THOMAS UPARCIE WYGLĄDAŁ PRZEZ OKNO, a jego ukryte w skórzanej rękawiczce palce nadal wystukiwały irytujący rytm. Puk. Puk, puk, puk. Puk.
Jak należało się spodziewać, pani Harvey znowu odpoczywała. Jej przyciszone posapywanie świadczyło o tym, że pewnie zasnęła wkrótce po moim wyjściu. Wpatrywałam się w mojego towarzysza, który albo był błogo nieświadomy, że wróciłam, albo - co bardziej prawdopodobne - udawał. Dyskretnie usiadłam naprzeciwko niego. Profil Thomasa był studium idealnych linii i kątów, zwróconych ku zimowemu światu za szybą. Kąciki jego ust były odrobinę za wysoko uniesione jak na bezrozumne odrętwienie i zrozumiałam, że wyczuł na sobie mój skupiony wzrok.
- Musisz wystukiwać ten przeklęty rytm, Thomasie? - zapytałam. - Jeszcze trochę, a oszaleję jak jeden z nieszczęsnych bohaterów Poego. Poza tym biednej pani Harvey na pewno śnią się koszmary.
Popatrzył na mnie, a w jego ciemnobrązowych oczach przez moment dostrzegłam zadumę. Właśnie to spojrzenie - ciepłe i krzepiące niczym promyk słońca w chłodny jesienny dzień - oznaczało kłopoty. Uśmiechnął się półgębkiem, a ja niemal dostrzegłam kłębiące się w jego głowie śmiałe myśli. Ten uśmieszek prowokował skojarzenia, które ciotka Amelia uznałaby za absolutnie nieprzyzwoite. Thomas opuścił spojrzenie na moje usta, a wtedy zrozumiałam, że dobrze wie, co robi. Łobuz.
- Poego? - mruknął. - Czy wykroisz mi serce i umieścisz je pod łóżkiem, Wadsworth? Muszę przyznać, że nie w taki sposób chciałbym trafić do twojej sypialni.
- Ty chyba naprawdę wierzysz, że tylko węże zdołałyby się oprzeć twojemu urokowi.
- Przyznaj, że nasz ostatni pocałunek był całkiem emocjonujący.
Pochylił się, a jego przystojna twarz znalazła się zdecydowanie zbyt blisko mojej. I tyle wynikło z obecności przyzwoitki. Mój puls przyśpieszył, kiedy dostrzegłam plamki na tęczówkach Thomasa. Były niczym maleńkie złociste słońca, kuszące mnie fascynującymi promieniami.
- Tylko mi nie mów, że nie myślisz o następnym - dodał.
Powiodłam spojrzeniem po jego pełnej nadziei twarzy. Prawdę mówiąc, pomimo wszystkich okropieństw sprzed miesiąca rzeczywiście wyobrażałam sobie kolejną romantyczną chwilę z Thomasem. Tyle tylko, że to byłoby zupełnie nie na miejscu ze względu na moją obecną żałobę.
- To był pierwszy i ostatni pocałunek - przypomniałam mu. - Po prostu czułam się podminowana, w końcu omal nie zginęłam z rąk tamtych dwóch oprychów. Na pewno nie chodziło o twój dar przekonywania.
Kąciki jego ust powoli uniosły się w przebiegłym uśmieszku.
- Dałabyś się znowu skusić, gdybym zapewnił nam odrobinę niebezpieczeństwa?
- Wiesz, zdecydowanie lubię cię bardziej, kiedy siedzisz cicho.
- Ha... - Thomas odchylił się i wziął głęboki oddech. - Tak czy inaczej, lubisz mnie.
Robiłam, co mogłam, chcąc ukryć uśmiech. Mogłam przewidzieć, że ten drań skieruje rozmowę na nieprzyzwoite tematy. Prawdę mówiąc, dziwiło mnie, że dopiero teraz zrobił się wulgarny. Wcześniej pokonaliśmy trasę z Londynu do Paryża z moim ojcem, który odprowadził nas do Orient Expressu, i przez całą drogę Thomas zachowywał się jak ujmujący dżentelmen. Z trudem go poznawałam, kiedy miło gawędził z moim ojcem przy babeczkach i herbacie.
Gdyby na jego ustach nie pojawiał się łobuzerski grymas, kiedy ojciec nie patrzył, i gdyby nie znajomy zarys szczęki, świadczący o uporze, byłabym skłonna uwierzyć, że ktoś się pod niego podszywa. Ten Thomas Cresswell nie mógł być tym samym irytująco inteligentnym chłopcem, którego nieco za bardzo polubiłam minionej jesieni.
Wsunęłam za ucho luźny kosmyk kruczoczarnych włosów i ponownie wyjrzałam przez okno.
- Czy twoje milczenie oznacza, że rozważasz jeszcze jeden pocałunek?
- Może sam sobie odpowiesz na to pytanie, Cresswell? - Wpatrywałam się w niego, wyzywająco unosząc brwi, dopóki nie wzruszył ramionami i nie powrócił do stukania w parapet.
Ten Thomas zdołał także przekonać mojego ojca, onieśmielającego lorda Edmunda Wadswortha, by pozwolił mi na naukę w Akademii Medycyny i Analityki Sądowej w Rumunii. Nadal nie potrafiłam tego pojąć - decyzja ojca wydawała mi się niemal zbyt niedorzeczna, by mogła być prawdziwa, nawet teraz, gdy siedziałam w pociągu wiozącym mnie do szkoły.
Mój ostatni tydzień w Londynie upłynął pod znakiem przymierzania sukien i pakowania kufrów, co dało ojcu i Thomasowi zbyt dużo czasu na pogłębienie znajomości. Kiedy ojciec oznajmił, że jest chory, więc pojadę do akademii jedynie w towarzystwie Thomasa i pani Harvey, niemal zadławiłam się zupą, a Thomas mrugnął do mnie wymownie nad swoim talerzem.
Ledwie miałam czas na sen w nocy, a już na pewno brakowało mi go na rozważania o rosnącej bliskości między moim irytującym przyjacielem i zazwyczaj surowym ojcem. Pragnęłam opuścić upiornie cichy dom, który przywoływał zbyt wiele duchów z niedawnej przeszłości. Thomas doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
- Albo marzysz o nowym skalpelu, albo po prostu chcesz oczarować mnie spojrzeniem - odezwał się, odrywając mnie od ponurych rozmyślań. Jego usta drgnęły, gdy posłałam mu groźne spojrzenie, ale był dość roztropny, żeby nie uśmiechnąć się szeroko. - Ha! W takim razie chodzi o rozterki emocjonalne. Moje ulubione.
Wyraz mojej twarzy nie umknął jego uwagi, choć bardzo się starałam go ukryć. Widział, jak nerwowo bawię się atłasowymi rękawiczkami i siedzę zbyt sztywno, co nie miało nic wspólnego z krępującym mnie gorsetem ani ze starszą panią, która zajmowała większość mojego miejsca. Thomas patrzył mi w oczy ze szczerym współczuciem. Widziałam obietnice i pragnienia wypisane na jego twarzy, a intensywność tych uczuć przyprawiła mnie o dreszcz.
- Przejmujesz się nowym otoczeniem? Zauroczysz wszystkich studentów, Wadsworth.
To, że Thomas czasami całkowicie błędnie interpretował moje emocje, przyniosło mi lekką ulgę. Myślał, że moje zdenerwowanie wynika z bliskości zajęć, a nie ze względu na jego rosnące zainteresowanie zaręczynami. Wyznał, że mnie kocha, ale tak jak ostatnio w wielu innych sprawach, nie byłam pewna, czy to prawda. Może tylko czuł wobec mnie litość po wszystkim, co się zdarzyło.
Dotknęłam guzików przy rękawiczkach.
- Nie - odparłam. - Nieszczególnie.
Uniósł brwi, ale milczał, ja zaś ponownie skupiłam uwagę na surowym krajobrazie za oknem. Pragnęłam na dłużej zagubić się w nicości.
Zgodnie z tym, co wyczytałam w wielkiej bibliotece ojca, nasza nowa akademia mieściła się w dość makabrycznym z opisu zamku na szczycie lodowatego łańcucha Karpat. Gdyby nowi koledzy okazali się niedostatecznie sympatyczni, do domu i cywilizacji było stamtąd daleko. Nie wątpiłam, że młodzieńcy uznają moją płeć za słabość, i zastanawiałam się, co będzie, jeśli Thomas po przyjeździe zerwie naszą przyjaźń.
A jeśli odkryje, jakie to naprawdę dziwne, że młoda kobieta otwiera zwłoki i wyciąga z nich organy z takim entuzjazmem, jakby to były nowe pantofelki? To nie miało znaczenia, kiedy oboje terminowaliśmy w laboratorium stryja, jednak podejście studentów prestiżowej Akademii Medycyny i Analityki Sądowej mogło się okazać znacznie mniej postępowe.
Pracy przy zwłokach nie uważano za szczególnie stosowne zajęcie nawet dla mężczyzny, a co dopiero dla młodej arystokratki. Gdyby Thomas oddalił się ode mnie i zostałabym bez przyjaciela, zatonęłabym w głębokiej otchłani i być może już nigdy nie wynurzyłabym się na powierzchnię.
Ukryta we mnie przyzwoita dziewczyna z towarzystwa niechętnie musiała przyznać, że flirt Thomasa nie pozwalał mi pogrążyć się w morzu sprzecznych uczuć. Namiętność i irytacja były ogniem, a ogień żył i emanował mocą. Ogień oddychał. Żal przypominał kadź z lotnym piaskiem: im bardziej ktoś się miotał, tym głębiej się zakopywał. Zdecydowanie wolałabym spłonąć, niż dać się pogrzebać żywcem. Robiło mi się gorąco już na samą myśl, że moglibyśmy się znaleźć w niedwuznacznej sytuacji.
- Audrey Rose... - zaczął Thomas.
Przez moment skubał mankiety szytego na miarę surduta, a potem przesunął dłonią po ciemnych włosach. Takie gesty ani trochę nie pasowały do mojego z natury pewnego siebie przyjaciela. Pani Harvey drgnęła, lecz nie otworzyła oczu. Po raz pierwszy szczerze żałowałam, że się nie obudziła.
- Tak?
Wyprostowałam się jeszcze bardziej, wyobrażając sobie, że mój fiszbinowy gorset to zbroja. Thomas zwracał się do mnie po imieniu tylko wtedy, gdy zanosiło się na coś okropnego. Kilka miesięcy wcześniej, podczas sekcji zwłok, wdaliśmy się w słowną potyczkę i choć wtedy myślałam, że zwyciężyłam, teraz jednak nie byłam tego taka pewna, bo koniec końców pozwoliłam mówić do siebie po nazwisku. On również obdarzył mnie tym przywilejem, niemniej gdy nazywał mnie Wadsworth w miejscach publicznych, żałowałam, że się na to zgodziłam.
- O co chodzi? - dodałam.
Kilka razy głęboko odetchnął, a ja skupiłam uwagę na jego stroju. Thomas postawił na elegancję w podróży. Jego granatowy surdut był tak skrojony, że budził podziw zarówno dla kunsztu krawca, jak i dla sylwetki młodego właściciela. Sięgnęłam do swoich guzików, ale powstrzymałam się w ostatniej chwili.
- Jest coś, co od pewnego czasu chcę ci wyjawić. - Thomas poruszył się niespokojnie. - Wydaje mi się, że powinnaś się o tym dowiedzieć, zanim dotrzemy na miejsce.
Znowu uderzył kolanem o drewniany panel i wyraźnie się zawahał. Może już zdał sobie sprawę z tego, że nasza znajomość przysporzy mu problemów w akademii. Przygotowałam się na zerwanie łączącej nas liny, dzięki której jeszcze nie zwariowałam. Nawet za cenę życia nie zamierzałam prosić Thomasa, żeby trwał przy mnie i nadal był moim przyjacielem. Skupiłam uwagę na oddechach, licząc sekundy między jednym a drugim.
Babcia twierdziła, że na wszystkich grobowcach Wadsworthów powinna widnieć inskrypcja: "Słynęli z uporu". Nie mogłam się z tym nie zgodzić. Uniosłam głowę i kilka razy przełknęłam ślinę. Stukot kół brzmiał niczym wzmocnione echo uderzeń mojego serca. Obawiałam się, że jeśli Thomas wkrótce nie przemówi, zwymiotuję na niego i jego gustowny surdut.
- Wadsworth, jestem pewien, że ty... być może powinienem... - Pokręcił głową i zaśmiał się cicho. - Autentycznie mnie opętałaś. Jeszcze trochę i zacznę pisać sonety i robić maślane oczy. - Na jego twarzy znowu pojawiła się czujność, jakby zatrzymał się tuż nad przepaścią. Odkaszlnął i dodał znacznie łagodniej: - A nie jest to odpowiedni moment, bo moje nowiny są dość... mogą się wydawać... pewną niespodzianką.
Ściągnęłam brwi. Nie miałam pojęcia, do czego zmierza. Albo chciał oświadczyć, że nasza przyjaźń przetrwa wszystko, albo postanowił na zawsze ją odrzucić. Zacisnęłam palce na krawędzi siedzenia i poczułam, jak moje dłonie w atłasowych rękawiczkach wilgotnieją.
Thomas pochylił się i odetchnął.
- Jeśli chodzi o moją matkę, to jej o...
Coś uderzyło w drzwi przedziału z ogromną siłą, niemal roztrzaskując drewno. Tak to przynajmniej zabrzmiało - nasze ciężkie drzwi były zamknięte, żeby wytłumić hałasy z pobliskiego wagonu restauracyjnego. Poczciwa pani Harvey nadal spała jak zabita.
Wstrzymałam oddech w oczekiwaniu na następny łoskot, ale nie nastąpił. Pochyliłam się lekko, zupełnie zapominając o niedokończonym wyznaniu Thomasa. Moje serce biło dwa razy szybciej niż zwykle, a umysł wypełniły wizje trupów powstających z grobów i łomoczących do drzwi, żeby sycić się naszą krwią... Nie. Z wysiłkiem zdusiłam te myśli w zarodku. Wampiry nie istniały.
Może to był tylko podróżny, który wypił jednego drinka za dużo i zatoczył się na nasze drzwi. A może wózek z deserami albo herbatą wymknął się spod kontroli stewarda. Niewykluczone nawet, że jakaś młoda dama straciła równowagę, kiedy wagon się zakołysał.
Wypuściłam wstrzymywane powietrze z płuc. Usiadłam wygodnie, rozluźniając spięte mięśnie. Musiałam przestać się zamartwiać grasującymi po nocy mordercami. Obsesyjnie wyobrażałam sobie, że każdy cień jest spragnionym krwi demonem, a nie tylko ciemną plamą.
W następnej sekundzie coś na korytarzu rąbnęło w ścianę naszego przedziału, rozległ się przytłumiony krzyk, po czym zapadła cisza. Włosy na karku stanęły mi dęba, jakby uznały, że bliskość mojej skóry nie jest już bezpieczna. Chrapanie pani Harvey tylko pogłębiało niepokojącą atmosferę.
- Na litość królowej, co to ma być? - wyszeptałam, przeklinając się w duchu za to, że ukryłam skalpele w kufrze i nie miałam do nich dostępu.
Thomas przyłożył palec do ust i wskazał na drzwi, sugerując, że nie powinniśmy się ruszać. Milczeliśmy przez boleśnie długie sekundy, a każda zdawała się trwać miesiąc. Z trudem chwytałam powietrze.
Moje serce biło tak, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Przerażająca cisza rozciągała sekundy w minuty. Czekaliśmy ze wzrokiem wbitym w drzwi. W pewnej chwili zamknęłam oczy, modląc się, żeby to nie był kolejny zły sen.
Powietrze przeszył wrzask, a mnie zmroziło do szpiku kości.
Pani Harvey w końcu się ocknęła, a Thomas wyciągnął do mnie rękę, zapominając o dobrych manierach. Gdy chwycił moją dłoń, wiedziałam już, że wyobraźnia nie płata mi figla. W naszym pociągu czaiło się coś bardzo mrocznego i bardzo rzeczywistego.