaśnił. - Grayson Joyce.
- Tak, wiem, jak się nazywa. Ale skąd go znam?
- Nie powiedział ci?
Kątem oka dostrzegłam, że Grayson nerwowo się poruszył.
- Nie - odparłam. - I wydaje mi się to dziwne, skoro mówisz, że przyjechałam do Hartford praktycznie w przeddzień wypadku.
Twarz Prodziekana zmarszczyła się jeszcze bardziej, a jego oczy przygasły.
- Tak... - odparł. - Znacie się sprzed lat.
- To znaczy?
Dziadek znów się obrócił, a Joyce odchrząknął nerwowo i zbliżył się do mojego łóżka. Wiedziałam, że za moment usłyszę dokładnie tę samą bzdurę, którą sprzedał dziadkowi, by ten pozwolił mu przy mnie siedzieć.
I tak się stało.
Grayson przekonał go, że poznaliśmy się za młodu, kiedy przyjechałam tu w odwiedziny. Popchnął mu, że mnie zapamiętał i kiedy mijał moją salę, coś kazało mu sprawdzić, jakie imię i nazwisko widnieje na karcie pacjenta.
Został na moment. A potem ten moment przeciągnął się tak, że ani się obejrzał, ktoś z personelu oznajmił, że pora odwiedzin dobiegła końca.
Prodziekan był zadowolony, że ktoś siedzi ze mną, kiedy on nie może. Mówi do mnie, stara się jakoś pobudzić mój umysł, zapewnia mi towarzystwo. Złoty chłopak, który przecież nie mógł w żaden sposób mi zaszkodzić.
I który nie miałby żadnego powodu, by kłamać.
Kiedy Joyce skończył przedstawiać swoją historyjkę, poprosiłam dziadka, żeby przyniósł mi trochę wody. Odczekałam moment, nim znikł w korytarzu, po czym zgromiłam Graysona wzrokiem.
Trudno było powiedzieć, jakiego komentarza się spodziewał. Ja w każdym razie miałam dla niego tylko jeden.
- Ty skurwysynu - rzuciłam.
Zamiast się żachnąć, nagle parsknął i pokręcił głową z niedowierzaniem.
- Bawi cię to? - dodałam.
- Trochę.
- Ty kłamliwy, przebrzydły...
- Daj spokój - uciął, machając ręką. - Nic złego nie zrobiłem.
Zacisnęłam usta, przekonana, że jeśli tego nie zrobię, wyleje się z nich cały wezbrany potok przekleństw. Nie to, żebym miała jakieś opory przed ich formułowaniem. Po prostu nie chciałam tracić na nie czasu, świadoma, że Prodziekan zaraz wróci.
- Mów - poleciłam.
- Co?
- Dlaczego to zrobiłeś - rozwinęłam. - I czego konkretnie szukasz?
Joyce westchnął, a potem znów skrzyżował ręce na piersi. Wydawało się, że to jego domyślna pozycja, kiedy z kimś rozmawia.
- Kasety magnetofonowej - odparł.