ERIN
Snoop ID: niedostępny
Słucha teraz: niedostępny
Snoopserwujący: niedostępny
Nadal pada śnieg - duże, białe płatki opadają leniwie i kładą się miękko na szczytach, stokach i dolinach w St. Antoine.
Przez ostatnie kilka tygodni napadały trzy metry śniegu, a zapowiadane jest więcej. Śniegokalipsa, jak to nazwał Danny. Śniegogeddon. Wyciągi zamknięto, potem otwarto, a następnie znowu zamknięto. W tej chwili prawie wszystkie wyciągi w całym kurorcie są zamknięte, ale dzielna mała kolejka linowa wiodąca do naszego przysiółka nadal telepie się w górę i w dół. Jest oszklona, więc nie szkodzą jej nawet największe zaspy, śnieg po prostu przykrywa tunel niczym kocem i nie blokuje torów. To dobrze - bo czasami się zdarza, że ją zamykają, a wtedy jesteśmy całkowicie odcięci od świata. Do St. Antoine 2000 nie prowadzi żadna droga, w każdym razie nie zimą. Poczynając od gości w domku, aż po każdy kawałek jedzenia na śniadanie, obiad i kolację, wszystko i wszyscy muszą tu wjechać kolejką. Chyba że ktoś ma pieniądze na kurs helikopterem (a możecie mi wierzyć, tutaj wcale nie jest to takie niespotykane). Jednak helikoptery nie latają w trudnych warunkach. Jeśli nadejdzie śnieżyca, zostają bezpiecznie w dolinie.
Dziwnie się czuję, kiedy myślę o tym zbyt długo - dopada mnie jakiś rodzaj klaustrofobii, która nie współgra z otwartymi panoramami roztaczającymi się z domku. Nie chodzi tylko o śnieg, ciążą mi setki kilogramów nieprzyjemnych wspomnień. Jeśli zatrzymam się na dłużej niż minutę lub dwie, w głowie zaczynają mi się mnożyć nieproszone obrazy - zdrętwiałe palce drapiące mocno ubity śnieg, promień słonecznego światła na sinej skórze, błysk zamarzniętych rzęs. Ale na szczęście nie mam dziś czasu się zatrzymywać. Minęła już pierwsza, a ja nadal sprzątam przedostatnią sypialnię. Słyszę dochodzący z dołu drżący dźwięk gongu. To Danny. Woła moje imię, a potem coś, czego nie rozumiem.
- Co? - odkrzykuję, a on woła znowu, tym razem jego głos jest wyraźniejszy. Musiał wyjść na klatkę schodową.
- Powiedziałem: żarcie gotowe. Truflowa zupa z pasternaku. Więc rusz tu swój leniwy tyłek.
- Tak jest, szefie! - odkrzykuję żartobliwie. Szybko wrzucam zawartość łazienkowego kosza do mojego czarnego worka, zmieniam wkład w śmietniku, a potem zbiegam po spiralnych schodach do lobby, gdzie witają mnie smakowity zapach zupy Danny'ego oraz dźwięki Venus in Furs dochodzące z kuchni.
Sobota jest zarówno najlepszym, jak i najgorszym dniem tygodnia. Najlepszym, bo to dzień zmiany - nie ma gości, a Danny i ja mamy domek dla siebie, możemy się lenić w basenie, grzać w zewnętrznej saunie i puszczać muzykę tak głośno, jak nam się podoba.
Najgorszym, bo to dzień zmiany, co oznacza dziewięć podwójnych łóżek do wymiany pościeli, dziewięć łazienek do umycia (jedenaście, jeśli liczyć toaletę na dole i prysznic koło basenu), osiemnaście szafek na narty do zamiecenia i odkurzenia, nie wspominając już o salonie, jadalni, konferencyjnym i dodatkowym pokoju oraz o palarni na zewnątrz, gdzie muszę podnosić te wszystkie obrzydliwe pety, które palacze zawsze rozrzucają wokół siebie, zamiast ciskać je do przeznaczonych do tego koszy i pojemników. Na szczęście Danny zajmuje się kuchnią, chociaż on ma własną listę rzeczy do zrobienia. W sobotę wieczór zwykle jest wystawna kolacja. Wiadomo, trzeba się pokazać przed nowymi gośćmi.
A teraz siadamy razem przy dużym stole w jadalni, czytam wiadomości wysłane mi rano przez Kate i nabieram łyżką zupę Danny'ego. Jest słodka i ziemista, na wierzchu posypana maleńkimi chrupiącymi kawałeczkami - chyba tartym pasternakiem uprażonym na oleju truflowym.
- Ta zupa jest naprawdę dobra - mówię. Znam swoją rolę. Danny przewraca oczami, jakby chciał powiedzieć "no raczej". Zero w nim skromności. Ale za to świetnie gotuje.
- Myślisz, że im dzisiaj będzie smakowało? - Oczywiście czeka na więcej komplementów, ale nie mogę go winić. Jeśli chodzi o jedzenie, to Danny jest bezwstydną diwą, cieszy się, kiedy go doceniają, jak każdy artysta.
- Na pewno. Wspaniała, naprawdę rozgrzewająca i... cóż... skomplikowana. - Próbuję uchwycić konkretny smak, który czyni ją taką dobrą. Danny lubi konkretne komplementy. - Jak jesień na talerzu. Co jeszcze robisz?
- Mam amuse-bouche. - Danny odhacza dania, rysując ptaszka palcem. - Potem na pierwsze zupa truflowa. Następnie udziec sarni dla mięsożerców i grzybowe ravioli dla wegetarian. Dalej na deser cr?me br?lée. I na koniec sery.
Cr?me br?lée Danny'ego jest powalający, dałabym się za niego pokroić. Naprawdę widziałam gości, którzy kłócili się o to, kto dostane ostatnią porcję.
- Brzmi idealnie - mówię, chcąc go utwierdzić w tym przekonaniu.
- Pod warunkiem, że tym razem nie trafią nam się żadni cholerni ukryci weganie - stwierdza posępnie. Wciąż nie otrząsnął się po poprzednim tygodniu, kiedy to jeden z gości nie tylko okazał się weganinem, ale do tego cierpiał na nietolerancję glutenu. Chyba jeszcze nie wybaczył Kate.
- Kate postawiła sprawę naprawdę jasno - zauważam, siląc się na uprzejmość. - Jeden z nietolerancją laktozy, jeden bezglutenowy, troje wegetarian. Żadnych wegan. To wszyscy.
- Wcale tak nie będzie - wzdycha Danny, któremu umartwianie się nadal sprawia przyjemność. - Okaże się, że jeden ogranicza węglowodany albo coś. Może będzie frutarianinem. Albo żywi się powietrzem.
- No więc jeśli będą się żywić powietrzem, to przynajmniej problem z głowy - punktuję rozsądnie. - Mają tu tyle powietrza, ile dusza zapragnie.
Macham ręką w stronę wielkiego okna zajmującego przeważającą część południowej ściany pomieszczenia. Roztacza się stamtąd widok na szczyty i grzbiety Alp, a panorama zapiera dech w piersiach, i chociaż sama tu mieszkam, od czasu do czasu nadal sprawia, że zatrzymuję się w pół kroku, aż mnie zatyka, taka jest piękna. Dziś widoczność nie dopisuje, chmury wiszą nisko, a w powietrzu wiruje zbyt wiele śniegu. Ale w dobre dni można prawie zobaczyć Jezioro Genewskie. Za nami, na północny wschód od doku, wznosi się Mont Blanc, najwyższy szczyt doliny St. Antoine, który okrywa cieniem wszystko, co poniżej.
- Przeczytaj mi imiona - prosi Danny między jedną a drugą łyżką zupy; brzmi trochę niewyraźnie. Ma południowolondyński akcent, chociaż wiem, że tak naprawdę pochodzi z Portsmouth. Nigdy nie jestem pewna, na ile jest prawdziwy, a na ile udaje. Danny lubi odgrywać role i im lepiej go znam, tym bardziej fascynuje mnie skomplikowana mieszanina osobowości, jaka się w nim kryje. Dla gości jest zawadiackim londyńczykiem mówiącym cockneyem. Kiedy wychodzimy wieczorami w St. Antoine, widuję go, jak w przeciągu zaledwie pięciu minut zmienia się z nieskazitelnego Guya Ritchiego we wspaniale płomiennego RuPaula.
Nie żebym sama tak nie robiła. Ja też gram. Do pewnego stopnia chyba wszyscy tak robimy. To jedna z zalet przyjazdu tutaj, do takiego miejsca, gdzie wszyscy są tylko na chwilę. Można zacząć wszystko od nowa.
- Tym razem musi mi się udać - oznajmia Danny, przerywając moje myśli. Dorzuca maleńką szczyptę mielonego czarnego pieprzu do swojej zupy, próbuje jej i robi zadowoloną minę. - Nie mogę sobie pozwolić na kolejną taką akcję jak z pieprzoną Madeleine. Kate by mnie oskalpowała.
Kate jest lokalną pośredniczką i zajmuje się obsługą rezerwacji oraz całą logistyką związaną z wynajmem wszystkich trzech domków górskich naszej firmy. Lubi, kiedy już od pierwszego dnia witamy naszych gości po imieniu. Mówi, że to właśnie nas odróżnia od wielkich sieciówek. Osobiste podejście. Jednak ponieważ klienci zmieniają się z tygodnia na tydzień, jest to trudniejsze, niż może się wydawać. W ubiegłym tygodniu Danny zakolegował się z kobietą o imieniu Madeleine, tylko że kiedy przyszły ankiety ewaluacyjne, okazało się, że w tej grupie nikt tak nie miał na imię. Nie było nawet żadnej kobiety, której imię zaczynałoby się na M. Nadal nie ma pojęcia, z kim rozmawiał przez cały tydzień.
Przesuwam palcem po liście, którą wczoraj wieczorem przesłała nam Kate.
- Tym razem to jest impreza firmowa. Jakieś przedsiębiorstwo technologiczne, nazywa się Snoop. Dziewięć osób, wszyscy w osobnych pokojach. Eva van den Berg, współzałożycielka. Topher St. Clair-Bridges, współzałożyciel. Rik Adeyemi, liczykrupa. Elliot Cross, naczelny nerd. - Danny'emu zupa poszła nosem, ale czytam dalej: - Miranda Khan, caryca znajomych. Inigo Ryder, szef Tophera. Ani Cresswell, ujarzmiaczka szefowej Evy. Tiger-Blue Esposito, królowa spokoju. Carl Foster, człowiek prawa.
Nim kończę czytać, Danny na serio zdążył popłakać się ze śmiechu i zakrztusić się zupą.
- Naprawdę tam jest tak napisane? - charczy, kasłając. - Liczykrupa? Tiger... i co jeszcze, do cholery? Nie sądziłem, że Kate ma poczucie humoru. Gdzie jest prawdziwa lista?
- To jest prawdziwa lista - odpowiadam, starając się nie śmiać na widok wykrzywionej twarzy Danny'ego i jego załzawionych oczu. - Proszę, weź serwetkę.
- Co takiego? Pierdolisz. - Nabiera powietrza, prostuje się i zaczyna się wachlować. - W sumie, cofam to. To bardzo w stylu Snoopa.
- Słyszałeś o nich?
Zaskoczył mnie. Danny zwykle nie należy do tych, którzy są na bieżąco. Przyjeżdżają tu różni ludzie, mamy wiele prywatnych imprez, czasami śluby albo rocznice, ale o dziwo bardzo często pojawiają się wycieczki służbowe; przypuszczam, że łatwiej przełknąć tę cenę, jeśli płaci ją firma. Wiele kancelarii prawnych, funduszy hedgingowych oraz największych amerykańskich przedsiębiorstw z listy Fortune 500. Pierwszy raz się zdarzyło, żeby Danny kojarzył jakąś firmę, a ja nie.
- Czym oni się zajmują?
- Snoop? - Teraz Danny wygląda na zaskoczonego. - Erin, czy ty mieszkasz, kurwa, w jaskini?
- Nie, po prostu... Nigdy o nich nie słyszałam. To jakaś spółka medialna? - Nie wiem, dlaczego tak strzeliłam. Wydaje mi się, że Tiger-Blue Esposito mogłaby pracować w mediach.
- Nie, to aplikacja. - Danny patrzy na mnie podejrzliwie. - Naprawdę o nich nie słyszałaś? No wiesz, Snoop, apka muzyczna. Pozwala ci, no, snoopować ludzi. I tyle.
- Naprawdę nie mam pojęcia, o czym ty mówisz.
- Erin, Snoop - zaznacza Danny, tym razem ostrzej, jak gdyby chciał tak powtarzać w nieskończoność, aż w końcu uderzę się w czoło i zawołam: "ach, no tak, ten Snoop!". Wyciąga komórkę i przewija listę aplikacji, aż znajduje jedną, której ikona wyglądała jak dwoje oczu na wściekle różowym tle. Albo może dwie zębatki, na logo trudno rozpoznać. Naciska ją, a wtedy ekran robi się jasnoróżowy, potem czarny z odcinającym się fuksjowym napisem: "Snoop. Prawdziwi ludzie, prawdziwy czas, naprawdę głośno".
Tym razem oba "o" z nazwy są kółkami z kasety magnetofonowej.
- No, więc łączysz go ze swoim kontem na Spotify albo czymś takim - wyjaśnia Danny, przewijając menu, jak gdyby listy przypadkowych celebrytów miały mi wszystko rozjaśnić. - A on publikuje to, jakiej muzyki słuchasz.
- Dlaczego ktoś miałby tego chcieć? - pytam osłupiała.
- No, to jest w końcu wymiana dóbr - odpowiada Danny zniecierpliwionym tonem. - Chodzi o to, że ciebie nikt nie chce słuchać, ale jeśli dołączysz, możesz słuchać innych ludzi. Taki "Voyeuryzm dla twoich uszu", jak to nazywają w Snoopie.
- Czyli... mogę zobaczyć czego... nie wiem... czego słucha Beyoncé? Jeśli ona tam jest.
- No. I Madonna. I Jay-Z. I Justin Bieber. I wszyscy inni. Celebryci go kochają, to taki nowy Instagram. Wiesz, tak jakby można się łączyć, nie? Ale w rzeczywistości nie udostępnia się zbyt wiele informacji.
Powoli kiwam głową. W sumie jestem w stanie zrozumieć, co w tym atrakcyjnego.
- Więc to są po prostu playlisty sławnych ludzi?
- Nie playlisty - zaprzecza Danny. - Tu chodzi o to, że wszystko jest w czasie rzeczywistym. Wyświetla ci się to, czego słuchają w tej chwili.
- A jeśli śpią?
- To wtedy nic się nie wyświetla. Nie pojawiają się na pasku wyszukiwania, jeśli nie są dostępni online i nie słuchają, a jeśli podglądasz kogoś, kto przestaje słuchać, to kanał się wyłącza, a ty masz możliwość przeskoczenia do kogoś innego.
- Więc jeśli kogoś podglądasz, a on zatrzymuje piosenkę, żeby odebrać telefon...
Danny potakuje.
- Tak, wtedy po prostu się wyłącza.
- To naprawdę koszmarny pomysł.
Śmieje się i kręci głową.
- Nieeee, po prostu tego nie łapiesz. Chodzi o to... - Przerywa, żeby ubrać w słowa coś niewymiernego. - Najważniejsze jest połączenie. Naprawdę słuchasz dokładnie tego samego co oni, w tym samym momencie, nuta po nucie. Wiesz, że niezależnie od tego, gdzie się w danej chwili znajduje, Lady Gaga słucha właśnie tego, co ty. Tak jakby... - Wpada na jakiś pomysł, twarz mu się rozpromienia. - Tak jakby, wiesz, kiedy zaczynasz się z kimś spotykać i dzielicie się słuchawkami, on ma w uchu jedną słuchawkę, a ty drugą.
Kiwam głową.
- No, to właśnie tak wygląda. Dzielisz się słuchawkami z Lady Gagą. To naprawdę coś. Leżysz w łóżku, ktoś się rozłącza i domyślasz się, że prawdopodobnie robi gdzieś tę samą rzecz, co ty, odwraca się na bok, zasypia... Wiesz, to bardzo intymne. Ale nie chodzi tylko o celebrytów. Powiedzmy, że jesteś w związku na odległość, śledzisz kolesia i słuchacie tej samej piosenki w tym samym czasie. Oczywiście jeśli znasz ID jego Snoopa. Ja swojego nie ujawniam.
- Okej... - mówię powoli. - Czyli... tak jakby... twój kanał jest publiczny, ale nikt nie wie, że to ty?
- Tak, dlatego mam chyba ze dwóch obserwatorów, bo nie zawracałem sobie głowy łączeniem go ze swoimi listami kontaktów. Ale wiesz, niektórzy z najbardziej popularnych snooperów też są całkowicie anonimowi. Jest taki jeden gość z Iranu, nazywa się HacT. Prawie co miesiąc pojawia się na liście dziesięciu najpopularniejszych snooperów. W sensie, powiedziałem, że jest z Iranu, ale tak naprawdę nie można tego sprawdzić. Tak ma napisane w swoim bio na Snoopie. Równie dobrze może mieszkać na Florydzie.
Brzęczy mu powiadomienie w telefonie i otwiera je.
- O, no tak, widzisz? To jest ktoś, kogo obserwuję, Msaggronistic. Jakaś francuskojęzyczna Kandyjka z Montrealu, słucha naprawdę dobrego punka. Przyszło mi powiadomienie, że jest online i słucha... - Przewija wiadomość. - O, Slits. Nie jestem pewien, czy to moja bajka, ale o to w tym chodzi, może tak. Po prostu nie wiem.
- No dobrze. - Mam wątpliwości, czy naprawdę się czegoś dowiedziałam, ale mniej więcej rozumiem, o co chodzi.
- W każdym razie - Danny wstaje i zaczyna zbierać nasze talerze po zupie - to właśnie miałem na myśli. Jeśli chodzi o te technologiczne start-upy, to rzeczywiście można sobie wyobrazić, że nazywają swojego księgowego naczelnym liczykrupą, czy co tam sobie odpierdolili. Wydaje im się, że są na czasie. Kawy?
Zerkam na zegarek. Czternasta siedemnaście.
- Nie mogę. Mam jeszcze parę pokoi do zrobienia, a potem basen.
- Przyniosę ci.
Wstaję, przeciągam się, prostuję szyję i ramiona. Sprzątanie to fizyczna robota. Nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo, dopóki nie zaczęłam tej pracy. Tachanie odkurzaczy w górę i w dół po schodach, szorowanie toalet i płytek. Dziewięć pokoi za jednym zamachem to niezły trening.
Kończę już basen, kiedy Danny przynosi mi kawę. Ma na sobie te kąpielówki, co zawsze - najmniejsze i najbardziej obcisłe, jakie kiedykolwiek w życiu widziałam. Są bananowo żółte, a kiedy się odwraca, żeby postawić moją kawę przy leżaku, na jego tyłku widzę szkarłatny napis "BAD BOI".
- Ani mi się waż nachlapać - ostrzegam go, kiedy staje wyprężony na brzegu basenu z rozpostartymi ramionami. - Nie będę drugi raz biegać z mopem.
Nic nie odpowiada, tylko wystawia język, a potem idealnie, bez rozchlapywania, zanurza się z płytszej strony basenu. Tam nie jest dość głęboko, by nurkować, ale Danny delikatnie muska dno, po czym wynurza się bezpiecznie na drugim końcu basenu.
- Daj spokój, jest już cholernie czysto. Wskakuj.
Waham się. Nie odkurzyłam jadalni, ale nie wiem, czy ktokolwiek byłby w stanie to zauważyć.
Zerkam na zegarek. Piętnasta piętnaście. Goście mają przyjechać o szesnastej. Wyrobiłam się na styk.
- No dobra, niech będzie.
To nasz cotygodniowy rytuał. Dziesięć minut w basenie po wykonaniu wszystkich obowiązków, w ten sposób zaznaczamy swoją obecność i przypominamy sobie, kto tak naprawdę tu rządzi.
Mam bikini pod ubraniem, więc ściągam przepocony T-shirt i poplamione dżinsy do sprzątania, gotowa zanurkować. Właśnie mam się odepchnąć, kiedy czuję, że ktoś łapie mnie za kostkę i ciągnie do przodu tak, że z piskiem wpadam do basenu.
Wynurzam się, parskając, odgarniając sobie włosy z oczu. Woda jest wszędzie.
- Pieprzony debilu! Prosiłam, żebyś nie chlapał!
- Wyluzuj. - Danny śmieje się w głos, na jego ciemnej skórze woda lśni jak szlachetne kamyki. - Powycieram, przysięgam.
- Zabiję cię, jak tego nie posprzątasz.
- Zrobię to! Przecież powiedziałem. Powycieram, jak będziesz suszyć włosy. - Wskazuje swoją ogoloną głowę, przypominając mi, że w tej kwestii on jest już do przodu.
Uderzam go w ramię, ale wściekłość szybko mi przechodzi, więc przez kolejne kilka minut pływamy, siłujemy się i przepychamy jak szczeniaki, aż w końcu oboje jesteśmy wykończeni, dyszymy ciężko i musimy zrobić przerwę na złapanie oddechu.
Danny wychodzi z wody z uśmiechem, sapiąc, po czym idzie do przebieralni, żeby się przygotować do powitania gości.
Wiem, że powinnam pójść w jego ślady. Jeszcze sporo przede mną roboty - prace do wykonania i zadania do ukończenia. Ale przez chwilę, tylko przez chwilę, pozwalam sobie na dryfowanie z rozłożonymi rękoma i nogami w przejrzystej, błękitnej wodzie. Dotykam palcami blizny biegnącej przez policzek, śledzę nimi wklęsłą linię cienkiej i nadal delikatnej skóry oraz wpatruję się w szare niebo przez szklany dach nad sobą; oglądam, jak płatki śniegu opadają wirującym torem.
Niebo ma dokładnie kolor oczu Willa.
Zegar odmierza czas do przyjazdu naszych gości, a ja słyszę, jak Danny zaczyna wycierać mopem przebieralnię. Powinnam wyjść, ale nie potrafię. Nie umiem odwrócić wzroku. Po prostu leżę tak na wodzie, moje ciemne włosy układają się wokół mnie w wachlarz, dryfuję i patrzę w górę. Wspominam.