Inne tonacje ciszy - Remigiusz Mróz

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (31,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Copyright ? Remigiusz Mróz, 2023

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2023

 

Redaktorka prowadząca: Zuzanna Sołtysiak

Marketing i promocja: Greta Sznycer

Redakcja: Karolina Borowiec-Pieniak

Korekta: Joanna Pawłowska, Anna Nowak

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: ? Tomasz Majewski

Zdjęcie autora: ? Olga Majrowska

Fotografie na okładce:

? Owaki/Kulla / Getty Images

? StockMediaProduction / Adobe Stock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Fragmenty Pieśni Joana Brossy w przekładzie Marcina Murka (62 wiersze, Księgarnia Akademicka Cracovia, Kraków 2006, s. 42-43).

 

Wszelkie podobieństwa do prawdziwych postaci i zdarzeń są przypadkowe.

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67891-07-3

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

 

1

 

 

 

Jego głos wydobywał się z głębi nieistnienia, a ja nigdy wcześniej ani nigdy później nie słyszałam niczego podobnego.

Był niski, lekko chrapliwy i szorstki - a mimo to ten, kto nim operował, mówił cicho, dość nieśmiało, wyraźnie niepewny, czy w ogóle powinien się odzywać. Zdawało mi się, że opowiada o jakiejś dziewczynie, ale mimo że słyszałam słowa, nie mogłam poskładać ich w większą, logiczną całość.

Chciałam otworzyć oczy i przekonać się, do kogo należy głos. Chciałam zrozumieć więcej. Dowiedzieć się, kim jest ten człowiek, co robi przy moim łóżku i dlaczego monologuje, udając, że ze mną rozmawia.

Tym razem nie zdołałam. Odpłynęłam z powrotem w nicość i nie miałam pojęcia, jak wiele czasu minęło, nim na powrót usłyszałam ten głos. Był kotwicą, która utrzymywała mnie przy świadomości. Stałym punktem, do którego wracałam.

Nie wiedziałam, jak nazywa się chłopak, który do mnie przychodzi. Nie miałam pojęcia, jak wygląda. Doskonale jednak zdawałam sobie sprawę z tego, że bywa w mojej sali dość często.

Za każdym razem, gdy go słyszałam, walczyłam z jakąś przemożną siłą, która nie pozwalała mi podnieść powiek. W końcu jednak się udało.

Kiedy otwierałam oczy, miałam wrażenie, jakbym wynurzała się z całkowitej otchłani. Jakby aż do tego momentu świat nie istniał, a ja dopiero się narodziłam.

Wróciła świadomość.

Wróciło poczucie kontroli nad własnym ciałem i umysłem.

Wiedziałam, że pierwsze, co teraz usłyszę, już na zawsze odciś­nie mi się w pamięci jako nowy początek i jutrzenka całej mojej przyszłości.

- ...i wtedy kazałem mu wypierdalać, bo inaczej rozjebię mu ryj - powiedział chłopak.

Nie tak miało być. Zamrugałam niepewnie, jeszcze przez moment licząc na to, że jakimś cudem się przesłyszałam.

- Żebyś widziała jego minę - dodał.

Próbowałam zogniskować na nim wzrok, ale obraz nadal był nieco rozmazany. W dodatku wciąż szumiało mi w uszach.

Mogłam jednak powoli ocenić moją sytuację. Zgodnie z wcześniejszymi przypuszczeniami leżałam na szpitalnym łóżku, podpięta do miarowo pikającej aparatury. Sala była zalana bielą, a w powietrzu unosił się zapach środków antyseptycznych i chorób, które te miały zwalczać.

Na krześle obok siedział on.

Nie mogę powiedzieć, bym była zaskoczona jego fizjonomią, spodziewałam się tego. Wyglądał jak problem tylko czekający na to, by się zdarzyć.

Kontynuował swoją opowieść, ale nie potrafiłam się na niej skupić. Wbijał spojrzenie gdzieś za okno, zupełnie nieświadomy, że wreszcie udało mi się otworzyć oczy.

Dopiero kiedy lekko odchrząknęłam, nagle opuścił na mnie wzrok, jakby uprzytomnił sobie, że nie jestem zwłokami, tylko żywą osobą.

- O kurwa - wydusił.

Zerwał się na równe nogi, nim miałam okazję oszacować stosunek przekleństw do innych słów, które słyszałam z jego ust.

- O ja cię pierdolę - dodał, odsuwając się.

Wypuściłam powietrze przez usta, a potem cicho kaszlnęłam. Miałam wrażenie, jakby moje płuca były starym, zardzewiałym mechanizmem, który trzeba było dopiero naoliwić, by zaczął działać.

Chłopak wślepiał się we mnie z niedowierzaniem, a mnie przeszło przez myśl, że zachowuje się, jakby zobaczył ducha. Nie, raczej jakieś zombie lub klikaczy z The Last of Us. Zupełnie jakbym mogła go czymś zarazić.

Patrzyłam na niego bez słowa, ale bynajmniej nie dlatego, że nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie miałam pewności, czy moje struny głosowe poradzą sobie z artykulacją, a nie chciałam straszyć tego gościa charczeniem jak jakiś nieumarły twór.

- Nie na takie powitanie liczyłam - spróbowałam.

Człowiek, który jeszcze przed momentem był tylko głosem, potrząsnął głową, jakby budził się z jakiegoś snu. Zrobił kilka ostrożnych kroków moją stronę, a potem objął całe moje ciało wzrokiem.

- Ty żyjesz - oznajmił.

Znów cicho odkaszlnęłam.

- Tego jeszcze nie ustaliłam - odparłam, omiatając spojrzeniem salę. - Gdzie ja jestem?

- W szpitalu.

- Tyle widzę. Jakim?

Chłopak podszedł jeszcze bliżej, a potem dotknął ręką łóżka, jakby chciał poprzez nie przekazać jakiś impuls. Szybko jednak ją cofnął.

- Czekaj - rzucił nerwowo. - Pójdę po lekarza i...

- Gdzie jestem? - powtórzyłam.

Przesunął dłonią po włosach, odrzucając dość gęstą grzywkę na bok.

- W szpitalu na South Endzie - oświadczył. - Trafiłaś tutaj po...

- South Endzie?

Zmrużył oczy, jakby nie bardzo rozumiał, dlaczego muszę się upewniać.

- To miasto? - spytałam.

- Nie. Dzielnica.

Jego powieki zwęziły się jeszcze mocniej, a wzrok stał się bardziej pytający.

- Nie wiesz, w jakim mieście jesteś? - spytał.

- Przecież nie pytam dla jaj.

Zmarszczył czoło i przysunął sobie krzesło, z którego wcześ­niej zerwał się, jakbym nie tyle się przebudziła, ile zmartwychwstała.

- Jesteś w Hartford - oznajmił. - W Connecticut.

- I co tu robię?

- Leżysz.

Wybałuszyłam oczy, wpatrując się w niego. Jego jedyną reakcją było jednak wzruszenie ramion.

- To miał być żart? - spytałam.

- Chyba tak.

- To chyba następnym razem dwa razy się zastanów - odparłam, próbując podciągnąć się do wezgłowia. - Jak tu trafiłam?

Obrócił się w kierunku korytarza, jakby szukał kogoś, kto wyręczy go w roli informacji turystycznej.

- Halo - upomniałam się o uwagę.

- Miałaś wypadek - odparł w końcu. - Przewieźli cię tu w stanie ciężkim jakieś dwa tygodnie temu.

- I od tamtej pory tu leżę?

- Na moje oko tak - potwierdził. - Raczej nie wyglądasz na kogoś, kto by dużo zwiedzał.

- Co?

Chłopak zaplótł dłonie z tyłu karku, a ja dopiero teraz uświadomiłam sobie, że nosi czarną, niemal całkowicie spraną koszulkę z napisem "1D". Z boku biegł drugi, którego się obawiałam: "One Direction".

Co jest? Obudziłam się na początku lat dwutysięcznych?

Jeżeli chciał kojarzyć się z Harrym Stylesem, powinien po pierwsze pozwolić na natychmiastową interwencję kosiarki na włosach, a po drugie zaznajomić swoją brodę przynajmniej z grzebieniem.

Naraz uświadomił sobie, że znów zerkam na jego T-shirt.

- Coś nie tak? - burknął.

- Słuchasz muzyki poniżej wszelkiej krytyki - oznajmiłam.

Uniósł brwi, jakby nie miał pojęcia, skąd ten wniosek i dlaczego sformułowałam go akurat teraz. Właściwie sama tego nie wiedziałam. Było to jak jakaś automatyczna reakcja, nad którą nie panowałam.

Mój rozmówca nagle skrzyżował ręce na piersi i wyraźnie chciał jakoś odparować, nie dałam mu jednak okazji.

- Jaki wypadek? - rzuciłam.

- Samochodowy. O ile wiem, gdzieś na Asylum Hill.

- Że gdzie?

- Chyba na skrzyżowaniu Laurel Street z Farmington Avenue - odparł. - Ale może naprawdę powinienem kogoś...

- I co mi jest?

Czułam, jakbym zadawała najbardziej absurdalne pytania na świecie. A jednocześnie jakby były całkiem uzasadnione.

- Słuchaj...

- Słucham, ale niewiele mówisz - odparłam.

- Bo nie jestem lekarzem.

- Poważnie? Nigdy bym nie powiedziała.

- Nie wiem, co konkretnie się stało - mruknął niezrażony. - Po prostu wpadam tu co jakiś czas, żeby...

- Żeby co?

Rozkrzyżował ręce, wzruszając lekko ramionami. Jak długo do mnie przychodził? Dlaczego tu bywał? Kim w ogóle był ten człowiek?

- Sam nie wiem - odparł, bardziej do siebie niż do mnie.

Odpuściłam, bo zasadniczo nie to interesowało mnie najbardziej. Były inne pytania, wymagające natychmiastowych odpowiedzi.

- Jak się nazywasz? - wypaliłam.

Chłopak skrzywił się, jakbym starała się wyciągnąć od niego jakieś osobiste, nieprzeznaczone dla innych informacje.

- Grayson Joyce - oznajmił w końcu.

Nazwisko coś mi mówiło, ale miałam wrażenie, że tylko dla­tego, iż doskonale wiedziałam, kto napisał Ulissesa i Finneganów tren.

- Od tego pisarza? - odezwałam się.

- O ile wiem, od mojego ojca. Ale dla pewności mogę popytać w rodzinie.

Podniosłam powoli rękę i przesunęłam dłonią po czole, natrafiając na pojedyncze przyklejone do niego kosmyki włosów. Najwyraźniej moja fryzura była stylizowana na entropiczny obraz chaosu we wszechświecie.

- Grayson Joyce... - powtórzyłam, jakbym tylko dzięki temu mogła zakodować.

- No.

- A ja?

Chłopak cofnął lekko głowę, jakbym uderzyła go między oczy.

- Co ty? - rzucił.

- Jak się nazywam? - spytałam.

Wyglądał, jakby nie był gotów przesądzić, czy robię sobie jaja, czy może rzucam mu jakieś wyzwanie. To się uśmiechał, to poważniał, przyglądając mi się analitycznie. W końcu znów się zbliżył i dotknął łóżka.

- Nie pamiętasz, jak się nazywasz? - zapytał niepewnie.

- Nie - odparłam. - Nie pamiętam niczego przed tym, jak twój głos wydobył się jakby z głębi nieistnienia.

 

 

 

 

 

2

 

 

 

Amnezja w obrębie pamięci deklaratywnej, a konkretnie jednego z jej dwóch podsystemów: amnezja epizodyczna.

Nie bredzę. Tak brzmiała diagnoza, którą postawił doktor Bearce - czyli lekarz ściągnięty przez Graysona zaraz po tym, jak wybiegł z mojej sali. Zanim ją jednak usłyszałam, musiałam przejść niezbyt fakultatywny, szybki kurs z funkcji magazynowych ludzkiego mózgu.

Dowiedziałam się, że pamięć zasadniczo dzieli się na dwa rodzaje: deklaratywną i niedeklaratywną. W tej drugiej znajduje się wszystko, czego nauczyliśmy się dzięki wykonywaniu jakichś czynności - na przykład jazda na rowerze.

Ta część pamięci była u mnie nietknięta. Problem leżał w deklaratywnej, która dzieliła się na semantyczną i epizodyczną. Jedna odpowiadała za ogólną wiedzę, na przykład taką, że Ulissesa napisał Joyce i że czytanie tej książki bez przypisów jest jak próba samodzielnego upieczenia croissanta, gdy do dyspozycji ma się tylko przepis na wołowinę wellington. Drugi podsystem, zwany pamięcią epizodyczną, stanowił właściwie odpowiednik autobiografii - która w moim przypadku stała się zbiorem pustych kartek.

Doktor Bearce przekazał mi wszystko, co należało, a potem próbował wyczerpująco odpowiedzieć na kanonadę pytań, którymi go ostrzelałam. Efekt był raczej mizerny, ale nie mogłam obarczać winą za to lekarza. Ta leżała gdzie indziej.

Personel zapewnił mnie, że już wezwano mojego prawnego opiekuna i ten niebawem się tutaj zjawi. Kiedy jedna z pielęgniarek zapytała, czego potrzebuję do tego czasu, moja odpowiedź mogła być tylko jedna.

Grayson Joyce zjawił się jakąś minutę później, a ja zrozumiałam, że przez cały ten czas czekał na korytarzu.

Zbliżył się z ostrożnością nieco mniejszą niż wcześniej, ale tym razem nie usiadł na krześle.

- Co jest? - rzuciłam.

Grayson nie odpowiedział, wyraźnie nie wiedząc, do czego piję.

- Jak byłam nieprzytomna, rozgościłeś się tu jak kuna na poddaszu - dodałam. - A teraz masz jakieś skrupuły?

- Wtedy wydawałaś się niegroźna.

Prychnęłam cicho i wskazałam mu wzrokiem krzesło. Przysunął je sobie, obrócił tyłem do mnie, a potem usiadł na nim okrakiem. Kiedy przełożył ręce przez oparcie, zobaczyłam, że po wewnętrznej stronie przedramion ma sporo tatuaży.

- Więc teraz wydaję ci się niebezpieczna? - spytałam.

- Cóż...

- No?

- Nie wiesz, kim jesteś - odparł. - Więc zasadniczo możesz być każdym.

W sumie miał trochę racji. Mogłam okazać się psychopatyczną seryjną zabójczynią i nie mieć o tym najbledszego pojęcia aż do momentu, kiedy poderżnęłabym mu gardło.

Zostawiłam jednak tę myśl dla siebie.

- Powiedzieli ci coś konkretnego? - spytał Joyce, niedbale zarzucając głową w stronę korytarza.

- Kilka rzeczy.

- Na przykład?

- Jak się nazywam.

- To już coś - skwitował Grayson. - Chyba że dostałaś imię po którymś dzieciaku Elona Muska. To może być problem.

- Nie - odparłam i nabrałam głęboko tchu.

Przedstawienie się nie powinno sprawiać mi tyle problemu, z jakiegoś powodu jednak słowa grzęzły mi gdzieś w gardle.

- Aspen Wakefield - oznajmiłam.

Joyce wydął usta. Czekałam na bardziej wymowny komentarz, ale szybko się okazało, że liczyłam na zbyt wiele.

- I co to ma znaczyć? - burknęłam.

- Że twoi rodzice muszą naprawdę lubić narty.

- Co?

- Aspen. Ten ośrodek narciarski w Górach Skalistych, który...

- Tak, wiem - ucięłam.

- No chyba że to jakaś ksywa. Jak Berlin czy Tokio.

Chyba wydawało mu się to zabawne, bo kącik ust lekko, niemal niezauważalnie mu drgnął.

- Tyle masz do powiedzenia osobie, która przed momentem dowiedziała się, jak się nazywa? - zapytałam.

Grayson podciągnął nieco ręce przewieszone przez oparcie i się wyprostował.

- A co byś chciała usłyszeć?

- Sama nie wiem.

- Zawsze możemy zostać przy twoim nazwisku - odparł. - Co ty na to, Wakefield?

To także brzmiało jak nie moje, ale uznałam, że teraz nie pora na oswajanie się z życiem osoby, która była mi całkowicie obca - i w której ciele najwyraźniej się znajdowałam.

- Czemu do mnie przychodziłeś? - spytałam. - Znamy się?

- Dopiero od jakichś dwóch tygodni.

- Więc wcześniej nie...

- Nie - uciął. - Dzisiaj pierwszy raz usłyszałem twój głos i zorientowałem się, że pozory mylą.

- Hm?

- Jak byłaś nieprzytomna, wyglądałaś na całkiem miłą i czarującą osobę.

Lekko wysunęłam głowę w jego kierunku, zupełnie jakbym mogła dzięki temu zakomunikować, jak duży błąd właśnie popełnił.

- Zaraz - rzuciłam. - Mam ci przypomnieć, kto kogo powitał słowami: "o kurwa, o ja cię pierdolę?".

- Nie musisz - odparł. - Z naszej dwójki to nie ja mam problemy z pamięcią.

- Niewiarygodne...

- Poza tym to o pierdoleniu było figuratywne. Nie dosłowne.

- Super - pochwaliłam go. - To wszystko zmienia.

- Tylko mówię.

- A ja tylko sugeruję, że twoje słownictwo jest mniej więcej tak urozmaicone, jak kolory skóry u bohaterów Przyjaciół.

Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, jakbyśmy rzucali sobie jakieś wyzwanie. Nie miałam pojęcia, z jakim typem ludzi na co dzień się zadawałam, ale liczyłam na to, że nie z takim.

- Sprawiasz wrażenie dość nienormalnej - ocenił Joyce.

- Co ty powiedziałeś?

Rozłożył ręce, jakby oczywiste nie wymagało potwierdzenia.

- Obudziłaś się bez pamięci, nie mając najmniejszego pojęcia o tym, kim jesteś, a...

- To chyba niespecjalnie moja wina.

- Ano nie - przyznał łaskawie. - Ale chodzi mi o to, że zachowujesz się, jakby wszystko było w porządku.

- A jak mam się twoim zdaniem zachowywać?

- Nie wiem - odparł i podrapał się po karku. - Normalny człowiek byłby przerażony, miotał się, odchodził od zmysłów i...

- Czyli jestem nienormalna, bo zachowuję względny spokój?

Zastanowił się krótką chwilę, a potem po prostu skinął głową.

- Jezus Maria... - skwitowałam. - Skąd ty się w ogóle wziąłeś?

- Przyszedłem.

Zasadniczo nie sposób było temu zaprzeczyć. Powinnam być może pociągnąć ten wątek, dowiedzieć się, co Grayson w ogóle robi w szpitalu, bo raczej nie wyglądał na kogoś z personelu. Zamiast tego jednak pojawił się we mnie jakiś upierdliwy imperatyw, by się przed nim usprawiedliwiać.

- Nie jestem Szekspirem, żeby robić dramaty - odparłam. - Poza tym miałam trochę czasu, żeby się ze wszystkim oswoić.

- Znaczy?

- Przebudzałam się co jakiś czas.

- Raczej nie.

- "Raczej nie"? - powtórzyłam, imitując jego nieznoszący sprzeciwu, autorytarny ton. - A co ty jesteś, specjalista od monitorowania mojego stanu?

- Bywałem tu dość często - odparł jakby nigdy nic. - I ani razu nawet ci powieka nie drgnęła.

- Bo nie miałam władzy nad ciałem.

Joyce zmrużył oczy, a pomiędzy nimi pojawiło się kilka niewielkich zmarszczek.

- Byłaś świadoma? - rzucił z rezerwą. - Słyszałaś, co się wokół ciebie dzieje?

Pytał w istocie o to, czy słyszałam, o czym ze mną rozmawiał - czy raczej o czym do mnie rozmawiał. Tak czy inaczej odpowiedź była przecząca. Wiedziałam, że ktoś przy mnie siedzi i często się odzywa, ale nie potrafiłam rozpoznać słów.

Byłam tylko ja i jedna wielka, bezbrzeżna pustka.

- Od czasu do czasu - skłamałam, bo ta wersja wprawiała go w wyraźny dyskomfort. - Ale nie przejmuj się. Twoje sekrety są u mnie bezpieczne.

- Mhm...

- Przynajmniej większość.

- Słuchaj...

- Posłucham chętnie - wpadłam mu w słowo. - O ile powiesz mi, co tu robisz i dlaczego tak często do mnie przychodziłeś.

Joyce przez moment się wahał, po czym nagle podniósł się z krzesła i przeszedł po sali. Wychylił się na korytarz, jakby się spodziewał, że ktoś przysłuchuje się naszej rozmowie, a potem wrócił do mojego łóżka.

- Umierasz? - spytałam.

- Co?

- Jesteś tu na jakimś oddziale paliatywnym?

- A wyglądam ci, jakbym tam pasował?

- No.

Przez moment zdawało mi się, że doceni tę uwagę nikłym uśmiechem. Coś w jego oczach zdawało się to zwiastować, ostatecznie jednak kąciki ust ani drgnęły. Dziwne. Ale jednocześnie zupełnie naturalne, jakby ten facet po prostu nie potrafił doprowadzić uśmiechu do końca.

- Poza tym, no wiesz... - podjęłam, bo Grayson z jakiegoś powodu postanowił milczeć. - Dziewczyna budzi się w szpitalu, poznaje chłopaka...

Nadal się nie odzywał.

- Gość zawsze potem okazuje się śmiertelnie chory czy coś - dodałam. - Co w gruncie rzeczy nie takie dziwne ani niespotykane. Każdy z nas umiera, znajdujemy się tylko w różnych fazach tego procesu.

O Jezu, w co ja się właśnie zapędziłam?

- O czym ty mówisz? - mruknął Joyce.

- O niczym.

Cofnął lekko głowę i objął wzrokiem szpitalną salę.

- To ci się wydaje sceną z jakiegoś żenującego filmu romantycznego? - rzucił ostrym tonem.

Najwyraźniej nie trzeba było wiele, by go w nim wyzwolić. A może chodziło o coś innego? Ale o co? Właściwie nie miałam na temat tego człowieka żadnych informacji, które pozwoliłyby poszukać odpowiedzi.

Pozostało mi jedynie wprowadzić rozmowę z powrotem na lekkie tony.

- Dobra - rzuciłam. - Skoro nie przyszedłeś tu romansować z nieprzytomną dziewczyną, to o co chodzi?

Joyce przez moment krążył po pokoju. Zatrzymał się przy progu i znów wyjrzał na korytarz, a kiedy z powrotem na mnie zerknął, na jego twarzy rysowała się wyraźna powaga. Właściwie sprawiał wrażenie, jakby naprawdę miał jakąś tajemnicę, którą się z nikim nie podzielił.

- Nie jestem przyjęty na żaden oddział - oznajmił.

Uniosłam nieznacznie brwi i postarałam się podciągnąć do wezgłowia jeszcze bardziej. Wciąż byłam jednak tak słaba, że okazało się to daremne.

- Szukam czegoś - dodał Grayson.

- Czego?

Obejrzał się przez ramię i znów zawahał.

- Mniejsza z tym - rzucił. - W każdym razie przechodziłem obok twojej sali i...

Urwał, wyraźnie niepewny, jak skończyć.

Zobaczył piękną dziewczynę i nie mógł się oprzeć, by wejść do środka? Jakaś magiczna siła przyciągnęła go do mojego łóżka? Coś podpowiedziało mu, by ze mną został i czekał, aż się wybudzę?

Zbliżył się nieco i złapał za oparcie krzesła.

- Uznałem, że będziesz idealną wymówką - oznajmił.

- Że co?

- Pierwszego dnia udało mi się wejść na krzywy ryj - ciąg­nął. - Ale wiedziałem, że prędzej czy później zorientują się, że ani nie jestem pacjentem, ani nikogo nie odwiedzam. Kiedy zobaczyłem, że leżysz sama w godzinach odwiedzin i jesteśmy w podobnym wieku, to...

- O czym ty mówisz?

- O tym, że potrzebowałem alibi - odparł. - Ty wyglądałaś na idealne.

Zanim w ogóle zdążyłam dopuścić do siebie myśl o tym, jak beznadziejne było to, co właśnie powiedział, na korytarzu zapanowało jakieś poruszenie. Ani się obejrzałam, do sali wpadł starszy mężczyzna w koszuli z krawatem i narzuconym na to blezerem.

Nawet nie spojrzawszy na Joyce'a, dopadł do mojego łóżka. Chwycił mnie za rękę, ale machinalnie ją cofnęłam, jakby jego dotyk mnie parzył.

- O Boże... - powiedział. - Aspen, ty naprawdę...

Zamiast słów zdołał wydusić z siebie jedynie łzy. Natychmiast otarł je wierzchem dłoni, a ja zrozumiałam, że zjawił się ten, kogo pielęgniarka określała mianem mojego opiekuna prawnego. Czyli nie rodzic, nie ktoś z rodziny.

- Przepraszam, ale... - zaczęłam niepewnie. - Kim pan jest?

Mężczyzna szybko przysiadł na skraju łóżka, jakby skracając dystans, mógł wyzwolić jakąś reakcję w mojej przepełnionej pustką pamięci.

- Prodziekanem - odparł.

- Słucham?

Cokolwiek to znaczyło, było nieistotne.

Zjawił się człowiek, który za moment miał mi powiedzieć, kim jestem.

 

 

 

 

 

3

 

 

 

Im bardziej Prodziekan się nade mną nachylał, tym większą ochotę miałam, by zerwać się z łóżka i uciec. Nie znałam go, nie wiedziałam, dlaczego tak na mnie patrzy ani jak na to zareagować. A patrzył, jakby właśnie zrozumiał, że jakimś cudem przetrwał cały sens jego jestestwa.

Przez głowę przemknęła mi niepokojąca myśl, że jestem jedną z tych dziewczyn poszukujących zaawansowanych wiekowo sponsorów. Ale chyba nie aż tak bardzo? Ten facet musiał mieć już ponad osiemdziesiątkę.

Czyli na moje oko był w wieku, w którym ma się tylko dwa wyjścia: albo idzie się do domu spokojnej starości, albo zostaje prezydentem najpotężniejszego kraju na planecie i zawiaduje całą jego polityką.

- Boże, Aspen... - powtórzył cicho. - Czy ty naprawdę nic nie pamiętasz?

Skrzywiłam się lekko, a mój wzrok mimowolnie uciekł w kierunku Joyce'a.

- Nie powiedziałabym, że nic - zauważyłam. - Pamiętam na przykład, kto jest wokalistą Ghosta.

Prodziekan ściągnął cienkie, siwe brwi.

- Tobias Forge, znany też jako Papa Emeritus - dodałam, by uwiarygodnić swoje stanowisko. - Pamiętam też, że DC nie wypuściło nic na miarę Marvela, Gal Gadot narobiła sobie wstydu jakąś piosenką na początku pandemii, a Kanye West wystartował na prezydenta. Chociaż to ostatnie mogło mi się przyśnić.

Mężczyzna otworzył usta, ale przez moment się nie odzywał.

- Czy ty jesteś poważna? - spytał.

- A czy pan każde pytanie zaczyna od "czy?".

Przez jego twarz przemknął wyraźny ból, jakby fakt, że się co do tego upewniam, stanowił pierwszy namacalny dowód mojej amnezji. Prodziekan przesunął dłońmi po zmęczonej twarzy, a potem powoli się zgarbił.

- Jestem twoim dziadkiem - oznajmił.

- Uff.

- Co "uff"?

- Nic - odparłam szybko. - I skoro jest pan moim dziadkiem, to czemu przedstawia się pan jako Prodziekan?

- Ponieważ tak na mnie mówisz.

- Ja? - rzuciłam machinalnie. - Niby dlaczego?

- Cóż... - odrzekł i ciężko westchnął. - Być może dlatego, że takie stanowisko piastuję w mojej placówce naukowej.

- Jakiej placówce? I czemu nie po prostu szkole albo uczelni?

Dziadek zrobił skwaszoną minę, jakbym zadawała mu pytania zgoła bezsensowne. Może tak było. Zamiast dowiedzieć się o szczegóły mojego życia, starałam się wyciągnąć z niego jakieś dyrdymały.

Zdawało mi się to jednak zupełnie naturalną reakcją wywołaną strachem. Bałam się tego, czego mogę się dowiedzieć. Obawiałam się, że to mi się nie spodoba. I byłam przerażona tym, że kiedy poznam Aspen Wakefield, okaże się, że ta dziewczyna nie ma ze mną nic wspólnego.

- Byłaś u mnie lata temu w odwiedzinach - podjął Prodziekan. - Zabrałem cię na wykłady i twoją aprobatę znalazło to, że moi studenci w ten sposób się do mnie zwracają. Później z jakiegoś powodu przyjęło się to w rodzinie.

- Studenci?

Dziadek skinął głową.

- Wykładam na Trinity College - odparł, a potem spuścił wzrok. - Miałaś rozpocząć tam naukę dwa tygodnie temu.

W jego głosie był tak duży ładunek smutku, że nie mogło chodzić wyłącznie o spóźnienie się na start roku akademickiego.

- I co się stało? - zapytałam.

- Czy lekarze ci nie mówili? Miałaś wypadek.

Oni właściwie nie, zrobił to chłopak, który na dobrą sprawę nie miał prawa tutaj być.

- Tak, wiem - odparłam. - W miejscu, które się nazywa Asylum Hill.

Prodziekan nadal trwał ze ściągniętymi brwiami, ale napięcie rozlewało się na całą jego poznaczoną zmarszczkami twarz. Przypominał mi nieco tych aktorów starej daty, którzy byli jedną wielką chodzącą bruzdą, jak Eastwood czy Hopkins. Przy czym Prodziekan był raczej wagi tego drugiego.

- Na skrzyżowaniu Laurel Street z Farmington Avenue - dodałam.

Dziadek przez moment sprawiał wrażenie, jakby pozwolił sobie na cień nadziei, że zaczynam sobie coś przypominać. Nie mogłam pozwolić na to, by zdążyła na dobre się zagnieździć.

- Ale nic mi te nazwy nie mówią.

- Tak, naturalnie, że nie... - odparł ze zwieszoną głową. - To pierwsze to dzielnica, w której mieszkamy.

Wreszcie jakiś konkret.

- Przy Laurel Street mieści się nasz dom - dodał Prodziekan.

- Czyli pan mnie wychowuje?

- Zazwyczaj nie zwracasz się do mnie per "pan".

- No tak - odparłam i odchrząknęłam.

Oczy znów uciekły mi w kierunku Joyce'a. Opierał się plecami o ścianę, z rękoma skrzyżowanymi na piersi, i przysłuchiwał się wszystkiemu w milczeniu. Przelotnie pomyślałam o tym, by wyekspediować go na zewnątrz, ale w zasadzie był jedyną osobą na świecie, którą znałam.

- I nie, nie wychowuję cię, Aspen - odezwał się po chwili dziadek. - Robiła to twoja matka.

Powiodłam wzrokiem na boki, jakbym mogła ją gdzieś tutaj znaleźć.

- Zginęła w wypadku - dodał przez ściśnięte gardło Prodziekan.

Zrobił to szybko, jakby chciał jak najprędzej pozbyć się ciężaru, z którym sobie nie radził. Jego oczy znów się zaszkliły, ale nie wyglądał mi na kogoś, kto tak po prostu mógłby się rozpłakać. Cała ta jego surowość zdawała się temu przeczyć.

- Tak mi przykro - dodał.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Najwyraźniej dwa tygodnie temu straciłam nie tylko pamięć, ale także matkę. Niefortunnie, ale trudno było rozpaczać po kimś, kogo się nie znało.

- Więc mieszkałyśmy z tobą? - spytałam.

- Nie - odparł dziadek i pociągnął cicho nosem. - Jakkolwiek właściwie tak...

- To jak w końcu?

Nabrał głęboko tchu, a potem się wyprostował.

- Przyszłaś na świat w Prescott, w Arizonie - oznajmił.

- W Arizonie? To po drugiej stronie kraju.

Dla porządku skinął głową, ale wydawało mi się, że nie rejestruje już moich słów, zupełnie zanurzony w tym, co sam zamierzał powiedzieć.

- Mieszkałyście tam razem z matką przez prawie osiemnaście lat - podjął. - Wychowywała cię sama, bo twój ojciec... cóż, zasadniczo nawet nigdy nie dowiedziałem się, kim jest. Ani czy żyje. Ja i June nie mieliśmy najlepszych kontaktów, a ta odległość nie pomagała...

June. To imię mówiło mi tyle, ile dualizm korpuskularno-falowy w mechanice kwantowej. A jednak właśnie tak nazywała się kobieta, dzięki której znalazłam się na tym świecie.

Jaka była? Ile z siebie mi przekazała? Czy miałyśmy dobre relacje? Pytania się mnożyły, a ja nagle zechciałam wrócić do tego pierwszego momentu po przebudzeniu, kiedy wszystko było proste. Kiedy był tylko jego głos.

- Twoja matka urodziła się tutaj, ale krótko po szkole wyruszyła w świat... - podjął dziadek. - Bywało, że nie dawała znaku życia przez pół roku, czasem dłużej. Wyrzucaliśmy to sobie, ale...

- Moja babcia żyje?

- Nie - odparł cicho Prodziekan.

- Jakieś rodzeństwo?

Pokręcił głową.

- Więc mam tylko ciebie?

- Obawiam się, że tak.

No dobrze, ten człowiek sprawiał dość przyjazne wrażenie, więc chyba nie było się czym nadto przejmować. Im mniej ludzi, tym mniej problemów z zapamiętywaniem ich imion i twarzy.

- Mogło być gorzej - oceniłam.

Nie skwitował tego w żaden sposób.

- Podjęłyście decyzję o przeprowadzce, kiedy dostałaś się u nas do college'u - kontynuował Prodziekan. - To była wielka rzecz, wszak Trinity w tamtym roku zajął dwunaste miejsce w rankingu szkół nauk wyzwolonych "Forbesa". I sześćdziesiąte drugie w tym ogólnym.

- Super. Gratulacje.

- Dziękuję - odparł dziadek, jakby nie wychwycił sarkazmu.

Trinity College. Coś mi to mówiło, ale po chwilowym zastanowieniu uznałam, że moje jedyne skojarzenie to uniwerek w Dublinie, na który poszli bohaterowie Normalnych ludzi Sally Rooney.

Myśl, że lepiej pamiętam życie fikcyjnych postaci niż swoje, powinna mnie zaniepokoić, z jakiegoś powodu była jednak kojąca. Zupełnie jakbym nagle uzyskała potwierdzenie, że mam nieograniczoną liczbę przyjaciół.

Pamiętałam nie tylko Marianne i Connella, ale także Rue i Jules z Euforii, Lily i Atlasa z It Ends With Us, ojca z synem z Drogi McCarthy'ego oraz Dymitra, Iwana i Aloszę z Braci Karamazow. Może tyle wystarczyło? Może nie potrzebowałam więcej?

Jedno było pewne - czytałam i oglądałam dość szeroki wachlarz dzieł, inaczej pamięć nie wyrzuciłaby na jednym oddechu Colleen Hoover i tuza dziewiętnastowiecznej literatury rosyjskiej.

- Przyjechałyście stosunkowo niedawno - ciągnął przybitym tonem dziadek, wyrywając mnie z zamyślenia. - Właściwie nie zdążyłem pokazać June, jak zmieniło się miasto, a ciebie zabrać do miejsc, w których twoja mama niegdyś spędzała tyle czasu...

Urwał i uniósł wzrok, jakby dzięki temu mógł sprawić, że oczy przestaną mu się szklić.

- Wyjechałyście rano, w pierwszy dzień roku akademickiego - dodał. - Od mojego domu do skrzyżowania z Farmington jest sto trzynaście metrów.

Nie miałam wątpliwości, że przez te dwa tygodnie Prodziekan analizował wszystko, łącznie z tym, co by się stało, gdybyśmy pokonały ten krótki odcinek nieco wolniej lub szybciej.

- Od centrum nadjechał rozpędzony samochód - podjął dziadek. - Nie wiemy, co konkretnie sprawiło, że kierowca, zamiast zahamować na czerwonym świetle, przyspieszył. Uderzył w was z ogromną prędkością jakimś dużym pojazdem, półciężarówką, a potem zbiegł z miejsca zdarzenia.

Prodziekan odczekał moment, jakby się spodziewał, że to wyzwoli we mnie jakieś emocje. Była to dla mniej jednak zwykła relacja jakich wiele.

- Czy ty naprawdę nic nie pamiętasz? - spytał.

- Nic.

Pokiwał głową, ale tym razem w tym geście zdawała się kryć wdzięczność.

- Twoja mama walczyła o życie tu, w szpitalu - kontynuował. - Ty miałaś uraz głowy i barku, poza tym jednak twój stan był stabilny.

- Kiedy zmarła?

Pytanie samo wyrwało się z moich ust, choć odpowiedź zasadniczo nie mogła niczego zmienić.

- Kilkanaście godzin po przywiezieniu tutaj.

- Okej.

Co więcej mogłam powiedzieć? Na dobrą sprawę nie wiedziałam nawet, czy ten człowiek jest tym, za kogo się podaje. I czy aby nie konfabuluje. Nie było żadnej instytucji, która wystawiłaby mu poświadczenie prawdomówności.

Zapadła cisza, którą przerwał szmer, kiedy Grayson zmienił pozycję. Dziadek w końcu na niego zerknął i dopiero teraz zdawał się sobie uświadomić, że w sali jest ktoś jeszcze. Tylko lekko się skłonił, odpowiadając na podobny gest Joyce'a.

To potwierdzało, że się znali. I że obecność Graysona przy moim łóżku była dla dziadka tak normalna, iż nawet przez myśl mu nie przeszło, by poprosić go o wyjście. Ale jeżeli chłopak był przypadkowym gościem, który użył mnie tylko jako alibi, jakim cudem wkupił się w łaski Prodziekana?

- A on? - zapytałam, wskazując Joyce'a.

- Hm?

- Kim on jest? - dodałam.

Dziadek obejrzał się przez ramię, przez co nie widziałam, co zarysowało się na jego twarzy.

- To twój stary znajomy - wyjaśnił. - Grayson Joyce.

- Tak, wiem, jak się nazywa. Ale skąd go znam?

- Nie powiedział ci?

Kątem oka dostrzegłam, że Grayson nerwowo się poruszył.

- Nie - odparłam. - I wydaje mi się to dziwne, skoro mówisz, że przyjechałam do Hartford praktycznie w przeddzień wypadku.

Twarz Prodziekana zmarszczyła się jeszcze bardziej, a jego oczy przygasły.

- Tak... - odparł. - Znacie się sprzed lat.

- To znaczy?

Dziadek znów się obrócił, a Joyce odchrząknął nerwowo i zbliżył się do mojego łóżka. Wiedziałam, że za moment usłyszę dokładnie tę samą bzdurę, którą sprzedał dziadkowi, by ten pozwolił mu przy mnie siedzieć.

I tak się stało.

Grayson przekonał go, że poznaliśmy się za młodu, kiedy przyjechałam tu w odwiedziny. Popchnął mu, że mnie zapamiętał i kiedy mijał moją salę, coś kazało mu sprawdzić, jakie imię i nazwisko widnieje na karcie pacjenta.

Został na moment. A potem ten moment przeciągnął się tak, że ani się obejrzał, ktoś z personelu oznajmił, że pora odwiedzin dobiegła końca.

Prodziekan był zadowolony, że ktoś siedzi ze mną, kiedy on nie może. Mówi do mnie, stara się jakoś pobudzić mój umysł, zapewnia mi towarzystwo. Złoty chłopak, który przecież nie mógł w żaden sposób mi zaszkodzić.

I który nie miałby żadnego powodu, by kłamać.

Kiedy Joyce skończył przedstawiać swoją historyjkę, poprosiłam dziadka, żeby przyniósł mi trochę wody. Odczekałam moment, nim znikł w korytarzu, po czym zgromiłam Graysona wzrokiem.

Trudno było powiedzieć, jakiego komentarza się spodziewał. Ja w każdym razie miałam dla niego tylko jeden.

- Ty skurwysynu - rzuciłam.

Zamiast się żachnąć, nagle parsknął i pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Bawi cię to? - dodałam.

- Trochę.

- Ty kłamliwy, przebrzydły...

- Daj spokój - uciął, machając ręką. - Nic złego nie zrobiłem.

Zacisnęłam usta, przekonana, że jeśli tego nie zrobię, wyleje się z nich cały wezbrany potok przekleństw. Nie to, żebym miała jakieś opory przed ich formułowaniem. Po prostu nie chciałam tracić na nie czasu, świadoma, że Prodziekan zaraz wróci.

- Mów - poleciłam.

- Co?

- Dlaczego to zrobiłeś - rozwinęłam. - I czego konkretnie szukasz?

Joyce westchnął, a potem znów skrzyżował ręce na piersi. Wydawało się, że to jego domyślna pozycja, kiedy z kimś rozmawia.

- Kasety magnetofonowej - odparł.