2
Siedziałam na łóżku w dwugwiazdkowym Heritage House Motel w Prescott, patrząc na odłamaną klapkę od walkmana, i nie wierzyłam, że to ostatnie, co pozostało mi po Graysonie.
Wciąż nie mogłam dojść do siebie, mimo że Prodziekan i Gomie - który w końcu się odnalazł - zrobili wszystko, co powinni. Nie tylko mnie uspokajali, ale też zawieźli na najbliższy posterunek policji w Phoenix, gdzie mogłam zgłosić kradzież.
Problem polegał na tym, że dyżurna funkcjonariuszka nie była przesadnie zainteresowana starym soniakiem, którego rabunek jej zdaniem "nie wypełniał znamion społecznej szkodliwości czynu". Nieco bardziej serio potraktowała fakt, że mężczyzna, który się tego dopuścił, popchnął mnie na ścianę - nadal jednak trudno było uznać, by się tym przejęła.
Miałam wrażenie, że nie zamierza wpisać do swojej notatki nawet tego, że naruszono moją nietykalność cielesną, uznawszy, że ktoś pod ruchliwym terminalem po prostu się spieszył i niefortunnie mnie potrącił.
Jedynym, co potraktowała w miarę poważnie, był bagaż - choć kiedy dowiedziała się, że wcześniej zgłosiliśmy zgubę na lotnisku i infolinii Breeze, chyba automatycznie założyła, że coś kręcę. Ostatecznie byłam jedynym świadkiem całego zajścia, Prodziekan bowiem nie widział mojej czerwonej walizki znikającej w bagażniku taksówki.
Nie mając wielkiego pola manewru, pojechaliśmy więc do Prescott - a konkretnie do motelu, w którym mieliśmy z dziadkiem wynajęte dwa pokoje. Nie był to zbyt okazały przybytek, ale w miarę czysty i niedrogi - a przede wszystkim znajdował się w miejscu, które od kluczowej dla mnie stacji benzynowej dzielił raptem kilkuminutowy spacer.
Dwie gwiazdki nie obiecywały komfortu, przed budynkiem stały klasyczne dla przydrożnych moteli białe plastikowe krzesła, tuż obok znajdował się pub sportowy, a po nierównej czteropasmówce właściwie cały czas przetaczały się auta. Nie zwracałam jednak uwagi na żadną z tych rzeczy.
Zamknęłam się w pokoju na piętrze z Carlosem, a potem wpadłam w uporczywy wir myśli, który kazał mi się kręcić wokół tego, co wydarzyło się na lotnisku. Powtarzałam wciąż to samo, relacjonowałam na nowo, czasem innymi słowami, zupełnie jakby mogły jakoś pomóc.
Na próżno.
Ugryźliśmy z Gómezem temat od każdej strony. Podeszliśmy do niego od góry, od spodu, z jednego boku, z drugiego - wszystko na nic.
Wstałam z łóżka, jeszcze raz zerknęłam na smętną klapkę od soniaka, a potem oparłam się plecami o ścianę przy oknie. Przesunęłam dłońmi po włosach z naiwną nadzieją, że dzięki temu jakoś uda mi się zebrać myśli.
To oczywiście też nic nie pomogło. Ruszyłam więc na obchód pokoju, kręcąc się to w jedną, to w drugą stronę.
- To nie było przypadkowe - powiedziałam.
Carlos milczał.
- Słyszysz, Gomie?
- Słyszę - odparł cicho. - Tak samo dobrze, jak za ostatnimi piętnastoma razami.
- Ktoś zwinął moją walizkę - ciągnęłam, jakbym go nie słyszała. - I ktoś ukradł kasetę. Bo o nią chodziło, prawda?
- Aspen...
- Nikt nie połakomił się przecież na starego walkmana, to byłoby bez sensu.
Mruknął coś niezrozumiałego w odpowiedzi.
- Czyli co? - rzuciłam, znów zatrzymując się przy oknie. - Ktoś czekał na mnie przy wyjściu z lotniska w Phoenix? Dlaczego? Jakim cudem? I kto w ogóle miałby to być? Dlaczego komukolwiek miałoby zależeć na kasecie Pepecali?
Znów ruszyłam, by przemierzyć niewielki pokój wzdłuż i wszerz.
- Jest teraz bezwartościowa - ciągnęłam. - Wszystkie wskazówki, które kiedyś były na wagę złota, rozpracowaliśmy. Dotarliśmy do miejsca, które wskazywał José Alcalá. Nieopatrznie ujawniliśmy je tym gangsterom, którzy zwinęli całą swoją kasę. Na tej kasecie nie ma już nic. Nic poza wiadomością od Joyce'a.
Zwolniłam, a potem posłałam Gómezowi krótkie spojrzenie.
- Więc logika podpowiada, że chodziło właśnie o nią - dodałam.
Wciąż nie dowierzałam, że ktoś czekał na mnie przy lotnisku, bo skąd w ogóle miałby wiedzieć, że przylatuję? Jedyną osobą, którą poinformowałam, był Carlos, a jemu w pełni ufałam. Przez ostatnie pół roku mocno się do siebie zbliżyliśmy, choć na odległość. Krótko po śmierci Graysona Gomie musiał wracać do Arizony - obiecał, że przyleci w przerwie międzysemestralnej, ale wyszło, jak wyszło. Mieliśmy za to codzienny kontakt, jeśli nie przez FaceTime'a, to telefoniczny. A jak nie telefoniczny, to przez zostawianie sobie głosówek lub wiadomości na Messengerze. Byliśmy na bieżąco ze swoim życiem na tyle, że bardziej się nie dało.
Jednocześnie oboje stawialiśmy sprawę jasno - w dającej się przewidzieć przyszłości pozostajemy na stopie koleżeńskiej. Zupełnie jakby dało się w ogóle przewidzieć jakąkolwiek przyszłość.
Koniec końców to nie mógł być on.
Ale może komuś powiedział?
Może Prodziekan odezwał się do kogoś, kogo tu znał? Albo do kogoś z otoczenia June, by poinformować, że jej córka przez jakiś czas będzie w Prescott?
Nieważne.
To znaczy ważne, ale nie w tej chwili, uznałam. Będę miała jeszcze czas, by prześledzić cały obieg informacji. W tej chwili interesowało mnie coś innego.
- Powiedz mi, Gomie - rzuciłam. - Dlaczego ktoś miałby zadać sobie tyle trudu, żeby zdobyć tę wiadomość?
- Nie wiem.
- Nie było w niej nic takiego, co mogłoby okazać się istotne dla kogokolwiek poza mną. Chyba że na końcu, do którego nie dobrnęłam. Ale na kasecie nie zostało już wiele czasu, więc...
- Może nie o to chodziło.
- A o co?
Carlos siedział przy niewielkim biurku, które pełniło tutaj funkcję miejsca do pracy, do jedzenia, do czytania i do oglądania telewizji. Przesunął dłonią po blacie, przyjrzał jej się, a potem otrzepał o nogawkę spodni.
- O twój bagaż - odparł. - Może to on był prawdziwym celem, a tego walkmana zabrano, żeby zbić cię z tropu.
- No nie wiem...
- Sama mówiłaś, że ruszyłaś już w kierunku taksy.
- Niby tak.
- Więc może gdybyś trzymała w ręku iPhone'a zamiast walkmana, to właśnie jego byś straciła. Bo chodziło raczej o przeszkodzenie ci niż o zdobycie kasety.
Nie mogłam tego wykluczyć, bo brzmiało to dość racjonalnie. Zamilkłam, po raz piętnasty próbując ułożyć to wszystko w głowie i wyciągnąć z tego jakiś sensowny obrazek. Gómez tymczasem zerknął na kartkę, która leżała na biurku - i na której zapisałam wszystko to, co udało mi się zapamiętać ze słów Joyce'a.
Podeszłam do niego w milczeniu i spojrzałam na moje notatki z góry. Było ich niewiele, bo wszystko działo się zbyt szybko.
Podkreśliłam jednak dwie najistotniejsze rzeczy.
Nie wracaj do Prescott, bo to dla ciebie śmiertelnie niebezpieczne.
Druga wydawała się jeszcze bardziej kluczowa.
LILY?
Carlos też przez moment przyglądał się skąpym zapiskom, po czym obrócił głowę w moją stronę.
- I nie masz pojęcia, o czym mówił? - spytał.
- A skąd mam mieć?
- Myślałem, że może coś ci się...
- Przez ostatnie pół roku najwięcej o swoim dawnym życiu dowiedziałam się z konta na Insta, które mi pokazałeś.
Na Fejsie byłam praktycznie nieaktywna, co specjalnie mnie nie dziwiło. Mój Instagram dogorywał i jeszcze zanim wyjechałam do Hartford, doświadczał przedagonalnych spazmów, więc na niewiele mi się zdało buszowanie po nim.
Rzeczy istotne kryły się w wiadomościach prywatnych, do których nie miałam dostępu. Carlos pokazał mi jakieś esemesy, ale niewiele z nich wynikało - ludzie, którzy kontaktują się codziennie, potrafią rozmawiać o naprawdę trywialnych sprawach. Ci, którzy rzadziej się odzywają, robią to po coś. A przynajmniej takie wrażenie odniosłam, przeglądając całe naręcze memów, śmiesznych filmików i bulwersujących doniesień ze świata celebrytów, którymi się dzieliliśmy. To, co istotne, omawialiśmy albo na żywo, albo przez telefon.
- Nie mam pojęcia, o kogo chodzi - dodałam, rozkładając ręce. - Joyce nigdy nie wspomniał o żadnej Lily. No ale nie wspomniał też o tym, że byliśmy razem tutaj, w Prescott.
Moje słowa nabrały dodatkowego ciężaru, kiedy znów uświadomiłam sobie, że motel w linii prostej dzieli od stacji benzynowej Texaco raptem pięćset metrów.
Tak niewiele do miejsca, gdzie spędzałam czas wspólnie z Graysonem.
Nie wiedziałam, ile nam go dano - ze strzępków wspomnień jednak wynikało, że całkiem sporo. Każda piosenka z naszej playlisty niosła ładunek emocjonalny, każda wiązała się z innymi strzępkami wspomnień. Nie mogły powstać na przestrzeni dni, musiały minąć tygodnie.
Znów krążyłam po pokoju jak sęp, licząc na to, że od tego chodzenia cudownie rozjaśni mi się w głowie.
- Może ty kogoś takiego kojarzysz? - dodałam pod nosem.
Dopiero kiedy zadałam to pytanie, zorientowałam się, że Carlos od pewnego czasu milczy, wlepiając nieruchome spojrzenie w kartkę.
- Gomie?
- Mhm?
- Znasz jakąś Lily?
Zamiast odpowiedzi zaoferował mi jedynie milczenie. Zanim jednak zdążyłam go za to zrugać, powoli obrócił się w moim kierunku, przełożył rękę przez oparcie krzesła i głęboko westchnął.
- Znałem - odparł. - I ty też.
- To znaczy?
- Lily Gallimore.
Rozłożyłam lekko ręce, bo mówiło mi to tyle, ile nazwa gatunku chrzęstnoszkieletowych ryb morskich zamieszkujących tropikalne głębiny.
- Myślę, że może o nią chodzić, ale...
- Zaraz - ucięłam. - O kim konkretnie mowa?
- O twojej najlepszej przyjaciółce.
Boże, takie uwagi ze strony Gómeza zawsze sprawiały, że czułam się, jakbym uciekła z domu wariatów. Po raz pierwszy poczułam się tak, kiedy Prodziekan oznajmił, że Carlos to mój chłopak - i działo się podobnie, ilekroć Gomie mówił o jakimś fakcie z mojego życia osobistego, który zupełnie do mnie nie pasował.
W pewnym momencie poprosiłam go, by po prostu tego nie robił. Jeśli miałam sobie cokolwiek przypomnieć, niech stanie się to samoczynnie. Nie za sprawą ludzi próbujących mi powiedzieć, kim jestem.
- Lily Gallimore? - zapytałam, jakby powtórzenie imienia i nazwiska mogło urealnić tę osobę w moim umyśle.
Gómez cicho westchnął.
- Zwana też Gal - dodał. - Co kojarzyło się z Wonder Woman, więc...
- Konkrety, Gomie.
- Okej - odparł szybko. - Więc przyjaźniłyście się od najmłodszych lat. Zawsze robiła mi na tym polu solidną konkurencję i... cóż, to chyba nie wpływało najlepiej na moje relacje z nią.
Przez ostatnie sześć miesięcy poznałam go na tyle dobrze, by bez trudu wykrywać momenty, w których sili się na lekki ton. Ten należał właśnie do nich.
- W sensie? - rzuciłam. - Nie było między wami chemii?
- Ani fizyki.
- Jezu - jęknęłam. - Podaj mi wody do tego suchara, bo umrę.
Zamiast niej Carlos poczęstował mnie cokolwiek zakłopotanym uśmiechem.
- Nie dogadywaliśmy się - odparł.
- Jak bardzo?
- Dość.
- To znaczy? - spytałam, starając się trzymać nerwy na wodzy.
Nie było to łatwe, kiedy Gómez zwlekał z dawaniem mi odpowiedzi. Walczył jednak z ewidentną konfuzją i właśnie z niej wynikało całe to wahanie.
- Gomie!
- No dobra, dobra - mruknął. - Kłóciliśmy się właściwie bez przerwy, zawsze staliśmy na przeciwnych stanowiskach. Gdybym ja z jakiegoś powodu zechciał iść na Barbie, ona chciałaby na Oppenheimera, rozumiesz. Gdyby ona zamówiła colę, ja wziąłbym pepsi. Gdybym zawsze kupował w Walmarcie, ona chodziłaby do Targetu. Gdyby ona używała tylko sprzętów Apple'a, ja...
- Okej, łapię - ucięłam. - Czasem tak bywa.
Choć właściwie nie byłam tego taka pewna. Wydawało mi się, że jeśli trójka jakichś dzieciaków dorasta razem, a w naszym wypadku najwyraźniej tak było, to panuje wśród całej grupy przynajmniej pewna sympatia.
W tym wypadku tymczasem coś ewidentnie poszło nie tak.
- Nawet nie chodziło o to, że rywalizowaliśmy o ciebie - dodał pod nosem Carlos. - Po prostu... nie wiem, to się samo napędzało latami i zrobiło tak naturalne, że chyba żadne z nas się nad tym nie zastanawiało.
- A jednak ty chyba miałeś okazję.
Znów odpowiedział ciężkim westchnieniem, a ja opadłam na stojące naprzeciwko biurka łóżko.
- Wiesz, jak to jest - odparł.
- Niespecjalnie.
- Po tym, jak zaginęła, wracałem myślami praktycznie do wszystkiego, co się wtedy wydarzyło. Analizowałem każdą wymianę zdań i...
- Zaginęła?
Gomie obrócił się do mnie i bezsilnie oparł brodę o krzesło.
- Albo uciekła - powiedział. - Sam już nie wiem, co o tym myśleć, to była dość zagmatwana sprawa.
- W jakim sensie?
- Takim, że Lily znikła z dnia na dzień, zupełnie bez powodu - powiedział. - W piątek była normalnie w szkole, nic wielkiego się nie działo, po południu pojechaliśmy większą paczką nad Lynx i tam...
- Gdzie?
- Nad Lynx Lake - odparł przepraszająco Carlos, jakby czymś mnie uraził. - Jedno z najfajniejszych jezior w Arizonie, idealne nie tylko do biwakowania, kajaków czy innych takich, ale też spacerów i przede wszystkim pływania. Mieliśmy tam swoje miejsce, niedaleko zamkniętego pola kempingowego, schowane za szuwarami na niewielkim cyplu.
- Znaczy często tam bywaliśmy.
Na twarzy Gómeza pojawił się delikatny, acz znaczący uśmiech.
- Kiedy tylko mogliśmy - powiedział. - Z centrum to paręnaście minut drogi, a od kiedy starsza siostra Allison zrobiła prawko...
- Kogo?
- Jedna z twoich koleżanek. Naszych właściwie.
- Okej.
Gomie na moment się zawiesił, a coś w jego oczach przywodziło na myśl starszych ludzi wspominających dawnych siebie, z których pozostały już tylko jakieś nieznajome elementy.
- W każdym razie jeździliśmy tam pływać, pić, obściskiwać się, imprezować... Tego typu miejsce, rozumiesz.
- Rozumiem - odparłam dla porządku. - Ale jaki to ma związek ze zniknięciem Lily?
- A, no tak. Więc pojechała z nami nad Lynx, rozłożyliśmy na cyplu koce, wypiliśmy parę piw, posłuchaliśmy muzyki, trochę się kąpaliśmy, taki typowy początek weekendu. W pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że Gal z nami nie ma. Zaczęliśmy jej szukać, oczywiście najpierw w wodzie, bojąc się, że coś jej się stało.
Gómez spojrzał na mnie, a ja mruknęłam cicho, jakby ten dość naturalny i logiczny odruch wymagał mojej aprobaty.
- Nigdzie jednak nie było po niej śladu, nikt też nie słyszał, by wołała o pomoc - podjął. - Szukaliśmy dalej, bo zostawiła wszystkie swoje rzeczy, razem z komórką, jakby rzeczywiście poszła pływać. Zgłosiliśmy to też od razu na policję, całkowicie przerażeni, bo wydawało się, że... no, że doszło do tragedii.
- Ale nie doszło?
- Nie, chociaż wtedy o tym nie wiedzieliśmy - odparł Gomie i ciężko westchnął. - Dopiero po dwóch dniach zgłosił się jakiś kierowca z hrabstwa Coconino, który tamtego dnia jechał drogą okalającą jezioro. Twierdził, że widział samotną dziewczynę idącą na południe, wpatrzoną pustymi oczami przed siebie, jak w jakimś transie. Jej opis pasował do Lily Gallimore.
Z jakiegoś powodu po plecach przemknęły mi nieprzyjemne ciarki.
- Policja szukała jej przez kilka miesięcy, ale wszyscy mieliśmy wrażenie, że niezbyt się do tego przykładała - kontynuował Carlos. - Wyszli z założenia, że Gal po prostu uciekła z domu i prędzej czy później do niego wróci, najpewniej kiedy skończą jej się pieniądze.
- Ale nic takiego się nie stało.
Gomie cicho potwierdził.
- Po jakimś czasie odpuścili - dodał. - Wprawdzie nadal jej szukają, ale nikt w policji nie stara się zbierać nowych dowodów, nikt nie bada, co konkretnie się wydarzyło. Moim zdaniem włożyli tę sprawę do teczki niewyjaśnione i ją zamknęli.
Odchyliłam się lekko i pozwoliłam ciału samowolnie opaść na twarde motelowe łóżko. Potem wbiłam wzrok w sufit, który z pewnością już jakieś pięć lat temu kwalifikował się do odmalowania.
- Przesłuchali nas? - spytałam.
- No pewnie.
- I?
- I nic - odparł pod nosem Carlos. - Niewiele mogliśmy pomóc, bo żadne z nas nic nie wiedziało.
- Na pewno?
- Aspen...
- Nastolatki potrafią skrywać więcej tajemnic niż Watykan - zauważyłam.
Odpowiedź przez moment nie nadchodziła.
- Wiem, że tego nie pamiętasz, ale wszyscy dobrze się znaliśmy - rzucił w końcu Gómez. - I ufaliśmy sobie.
- Czas przeszły.
- Bo nasze drogi po szkole się rozeszły, ale gdybyś dziś zadzwoniła do Allison albo kogokolwiek z...
- Żebyś wiedział, że mam taki zamiar - ucięłam.
Nawet bez patrzenia na niego byłam pewna, że wlepia we mnie wzrok. Krytyczny, podający w wątpliwość moje plany. Owszem, z jego punktu widzenia ta paczka znajomych czy przyjaciół z pewnością wydawała się godna zaufania. Ja jednak nie znałam tych ludzi.
A zniknięcie Lily Gallimore miało związek z Graysonem. Inaczej by o tym nie wspominał.
- Kiedy to się stało? - zapytałam.
- Jakiś rok temu.
- Czyli sześć miesięcy przed tym, jak się stąd wyniosłam.
- No.
- Joyce tu wtedy był?
Z ust Carlosa wyrwało się mimowolne westchnięcie. Klasyk ostatnimi czasy, bo właśnie w ten sposób reagował na każdą wzmiankę na temat Graysona.
- Nie wiem - odparł. - Mówiłem ci już tysiąc razy, że nie miałem pojęcia, że on w ogóle tu przyjechał.
- Tak po prostu to przegapiłeś?
- Nie - mruknął. - Tak po prostu to przede mną ukryłaś.
W dodatku musiałam się postarać, dodałam w duchu. Trzymaliśmy się z Gomiem blisko, bardzo blisko. Na tyle, że trzy miesiące przed moim wyjazdem byliśmy już parą, do cholery.
Mimo to w tym samym czasie kręciłam z Joyce'em - a przynajmniej tak wynikało z daty, która widniała na polaroidzie z jego mieszkania.
"Kręciłam". Dobre sobie. Raczej przesiadywałam z nim na dachu stacji benzynowej, słuchałam z nim romantycznych kawałków. Przytulałam się, tańczyłam. Zatracałam się w Graysonie.
Nie musiałam pamiętać szczegółów, by wiedzieć, że właśnie tak było.
Jak mogłam?
Jaką dziewczyną wtedy byłam?
Wydawało mi się niemożliwe, żebym dopuszczała się podobnych rzeczy. A jednak wszystko wskazywało na to, że grałam na dwa fronty.
Nie powiedziałam o tym Carlosowi, nie miałam serca. Wiedziałam, jak ważna dla niego jest nasza wspólna przeszłość, szczególnie ta, która rozpoczęła się przed moim wyjazdem. Przedstawiłam mu tylko oględnie, co udało mi się wydedukować z polaroida zostawionego mi przez Joyce'a.
Czułam się winna, mimo że nie pamiętałam swoich błędów. Może to uczucie by się zmniejszyło, gdybym wiedziała, dlaczego je popełniłam. Gdybym spróbowała zrozumieć.
Tylko czy w ogóle mógł istnieć jakikolwiek powód usprawiedliwiający zdradę? Czy w imię prawdziwej miłości mogłam odpuścić sobie ten grzech?
- Aspen?
- Sorry, wyłączyłam się.
- Mówiłem, że musiałaś nieźle się starać, żeby ukryć przede mną fakt, że Joyce tu jest.
- Widocznie miałam powód.
- Widocznie - przyznał niechętnie Carlos.
Uniosłam się lekko na rękach i spojrzałam na niego.
- Może wiedziałam o pieniądzach Pepecali - podjęłam. - I nie chciałam cię w to wciągać.
- A może chodziło o coś zupełnie innego.
- To znaczy?
- Sama musisz sobie na to odpowiedzieć.
Właściwie nie byłam do końca pewna, co sugeruje. Tę grę na dwa fronty, o której sama myślałam? Czy może insynuuje, że Grayson był tutaj akurat wtedy, kiedy doszło do zaginięcia?
To ostatnie wydawało się niemożliwe. I nigdy nikomu nie przyszłoby do głowy, gdyby nie to, że Joyce wspomniał o zniknięciu Lily na kasecie. I przestrzegł mnie, żebym tego nie badała.
Musiał coś wiedzieć na ten temat. Może ze względu na to, że w tym uczestniczył.
- To co? - dodał Gomie. - Masz jakiś plan?
- Zawsze.
- Mam na myśli jakiś dobry.
- A - odparłam. - To niekoniecznie.
Uwaga w jakiś sposób sprawiła, że Carlos lekko się rozchmurzył.
- Muszę prześledzić wszystko, co się tu działo - dorzuciłam po chwili. - Sprawdzić miejsce, które jest na polaroidzie, wypytać właściciela stacji, jak często tam bywałam, czy zna Joyce'a i tak dalej. Muszę też pogadać z tymi znajomymi, z którymi jeździliśmy nad Lynx, a potem...
- To nie jest najlepszy pomysł.
- Dlaczego nie? - spytałam, podnosząc się. - Mówiłeś, że byliśmy blisko.
W nieświadomym, zupełnie bezwarunkowym odruchu Gómez uciekł wzrokiem w stronę okna.
- Gomie?
- Byliśmy - potwierdził. - Ale zasadniczo wypadłaś z tej paczki.
- Czemu?
- Cóż, właściwie to...
- No?
- Nie do końca wypadłaś. Raczej zostałaś z niej wyrzucona.
Wróciłam do pozycji siedzącej.
- Że co?
Carlos wyraźnie nie chciał ciągnąć tego wątku, co tylko potwierdzało, że coś istotnego jest na rzeczy. Chciałam go ponaglić, wyszłam jednak z założenia, że cisza podziała na niego jak najlepszy motywator.
Nie była naszym spoiwem. W przeciwieństwie do mojej relacji z Joyce'em, w której stanowiła coś, czym potrafiliśmy wspólnie się otulić, w kontaktach z Gómezem zawsze okazywała się niewygodną barierą.
- Dziewczyny twierdziły, że przed zniknięciem Gal mocno się zmieniłaś - podjął w końcu. - To znaczy właściwie zaczęło się to dużo wcześniej, kiedy...
- O czym ty mówisz? Jak niby miałabym się zmienić?
Z trudem przełknął ślinę.
- Po tym, jak Lily zaginęła, sprawa się pogorszyła i po prostu...
- Jaka sprawa, Gomie? - przerwałam mu. - O co chodzi?
Uniósł wzrok, jakby gdzieś z góry miała spłynąć mądrość pozwalająca mu ująć to, co zamierzał powiedzieć, w możliwe do zaakceptowania słowa. Kiedy opuścił głowę, zobaczyłam, że zrezygnował z tych prób.
- Jakiś czas wcześniej zaczęłaś się alienować - zaczął. - Sporo piłaś i...
- To chyba nie jakiś wielki grzech w ostatniej klasie liceum. W takich miejscach jak Prescott to raczej wpasowywanie się w przyszłą rolę społeczną.
Nie docenił tego nawet wątłym uśmiechem.
- Nie chodziło tylko o picie.
- A o co?
- Zaczęłaś ćpać, Aspen - powiedział.
- Słucham?
- I mocno imprezować - dodał ciężko. - Dziewczyny... No wiesz...
Chciałam odpowiedzieć, że właśnie nie wiem, ale słowa powoli grzęzły mi gdzieś w gardle.
Opowieści na czyj niby temat właśnie słuchałam?
Co tu się działo? Dlaczego wcześniej nikt mi nic nie powiedział?
- Mówiły o tym wprost, to znaczy... na swój sposób... - wydusił Gomie. - Cóż, określały to tak, że...
- No? - zdołałam rzucić.
- Chodziło o... Cóż, no, twierdziły po prostu, że na imprezach puszczałaś się z kim popadnie.
- Że co?
Nic więcej nie zdołałam wydusić.
Boże, kim ja byłam?