Depresja to choroba samotności, ona się bierze z naszego środka, niezaopiekowanego, i z zaburzenia biochemii mózgu. Często brak dostępu do siebie to nie tylko utonięcie pod kocem w łóżku, to też nakręcenie się na najwyższe obroty. Jesteś w pędzie, ale jak się zatrzymasz, to padniesz.
Wiecie, jaka jest różnica między stwierdzeniem "marzenia się spełniają" a "marzenia się spełnia"? Żadne marzenie nie spełnia się, jeśli leżysz pod kocem na kanapie.
Zaczęłam być totalnie szczera ze sobą. Uczciwie przyznawać, co mi się podoba, a co nie, co lubię, a czego nie. Doszłam do takiego momentu, w którym zadowalam siebie, a nie innych.
WYSTARCZY, JAK BĘDZIE NIEŹLE
Joanna Porembatrenerka wzmacniania odporności psychicznej, była modelka
Ile razy spotkałaś się w życiu z niedowierzaniem: Ty masz depresję?
Szło za tym: "Ty? Naprawdę? Przecież masz wszystko! Dom, rodzinę, dziecko, dwa psy...". A jednak.
Ile to już lat?
Ze dwie dekady. Choć ta część poporodowa była niezdiagnozowana. Więc od diagnozy to będzie jakieś piętnaście lat.
Trochę się wzdrygasz, gdy mówisz o depresji poporodowej. Bolesny temat?
Ci, którzy czytają moje wpisy na Facebooku, widzą, że coraz mniej jest w nich tabu. Sama, czytając je, myślę, że to jest na grubo. Przyjęłam kiedyś metodę totalnej szczerości ze sobą, czyli tego, co mi się podoba, a co nie, co lubię, a czego nie. Zależy mi na zadowalaniu siebie, a nie innych.
Bałaś się na początku przyznawać i łączyć depresję z macierzyństwem, bo ktoś powie, że jesteś złą matką?
Nikt nie musiał mi tego mówić, takie myślenie jest głęboko zakorzenione w naszym społeczeństwie.
Kulturowo matka Polka musi być silna.
Musi być silna, musi być uśmiechnięta, dziecko musi być wyspacerowane, marcheweczka przetarta, nie ma drogi na skróty. Ja byłam bliska pieluch tetrowych, bo pampersy zaśmiecają środowisko. Ale tak się nie dało. Nie miałam świadomości, że dziecko noszące pampersa robi siku co trzy minuty.
Co było dla ciebie wtedy najstraszniejsze?
Zmęczenie fizyczne. Nie mogę powiedzieć, że byłam sama, że nie miałam pomocy, że mój mąż nigdy nie przewijał dziecka. Nie, to nie był ten kejs, ale mimo to albo właśnie dlatego było mi tak trudno przyznać się, że coś jest nie tak. To jest najtrudniejsze - przyznać przed sobą, że się nie daje rady.
Z drugiej strony byłam jednak tą matką Polką. Był okres, że wydawało mi się, że naprawdę świetnie ogarniam. Mam wszystko pod kontrolą. Obiadki, kolacyjki, przecierki, spacery, zabawy.
Padłam, gdy syn poszedł do przedszkola. Samą perspektywą byłam zachwycona, bo miałam nagle odzyskać kilka godzin dziennie dla siebie. A gdy go wypuściłam z domu, to się rozsypałam. Wtedy było łóżeczko, kocyk, oszukiwanie samej siebie i wszystkich, że coś robię, kiedy nie byłam w stanie. Rano gotowanie obiadku, pakowanie. Syn z obiadkiem, bo oczywiście mamusia gotuje najlepiej na świecie i on nic innego nie zje, odwożenie do przedszkola, z powrotem do domu, kołderka i budzik na 15.00, żeby go odebrać.
Spałaś, leżałaś, płakałaś?
Niewiele pamiętam z tamtego okresu. To było bardzo przytłaczające, taki marazm. Dziś, jak wspominam swoją depresję, to mówię, że to jest taki stan, jakbyś poszła na bagna. Wciąga cię krok po kroku, nawet nie wiesz, kiedy jesteś już po pas i nie możesz się ruszyć. Takie zaślepiające, zaklejające, wciągające.
Miałaś jakąś radość z macierzyństwa w tej pierwszej fazie? Czy to było raczej bolesne?
To było trudne, ale było też mnóstwo momentów, które tak pozytywnie kładą na łopatki. Uśmiech, wspólne wyjazdy, wycieczki. Tego było naprawdę mnóstwo. W naszym przypadku trudno mówić o szarości dnia codziennego, bo my jesteśmy cały czas w ruchu. Może to przykrywa tę mulastość. Zawsze byliśmy bardzo aktywną rodziną i to mogło odwlec proces całkowitego załamania się.
Przykrywało to, co było w środku.
Albo też trzymało, żebym się całkowicie nie zapadła.
Tłumaczyłaś to sobie hormonami?
Na początku nie miałam diagnozy, więc sobie nie zdawałam sprawy, że ze mną może być coś nie tak. Myślałam, że po prostu tak mam. Może się szybciej męczę? Przy takim młodym człowieku ze spaniem jest ciężko. To czynnik, który widzę w moich pozostałych epizodach. Brak snu, brak odpoczynku, brak schematu prowadzi do tych trudniejszych momentów.
No więc jak młody zaczął chodzić do przedszkola, pojawiły się u mnie nieznośne bóle głowy. To był przełomowy moment, ale przecież na depresję poporodową było za późno. Trafiłam do neurologa, a stamtąd po kilku wizytach do psychiatry.
Coś wyzwalało ten ból głowy? Bolała cały czas?
Myślałam, że to ból ze zmęczenia, z niedospania, wymyślałam sobie różne historie.
To nie trwało długo, ale ataki były bardzo intensywne. W trakcie jednego z nich przestałam widzieć. Odejmowało mi wzrok. To było coś w rodzaju mroczków albo miliona gwiazd, które ci zabierają pole widzenia. Siedzisz przy komputerze i nagle się okazuje, że nie widzisz połowy ekranu. Dopiero jak się nauczyłam słuchać mojego ciała, to się okazało, że o mojej depresji mówią mi poszczególne jego części.
Co neurolog zobaczył w wynikach badań?
Że wszystko jest w porządku. I z całą delikatnością zasugerował, że może jednak przyda się konsultacja u psychiatry.
To bardzo przytomny lekarz, bo kilkanaście lat temu depresja maskowana nie była popularna.
Miałam do niego zaufanie. Byłam już tak tym zmęczona, wycieńczona, że było mi wszystko jedno. W tamtym momencie gdyby mi zasugerował, że powinnam się podjąć alternatywnego leczenia na drugim końcu świata, to też bym to pewnie przyjęła. To był taki poziom wyczerpania.
Gdyby nie zalecił wizyty u psychiatry, to dalej chodziłabyś po neurologach?
Pewnie tak, nigdy nie potrafiłam o siebie zadbać. Boli, boli, boli, ale przecież przejdzie, idziemy dalej. A to już nie był ten etap. Dzisiaj mam inaczej. Zanim zacznie się coś poważnego dziać, to jestem w stanie wyłapać, że coś jest nie tak, i się temu przyjrzeć.
Pamiętasz tę pierwszą wizytę u psychiatry?
Psychiatra powiedział, że najlepsze, co mi pomoże, to leki przeciwlękowe. Miałam coś między lękami a fobią społeczną. Do czasu rozmowy z psychiatrą nie zastanawiałam się nad swoimi zachowaniami. A miałam kłopot z wychodzeniem z domu, z szerokim kontaktem z ludźmi, przytłaczało mnie to. Jak myślałam o tym, że mam do kogoś zadzwonić, to zajmowało mi to trzy dni, a na końcu i tak już było za późno i prosiłam męża, żeby to załatwił. On to rozumiał, więc robił różne rzeczy za mnie. Byłam na lekach przez dwa lata i rzeczywiście zaszły zmiany.
Psychiatra zasugerował też psychoterapię. Chodziłam półtora roku, ale nie widziałam progresu. Mogłam się tam wygadać, terapeuta niczego nie komentował i generalnie wszystko zależało ode mnie. Mam wrażenie, że gówno wiedziałam, co się ze mną dzieje, oprócz tego, że byłam w miarę stabilna na tych lekach i dzięki nim mi się polepszało.
Miałaś fobie i lęki, ale z drugiej strony byliście rodziną aktywną.
Mało tego, przez wiele lat prowadziliśmy dom otwarty: goście, najlepsze jedzenie, superekstrapostacie ze świata sztuki i kultury, high life. Ale to był mój cały kontakt z ludźmi. I oczywiście grupa najbliższych przyjaciół. Żyłam w jakiejś bańce.
Skąd mogłam wiedzieć, że życie może wyglądać inaczej? Wydawało mi się, że jest normalnie. Nie ma przemocy domowej, nikt nie nadużywa alkoholu, nikt nie bije, nikt nie krzyczy, wszystko jest w porządku, dziecko jest zdrowe.
Depresja to choroba samotności, ona się bierze z naszego środka, niezaopiekowanego, i z zaburzenia biochemii mózgu. Często brak dostępu do siebie to nie tylko utonięcie pod kocem w łóżku, to też nakręcenie się na najwyższe obroty. Jesteś w pędzie, ale jak się zatrzymasz, to padniesz.
Szalona praca ponad ludzkie możliwości.
Ona jest po to, żeby się nie skontaktować samemu ze sobą.
Albo po to, żeby coś udowodnić. Sobie, rodzinie, wszystkim wokół, światu, ludziom w miejscowości, z której się pochodzi.
U mnie to była chyba chęć udowadniania, że jestem wystarczająco dobra, wystarczająco mądra, wystarczająco ładna i wystarczająco się nadaję do bycia, do kochania, do życia.
Takie postrzeganie samego siebie nie bierze się znikąd.
To są deficyty uwagi, miłości, troski. Mam wrażenie, że wiele rzeczy musiałam sama zrobić, sama podejmować wiele decyzji. Gdy miałam piętnaście lat, nie dostałam się do szkoły średniej, o której marzyłam, i musiałam sobie sama zorganizować inną, do której pójdę. Dzisiaj mi się wydaje, że - do cholery! - to nie jest zadanie dla piętnastolatki.
Rodzice ci nie pomogli?
Nie było w tym jakiejś specjalnej złej woli. Oni chyba nie umieli sobie radzić takich sytuacjach.
Moi rodzice na pewno nie mieli takich narzędzi wychowawczych jak my dzisiaj. Nie było oczywiście dramatycznie. Ale jak patrzę na swoje pokolenie, na dzieci przełomu, to wydaje mi się, że nikt nie zwracał uwagi na dzieci aż tak bardzo. Teraz mamy odwrócenie tego zjawiska. Cały przemysł jest stworzony do tego, by niemal od poczęcia dziecka przygotowywać się do roli rodzica.
Byłaś samotnym dzieckiem?
Byłam bardzo samodzielna, a to mogło wynikać z tego, że czułam się bardzo samotna. Gdy dorosłam, zostałam mistrzynią robienia wszystkiego sama, więc współpraca z ludźmi nie szła mi nigdy specjalnie dobrze. Ja przede wszystkim zrobię to szybciej. Jak mam to tłumaczyć komuś przez godzinę, to wolę sama zrobić to w dwadzieścia minut. Finalnie koszty tego są ogromne. Ta postawa ma początek w tym, że musiałam sama jako dziecko różne rzeczy robić, załatwiać, więc chciałam kontrolować wszystko. Ale tak się nie da.
Na przykład moja plajta finansowa. Założyłam pracownię cukierniczą. Bardzo trudny biznes. Pracowałam siedem dni w tygodniu, od rana do nocy, i czasem wychodziłam na zero, a czasem zarabiałam tyle, ile mój mąż w jeden dzień. Byłam przepracowana, przemęczona, ale z uporem to ciągnęłam.
Upadek wydarzył na OFF Festivalu w Katowicach. Prowadziłam tam kawiarnię dla uczestników imprezy. Dla 12 tysięcy osób! Przygotowywałam wszystko sama przez trzy dni. Dotarłam na festiwal z opóźnieniem i... nie wysiadłam nawet z samochodu. Zadzwoniłam do mojego męża, który był niedaleko, i mówię: "Muszę wyjść z auta, ale potrzebuję kogoś, kto by mnie z niego wyniósł, bo moje nogi nie pracują". Dojechałam tam na oparach energii i nie miałam siły sama wstać.
Odpoczęłam chwilę, pozbierałam się i stanęłam w końcu jakoś na nogi na te trzy dni festiwalu. Potem się okazało, że dalej już się tak nie da. Wróciłam do Warszawy i rozpadłam się na kawałki. Co oznaczało, że nie byłam w stanie wstać z łóżka, potrzebowałam specjalistów, masaży, rezonansów. Odcięło mnie. Moje nogi nie chciały współpracować i po prostu nie chodziłam. Mam taką panią magiczkę, która wyciągała mnie z tego: masowała, żeby zrobić przestrzeń między kręgami, próbowała zrelaksować moje ciało. Byłam niesamowicie spięta, zaciśnięta. To niewiarygodne, ile mogłam funkcjonować w takim złym stanie.
Jak cię odcięło od pasa w dół, to się trochę ocknęłaś?
Jak dziś o tym myślę, to chyba byłam mocno pojebana. Ale wiecie, co temu towarzyszy: "Jezu, jaka ja jestem zajebista, ja to potrafię zrobić, należą mi się medale, puchary, fanfary".
Ludzie przeżywają depresję na różne sposoby, jeden idzie do pracy na szesnaście godzin sześć dni w tygodniu. To przecież też jest odcięcie od tego, co się z tobą dzieje w środku. A u innych pojawiają się ewidentne sygnały z ciała. "Zatrzymaj się" - mówi nam nasz organizm. Jeśli nie chcesz się zatrzymać z poziomu głowy, rozumu, to ciało może ci to zakomunikować.
Po tej akcji mój mąż powiedział: basta! I stwierdził, że chyba czas na terapię.
Tobie się lampka nie zapaliła?
Nie, mówiłam, że jest OK, że jeszcze tylko chwila.
Nie poszłaś na terapię?
Nie. To tak jak wracasz do domu, jest 23.00, wiesz, że powinnaś iść spać, ale masz jeszcze tylko trzy maile do napisania. Mąż zauważył, że dzieje się coś złego. W kolejnych epizodach stał się dużo bieglejszy, bo one się zaczynały tak, że ja byłam ciągle wkurwiona. Sama nie mogłam ze sobą wytrzymać.
Wkurwiona czy smutna i wycofana?
Wszystko razem. To takie wkurwienie, które idzie do środka. Czułam bezradność, bezsilność. To były objawy depresji. Dzisiaj o tym wiem, ale wtedy to nie było dla mnie jasne. Myślałam, że po prostu mam taką naturę, że jestem wkurwiona, całe życie byłam wkurwiona.
Ale on cię nie poznał chyba takiej wkurwionej?
Pytałam go ostatnio, czy ja zawsze taka byłam, bo ja siebie pamiętam tylko taką wkurwioną i smutną. Za tym idą te wszystkie uczucia, które się składają na triadę poznawczą Becka, czyli jestem beznadziejna, nic mi się nie udaje, nigdzie w życiu nie dojdę itd. Powiedział mi, że nie byłam taka zawsze, że pamięta te supermomenty i że zawsze widział we mnie to światło w środku. To ja sama często go nie widziałam.
Miałaś bardzo niską samoocenę.
Bardzo, ale już coraz lepiej z tym.
Długo żyłaś takimi fazami od epizodu do epizodu, od bólu do bólu?
To są cykle. Zwykle dwa lata terapii, dwa lata brania leków, dwa lata przerwy i znów dwa lata terapii, dwa lata przerwy. Na tyle wystarcza, żeby się utrzymać na powierzchni.
Po tej akcji z kawiarnią i nogami pojawiło się reumatoidalne zapalenie stawów. Miałam wtedy trzydzieści parę lat i nie byłam w stanie podnieść kubka z herbatą.
Jak się jest po trzydziestce i wykręca ci ręce, to musi to być przerażające uczucie.
We mnie to wywoływało megawkurwienie, że nie jestem w stanie sobie sama poradzić z różnymi rzeczami. Nie mogę przygotować obiadu. Nie mogę jak normalny człowiek napić się herbaty.
Nie miałaś czarnych myśli z tym związanych? Strachu? Projektowania tego, co to może być? Że za chwilę może być na przykład koniec?
U mnie znów poszło to w tę samą stronę co przy bólach głowy. Że ja już mam tego tak dość, że jestem już tym tak zmęczona, że nawet nie mam siły się tym specjalnie zajmować.
Ile czasu trwała diagnoza?
Dwa lata. Mnóstwo trwają badania, które mają wykluczyć, że to na pewno nie to. Robisz kolejno krew, USG, rezonanse, ogrom pieniędzy na to idzie. Chcę zaznaczyć, że te dwa lata to było szybko, bo prywatnie i, niestety, drogo.
Między tym epizodem z kręgosłupem i nogami a podejrzeniem zapalenia stawów minęło kilka lat i nie połączyłaś tego ze sobą.
W ogóle. Dopiero gdy zaczęłam się temu przyglądać, to się okazało, że jest jakiś wzór, jakaś powtarzalność. Żaden lekarz mi nie powiedział, a może sama na to nie wpadłam, że może warto byłoby się temu przyglądać, robić jakieś zapiski. Tego się dowiedziałam później, już w trakcie psychoterapii. Dostrzeżenie tej regularności zajęło mi piętnaście lat! Dopiero na mojej ostatniej terapii dowiedziałam się, że wcale tak nie musi być.
Może ludzie nie chcą tego słuchać, bo to oznacza, że trzeba też wykonać robotę wtedy, kiedy jest dobrze.
Tak jest chyba z każdym działaniem w życiu człowieka. Jak jest dobrze, to się nie zastanawiasz, dlaczego tak jest, tylko ciągniesz, ile się da.
Jak masz złamaną nogę, to dostajesz gips, a w depresji dostajesz leki, ale głównie musisz pracować nad sobą. Alkoholicy mówią do siebie, że jak ci się nie chce iść na mityng AA, to zapierdalaj. Jak ci się chce, to nie ma problemu, ale jak ci się nie chce, to pędź w podskokach, bo coś niedobrego może się z tobą dziać.
Wyobraźmy sobie, że ktoś, kto uwielbia jeździć na nartach, łamie nogę. Ma operację, rehabilitację, leczenie i w końcu noga jest zdrowa. Żeby móc wrócić na stok, musi tę nogę znów wyćwiczyć, wzmocnić swoje mięśnie. Z depresją jest podobnie. I, mało tego, żeby trzymać się jak najdalej od powrotu do tego dołka, do tego bagna, są ćwiczenia i praktyki, które trzeba wykonywać na co dzień.
Ale złamania nogi nikt nie kwestionuje, widać je na prześwietleniu. W przypadku depresji jest inaczej. Często ją wypieramy albo się poddajemy i nie podejmujemy terapii.
Nie zauważyłam miliona rzeczy, które działy się z moją rodziną w tym czasie. Wydawało mi się, że jestem taka pokrzywdzona, taka smutna, taka zła. Wiecie, jaka jest różnica między stwierdzeniem "marzenia się spełniają" a "marzenia się spełnia"? Żadne marzenie nie spełni się, jeśli leżysz pod kocem na kanapie. Trzeba wziąć odpowiedzialność za swoje życie i wykonać coś, co nas doprowadzi do realizacji tego marzenia. W wypadku depresji to nie jest łatwe ani do usłyszenia, a już na pewno nie jest to łatwe do przyjęcia, a jeszcze trudniej z tym ruszyć. Żeby ruszyć z depresji, trzeba być oczywiście w lepszej formie, trzeba się trochę podnieść za pomocą leków.
Wspominałaś o ćwiczeniach i praktykach, które trzeba wykonywać na co dzień, żeby depresja nie wróciła. Co robisz, żeby uniknąć nawrotów?
Pierwsza rzecz, dla mnie kluczowa, to terapia. Jestem w trakcie mojej szóstej. Wcześniej byłam na dwóch grupowych, małżeńskiej i jednej indywidualnej. Dopiero teraz dostałam coś, czego, mam wrażenie, nie dostałam nigdy wcześniej albo czego nie byłam w stanie nigdy wcześniej zobaczyć. Totalną akceptację, takie 100 procent akceptacji od mojej terapeutki.
Czym się przejawia ta akceptacja?
Gdy twoja terapeutka widzi, że glut leci ci do pasa, i mówi do ciebie, że to jest OK. "Jesteś tu, a ja tu jestem z tobą".
Bo pewnie zaczęłaś przepraszać, że ci z nosa leci?
Oczywiście! Wstyd! Uważałam, że muszę się ogarnąć. A ona mnie w tym zatrzymuje, mówiąc, że to jest OK. To była terapia Gestalt. Nie chodzi w niej o to, żeby terapeutce opowiadać, jak mi było trudno w ostatnich dniach. Gestalt w dużej mierze koncentruje się na tym, co się z tobą dzieje w danej sekundzie, czyli gdy już jesteś w gabinecie, co wtedy przeżywasz. To tam się nauczyłam przyglądać swoim sygnałom z ciała, bo ważna jest każda, nawet najmniejsza rzecz. Jest takie piękne stwierdzenie, że każda rzecz robi różnicę. Wyobraźcie sobie, że jak rozkładam to na czynniki pierwsze, to tak właśnie jest.
Może chodzi też o to, żeby nie tylko dostać akceptację od kogoś, ale przede wszystkim zaakceptować siebie i swoje życie.
To jest kwintesencja tego, co mi dała moja terapeutka. Jak zobaczyłam, że to może wyglądać w ten sposób, to się okazało, że - uwaga, fanfary - ja to mogę sobie sama dać!
Pamiętam jedną z grupowych terapii. Zostawiałam samochód daleko od miejsca, gdzie mieliśmy spotkania, i przez całą terapię, czyli prawie rok, nie byłam w stanie się przyznać, że ja mieszkam także we Włoszech i że mam tam cudowny dom. Taki strach przed tym, że ludzie będą mnie oceniać. Bo na pewno pomyślą, że co ja tu, kurwa, robię? Przecież jeżdżę świetnym autem, śmigam po całym świecie, spotykam się z superznanymi osobami.
Ktoś ci może powiedzieć: Tobie jest chujowo? Mnie to jest chujowo!
A to jest nie do ocenienia. Nigdy nie wiemy, co drugi człowiek przeżywa w środku. Czasem na zewnątrz wszystko wygląda pięknie.
Popatrzcie na moje życie: byłam modelką w Nowym Jorku! Szczyt marzeń. A jak się czułam? Fatalnie.
To było długo przed dzieckiem i depresją, prawda? Jak w ogóle trafiłaś na światowe wybiegi?
Byłam po maturze, pracowałam w firmie w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Akurat jadłam niedaleko lunch. Wchodziłam do restauracji, gdy minęła mnie Amerykanka. Zagadała do mnie. Była skautką, taką modową head hunterką z Nowego Jorku. Zrobiła mi parę zdjęć, zabrała mnie do jakiejś agencji w Warszawie, potem do fryzjera. Dostrzegła we mnie potencjał.
Musiałam zrobić jeszcze kilka rzeczy, żeby móc wyjechać, na przykład szybko przejść na dietę, bo brakowało 3 kilogramów do tego, żeby wyglądać odpowiednio. To był supermoment na to, żeby się wyrwać ze wszystkiego, co było do tej pory.
Dwa tygodnie później mieszkałam w Paryżu. Miałam jakieś dwadzieścia lat.
Najtrudniejsze były dla mnie pobyty w Mediolanie. Wchodzę na casting i siedzi tam sześćdziesiąt lasek. Wszystkie są zajebiście zajebiste. A ja mam długi na koncie, trzy ubrania w walizce i jedną parę butów. No i weź idź to wygraj. No nie ma takiej opcji.
Skąd ty masz tę niską samoocenę? Dlaczego tak źle o sobie myślisz i taka jesteś wymagająca wobec siebie?
To się bierze z domu... Mam ojca alkoholika. Nie wspominałam wam o tym na początku, kiedy opowiadałam o rodzicach. To nie jest żadna specjalna tajemnica, ale też nie powód do dumy. To jest życie w stresie przez wiele lat. W napięciu, niepewności, co się wydarzy, jak ojciec wróci do domu. Ciągnie się to za mną całe życie i nie mogę się od tego uwolnić. Mam poczucie winy, wstydu, czuję bezradność i bezsilność. Dlatego musiałam się sama zająć sobą w tak młodym wieku... Gdy pojawiła się okazja, żeby czmychnąć stamtąd, to uciekłam.
Z piekła, jakim był dom?
Tak. I gdybym tego nie zrobiła, to całe życie mogłabym opowiadać o tym, jak nie zostałam międzynarodową modelką. To był mój pierwszy tak odważny krok w życiu.
Myślałaś w ogóle o modelingu jako nastolatka? Marzyłaś o Mediolanie, Nowym Jorku?
Ja?! Klasyczny rudzielec, piegowaty, z przerwą między zębami. Bez szans! No gdzie!
Totalnie okładkowa uroda, paryska dziewczyna.
Mam na swoim koncie jakieś okładki, nie tylko w Paryżu, ale i w Londynie, dużo fajnych pokazów, dużo fajnych prac.
Opowiedz o tym!
Generalnie było to tak dawno temu... że niespecjalnie jest o czym gadać. No ale OK. Wyjechałam do Paryża. Mieszkałam tam przez dwa lata. W drugim roku więcej czasu spędzałam w pociągu na trasie Paryż - Londyn. Nie było mnie stać na mieszkanie w Londynie, więc trzy razy w tygodniu jeździłam tam do pracy. Pociąg o 6.20, powrót do Paryża o 23.00 i ostatnim metrem do domu. Potem było jeszcze Tokio i Stany. W tamtym czasie byłam od rana do nocy zajęta. Nie miałam przestrzeni na myślenie o czymkolwiek. Wisiała nade mną moja niska samoocena. Ciągle wątpiłam w to, że się nadaję do tej pracy. Na rozmowie w "Vogue" w Nowym Jorku miałam taki skręt kiszek, tak się bałam, że do dzisiaj nic nie pamiętam z tego spotkania.
Ile lat pracowałaś w modelingu?
Cztery. Moja historia zagraniczna skończyła się w Nowym Jorku w momencie, kiedy okazało się, że mam nowotwór skóry. Wszystko działo się bardzo szybko. Pobrali mi wycinek. Okazało się, że to jest stadium tuż przed przerzutami, więc zwykła operacja z wycięciem tkanki skórnej wystarczy, żeby uratować sytuację. Nie miałam wtedy jeszcze ubezpieczenia w Stanach, więc wydałam na to wszystkie pieniądze, jakie zarobiłam.
Dwie doby w nowojorskim szpitalu bez ubezpieczenia to finansowa ruina. Dziesiątki tysięcy dolarów. Po operacji przyjechałam do Polski, do domu. Przez lato dochodziłam do siebie. 7 września wróciłam do Nowego Jorku, dostałam kampanię u Armaniego, ale, niestety, cztery dni później był 11 września. Ten 11 września i atak na World Trade Center. Mieszkałam w pobliżu, niedaleko szpitala, do którego przywozili wszystkich rannych, więc to było straszne przeżycie. Od miejsca ataku dzieliło mnie kilka przecznic. Pamiętam ten Nowy Jork, który jest ciszą. To jest najbardziej przerażające wspomnienie, jakie mam z tego okresu. Żadnych taksówek, klaksonów, niczego.
Wróciłam znowu do Polski najszybciej, jak mogłam, i okazało się, że jestem w finansowej, fizycznej i psychicznej dupie. Ale to nie był moment, kiedy mogłam się zająć sobą. Najprostszym rozwiązaniem wydawało mi się poszukanie pracy w agencjach modelek. W ten sposób pracowałam w branży przez prawie rok. Wtedy poznałam mojego męża. Spotkaliśmy się na sesji w Szwecji, no i tak już zostało.
Teraz zaczynamy rozumieć twoją historię. Dobrze, że o tym opowiedziałaś, bo to zmienia całą optykę. Nie jesteś Joanną, która urodziła dziecko i coś jej się nagle stało. To jest historia osoby naznaczonej bardzo trudnymi przeżyciami od najmłodszych lat.
Poukładałam to sobie, wybaczyłam, co miałam do wybaczenia, zrozumiałam, co było do zrozumienia. Wiem już, do czego moi rodzice nie mieli dostępu, do czego matka nie miała dostępu, będąc osobą współuzależnioną. Przez lata próbowałam ich uratować. Ale nie da się uratować kogoś, kto nie chce być uratowany. Przestałam się boksować z tym, czego nie mogę zrobić. I zaczęłam żyć własnym życiem.
Wreszcie zajęłaś się sobą. Ile lat ci to zajęło?
Ponad połowę z moich czterdziestu dwóch lat, więc dużo. Zaczęłam być totalnie szczera ze sobą. Uczciwie przyznawać, co mi się podoba, a co nie, co lubię, a czego nie. Doszłam do takiego momentu, w którym zadowalam siebie, a nie innych. Ale najpierw musiałam się dowiedzieć, co jest moją potrzebą, żeby móc ją zaspokoić. Nauczyłam się też, że nie musi być idealnie. Wystarczy, jak będzie nieźle. Mogę coś zrobić, zauważyć własny błąd i akceptować to. To dla mnie rewolucja.
[...]