Jesteś moim domem - Monika Sławik

Kup książkę

49.90 zł
29.94 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1 Dziecko potrzebuje ojca

Dziennik Zory, 26 sierpnia 2022 roku

Czasem mogłabym przysiąc, że sobie to wszystko wyobrażam; że te krzyki i płacz to tylko wymysł mojej głowy.

Dzisiaj jednak nie mam żadnych wątpliwości. Rozpaczy mamy, która wybrzmiewa głośno w całym domu tego wieczoru, nie umiałabym sobie wymyślić.

Nienawidzę go za to, co jej robi, do czego ją doprowadza.

Nienawidzę go prawie tak bardzo, jak nienawidzę siebie.

Bo to wszystko moja wina.

Zora

Krzyki taty są tak głośne, że słyszę je nawet na piętrze za zamkniętymi drzwiami pokoju. Jednak nie to sprawia, że rzucam swój dziennik w kąt i klękam na podłodze, przyciskając ucho do chłodnego drewna. To płacz i uniesiony ton mamy niepokoją mnie najbardziej. Podczas awantur mama zazwyczaj nie wypowiada wielu słów, aby nie podjudzać bardziej taty i po prostu przetrwać najgorsze. Dopiero gdy jego głos staje się ochrypły i uniemożliwia mu dalsze krzyki, a on sam zamyka się w swoim gabinecie za pomocą obu zamontowanych w drzwiach zamków, mama może w końcu czmychnąć do łazienki, skąd przez następną godzinę dobiega ciche łkanie. Kiedy z niej wychodzi, znowu ma perfekcyjny makijaż, a jej typowy uśmiech - który nie jest ani ciepły, ani zimny - z powrotem lekko wygina jej usta. I nie mija kolejna godzina, gdy cała nasza trójka siada do wspólnej kolacji.

Dziś jednak wszystko rozgrywa się inaczej.

Alfie

Sprawdzam jeszcze raz, czy wszystko spakowałem, a potem zapinam torbę i walę pięściami w ścianę pokoju brata.

- Spóźnimy się, jeśli zaraz nie wyjedziemy.

- Już prawie! - woła Kevin, na co przewracam oczami.

- Nie chcę dostać przez ciebie kolejnego mandatu!

Odkrzykuje coś niewyraźnie, ale nawet się nie wysilam, żeby go zrozumieć. Po raz ostatni przeczesuję wzrokiem swój pokój, by ocenić, czy na pewno nic w nim nie zostawiłem, a wtedy dostrzegam ciemną czuprynę wystającą przez szparę w drzwiach.

- Na pewno nie możecie jeszcze zostać? - pyta Bruno marudnym tonem, którego używa nieustannie od kilku dni.

Uśmiecham się do niego i przywołuję go ręką, siadając na łóżku. Chłopiec z ustami wygiętymi w podkówkę podchodzi do mnie i wskakuje na moje kolana.

- Nie masz nas dość po dwóch miesiącach?

- Trochę mam - przyznaje, przekrzywiając lekko głowę, przez co zaczynam go łaskotać. - Żartowałem, żartowałem! - krzyczy, niemal dławiąc się ze śmiechu.

- Postaram się przyjechać niedługo, okej? - mówię, kiedy już się uspokaja, a on znowu robi nadąsaną minę.

- Zaraz zaczynam przedszkole. Nie będę miał czasu na zabawę.

Unoszę brew i ledwo powstrzymuję się od parsknięcia śmiechem.

- No tak, przedszkole to poważna sprawa. - Klepię go po plecach. - Ale poradzisz sobie, wiesz? Poznasz nowych kolegów i zapomnisz o swoich starszych braciach.

Wzdycha ciężko i już ma coś powiedzieć, ale w drzwiach pojawia się Kev.

- Możemy jechać - mówi, a później, dostrzegając naszego młodszego brata, dodaje: - O, cześć, mały.

Bruno ześlizguje się ze mnie i wbiega prosto w Kevina.

- Nie chcę, żebyś wyjeżdżał - łka w jego bluzę.

- Nagram ci filmik z samolotu, okej?

- Na który zaraz nie zdążysz - wtrącam i wstaję, po czym zarzucam torbę na ramię. - Musimy ruszać.

Kiedy schodzimy na dół, ojciec i Meredith już czekają na nas przy wyjściu. W oczach kobiety dostrzegam łzy.

- Widzimy się w Święto Dziękczynienia - mówi tata i sięga do kieszeni marynarki, z której wyciąga dwie ozdobne koperty.

- Dan, nie... - protestujemy jednogłośnie, ale to na nic, ponieważ on i tak wpycha nam po jednej z nich.

- Dajcie spokój, to prawie nic. Przyda wam się trochę dodatkowej gotówki.

- Niczego nam nie brakuje - stwierdza Kevin, na co ja potakuję.

- Myślałem o znalezieniu jakiejś pracy, która... - wtrącam, ale tata marszczy brwi i wchodzi mi w słowo.

- Nie ma mowy, Alfie. Musisz skupić się na nauce i hokeju. Jeśli będziesz czegoś potrzebował, to daj znać mnie albo mamie. Pracowaliśmy na wszystko, co teraz mamy, po to, by nasze dzieci nie musiały się martwić o pieniądze.

Chcę się kłócić, ale doskonale wiem, że to nie ma sensu. A teraz dodatkowo nie ma też na to czasu. Dlatego po prostu kiwam głową.

- Dzięki, Dan - mówię.

Gdy Kevin i ja wreszcie wsiadamy do samochodu, mój brat rzuca:

- Ile dostałeś?

Wyciągam kopertę, w której dostrzegam spory plik studolarówek. Mrugam kilka razy. Nawet jak na ojca, próbującego na wszelkie sposoby zrekompensować nam od rozwodu swoją nieobecność, ta suma jest szaleństwem.

- Dwa tysiące.

- Ja tyle samo. Do tego oddał mi jeszcze wcześniej za bilety.

Śmieje się i zapina pas, a ja, mimo że podświadomie już wydaję całą sumę na nowe rzeczy do auta, czuję... wstyd. W przeciwieństwie do starszego brata nie jest mi do końca dobrze z tym, że rodzice nadal w pełni mnie utrzymują. Zresztą Kevin przynajmniej wyjechał na studia do innego stanu i nie mieszka z mamą, podczas gdy ja całe życie spędziłem w jednym i tym samym pokoju, którego ściany z dziecięcego niebieskiego na neutralny biały przemalowałem dopiero dwa lata temu. A mama nieraz robi mi kanapki na uczelnię.

Ledwo udaje nam się dotrzeć na lotnisko na czas i jestem pewny, że co najmniej dwa fotoradary uchwyciły, jak przekraczam dozwoloną prędkość.

Dodatkowa gotówka przyda mi się szybciej, niż myślałem.

Żegnam się szybko z Kevinem, a po powrocie do samochodu nie od razu odpalam silnik, bo w końcu, w totalnej ciszy, której tak dawno nie doświadczałem, tęsknota dociera również do mnie. Kevin i ja przez całe lato przebywaliśmy w domu taty w Minneapolis, spędzając czas z Brunem, szlajając się wieczorami po mieście i niemal codziennie jedząc coś zamówionego, bo żaden z domowników nie potrafi gotować. To lato z pozoru nie różniło się od pozostałych, bo odkąd rodzice rozwiedli się niemal dziesięć lat temu, każdą przerwę w nauce spędzamy właśnie u ojca. Kiedy jednak Meredith, jego nowa partnerka, urodziła Bruna, za każdym razem jest nieco inaczej, bo ten dzieciak zmienia się z miesiąca na miesiąc.

Tego lata dowiedziałem się na przykład, że jego miłość do superbohaterów ustąpiła miejsca piłce nożnej. Mały odłożył wszystkie swoje figurki do pudła, które kazał przekazać potrzebującym, a od przyszłego tygodnia rozpoczyna treningi.

Uśmiecham się pod nosem, a chwilę później wzdycham. O ile z rozstaniem rodziców i nowym związkiem ojca pogodziłem się już dawno, o tyle ciągle żałuję, że nie mogę być przy swoim młodszym bracie. Chciałbym przeżywać z nim wszystkie ważne dla niego chwile, jak na przykład pierwszy dzień w przedszkolu albo pierwszy trening.

Ruszam z miejsca, obiecując sobie, że będę starał się odwiedzać go jak najczęściej. Nie będzie to łatwe, ponieważ przede mną drugi rok studiów. W dodatku rozpoczynający się lada moment sezon hokejowy sprawi, że mój harmonogram dopełnią treningi i mecze...

Krzywię się na samą myśl. Gdyby trener się dowiedział, że całe lato obżerałem się fast foodami, a codzienne treningi zredukowałem do biegania za pięciolatkiem i paru wyjść na basen, ukręciłby mi łeb.

Włączam w radiu jakąś pierwszą lepszą stację i pogrążam się w myślach. Nawet nie zauważam, kiedy zachodzi słońce - dociera to do mnie dopiero, gdy parkuję przed domem. Wchodzę do środka, pisząc jednocześnie do mamy, że już dojechałem, i rzucam torbę na podłogę. Wyciągam butelkę wody z lodówki, a kiedy widzę półki wypełnione po brzegi jedzeniem, natychmiast dopada mnie głód. Nie mam jednak siły na przyrządzanie czegokolwiek, więc postanawiam jeszcze ten ostatni raz zamówić coś na wynos. Jednakże od razu przypominam sobie, że nie jestem już w Minneapolis, a w oddalonym od niego o niecałe czterdzieści minut miasteczku Pine Lakes[1], gdzie oferują głównie jedzenie dla emerytów lub bogaczy w średnim wieku - idealnie dopasowane do siedemdziesięciu procent mieszkańców tej mieściny - albo lokalne przysmaki dla turystów. Jedzenie z jedynej działającej tu pizzerii smakuje jak mrożonki z marketu. Burczenie w brzuchu sprawia, że mimo to składam zamówienie.

Po niecałej godzinie odbieram pizzę od dostawcy, który wygląda, jakby miał dość życia, nawet pomimo mojego sporego napiwku. Rozwalam się przed telewizorem i otwieram pudełko. Biorę kęs i żuję go ostrożnie, a ostatecznie oceniam pizzę na mocne trzy na dziesięć.

Kończę jeść czwarty kawałek i pakuję resztki do lodówki. Następnie biorę torbę i ruszam na górę do swojego pokoju, by spędzić w nim resztę wieczoru.

Na pewno gdzieś odbywa się jakaś impreza, bo końcówka lata w Pine Lakes rządzi się swoimi prawami - wszyscy wracamy już z podróży lub od drugiego z rozwiedzionych rodziców, a pozostały wolny czas wypełniamy sobie domówkami i imprezami nad jednym z jezior. Zazwyczaj, aby posiedzieć trochę z kumplami, specjalnie wcześniej wracam od taty, jednak w tym roku postanowiłem zostać u niego niemal do samego końca wakacji i nie żałuję tej decyzji. Nawet teraz, wiedząc, że cała drużyna pewnie bawi się na imprezie, niezbyt mam ochotę gdziekolwiek wychodzić.

Gdyby usłyszeli to Cade i Zack, powiedzieliby mi, że się starzeję. Zresztą kiedy tylko piszę do obu swoich przyjaciół, że właśnie wróciłem, ale chcę zostać w domu i poczekać na mamę, dostaję solidny ochrzan. Cade dodatkowo nie rozumie, dlaczego nie mogę jej wziąć ze sobą na imprezę.

Ja: Możesz pomarzyć.

Ja: Nie, stop. Masz zdecydowanie nie marzyć o mojej mamie.

Cade: Za późno.

Rozpakowuję się szybko (to znaczy wyrzucam zawartość torby na fotel), włączam muzykę, a później wchodzę pod prysznic. Nie wiem, ile tak stoję i wykrzykuję słowa piosenki na cały głos, jednak po pewnym czasie słyszę jakiś hałas... a potem kolejny. Zakręcam wodę, a kiedy ustalam, że ktoś dobija się właśnie do drzwi, wycieram się i zarzucam na siebie pierwsze z brzegu ciuchy.

Gdy stukot staje się bardziej uporczywy, stwierdzam, że to muszą być Cade i Zack, którzy postanowili mnie siłą wyciągnąć z domu. Zbiegam na dół, podchodzę do drzwi i już zamierzam chwycić za klamkę, ale coś mnie powstrzymuje. Zerkam przez wizjer i muszę mrugnąć kilka razy, by upewnić się, że nie mam zwidów.

Co, do cholery?

Po drugiej stronie stoi ciemnowłosa kobieta i jestem pewien, że ją znam, ale za nic nie mogę sobie przypomnieć, kim jest. Odskakuję od drzwi, ponieważ ona znowu mocno w nie wali.

- Dolly, otwórz, proszę! To ja, Patrisha! - wybrzmiewa krzyk i wtedy już wszystko sobie przypominam.

Otwieram drzwi, a na twarzy kobiety, która nieznacznie postarzała się przez kilka ostatnich lat, odmalowuje się zdziwienie. Nie wiem, czy mnie nie rozpoznaje, czy po prostu jest zaskoczona, że to nie moja mama jej otworzyła, ale po chwili potrząsa lekko głową i poprawia swoją kremową, dopasowaną marynarkę z jakimś dziwnym bordowym wzorem z przodu.

- Alfie - mówi łagodnym, lecz jednocześnie podszytym paniką głosem.

- Trish? Co ty...

- Potrzebuję twojej pomocy - mówi dalej, nie pozwalając mi dokończyć. - Zora... Ona potrzebuje pomocy.

Marszczę brwi. Na dźwięk tego imienia w mojej głowie pojawia się twarz piegowatej, rudej dziewczynki o takim samym głębokim czekoladowym kolorze oczu jak te Trish.

I dopiero w tej chwili zauważam, że na jej marynarce nie ma żadnego wzoru. Czerwony rozmazany kształt to krew.

Zora

Ból pulsuje w całym moim ciele, promieniując głównie z żeber, a mocno obijające się o nie serce jeszcze bardziej go potęguje. Przyglądam się wędrującym po szybie samochodu kroplom deszczu, które wydają się iskrzyć od świateł ulicy, i czuję, jak kolejna stróżka ciepłej cieczy spływa wzdłuż mojej skroni aż do brody, by następnie wsiąknąć w cienki materiał bluzki.

Lubię ją. Została uszyta z jedwabiu barwionego na mój ulubiony szałwiowy kolor, a jej bufiaste rękawy oraz kołnierzyk zdobią hafty. Jest jedyna w swoim rodzaju i piękna... a raczej była, bo nie wyobrażam sobie, żeby z tak delikatnej tkaniny udało się pozbyć plam krwi.

- Zoro, co ty robisz? Uciskaj ranę!

Surowy ton głosu mamy idealnie zgrywa się z klaksonem, którego ktoś musiał użyć zaraz obok nas. Hałas, odbijający się echem w mojej głowie, niemal mnie ogłusza. Mam wrażenie, że przez to krew z rany nad moją brwią płynie jeszcze szybciej. Chcę unieść dłoń ze zwiniętym ręcznikiem, ale on nagle zdaje się ważyć tonę. A ja jestem tak zmęczona... Zamykam oczy. Tylko na chwilę. Zaraz...

- Nie waż się zasypiać! Słyszysz?! Zora!

Uchylam lekko powieki i widzę mamę. Spanikowanym wzrokiem wędruje ode mnie do ulicy i z powrotem. Wyzywa jakiegoś kierowcę, który zajechał jej drogę, i chyba znowu mnie woła, ale już nie udaje mi się na nią spojrzeć.

Mój sen jest lekki, nadal boleśnie czuję każdy zakręt i ciągle słyszę krzyki mamy. Jednak dopiero cisza sprawia, że całkiem się wybudzam, jakby to ona była trudniejsza do zniesienia. Próbuję się poruszyć, a z moich ust wyrywa się jęk.

- Zora, kochanie, otwórz oczy - powtarza mama tym samym błagalnym, spanikowanym tonem, ale moje powieki wciąż uporczywie nie chcą się rozkleić. - Zaraz ci pomożemy.

My? Czyli kto? - chcę zapytać, ale zamiast tego niemal bezgłośnie bełkoczę. Mamie jednak albo udało się coś z tego zrozumieć, albo domyśliła się, o co mi chodziło, bo dodaje:

- Przyjechałyśmy do Dolly. Ona nam pomoże. Pomoże nam...

Marszczę brwi, a przynajmniej wydaje mi się, że to robię. Dolly? Dlaczego przyjechałyśmy do niej? Nie widziałam jej tak długo...

Zrobiłabym wszystko, żeby coś powiedzieć, ale nie jestem w stanie. Czyjeś smukłe ramiona obejmują mnie i próbują postawić na nogi, a ból w żebrach nagle zostaje znacznie przytłumiony przez ten w udzie, który do tej pory był niemal nieodczuwalny.

- Kochanie, musisz mi trochę pomóc. Nie dam rady cię podnieść.

- Nie... mogę... się ruszyć - udaje mi się wymamrotać.

- Poczekaj tutaj, dobrze? Zaraz wracam.

- Nie... - próbuję protestować, ale w tej samej chwili słyszę oddalające się kroki mamy, a potem... nastaje cisza.

Zostałam całkiem sama. Po moich policzkach zaczynają cieknąć łzy. Po chwili słyszę huk, a następnie odgłos ciężkich kroków.

Wrócił. Znowu mnie dopadnie. Znowu...

Kurwa, co jej się stało? - pyta ktoś męskim głosem, który na szczęście nie należy do niego. Wydaje mi się, że go rozpoznaję, ale nie potrafię przywołać w pamięci żadnego imienia ani twarzy.

- Ona... - zaczyna mama. - Spadła ze schodów.

Moje serce na chwilę przestaje bić.

- Dzwonię po karetkę - oznajmia chłopak.

- Nie! Nie potrzebuje szpitala. Jest tylko poobijana.

- Jest cała we krwi i nawet się nie rusza! - W jego głosie pobrzmiewa niedowierzanie i... panika.

- Po prostu pomóż mi zanieść ją do domu i zadzwoń do Dolly. - Następuje chwila ciszy, a potem mama dodaje jeszcze błagalnie: - Proszę, Alfie. Nie możemy jechać do szpitala.

Alfie? Skąd ja znam to imię?

Próbuję wytężyć umysł, ale to na nic. Znowu zapada cisza. A później ktoś po raz kolejny obejmuje moje ciało. Tym razem oplatające mnie ramiona są większe, twardsze. Pewniejsze.

- Trzymaj się, Zo - poleca ten znajomy głos. - To prawdopodobnie będzie boleć.

Boli. Chłopak wzmacnia uścisk i wyciąga mnie z przedniego siedzenia, po czym przyciska do siebie. Moja głowa bezwładnie opada na jego pierś, a pół sekundy później tracę kontakt z rzeczywistością.

Alfie

Patrzę na nieruchomą sylwetkę na kanapie w salonie, zastanawiając się, czy to wszystko nie jest czasem złym snem.

Mimo upływu czasu i jej opłakanego stanu od razu udało mi się rozpoznać Zo - dziewczynkę, która niegdyś, razem ze swoją mamą, spędzała u nas całe dnie. Zdecydowanie jednak nie przypomina teraz siebie sprzed lat. Wtedy była taka wesoła, wiecznie roześmiana, zawsze ubrana w jakieś eleganckie sukienki, z długimi warkoczami po bokach i wstążkami... Teraz jej twarz i ciuchy są pokryte krwią, świeżą i tą lekko już zaschniętą. Na skroni ma kilkucentymetrowe rozcięcie, a jej dolna warga jest opuchnięta i ma niemal purpurowy kolor. Gdy niosąc ją do domu, dostrzegłem rozdarty materiał rajstop przy sporych rozmiarów ranie na jej udzie, zrobiło mi się słabo i niemal się potknąłem.

Najgorsze jest w tym wszystkim to, że Zo się nie rusza. Jej klatka piersiowa unosi się miarowo, więc wiem, że oddycha, ale oprócz tego leży nieruchomo na kanapie. Matka dziewczyny przemywa jej twarz wilgotnym ręcznikiem, który kazała sobie przed chwilą przynieść, a ja się temu przyglądam, opierając się o ścianę i ściskając telefon w dłoni. Mama już jedzie, więc zaraz sama oceni sytuację. Na pewno będzie wiedziała, co robić. Tylko co, jeśli będzie za późno?

- Widzisz? - mówi Trish pozbawionym emocji głosem. - Wystarczyło ją trochę przemyć i nie jest tak źle.

Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Jasne, może bez rozmazanej po całej twarzy i szyi krwi dziewczyna wygląda mniej makabrycznie, ale co to zmienia? Ona się nie rusza!

- Trish, ty zwariowałaś - stwierdzam i przeczesuję włosy. - Przecież ona jest nieprzytomna. Daj mi jeden dobry powód, dla którego nie powinniśmy teraz pędzić z nią do szpitala.

- Zora tak czasem ma: wyłącza się i zastyga w kompletnym bezruchu. To nic nadzwyczajnego, wcale nie utraciła przytomności. - Wzrusza ramionami. - Oddycha, a ja mogę sama opatrzyć jej rany. Mógłbyś przynieść apteczkę z mojego samochodu? - Odszukuje w kieszeni spodni klucze i rzuca nimi w moją stronę. Ledwo udaje mi się je złapać. - Jest w bagażniku.

Klnę pod nosem, przez co kobieta karci mnie spojrzeniem. Zerkam znowu na Zo, by upewnić się, że jej klatka piersiowa nadal się unosi. Dopiero wtedy wychodzę.

Jakim cudem ten wieczór obrał taki kierunek? Dlaczego Trish zachowuje się, jakby postradała zmysły? Zapamiętałem ją raczej jako zrównoważoną.

Przechodzę przez podjazd i otwieram bagażnik wypolerowanego na błysk mercedesa. W nim od razu dostrzegam dwie sporych rozmiarów, zamknięte byle jak, skórzane torby podróżne oraz przezroczysty plastikowy pojemnik z różnymi rzeczami. Moją uwagę przykuwają dwa paszporty. Marszczę brwi, ale postanawiam na razie o tym nie myśleć. Odszukuję apteczkę i zamykam samochód, a wtedy mama parkuje na podjeździe swój żółty kabriolet.

Kiedy słyszę jej głos, zalewa mnie ulga. Wysiada i przytula mnie ostrożnie, bo na sobie wciąż ma fartuch ubrudzony kolorowymi lukrami.

- Gdzie one są?

- W salonie - odpowiadam i unoszę czerwone pudełko. - Trish wysłała mnie po apteczkę, ale myślę, że to nie wystarczy.

Zanim rusza w kierunku wejścia, zaciska usta w wąską kreskę i przymyka na chwilę powieki. Kręci głową, jakby była rozczarowana i wściekła zarazem, ale kryje się w tym coś jeszcze... Coś, co podpowiada mi, że cała ta sytuacja nie jest dla niej jakimś wielkim zaskoczeniem... Mam wrażenie, jakby po części spodziewała się, że to się wydarzy. A to już kompletnie zbija mnie z tropu - na tyle, że postanawiam przestać snuć domysły na temat tego, co się dzieje, z nadzieją, że wszystko zaraz samo się wyjaśni.

Trish jest, albo raczej była, najlepszą przyjaciółką mojej mamy. Odkąd pamiętam, niemal każdego dnia przesiadywała w naszym domu i niemal za każdym razem zabierała ze sobą Zo - przynajmniej póki ta była jeszcze dzieckiem.

W wieku przedszkolnym byliśmy nierozłączni. Bawiliśmy się w piasku, kąpaliśmy w jeziorze, graliśmy na moim PlayStation... Wszystko robiliśmy razem. Kiedy jednak zacząłem drugą czy trzecią klasę, Zo stała się nagle rozkrzyczanym, irytującym dzieciakiem, który łaził za mną i moimi kumplami, podczas gdy ja ze swoimi trzema latami przewagi czułem się jak dorosły.

Pamiętam, że razem z Cade'em zaczęliśmy stroić sobie z niej żarty, a mój przyjaciel miał dla niej nawet pewne przezwisko, którego teraz za nic nie mogę sobie przypomnieć. Ja za to wołałem na nią "Zo" i nie wiedzieć czemu, to wkurzało ją najbardziej. W końcu zaczęła rzadziej do nas przychodzić, a gdy już to robiła, nie odzywaliśmy się do siebie.

Wszystko skończyło się w sierpniu, cztery lata temu. Jak zawsze spędzałem wtedy wakacje u ojca i z jakiegoś niewiadomego mi powodu Trish i Zo mieszkały w tym czasie z moją mamą. Nie do końca to rozumiałem, bo przecież ich dom znajdował się niedaleko, ale w to nie wnikałem. Kiedy wróciłem od taty, mama i Trish były tak bardzo pogrążone w kłótni, że nawet nie zauważyły, że stoję w drzwiach. Do dziś jednak nie wiem, o co chodziło, a jedyne słowa, jakie udało mi się wyłapać i zapamiętać, to: "Dziecko potrzebuje ojca", wypowiedziane przez mamę Zo, po których ta opuściła nasz dom, ciągnąc córkę za sobą.

Kilka razy próbowałem wyciągnąć od mamy powód całego zamieszania, ale ona zawsze powtarzała, że to sprawa między nimi. Żyliśmy dalej, aż wreszcie... zapomniałem o istnieniu tej kobiety oraz Zo.

Mama wpada do salonu, a ja zaraz za nią. Mój wzrok od razu wędruje do kanapy i dostrzegam, jak Trish próbuje unieść Zo. Twarz dziewczyny wykrzywia się w bólu, a z jej opuchniętych warg wydobywają się jęki.

- Co ty, do cholery, robisz?! - rzucam i do nich podbiegam. Jednym ramieniem obejmuję najdelikatniej, jak tylko mogę, plecy Zo, a drugim odsuwam od niej Trish. Kładę dziewczynę ostrożnie z powrotem na poduszkach. Zauważam, że łzy spływają po jej policzkach, przez co podnoszę się i patrzę na jej matkę. - Mam tego dość. Dzwonię po karetkę - oznajmiam i wyciągam telefon. Wybieram numer ratunkowy i już mam nacisnąć zieloną słuchawkę, gdy ktoś wyrywa mi komórkę z ręki.

- Ona potrzebuje pomocy, pozwól mu to zrobić! - woła gdzieś zza moich pleców mama, a ja unoszę wzrok na Trish.

Kobieta trzyma urządzenie wysoko w trzęsącej się dłoni, jakbym wcale nie przewyższał jej o dwie głowy.

- Oddaj mi go - cedzę przez zaciśnięte zęby.

- Zora nie potrzebuje szpitala - upiera się, a jej spojrzenie z każdym słowem staje się coraz bardziej puste. - Nie może jechać do szpitala. Nie może. Wszystko zwali na mnie... Nikt nie może wiedzieć, nie pozwolę na to.

Okej, już mam pewność. Trish w ciągu tych czterech lat totalnie odbiło. A może od zawsze była szalona, a ja tego nie zauważałem?

Patrzę bezradnie na mamę, która klęczy teraz przy Zorze i odgarnia jej włosy z twarzy. Są ciemniejsze niż wtedy, gdy była dzieckiem. Nawet nie umiem określić, czy to wciąż rudy, czy brązowy, czy może nawet ciemny blond.

Potrząsam głową, jakbym w ten sposób mógł wyrzucić z niej niepotrzebne myśli.

- Ktoś musi ją zbadać - naciskam.

- Mój znajomy jest lekarzem - odzywa się mama. - Będzie w stanie pomóc... po cichu. Ale jeśli stwierdzi, że potrzebuje większej pomocy, to sama zawiozę Zorę do szpitala.

Unoszę brew i patrzę na nią z nadzieją, że się przesłyszałem.

- Po cichu? - powtarzam, lecz zostaję zignorowany.

- Możecie się u nas zatrzymać tak długo, jak tylko będziecie potrzebować - kontynuuje mama. - Ale jeśli kolejny raz do niego wrócisz, więcej tego nie zaproponuję.

Co do...

- Dolly, nie trzeba. - Trish od razu protestuje. - Polecimy do Londynu.

Mama nie zamierza ustąpić, ale po jej minie widzę, że kończy się jej cierpliwość.

- Zostaniecie z nami dla dobra Zory. Jeśli teraz wyniesiecie się do innego kraju, będzie musiała zmienić szkołę. To zły pomysł, bo przecież zaraz zaczyna ostatni rok liceum. Nie wspominając już o twojej matce, która nie przyjmie was z otwartymi ramionami.

Trish patrzy to na nią, to na mnie i kiwa głową.

- Dziękuję - mówi cicho.

Mama znowu przenosi wzrok na Zorę i podwija rękawy do łokci.

- Przyniosę więcej ręczników i wezwę doktora Harrisona. Alfie, przynieś miskę z wodą i jakieś ubrania z mojej garderoby. Coś luźnego.

Czując się jak w jakimś transie, ruszam do kuchni, gdzie odnajduję największą miskę, jaką mamy, i wypełniam ją wodą. Następnie odstawiam ją na stolik przy kanapie. W tym samym czasie mama wraca z ręcznikami.

- Tak mi przykro, kochanie - lamentuje Trish i zaczyna znowu przemywać rany córki. - Tak bardzo mi przykro. Nie sądziłam, że byłby zdolny do czegoś takiego, nie wobec ciebie...

Otwieram szeroko oczy. Patrzę na mamę, ale na jej twarzy nie widzę żadnych oznak szoku, przez co dodaję dwa do dwóch.

Zo nie spadła ze schodów. Ktoś skrzywdził ją celowo. Zaciskam mocno pięści, aż moje ramiona zaczynają drżeć.

- Alfie. Ubranie - przypomina mama.

Rozprostowuję powoli odrętwiałe palce i ruszam z ociąganiem na górę. Po drodze spoglądam jeszcze na Zo, jej rany widzę teraz jakby na nowo, z innej perspektywy. Moja wyobraźnia podsyła mi obrazy tego, jak każdy siniak, każda rana i każde zadrapanie musiały powstać. Jedyne, czego brakuje przed moimi oczami, to twarz tego, kto jej to zrobił.

Pół godziny później doktor Harrison, który - jeśli dobrze kojarzę - jest jednym z byłych chłopaków mamy, wchodzi do naszego salonu. Ma na sobie jasną, nieco wymiętą koszulę z poluzowanym krawatem, a w dłoni trzyma skórzaną torbę. Od razu dostrzega Zo i wymienia ściszonym głosem parę słów z mamą. Nie zwlekając ani chwili, za co jestem mu cholernie wdzięczny, podwija rękawy koszuli, a następnie przysiada na krańcu kanapy. Wyciąga z torby rękawiczki, zakłada je i zaczyna uważnie badać Zo. Odgarnia jej przyklejone do skroni włosy, aby przyjrzeć się rozcięciu, odpowiedzialnemu za krew na boku jej twarzy, po czym przenosi dłonie na brzuch i lekko go uciska - powolnymi ruchami kieruje się w górę, aż do żeber. Przez kilka minut mężczyzna kontynuuje badanie w ciszy, a potem, z pomocą mamy, opatruje dziewczynie rany. Wreszcie ściąga rękawiczki i wsuwa je do torby, a następnie wstaje.

- Kim ona jest? I kto to zrobił? - pyta rzeczowym tonem.

Trish, która przez cały ten czas stała pod ścianą, podchodzi do niego i obejmując się ramionami, mówi:

- To moja córka. Spadła ze schodów.

Mężczyzna unosi wysoko brwi, a wzrok, jakim sekundę później mierzy Trish, sprawia, że nawet mnie przeszywa chłód. Gdybym był na jej miejscu, zamieniłbym się w bryłę lodu.

- Jeśli nie otrzymam prawdziwej odpowiedzi, sam zawiozę ją na ostry dyżur i dopilnuję, aby zrobiono dokładną obdukcję, a następnie powiadomię policję - mówi. - Jej rany nie mogły powstać od takiego upadku. Dziewczyna została pobita i prawdopodobnie pchnięta na coś twardego i ostrego.

Trish zasłania usta dłonią, jakby ta wiadomość była dla niej zaskoczeniem. Patrzy bezradnie na moją mamę, a z jej oczu zaczynają płynąć łzy. Zapada dłużąca się cisza. Widzę, jak mama walczy z własnymi myślami, aż w końcu podchodzi do Trish i szepcze:

- Musisz przestać go kryć. - Odwracając się z powrotem do mężczyzny, dodaje: - Dziewczyna została pobita przez ojca.

Nieruchomieję. Wiem, że moja podświadomość już jakiś czas temu zdążyła poskładać to w całość, ale coś, nawet teraz, nie pozwala mi w to uwierzyć. W tle słyszę, jak Trish próbuje wszystkiemu zaprzeczyć, lecz kompletnie się wyłączam.

Zo została pobita przez własnego... ojca. Przenoszę na nią wzrok i zastanawiam się, czy kiedykolwiek w ogóle widziałem jej tatę. Szybko zdaję sobie sprawę z tego, że przez tyle lat przyjaźni Trish i mojej matki nic o nim nie słyszałem. Nagle kolejne elementy układanki wskakują na miejsce i już wiem, dlaczego spędziły z nami tamto lato. Cokolwiek działo się w ich domu, musiało trwać już wtedy... a zapewne trwało jeszcze wcześniej. O to chodziło mamie, gdy mówiła, że nie da Trish kolejnej szansy. Dlatego nie była całą tą sytuacją zbyt zaskoczona.

Cztery lata temu Zo i Trish uciekły z domu. Zamieszkały u nas, a potem wróciły tam tylko po to, aby stało się... to.

Zerkam na Zo, która teraz wydaje się jeszcze bardziej bezbronna niż wtedy, gdy była małą dziewczynką. Mimo jej spokojnego oddechu przeczuwam, że nie śpi i że... cierpi. Jestem ciekaw, czy słyszy kłótnię, jaka właśnie trwa między mamą, lekarzem i Trish. Jeśli tak, to nie daje tego po sobie poznać.

- Wiem, że jestem ci winien przysługę, Dolly, ale to... To wykracza poza zdrowy rozsądek - mówi mężczyzna. - Zgodzę się nikogo nie powiadamiać tylko dlatego, że cię znam i wiem, że nie pozwolisz, żeby to się powtórzyło.

- Dziękuję, John. Naprawdę to doceniam.

Mężczyzna kiwa głową bez przekonania.

- Dziewczyna nie ma żadnego złamania, rana na głowie nie wydaje się groźna. Oczywiście nie będę miał stuprocentowej pewności bez prześwietlenia, ale nie wykonam go bez zabrania jej do szpitala. Jedyne, co mogę zrobić w takich warunkach, to podać jej środki przeciwbólowe. Za parę dni przyjadę na kontrolę.

Mama coś mu odpowiada, podczas gdy Trish znowu stoi przy ścianie, jakby chciała w nią wsiąknąć. Mężczyzna szybkim ruchem bierze Zo na ręce i zanosi ją do wolnej sypialni - pokoju, który kiedyś zajmował Kevin, połączonego wspólną łazienką z moim. Następnie zostawia kartkę z zaleceniami oraz receptę i wychodzi.

- Powinniśmy zawiadomić policję - mówię, kiedy stoimy przy jej łóżku. Nie rozpoznaję własnego głosu. - Naprawdę nie rozumiem, dlaczego nikt jeszcze tego nie zrobił.

- Zostawiłam go - odzywa się Trish. - Zostawiłam go, Dolly, tym razem ostatecznie. Spakowałam nas i jestem gotowa wynieść się z tego miasta. Ostatnie, czego nam teraz potrzeba, to policja i dochodzenie na karku. To i tak nic nie da, bo on ze wszystkiego się wywinie. Znasz go, znasz jego wpływy.

Kim, do diabła, jest ten facet?

Cztery lata temu wróciłaś do niego po tym, jak sprzedał ci kilka historyjek na temat tego, że się zmienił. Powiedziałam ci wtedy, że kiedyś dostrzeżesz, kim naprawdę jest, i że będzie za późno. Gdybym wiedziała, że Zora padnie jego ofiarą, nigdy nie pozwoliłabym ci odejść, nie z nią. - Milknie na chwilę i wzdycha. - Ostatni raz, rozumiesz? Ostatni raz ci pomagam. Jeśli znowu do niego wrócisz, nie otworzę już dla ciebie drzwi. I nawet nie myśl, że pozwolę ci zabrać Zorę z powrotem do niego.

Kiedy wybrzmiewają ostatnie słowa mojej mamy, na twarzy Trish pojawia się przerażenie. Dopiero po kilku sekundach milczenia, z wciąż szeroko otwartymi oczami, przytakuje.

[1] Miasteczko wymyślone przez autorkę na potrzeby powieści.