Jude Bellingham. Sportowi giganci - Justyna Krupa

Kup książkę

39.90 zł
23.94 zł (23,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I W ŚLADY OJCA

Jakaż była radość w domu Marka i Denise Bellinghamów, gdy na świat przyszedł ich pierwszy synek. Dumny Mark, z zawodu sierżant policji w West Midlands w środkowej Anglii, szybko pochwalił się wspaniałą wiadomością kolegom z amatorskiego zespołu piłkarskiego, w którym grał po godzinach pracy.

Mark był świetnym strzelcem. Bramki dla swojej drużyny zdobywał całymi seriami. Bramkarze drużyn rywali mieli nietęgie miny, gdy tylko pojawiał się na boisku.

Czy marzył kiedyś o karierze w wielkiej piłce, na największych futbolowych stadionach? Pewnie dawno temu, ale życie potoczyło się tak, że musiał zadowolić się sławą najlepszego snajpera swojej okolicy.

Jego syn, Jude Victor William Bellingham, urodził się na początku lata, 29 czerwca 2003 roku.

Mark Bellingham nie mógł wtedy przypuszczać, że to właśnie mały Jude kiedyś zagra na najsławniejszych światowych boiskach. Nie tylko pójdzie w ślady ojca, bo pokocha piłkę. On ten świat piłki weźmie szturmem.

Dzieciak ze Stourbridge

Jude Bellingham urodził się w Stourbridge, w hrabstwie West Midlands. Nazwa tego miejsca pochodzi od przepływającej tamtędy rzeki Stour. Dość wąska na tym etapie, leniwie płynąca rzeczka była otoczona zielonymi brzegami, gdzie latem można było się trochę zrelaksować.

Stourbridge jest osobnym miasteczkiem, ale tak naprawdę stanowi część aglomeracji, której centralnym miastem jest drugi co do wielkości ośrodek w Wielkiej Brytanii - Birmingham.

W Anglii mieszkańców Birmingham nazywa się potocznie Brummies. Dialekt Brummie, którym na co dzień mówi wielu mieszkańców okolicy, dla ucha obcokrajowca brzmi bardzo nietypowo. - To nie jest angielski, którego uczymy się w szkole - myślą.

Co tam zresztą dla obcokrajowca, nawet dla części Anglików Brummies brzmią trochę jak przybysze z innego lądu.

W Stourbridge codzienne życie biegło leniwie i spokojnie. Po latach mieszkańcy miasteczka byli jednak dumni z tego, że w tej okolicy narodził się taki wielki piłkarski talent. Powstał nawet mural poświęcony Jude'owi Bellinghamowi umiejscowiony na ścianie koło lokalnego centrum handlowego.

Ludzie cieszyli, że jeden z nich, dzieciak stamtąd, zaszedł tak daleko. Nie tylko do reprezentacji Anglii, ale i ostatecznie do potężnego Realu Madryt.

Tata, gol!

Powiedzieć, że Mark Bellingham miał smykałkę do strzelania goli, to nic nie powiedzieć. Choć ojciec Jude'a nie został zawodowym piłkarzem, to był prawdziwą bestią pola karnego. W amatorskiej piłce zdobył ponad 700 goli! Tę magiczną granicę, czyli siedem setek trafień, przekroczył, gdy miał już 40 lat na karku.

Jude bardzo lubił obserwować z boku, co tata wyczyniał z piłką. Jego mama Denise chętnie zabierała syna na mecze amatorskich lig, żeby mógł kibicować ukochanemu ojcu.

- Tata gol! - wołał z trybun mały Jude.

Wkrótce dostał kibicowskie "wsparcie", bo gdy miał dwa lata, na świat przyszedł brat Jude'a, czyli Jobe. Ani się rodzice nie obejrzeli, a już mieli dwóch gagatków do wożenia na mecze i do pilnowania za linią boczną boiska.

Obserwowanie Marka Bellinghama w akcji musiało być wyjątkowo mocno inspirujące, bo przyszłość pokazała, że obaj jego synowie połknęli futbolowego bakcyla. W przypadku Jude'a jednak najpierw musiała zajść pewna ważna przemiana.

Skubanie trawy

Tata małego Jude'a miał z nim tylko jeden kłopot. Trochę go to zaczynało zastanawiać. Otóż jego mały synek... kompletnie nie chciał kopać piłki.

Mark Bellingham próbował Jude'a na wszelkie sposoby zachęcać, by ten biegał i kopał futbolówkę, jak ojciec. Po trawniku, przed domem. Nic.

- Kiedy przylatywała do mnie jakaś piłka, to po prostu brałem ją w ręce i odrzucałem - wspominał ze śmiechem tamte czasy Jude już jako dorosły facet, w rozmowie z ESPN.

Mark nie dawał za wygraną, ale czasem te próby pchnięcia Jude'a w kierunku piłki kończyły się komicznie. Zdarzało się, że przez godzinę dzieciak głównie... skubał sobie trawę. Zero chęci kopnięcia tego okrągłego, toczącego się przedmiotu. Owszem, Jude bardzo lubił oglądać tatę na boisku. Długo jednak nie przekładało się to na samodzielne próby zabawy piłką. A im bardziej rodzic naciskał, tym bardziej Jude interesował się przechodzącymi chodnikiem mrówkami, leżącymi w trawie szyszkami, a nie futbolówką.

Po latach dziennikarze pytali Jude'a, kiedy to wszystko się zmieniło. - Nawet nie pamiętam dokładnie - odpowiadał. - Po prostu, kiedyś "kliknęło".

I o ile wcześniej Jude piłki nie kopał, tak nagle zaczął to robić nałogowo.

Ważne, że "kliknęło"

Mark Bellingham był oczywiście wniebowzięty, że u syna "zagrało" i - późno, bo późno - ale zaczął biegać za piłką. Szybko postanowił iść za ciosem i zapisać go do Stourbridge Juniors. Była to odpowiednia grupa wiekowa w lokalnej szkółce piłkarskiej.

Każdy gdzieś zaczynał - Jude właśnie w takim zespole, jak najbliżej domu. Żeby nie trzeba było daleko jeździć na spotkania w szkółce. Miał tam dosłownie "rzut kamieniem".

Wtedy to jeszcze nawet nie były wielkie treningi. Po prostu - oswajanie dzieci z piłką. W tym wieku zresztą dzieciaki zwykle nawet nie lubią podawać, ledwo dostrzegają kolegę z drużyny. Widzą głównie siebie - małego brzdąca - i piłkę. A przede wszystkim każdy z nich chce strzelać jak najwięcej bramek.

Znowu po drabinę

Od kiedy Jude uznał, że piłkę rzeczywiście warto też kopać, a nie tylko oglądać z boku, wsiąkł w nową "zabawę" na całego. Dla niego wciąż była to zabawa, przede wszystkim gra, a nie coś, co miało kiedyś stać się jego karierą.

Tylko w ten sposób da się zresztą na dłużej utrzymać dzieci w sporcie. Nie może to być dla nich obowiązek. To musi być zawsze wielka frajda.

Mały Jude zaczął więc kopać piłkę, kiedy się tylko dało. I gdzie tylko się dało. Efekt był taki, że notorycznie... wpadała mu ona na daszek lokalnej szkoły.

- O, nie! Znowu poleciała na dach - wzdychały dzieciaki, na czele z Judem, po każdej takiej akcji.

Nie było szans, by samemu ściągnąć stamtąd piłkę. Za wysoko. Trzeba było iść po pomoc.

Po którymś razie Jude już przyzwyczaił pracownika szkoły, że gdy tylko pojawia się u niego ten dzieciak z zafrasowaną miną, to znaczy, że trzeba iść po drabinę.

- Robił to wyraźnie częściej niż inne dzieci - śmiał się po latach w wywiadzie ów pracownik, Mark Williams. - To stało się zabawne. Praktycznie codziennie trzeba było wyjmować drabinę. Miałem ją już w pogotowiu - wspominał.

Nie krzyczał jednak na małego, tylko cierpliwie wdrapywał się na dach. Wiedział, że Jude nie robi tego celowo. A poza tym mały był ponoć zawsze bardzo grzeczny i kulturalny.

- Zawsze pytał o piłkę bardzo uprzejmie - przyznawał ówczesny "zbawca" Jude'a.

Zawsze z bratem

Dawni sąsiedzi Bellinghamów i mieszkańcy okolicy zapamiętali małego Jude'a jako dzieciaka, który od pewnego momentu ciągle biegał z piłką "przyklejoną" do nogi.

Dziennikarze "The Independent" po latach odnaleźli panią Sarah, która mieszkała na tej samej ulicy, co rodzina Bellinghamów. Wspominała, że Jude ciągle "pukał do drzwi i chciał grać w piłkę z jej synem". - Proszę pani, czy syn może wyjść z nami na zewnątrz pokopać trochę? - wszyscy znamy to klasyczne pytanie.

Pani Sarah pamiętała też, że za Judem podążał jak cień jego młodszy brat, czyli Jobe. - Zawsze przebywali razem - mówiła.

Jak się zebrało brata, kolegów z okolicy i jakąś piłkę, to już można było grać od rana do nocy. I tak robił Jude. Dryblował, strzelał do bramek ustawionych z plecaków, czasem powtarzał zagrania podpatrzone na boisku u ojca. I tak dzień w dzień.

Grzeczny jak Jude

Mając ojca policjanta, Jude miał wpojone konkretne zasady i reguły. Nie był żadnym rozwydrzonym dzieciakiem, tylko bardzo zdyscyplinowanym chłopcem. Zresztą mama Denise też potrafiła doskonale o to zadbać.

Czasem w historiach o początkach wielkich piłkarzy wspomina się ich jako dzieciaki krnąbrne, mające pewne problemy z zachowaniem, które dopiero piłka "wychowała". To nie był jednak przypadek Jude'a.

Mały Bellingham przez wszystkich był wspominany jako bardzo dobrze ułożone dziecko. Nie było mowy o podpadaniu nauczycielom czy o awanturach z kolegami.

- Niezwykle grzeczny i uprzejmy - opisywała go Suzanne Shackleton, była nauczycielka Jude'a w szkole podstawowej w Hagley, na łamach "The Independent".

Podkreślała też, że Jude z całą mocą poświęcał się wszystkiemu, za co się zabrał. I dotyczyło to nie tylko piłki, a każdej rzeczy, którą zamierzał robić.

Nie każdy wie, że w pewnym momencie Jude zaczął np. grać w krykieta.

W Anglii jest to sport bardzo popularny, poświęca mu się całe kolumny w gazetach. I tu też nasz bohater bardzo obiecująco sobie radził, wkładał w treningi całe serce.

Dobrze jest na początku przygody z piłką łączyć ją z innymi dyscyplinami. Tak by nie zafiksować się tylko na jednej pasji.

Choć później z czegoś trzeba było zrezygnować. A wiadomo: piłka to piłka.

Wypatrzony

Już wcześniej bowiem Jude zajmował się futbolem na serio. Zaczęło się od tego, że gdy miał zaledwie sześć lat, został wypatrzony przez jednego ze skautów Birmingham City. Był to już klub duży, poważny, nie lokalna drużyna ze Stourbridge.

Wspomniany skaut po raz pierwszy dostrzegł Jude'a nawet nie na meczu jego rocznika. Stało się to, gdy Jude bawił się piłką i strzelał na bramkę, przebywając z tatą na meczu jego ekipy.

Wiecie, amatorska liga, te sprawy. Przy takich okazjach dzieciaki też mogą się pobawić piłką na murawie. Tylko, że nie każdy dzieciak ma taki talent, jaki miał Jude. On od razu zaintrygował skauta z Birmingham. A potem już poszło z górki. Oglądanie kolejnych meczów malca, kontakt z Markiem i Denise, aż wreszcie - przeprowadzka Jude'a do poważnej akademii.

Do akademii klubu, który grał wtedy w Premier League, czyli angielskiej ekstraklasie.

- Możemy państwa zapewnić, że syn na tych przenosinach tylko zyska - podkreślano w rozmowie z Bellinghamami.

Mark musiał pękać z dumy. Co prawda teraz dochodziły im nowe obowiązki, bo ktoś musiał wozić Jude'a na treningi w nowym zespole. Oni z żoną jednak nigdy nie wątpili, że wsparcie dzieci w tym, co kochają robić, jest dla nich najważniejsze.