Była sobie dziewczynka
Była sobie dziewczynka
Dziewczynki nigdy nie uczestniczyły w rozmowach kwalifikacyjnych. Tylko
rodzice, opiekunowie, zdezorientowane rodzeństwo, które bardzo chciało
pomóc, ale nie wiedziało jak. Siedzenie i słuchanie, jak ludzie, których
one kochają najbardziej na świecie - przynajmniej na tym świecie -
deprecjonują ich wspomnienia jako iluzje, doświadczenia jako fantazje,
ich życie jako niewykrywalną chorobę, byłoby dla przyszłych uczennic
zbyt trudne.
Co więcej, podkopałoby to ich zaufanie do szkoły, gdyby pierwszy raz
zobaczyły Eleanor odzianą w dostojne szarości i fiolety, z włosami
grzecznie ułożonymi jak u powściągliwej starszej ciotki, która istnieje
tylko w dziecięcych bajkach. Prawdziwa Eleanor wcale taka nie była.
Słuchanie tego, co mówiła, tylko pogorszyłoby sprawę, kiedy z wielką
powagą i szczerością zapewniała, że jej przybytek zdoła naprawić to, co
poszło źle w umysłach małych zagubionych owieczek. Ona mogła przyjąć te
zepsute dzieci i je uleczyć.
Oczywiście kłamała, ale jej potencjalne uczennice w żadnym razie nie
mogły się o tym dowiedzieć. Dlatego domagała się spotkań z ich prawnymi
opiekunami na osobności, żeby móc wciskać im kit ze zręcznością
urodzonego oszusta. Gdyby ci opiekunowie kiedyś się spotkali, żeby
porównać notatki, stwierdziliby, że jej scenariusz jest sprawdzony,
doprowadzony do perfekcji i naostrzony niczym broń, którą w rzeczywistości był.
- To rzadkie, ale wcale nie wyjątkowe zaburzenie, które ujawnia się w młodych dziewczętach przekraczających granicę kobiecości - mówiła, przez
cały czas utrzymując kontakt wzrokowy ze zdesperowanymi, przytłoczonymi
opiekunami kolejnej zagubionej dziewczyny.
Przy rzadkich okazjach, kiedy musiała rozmawiać z rodzicami chłopców,
zmieniała swoją przemowę, ale tylko w takim stopniu, jakiego wymagała
sytuacja. Opracowywała tę metodę od dawna i wiedziała, jak grać na
obawach i pragnieniach dorosłych, którzy chcieli tego, co najlepsze dla
swoich podopiecznych, podobnie jak Eleanor. Tylko że oni mieli zupełnie
inne pojęcie o tym, co oznacza "najlepsze".
Do rodziców mówiła:
- To tylko złudzenia, a trochę czasu spędzonego poza domem może z nich
wyleczyć.
Do dziadków mówiła:
- To nie państwa wina, a ja mogę być rozwiązaniem.
Nie wszystkie rodziny zgadzały się, że szkoła z internatem jest
najlepszym rozwiązaniem. Zwykle jeden na trzech potencjalnych uczniów
wymykał się jej z rąk, a ona im współczuła, że ich życie będzie o wiele
trudniejsze, choć mogliby zostać uratowani. Cieszyła się jednak z tych,
których powierzano jej opiece. Przynajmniej dopóki u niej mieszkali,
znajdowali się w przyjaznym otoczeniu. Nawet gdyby nigdy nie udało się
im wrócić do domu, mieliby kogoś, kto ich rozumie, i towarzystwo
rówieśników, które było nieocenionym skarbem.
Eleanor West spędzała dni na dawaniu im tego, czego sama nigdy nie
miała, i żywiła nadzieję, że kiedyś to wystarczy, żeby zasłużyć na
powrót do miejsca, do którego należała.
1. Powrót do domu, opuszczenie domu
1
Powrót do domu, opuszczenie domu
Nawyk opowiadania, tworzenia czegoś cudownego z pospolitej rzeczy trudno
było przełamać. Snucie opowieści przychodziło naturalnie po czasie
spędzonym w towarzystwie gadających strachów na wróble albo znikających
kotów; był to w pewnym sensie sposób, żeby zachować zdrowe zmysły i połączenie z cienką nicią ciągłości biegnącą przez wszystkie istnienia,
choćby najdziwniejsze. Opowiedzieć o niemożliwych rzeczach, zmienić je w historię i wtedy można je kontrolować. Zatem:
Rezydencja stała pośrodku czegoś, co można by uznać za pole, gdyby nie
to, że otaczało ono prywatny dom. Trawa była idealnie zielona, drzewa
idealnie przystrzyżone, ogród olśniewał kolorami, które normalnie
istniały tylko w tęczy albo w pudełku z zabawkami. Cienka czarna wstęga
podjazdu wiła się od odległej bramy, tworzyła pętlę przed samym
budynkiem i kończyła elegancko u stóp ganku. Na miejscu postojowym
zatrzymał się jeden samochód, krzykliwie żółty i trochę zdezelowany na
tle tej wymuskanej scenerii. Trzasnęły tylne drzwi od strony pasażera i gruchot odjechał, zostawiając na podjeździe nastoletnią dziewczynę.
Dziewczyna, wysoka i smukła, nie mogła mieć więcej niż siedemnaście lat.
Jej oczy i usta wydawały się jeszcze nie do końca uformowane, jakby
praca nad nimi nadal trwała. Była ubrana na czarno: czarne dżinsy,
czarne botki z małymi czarnymi guzikami maszerującymi jak żołnierze od
palców do łydki, i na biało: luźny podkoszulek, bransoletki ze
sztucznych pereł na nadgarstkach. Kucyk przewiązała wstążką koloru
pestek granatu. Włosy miała koloru kości z pasmami czerni, jakby olej
wylał się na marmurową posadzkę, oczy jasne jak lód. Mrużyła je w blasku
dnia. Najwyraźniej minęło trochę czasu, odkąd widziała słońce. Jej mała
walizka na kółkach była jasnoróżowa, ozdobiona stokrotkami. Według
wszelkiego prawdopodobieństwa nie kupiła jej sobie sama.
Dziewczyna uniosła rękę, żeby osłonić oczy, i spojrzała na rezydencję.
Zatrzymała wzrok na szyldzie przybitym do okapu ganku. Dom eleanor west
dla zbłąkanych dzieci, głosiły duże litery. Niżej, mniejszymi literami,
było napisane: "Żadnych domokrążców, żadnych gości, żadnych kwest".
Dziewczyna zamrugała, opuściła rękę i powoli ruszyła w stronę schodów.
Na trzecim piętrze rezydencji Eleanor West puściła zasłonę i odwróciła
się do drzwi. Właścicielka szkoły wyglądała na dobrze się trzymającą
kobietę po sześćdziesiątce, choć tak naprawdę zbliżała się do setki;
podróże po krainach, które kiedyś odwiedzała, tak przestawiły wewnętrzny
zegar, że czas miał trudności z wywarciem właściwego wpływu na jej
ciało. W niektóre dni Eleanor była wdzięczna za swoją długowieczność, bo
dzięki niej mogła pomóc większej liczbie dzieci, niż zdołałaby, gdyby
dawno temu nie otworzyła pewnych drzwi, gdyby nie postanowiła zboczyć z właściwej ścieżki. Kiedy indziej zastanawiała się, czy ten świat w ogóle
dostrzegłby jej istnienie - małej krnąbrnej Ely West jakimś cudem żywej
po tych wszystkich latach - i co wtedy by się z nią stało.
Na razie jednak miała silne plecy, a oczy bystre, jak w dniu, kiedy jako
siedmioletnia dziewczynka wypatrzyła szczelinę między korzeniami drzewa
rosnącego w posiadłości ojca. Gdyby jej włosy posiwiały, a skóra zrobiła
się wiotka od zmarszczek i wspomnień... cóż, to w ogóle nie miało
znaczenia. Jej oczy nadal wydawały się niedokończone. Ona była
opowieścią, a nie epilogiem. Gdyby postanowiła opowiedzieć swoją, idąc
teraz po schodach na spotkanie nowo przybyłej, nikogo by nie
skrzywdziła. Bądź co bądź, opowiadanie to nawyk trudny do zwalczenia.
Czasami ono jest wszystkim.
***
Nancy stała jak wrośnięta pośrodku holu i rozglądała się, ściskając
rączkę walizki. Próbowała rozeznać się w otoczeniu. Nie miała pewności,
czego właściwie spodziewała się po "szkole specjalnej", do której
wysłali ją rodzice, ale z pewnością nie tego - eleganckiej wiejskiej
rezydencji. Ściany wyłożone tapetą w staromodny wzór z róż i pnączy
klematisu, podłoga z wiśni, w skąpo umeblowanym holu wejściowym same
antyki z solidnego, wypolerowanego drewna z mosiężnymi okuciami
pasującymi do krętej balustrady schodów. Kiedy Nancy spojrzała w górę,
starając się poruszać tylko oczami, bez podnoszenia brody, zobaczyła
wyszukany żyrandol w kształcie rozwiniętego kwiatu.
- Został zrobiony przez jednego z naszych wychowanków.
Nancy oderwała wzrok od żyrandola i skierowała go na schody.
Schodząca po nich kobieta była chuda jak wysuszona staruszka, ale plecy
miała proste, a ręka spoczywająca na balustradzie służyła tylko do
kierowania, nie do podparcia. Włosy białe jak u Nancy, ale bez pasemek
buntowniczej czerni, tylko z trwałą ondulacją, przypominały dmuchawiec.
Kobieta wyglądałaby dostojnie, gdyby nie jaskrawopomarańczowe spodnie
zestawione z ręcznie dzierganym tęczowym swetrem i naszyjnikiem z półszlachetnych kamieni w dwunastu gryzących się ze sobą kolorach. Nancy
poczuła, że jej oczy rozszerzają się mimo woli, i znienawidziła się za
tę reakcję. Z dnia na dzień traciła opanowanie. Wkrótce będzie tak
płochliwa i niestabilna jak inne istoty, a wtedy nigdy nie znajdzie
drogi powrotnej do domu.
- Dosłownie cały jest ze szkła, nie licząc tych fragmentów, które takie
nie są - ciągnęła kobieta, nie zważając na osłupiałe spojrzenie nowej
uczennicy. - Nie jestem pewna, jak się robi takie rzeczy. Chyba ze
stopionego piasku. Ale mam swój wkład w te duże pryzmaty w kształcie łez
pośrodku. Wszystkie dwanaście to moje dzieło. Jestem z nich dumna. -
Kobieta umilkła, najwyraźniej czekając na jakąś reakcję.
Nancy przełknęła ślinę. Ostatnimi czasy gardło miała tak suche, że nic
nie było w stanie usunąć z niego pyłu.
- Skoro pani nie wie, jak robi się szkło, to jak pani zrobiła pryzmaty?
- spytała.
Kobieta się uśmiechnęła.
- Oczywiście ze swoich łez. Zawsze należy zakładać, że najprostsza
odpowiedź jest tą prawdziwą, bo tak bywa w większości przypadków. Jestem
Eleanor West. Witaj w moim domu. Ty musisz być Nancy.
- Tak - odpowiedziała wolno dziewczyna. - Skąd pani...?
- Cóż, jesteś jedyną uczennicą, której się dzisiaj spodziewaliśmy. Nie
jest was tyle, ile bywało kiedyś. Albo coś się dzieje z drzwiami, albo
stajecie się coraz lepsi w tym, żeby tu nie wracać. A teraz bądź cicho
przez chwilę i pozwól, że ci się przyjrzę. - Eleanor zeszła z ostatnich
trzech stopni i zatrzymała się przed Nancy. Otaksowała ją wzrokiem, a potem obeszła ją powoli. - Hmm. Wysoka, chuda i bardzo blada. Musisz
pochodzić z miejsca, gdzie nie ma słońca... ale wampirów również, sądząc
po skórze twojej szyi. Myślę, że Jack i Jill bardzo się ucieszą, kiedy
cię poznają. Mają już dość tego całego światła słonecznego i słodyczy,
którą tutaj przynoszą ze sobą ludzie.
- Wampiry? - powtórzyła Nancy ze zdumieniem. - One nie są prawdziwe.
- Nic z tego nie jest prawdziwe, moja droga. Ani ten dom, ani ta
rozmowa, ani buty, które masz na nogach... a przy okazji, one wyszły z mody przed kilku laty, jeśli próbujesz dostosować się do swoich
rówieśników. I nie jest to obuwie żałobne, jeśli chcesz tkwić przy
swojej niedawnej przeszłości. Żadna z nas również nie jest prawdziwa.
"Prawdziwy" to dziewięcioliterowe słowo, którego powinnaś używać jak
najrzadziej, dopóki mieszkasz pod moim dachem. Będę ci za to wdzięczna.
- Eleanor znowu stanęła przed Nancy. - To włosy cię zdradzają. Byłaś w Podziemiu czy w Zaświatach? Nie mogłaś być w Nicości. Stamtąd nikt nie
wraca.
Nancy gapiła się na nią i poruszała ustami, usiłując wydobyć z siebie
głos. Starsza kobieta mówiła te rzeczy - te okrutne, niemożliwe rzeczy -
z taką beztroską, jakby pytała o jakiś drobiazg, na przykład o jej kartę
szczepień.
Wyraz twarzy Eleanor zmienił się na łagodny i przepraszający.
- Och, widzę, że cię zdenerwowałam. Obawiam się, że mam do tego
skłonność. Sześć razy udawałam się do świata Nonsensu, zanim skończyłam
szesnaście lat, i choć w końcu musiałam przestać, nigdy nie nauczyłam
się hamować języka. Musisz być zmęczona po podróży i ciekawa, jak tutaj
jest. Tak? Mogę cię zaprowadzić do twojego pokoju, kiedy tylko się
dowiem, gdzie jest twoje miejsce na kompasie. Obawiam się, że to
naprawdę ma znaczenie dla takich kwestii jak zakwaterowanie. Nie można
umieścić podróżnika z Nicości z kimś, kto przebywał w Logice, jeśli nie
ma się ochoty tłumaczyć z przemocy przed miejscową policją. Oni nas
tutaj sprawdzają, nawet jeśli zwykle potrafimy sprawić, żeby patrzyli w inną stronę. Chodzi o to, żeby szkoła nie straciła akredytacji, choć
według mnie jesteśmy raczej czymś w rodzaju sanatorium. Podoba mi się to
słowo. A tobie? Sanatorium. Brzmi tak oficjalnie, a jednocześnie
absolutnie nic nie znaczy.
- Nie rozumiem nic z tego, co pani mówi - wyznała Nancy.
Poczuła wstyd, że jej głos zabrzmiał jak pisk, ale jednocześnie była
dumna, że w ogóle go odzyskała.
Twarz Eleanor jeszcze bardziej złagodniała.
- Nie musisz dłużej udawać, Nancy. Wiem, przez co przeszłaś, gdzie
byłaś. Ja sama coś takiego przeżyłam dawno temu, kiedy wróciłam ze
swoich podróży. To nie jest miejsce na kłamstwa albo udawanie, że
wszystko w porządku. Wiemy, że nic nie jest w porządku. Gdyby było, nie
znalazłabyś się tutaj. No dobrze. Gdzie trafiłaś?
- Ja nie...
- Zapomnij o takich słowach jak Nonsens i Logika. Później możemy zająć
się tymi szczegółami. Po prostu odpowiedz. Gdzie byłaś?
- Na Dworze Umarłych. - Wymówienie tych słów na głos sprawiło jej niemal
bolesną ulgę. Nancy znieruchomiała, wpatrując się w przestrzeń, jakby
mogła zobaczyć swój głos wiszący w powietrzu, idealny jak owoc granatu.
Potem przełknęła ślinę i choć nadal nie udało się jej usunąć suchości z gardła, powiedziała: - To było... Szukałam wiadra w piwnicy naszego domu i natknęłam się na drzwi, których nigdy wcześniej nie widziałam. Kiedy
przez nie przeszłam, znalazłam się w zagajniku granatów. Pomyślałam, że
upadłam i uderzyłam się w głowę. Szłam dalej, bo... bo...
Bo powietrze pachniało tak słodko, niebo było czarne niczym aksamit,
usiane punkcikami diamentowego światła, które w ogóle nie mrugało, tylko
jaśniało nieruchomo i chłodno. Bo trawa była mokra od rosy, a drzewa
ciężkie od owoców. Bo chciała się dowiedzieć, co jest na końcu długiej
ścieżki biegnącej między drzewami, i nie chciała wracać, zanim
wszystkiego nie zrozumie. Bo po raz pierwszy w życiu odniosła wrażenie,
że znalazła się w domu, i to uczucie wystarczyło, by ruszyła przed
siebie, najpierw wolno, potem szybciej i szybciej, aż w końcu biegła w czystym nocnym powietrzu, wszystko inne straciło znaczenie i już nigdy
miało go nie odzyskać...
- Jak długo cię nie było?
Pytanie nie miało sensu. Nancy pokręciła głową.
- Przez wieczność. Lata... Byłam tam przez lata. Nie chciałam wracać.
Nigdy.
- Wiem, kochanie. - Eleanor delikatnie położyła dłoń na łokciu Nancy i skierowała ją w stronę drzwi za schodami. Jej perfumy pachniały
mniszkiem i piernikami, połączenie równie nonsensowne jak wszystko inne
w tej kobiecie. - Chodź ze mną. Mam dla ciebie idealny pokój.
"Idealny pokój" mieścił się na parterze, w cieniu wielkiego starego
wiązu, który odcinał prawie całe światło wpadające przez pojedyncze
okno, tak że w środku panował wieczny półmrok. Kiedy Nancy do niego
weszła i się rozejrzała, poczuła, że z jej ramion spada ciężar. Jedna
połowa pokoju - ta z oknem - była kłębowiskiem ubrań, książek i różnych
drobiazgów. Na łóżku leżały beztrosko rzucone skrzypce, smyczek
balansował na brzegu półki na książki, gotowy spaść przy pierwszej
okazji. Powietrze pachniało miętą i błotem.
Druga połowa wyglądała neutralnie jak w hotelu. Znajdowały się tam
łóżko, mała komoda, półka na książki i biurko, wszystko z jasnego,
nielakierowanego drewna. Ściany były puste. Nancy spojrzała na Eleanor i zobaczyła zachęcające skinienie głową. Wtedy weszła dalej i położyła
walizkę na środku łóżka, które zapewne miało należeć do niej.
- Dziękuję - powiedziała. - Na pewno będzie mi tu dobrze.
- Przyznam, że ja nie jestem taka pewna - stwierdziła Eleanor, patrząc
ze zmarszczonymi brwiami na walizkę, ułożoną aż nazbyt równo. - Każde
miejsce zwane Dworem Umarłych musi znajdować się w Podziemiu, a większość z nich podpada raczej pod kategorię Nonsensu niż Logiki. Zdaje
się, że w twoim panowała większa dyscyplina. Cóż, mniejsza o to. Zawsze
możemy cię przenieść, jeśli ty i Sumi okażecie się źle do siebie
dopasowane. Kto wie? Może nauczysz ją trochę samokontroli, której
obecnie jej brakuje. A jeśli nie, to miejmy nadzieję, że przynajmniej
się nie pozabijacie.
- Sumi?
- Twoja współlokatorka. - Eleanor ruszyła przez bałagan w stronę okna.
Otworzyła je, wychyliła się i przyjrzała wiązowi, aż wśród gałęzi
znalazła to, czego szukała. - Raz, dwa, trzy, widzę cię, Sumi. Chodź i przywitaj się z nową koleżanką.
- Koleżanką? - Głos był młody i rozdrażniony.
- Uprzedzałam cię - powiedziała Eleanor, odsunęła się od okna i wróciła
na środek pokoju. Poruszała się z godną podziwu zręcznością, zważywszy
na to, jak wyglądała podłoga. Nancy spodziewała się, że panna West zaraz
upadnie, ale tak się nie stało. - Mówiłam, że w tym tygodniu przyjeżdża
nowa uczennica i że jeśli to będzie dziewczyna z odpowiednią
przeszłością, zajmie wolne łóżko. Pamiętasz?
- Myślałam, że mówiła pani po to, żeby posłuchać swojego głosu. Tak pani
robi. Wszyscy tak robią. - W oknie pojawiła się głowa, skierowana w dół;
jej właścicielka najwyraźniej zwisała z gałęzi wiązu. Była mniej więcej
w wieku Nancy, japońskiego pochodzenia, z długimi czarnymi włosami
związanymi nad uszami w dwa dziecinne kucyki. Spojrzała na Nancy z nieskrywaną podejrzliwością i zapytała: - Jesteś służącą Królowej Ciast
i przybyłaś tutaj, żeby mnie ukarać za wykroczenie przeciwko Hrabinie
Waty Cukrowej? Bo nie mam teraz ochoty iść na wojnę.
- Nie - odpowiedziała zaskoczona Nancy. - Jestem Nancy.
- Nudne imię. Skąd się tu wzięłaś z takim nudnym imieniem? - Sumi
wykonała szybki obrót i zeskoczyła z drzewa. Zniknęła na chwilę, ale
zaraz pojawiła się za oknem, oparła łokciami o parapet i spytała: -
Eleanor-Ely, jest pani pewna? To znaczy pewna pewna? Ona nie wygląda,
jakby to było miejsce dla niej. Może kiedy zajrzała pani w jej papiery,
znowu pani zobaczyła to, czego tam nie ma, a ona tak naprawdę powinna
być w szkole dla młodocianych ofiar złego farbowania.
- Ja nie farbuję włosów! - gwałtownie zaprotestowała Nancy.
Sumi umilkła i wytrzeszczyła oczy. Eleanor też na nią spojrzała.
Policzki Nancy zrobiły się gorące, ale jakoś zdołała się powstrzymać
przed dotknięciem głowy.
- Kiedyś były całe czarne jak u mojej matki. Gdy tańczyłam z Panem
Umarłych po raz pierwszy, on powiedział, że są piękne, i przesunął po
nich palcami, a wtedy włosy wokół nich zbielały z zazdrości. To dlatego
zostały mi tylko czarne pasemka. Tam, gdzie on ich dotknął.
Przyjrzawszy się jej badawczym wzrokiem, Eleanor zauważyła, że te pięć
pasemek tworzy widmowy zarys dłoni w miejscu, gdzie stojąca przed nią
młoda blada kobieta została dotknięta raz i już nigdy więcej.
- Rozumiem - powiedziała.
- Ja ich nie farbuję - powtórzyła Nancy, nadal oburzona. - Nigdy bym
tego nie zrobiła. To byłby brak szacunku.
Sumi nadal się na nią gapiła szeroko otwartymi oczami. Potem się
uśmiechnęła.
- Och, podobasz mi się - stwierdziła. - Jesteś najbardziej szaloną kartą
w talii, co?
- Nie używamy tutaj tego słowa - skarciła ją Eleanor.
- Ale to prawda - rzuciła Sumi. - Ona myśli, że tam wróci. Mam rację,
Nancy? Myślisz, że otworzysz właściwe drzwi i zobaczysz za nimi schody
do nieba, zrobisz jeden krok, drugi, trzeci, i znowu będziesz w swojej
historii. Szalona dziewczyna. Głupia dziewczyna. Nie możesz wrócić. Gdy
raz cię wyrzucą, nie możesz wrócić.
Nancy poczuła się tak, jakby jej serce próbowało wdrapać się do gardła i ją udusić. Przełknęła je z powrotem i wyszeptała:
- Mylisz się.
Oczy Sumi się rozjarzyły.
- Tak?
Eleanor klasnęła w dłonie.
- Nancy, może się rozpakujesz i rozgościsz? Kolacja jest o szóstej
trzydzieści, a terapia grupowa o ósmej. Sumi, proszę, nie prowokuj jej
do morderstwa. Niech dziewczyna spędzi tu przynajmniej jeden cały dzień.
- Wszyscy mamy własne sposoby na powrót do domu - odparła Sumi i zniknęła, żeby znowu robić to, co robiła, zanim panna West Eleanor jej
przeszkodziła.
Eleanor posłała nowej uczennicy szybkie, przepraszające spojrzenie i też
zniknęła. Gdy zamknęła za sobą drzwi pokoju, Nancy nagle została sama.
Stała bez ruchu przez czas potrzebny, żeby policzyć do dziesięciu, i rozkoszowała się ciszą. Kiedy przebywała na Dworze Umarłych, czasami
musiała tkwić w jednym miejscu przez wiele dni, stapiać się z resztą
żywych posągów. Służące, które miały mniej wprawy w trwaniu w bezruchu,
przychodziły z gąbkami nasączonymi sokiem z granatów i przyciskały je do
ust tych, którzy się nie ruszali. Nancy nie przełykała, tylko pozwalała,
żeby sok spływał jej po gardle, przyjmowała go biernie, tak jak kamień
chwyta blask księżyca. Nauka stania całkiem nieruchomo zajęła jej
miesiące, nawet lata, ale tego dokonała, a Pani Cieni ogłosiła ją bardzo
piękną, małą śmiertelniczką, która nie widzi potrzeby, żeby być szybką,
gorącą albo niespokojną.
Ale w przeciwieństwie do cichego Dworu Umarłych ten świat był stworzony
dla szybkich, gorących i niespokojnych istot. Nancy z westchnieniem
porzuciła bezruch i otworzyła walizkę. I znowu zamarła, tym razem z szoku i przerażenia. Jej ubrania - przezroczyste suknie i lekkie jak
mgiełka czarne koszulki, które zapakowała z taką starannością -
zniknęły, zastąpione przez bezład tkanin kolorowych jak rzeczy Sumi
rozrzucone po jej stronie pokoju. Na stercie leżała koperta. Nancy
podniosła ją drżącymi rękami i wyjęła z niej list.
Nancy,
przykro nam, że zrobiliśmy Ci taki podły żart, skarbie, ale nie
zostawiłaś nam dużego wyboru. Jedziesz do szkoły z internatem, żeby
poczuć się lepiej, a nie żeby rozpamiętywać to, co zrobili Ci porywacze.
Chcemy odzyskać naszą prawdziwą córkę. Te ubrania były twoimi
ulubionymi, zanim zniknęłaś. Kiedyś byłaś naszą małą tęczą! Pamiętasz?
Tyle zapomniałaś.
Kochamy Cię. Twój ojciec i ja kochamy Cię najbardziej na świecie i wierzymy, że do nas wrócisz. Proszę, wybacz nam, że spakowaliśmy Ci
bardziej stosowne rzeczy, i wiedz, że zrobiliśmy to tylko dlatego, że
chcemy dla Ciebie jak najlepiej. Chcemy Cię odzyskać.
Baw się dobrze w szkole, a my będziemy na Ciebie czekać, aż będziesz
gotowa wrócić do domu.
List był skreślony niepewnym pismem matki. Nancy ledwo widziała litery,
bo oczy miała przepełnione gorącymi łzami nienawiści. Ręce jej drżały,
palce się zaciskały, aż zgniotły papier w nieczytelny labirynt zagnieceń
i fałd. Nancy osunęła się na podłogę, podciągnęła kolana do piersi i utkwiła wzrok w otwartej walizce. Jak mogła nosić te rzeczy? To były
dzienne kolory, przeznaczone dla ludzi gorących i szybkich, niechętnie
widzianych na Dworze Umarłych.
- Co robisz? - Głos należał do Sumi.
Nancy się nie odwróciła. Ciało już ją zdradzało, poruszając się bez jej
zgody. Jedyne, co mogła zrobić, to narzucić mu swoją wolę i w ogóle się
nie ruszać.
- Wyglądasz, jakbyś siedziała na podłodze i płakała, co, jak wszyscy
wiedzą, jest niebezpieczne, niebezpieczne, "nie-rób-tego" niebezpieczne.
Jakbyś nie panowała nad sobą i za chwilę mogła całkiem się rozpaść. -
Sumi nachyliła się i przysunęła tak blisko, że jej kucyki musnęły ramię
Nancy. - Dlaczego płaczesz, dziewczyno duchu? Ktoś przeszedł po twoim
grobie?
- Ja nie umarłam, tylko przez jakiś czas służyłam Panu Umarłych, to
wszystko. Zamierzałam zostać tam na zawsze, ale on powiedział, że mam
wrócić tutaj, do czasu, aż będę całkiem pewna. A ja już byłam pewna,
zanim odeszłam, więc nie wiem, dlaczego nie ma tutaj moich drzwi. - Łzy
spływające jej po policzkach były zbyt gorące. Niemal parzyły. Nancy
pozwoliła sobie na ruch. Uniosła rękę i wytarła je gwałtownie. - Płaczę,
bo jestem zła i smutna. I chcę do domu.
- Głupia dziewczyna. - Sumi ze współczuciem położyła rękę na jej głowie,
a potem ją uderzyła, lekko, ale uderzyła. Następnie wskoczyła na łóżko
Nancy i ukucnęła obok otwartej walizki. - Chyba nie masz na myśli domu,
w którym mieszkają twoi rodzice, co? Szkoła, klasa, chłopcy, ględzenie,
nie, nie, nie, to już nie dla ciebie, wszystkie te rzeczy są dla innych
ludzi, ludzi, którzy nie są tak wyjątkowi jak ty. Masz na myśli dom, w którym żyje mężczyzna od tych twoich włosów. Albo nie żyje, bo jesteś
dziewczyną duchem. Głupią dziewczyną duchem. Na pewno już to wiesz.
Nancy uniosła głowę i popatrzyła na Sumi ze zmarszczonymi brwiami.
- Dlaczego? Zanim przeszłam przez tamte drzwi, wiedziałam, że nie ma
takich rzeczy, jak brama do innego świata. Teraz wiem, że jeśli
otworzysz właściwe drzwi we właściwym czasie, w końcu znajdziesz swoje
miejsce. Dlaczego nie miałabym tam wrócić? Może po prostu jeszcze nie
jestem pewna.
Pan Umarłych nigdy by jej nie okłamał, nie zrobiłby tego. On ją kochał.
Tak.
- Bo nadzieja to nóż, który potrafi przeciąć fundamenty świata. - Głos
Sumi nagle stał się krystaliczny i czysty, bez śladu wcześniejszego
rozkapryszenia. Dziewczyna spojrzała na Nancy spokojnym, nieruchomym
wzrokiem. - Nadzieja rani. Tego musisz się nauczyć, i to szybko, jeśli
nie chcesz, żeby ten nóż cię rozpłatał. Nadzieja jest zła. Nadzieja
oznacza, że trzymasz się rzeczy, które już nigdy nie będą takie same, a ty wykrwawisz się po trochu, aż nic nie zostanie. Ely-Eleanor zawsze
mówi: "nie używaj tego słowa", "nie używaj tamtego słowa", ale nigdy nie
zakazuje tych, które są naprawdę złe. Nigdy nie zakazuje nadziei.
- Ja chcę jedynie wrócić do domu - wyszeptała Nancy.
- Głupi duch. My wszyscy tylko tego chcemy. Dlatego tutaj jesteśmy. -
Sumi odwróciła się do walizki i zaczęła grzebać w rzeczach Nancy. -
Ładne. Ale dla mnie za małe. Dlaczego musisz być taka chuda? Nie mogę
kraść ubrań, które na mnie nie pasują. To byłoby głupie, bo nie stanę
się mniejsza. Nikt nigdy taki się nie staje w tym świecie. Wysoka Logika
wcale nie jest zabawna.
- Nienawidzę ich - wyrzuciła z siebie Nancy. - Weź je wszystkie. Potnij
i zawieś jak serpentyny na swoim drzewie. Nic mnie to nie obchodzi. Po
prostu je ode mnie zabierz.
- Bo mają niewłaściwe kolory, prawda? Nie twoja tęcza. - Sumi zeskoczyła
z łóżka, zamknęła walizkę i ruszyła do drzwi, ciągnąc ją za sobą. - No,
dalej, wstawaj. Idziemy z wizytą.
- Co? - Nancy popatrzyła na Sumi oszołomiona i zrezygnowana. - Przykro
mi. Dopiero cię poznałam i naprawdę nie chcę nigdzie z tobą iść.
- W takim razie dobrze, że mi nie zależy, nie sądzisz? - Sumi
uśmiechnęła się promiennie jak znienawidzone, znienawidzone słońce i wyszła z pokoju z walizką pełną ubrań.
Nancy nie chciała tych rzeczy i przez jedną kuszącą chwilę rozważała,
czy nie zostać tam, gdzie jest. Potem wstała z westchnieniem i poszła za
Sumi. W tym świecie miała tak niewiele. Zresztą w końcu będzie
potrzebować czystej bielizny.
2. Piękni chłopcy i olśniewające dziewczyny
2
Piękni chłopcy i olśniewające dziewczyny
Sumi była niespokojna, jak bywają żywi, ale szybka nawet jak na żywych.
Zanim Nancy wyszła z pokoju, ona już znajdowała się w połowie korytarza.
Na dźwięk kroków obejrzała się przez ramię i łypnęła na nową koleżankę.
- Żwawo, żwawo, żwawo - ponagliła ją. - Jeśli kolacja nas dogoni, zanim
zrobimy to, co trzeba zrobić, przepadną nam rogaliki z dżemem.
- A kolacja cię ściga? - zdziwiła się Nancy. - I jeśli cię nie dogoni,
dostaniesz rogaliki z dżemem?
- Zwykle nie - odpowiedziała Sumi. - Nieczęsto. No dobrze, nigdy. Na
razie. Ale to może się zdarzyć, jeśli poczekamy dostatecznie długo, a ja
nie chcę tego przegapić! Kolacje są przeważnie mdłe i okropne, głównie
mięso, ziemniaki i rzeczy zdrowe dla ciała i umysłu. Nudy. Założę się,
że twoje kolacje z umarłymi były dużo zabawniejsze.
- Czasami - przyznała Nancy.
Zdarzały się bankiety, owszem, uczty trwające całe tygodnie, stoły
uginające się pod ciężarem owoców, win i ciemnych, bogatych deserów.
Kiedyś na jednej z tych uczt spróbowała jednorożca i poszła spać z ustami swędzącymi od delikatnego jadu zawartego w słodkim mięsie tego
stworzenia. Ale głównie były srebrne pucharki z sokiem z granatów i uczucie pustki w żołądku, wspomagające bezruch. W Podziemiu głód nigdy
nie doskwierał długo. Był niepotrzebny i stanowił niską cenę ze spokój,
ciszę i tańce; za wszystko, co sprawiało jej tak wielką radość.
- Widzisz? Więc rozumiesz znaczenie dobrej kolacji. - Sumi szła dalej,
skracając krok, żeby dostosować się do powolniejszego tempa Nancy. -
Kade coś dla ciebie wymyśli, wyszuka, wyszykuje, zobaczysz. Kade wie,
gdzie są najlepsze rzeczy.
- Kto to jest Kade? Proszę, musisz zwolnić. - Nancy czuła się tak, jakby
biegła co sił w nogach, kiedy próbowała dotrzymać kroku Sumi.
Ruchy nowej koleżanki były zbyt szybkie, żeby oczy Nancy, przyzwyczajone
do Podziemia, mogły je śledzić. Zupełnie jakby podążała za dużym
kolibrem zmierzającym ku jakiemuś nieznanemu celowi i już czuła się
wyczerpana.
- Kade jest tutaj od bardzo dawna. Jego rodzice nie chcą go z powrotem.
- Sumi zerknęła przez ramię i zamigotała do Nancy. Nie było innego słowa
na opisanie wyrazu jej twarzy, dziwnej kombinacji zmarszczenia nosa i napięcia się skóry wokół oczu, a wszystko to bez widocznego uśmiechu. -
Moi rodzice też mnie nie chcieli z powrotem, chyba że byłabym gotowa
stać się znowu ich małą córeczką i odrzucić te wszystkie nonsensy o Nonsensie. Wysłali mnie tutaj, a potem umarli i teraz już w ogóle nie
będą mnie chcieli. Zostanę tu na zawsze, aż w końcu Ely-Eleanor będzie
musiała dać mi poddasze. Będę żuć ciągutki na krokwiach i zadawać
zagadki wszystkim nowym dziewczynom.
Gdy dotarły do schodów, Sumi zaczęła wskakiwać po stopniach. Nancy
podążyła za nią bardziej statecznie.
- Nie wpadną ci do cukierków pająki, pierze i paprochy? - zapytała.
Sumi nagrodziła ją parsknięciem i prawdziwym uśmiechem.
- Pająki, pierze i paprochy! - zapiała. - Już aliterujesz! Och, może
jednak zostaniemy przyjaciółkami, dziewczyno duchu, i może to nie będzie
takie straszne. No, chodź. Mamy dużo do zrobienia, a czas tutaj upiera
się, żeby być linearnym, bo jest okropny.
Sumi nie zatrzymała się na podeście, tylko od razu ruszyła dalej w górę,
nie zostawiając Nancy innego wyboru, jak pójście za nią. Wszystkie dni
bezruchu wzmocniły jej mięśnie, bo musiały przez wiele godzin utrzymywać
jej ciężar. Niektórzy ludzie sądzili, że tylko ruch daje siłę. Ci ludzie
się mylili. Góra jest równie potężna jak fala, tylko... w inny sposób.
Nancy czuła się jak góra, kiedy goniła Sumi, aż serce łomotało jej w piersi, a oddech wiązł w krtani, aż zaczęła się bać, że się udusi.
Sumi zatrzymała się przed prostymi białymi drzwiami oznaczonymi jedynie
małym, niemal uprzejmym napisem: Nie wchodzić. Uśmiechając się szeroko,
powiedziała:
- Gdyby tak myślał, nigdy by tego nie powiedział. On wie, że dla kogoś,
kto spędził trochę czasu w Nonsensie, to tak naprawdę jest zaproszenie.
- Dlaczego ludzie tutaj wciąż używają tego słowa na określenie miejsca?
- spytała Nancy.
Najwyraźniej przydałby się jej kurs wstępny, który odpowiedziałby na
wszystkie pytania dotyczące tej szkoły i sprawił, że czułaby się mniej
zagubiona.
- Bo nim jest i nie jest, i to nie ma znaczenia. - Sumi zapukała do
drzwi i krzyknęła: - Wchodzimy!
Gdy je otworzyła, Nancy zobaczyła coś w rodzaju skrzyżowania księgarni z pracownią krawiecką. Każdą dostępną przestrzeń zajmowały stosy książek.
Wydawało się, że są z nich zrobione również meble - łóżko, biurko i stół
- z wyjątkiem regałów stojących wzdłuż ścian, bo przynajmniej one były z drewna, prawdopodobnie ze względu na stabilność. Na papierowych hałdach
leżały bele tkanin, od bawełny i muślinu po aksamit i najdelikatniejsze
z cienkich, lśniących jedwabi. Pośrodku tego wszystkiego, na piedestale
z wydań w miękkich okładkach siedział ze skrzyżowanymi nogami
najpiękniejszy chłopiec, jakiego Nancy w życiu widziała.
Skórę miał opaloną na złoto, włosy czarne, a kiedy podniósł wzrok - z wyraźną irytacją - znad książki, którą trzymał w ręce, Nancy zobaczyła,
że jego oczy są brązowe, a rysy idealne. Było w nim coś ponadczasowego,
jakby wyszedł z obrazu do świata materialnego. I wtedy się odezwał.
- Co, kurwa, znowu tutaj robisz, Sumi? - Akcent z Oklahomy był gęsty jak
masło orzechowe. - Mówiłem ci, że nie jesteś tu mile widziana po
ostatnim razie.
- Jesteś wściekły tylko dlatego, że wymyśliłam lepszy system
katalogowania twoich książek niż ty - odcięła się Sumi, zupełnie
niespeszona. - Zresztą nie mówiłeś serio. Jestem słońcem na twoim niebie
i tęskniłbyś, gdybym odeszła.
- Ułożyłaś je według kolorów, a ja potem musiałem przez całe tygodnie
rozgryzać, gdzie co jest. Prowadzę tutaj poważne badania. - Kade
wyprostował nogi i zsunął się ze stosu książek. Strącił przy tym jedną i złapał ją zręcznie, zanim upadła na podłogę. Potem odwrócił się i spojrzał na Nancy. - Jesteś nowa. Mam nadzieję, że ona już nie zwiodła
cię na manowce.
- Na razie przyprowadziła mnie na strych - głupio odpowiedziała Nancy i natychmiast poczerwieniała: - To znaczy... nie, nie jest łatwo mną
kierować. Przez większość czasu.
- Ona jest raczej z tych dziewczyn, co "stoją całkiem nieruchomo i mają
nadzieję, że nic ich nie zje" - wtrąciła Sumi i pchnęła walizkę w jego
stronę. - Zobacz, co zrobili jej rodzice.
Kade uniósł brwi, widząc w środku zjadliwy róż.
- Bardzo kolorowe - zauważył po chwili. - Farba mogłaby temu zaradzić.
- Z wierzchu tak. Ale nie da się ufarbować majtek. No, może ty
potrafisz, ale wtedy zrobią się zupełnie sztywne i nikt nie uwierzy, że
ich nie zniszczyłeś. - Sumi spoważniała na chwilę. Kiedy znowu się
odezwała, klarowność jej słów była niemal irytująca. - Rodzice zamienili
jej rzeczy, nim odesłali ją do szkoły. Wiedzieli, że to się jej nie
spodoba, ale i tak to zrobili. Był liścik.
- Aha - mruknął Kade z błyskiem zrozumienia w oczach. - To jedna z tych.
W porządku. Więc to będzie prosta wymiana?
- Przykro mi, ale nie rozumiem, co się dzieje - odezwała się Nancy. -
Sumi złapała moją walizkę i z nią uciekła. Nie chcę nikomu sprawiać
kłopotu...
- Nie sprawiasz mi kłopotu - przerwał jej Kade, Wziął walizkę od Sumi i odwrócił się do Nancy. - Rodzice nie zawsze lubią przyznawać, że coś się
zmieniło. Chcą, żeby świat był dokładnie taki sam jak wcześniej, zanim
ich dzieci wyruszyły na przygodę życia, a kiedy świat ich nie słucha,
próbują wcisnąć go do pudełek, które sami zbudowali. Jestem Kade, tak
przy okazji. Z Krainy Wróżek.
- Jestem Nancy i przykro mi, ale nie rozumiem.
- Poszedłem do Krainy Wróżek. Spędziłem tam trzy lata, ścigając tęcze i rosnąc. Zabiłem króla goblinów jego własnym mieczem, a on w chwili
śmierci wyznaczył mnie na swojego następcę, księcia goblinów. - Kade
ruszył w książkowy labirynt, niosąc walizkę Nancy. Tylko głos zdradzał
jego położenie. - Król był moim wrogiem, ale i pierwszym w życiu
dorosłym, który mnie dostrzegł. Dworzanie Tęczowego Księcia byli
wstrząśnięci. Wrzucili mnie do pierwszej studni życzeń, którą mijaliśmy.
Obudziłem się na polu pośrodku Nebraski, z powrotem w ciele
dziesięcioletniego chłopca, w ubraniu, które miałem na sobie, kiedy
wpadłem do Pryzmatu.
Sposób, w jaki powiedział słowo "Pryzmat", nie pozostawiał wątpliwości,
co Kade miał na myśli. Była to nazwa własna jakiegoś dziwnego przejścia,
a te dwie sylaby sprawiały taki ból jego głosowi, jak nóż ciału.
- Nadal nie rozumiem - stwierdziła Nancy.
Sumi westchnęła przesadnie.
- On mówi, że wpadł do Krainy Wróżek, czyli jakby wszedł do lustra,
tylko że tak naprawdę to była wysoka Logika, która udawała wysoki
Nonsens, co jest nieuczciwe. Mnóstwo zasad, a jeśli jedną złamiesz... -
Sumi przesunęła dłonią po gardle - ...wypadasz jak zeszłoroczne śmieci.
Oni myśleli, że porwali małą dziewczynkę, bo wróżki uwielbiają zabierać
małe dziewczynki, to dla nich jest coś w rodzaju uzależnienia, a kiedy
odkryli, że mają małego chłopca, który tylko wyglądał jak mała
dziewczynka, odrzucili go z powrotem.
- Aha - bąknęła Nancy.
- Tak. - Kade wyłonił się z labiryntu. Już nie niósł walizki. Zamiast
niej trzymał w rękach wiklinowy kosz wypełniony tkaninami w kojących
odcieniach czerni, bieli i szarości. - Mieliśmy tutaj kilka lat temu
dziewczynę, która spędziła dekadę w miejscu jak z filmów Hammera.
Wszystko czarno-białe, powiewne, koronkowe, superwiktoriańskie. Zdaje
się, że to twój styl. Chyba dobrze oceniłem twój rozmiar, ale jeśli nie,
możesz przyjść i powiedzieć, że potrzebujesz czegoś większego albo
mniejszego. Uznałem, że nie przepadasz za gorsetami. Pomyliłem się?
- Co? Mm... - Nancy oderwała wzrok od kosza. - Nie. Niezupełnie. Po dniu
albo dwóch usztywnienie robi się niewygodne. Tam, gdzie byłam, nosiliśmy
się bardziej... eee, po grecku. Chyba. Albo prerafaelicku.
Oczywiście kłamała. Wiedziała dokładnie, jaki styl dominował w Podziemiu, w tych pięknych, cichych komnatach. Kiedy w poszukiwaniu
kogoś, kto mógłby wiedzieć, gdzie znaleźć drzwi, zaczęła przeczesywać
Google'a i sprawdzać linki w Wikipedii, natrafiła na dzieła malarza o nazwisku Waterhouse i krzyknęła z czystej ulgi, widząc ludzi w ubraniach, które nie raziły jej oczu.
Kade pokiwał głową.
- Nadzoruję wymianę ubrań i zawartość szaf, ale również szyję na
zamówienie. Za to musiałabyś zapłacić, bo szycie na miarę wymaga więcej
pracy. Przyjmuję informacje i gotówkę. Mogłabyś opowiedzieć mi o swoich
drzwiach i o miejscu, do którego trafiłaś, a ja uszyłbym ci parę rzeczy,
które bardziej by do ciebie pasowały.
Nancy poczerwieniała.
- Chciałabym.
- Super. A teraz wynoście się obie. Niedługo kolacja, a ja chcę skończyć
książkę. - Kade uśmiechnął się. - Nigdy nie lubiłem niedokończonych
historii.
***
Kiedy szły w dół po schodach, Sumi obserwowała nową koleżankę. Nancy
przyciskała do siebie kosz z czarnymi i białymi ubraniami, policzki
miała lekko zaróżowione. Kolory wydawały się niemal obsceniczne i nie na
miejscu na jej twarzy.
- Chciałabyś się z nim pieprzyć?
Nancy omal nie spadła ze schodów. Chwyciła się balustrady, odwróciła do
Sumi i wykrztusiła, czerwona jak burak:
- Nie!
- Jesteś pewna? Bo wyglądałaś, jakbyś chciała, a potem wyglądałaś na
trochę zdenerwowaną, jakbyś uznała, że jednak nie chcesz. Jill... poznasz
ją na kolacji, chciała się z nim pieprzyć, aż odkryła, że on kiedyś był
dziewczyną, i wtedy zaczęła mówić o nim "ona", ale panna Ely
powiedziała, że tutaj szanujemy tożsamość innych, i potem wszyscy
musieliśmy wysłuchać dziwacznej historii o dziewczynie, która kiedyś
mieszkała na poddaszu, naprawdę była tęczą, udało się jej obrazić Króla
Nieba w jednej z Krain Wróżek i została stamtąd wykopana. - Sumi
umilkła, żeby nabrać powietrza, i dodała: - To było dość przerażające.
Nigdy nie myśli się o tym, że ludzie stamtąd trafiają tutaj, tylko że
ludzie stąd lądują tam. Może ściany nie są tak nieprzenikalne, jak
sądzimy.
- Tak - zgodziła się Nancy, odzyskując panowanie nad sobą. Ruszyła w dół
po schodach. - Jestem całkiem pewna, że nie chcę... mieć z nim stosunków
seksualnych, i uważam, że jego tożsamość płciowa to nie moja sprawa. -
Była przekonana, że wyraża się we właściwy sposób. Znała te słowa, zanim
opuściła ten świat i jego problemy. - To sprawa między nim a tymi, z którymi on postanowi się związać.
- Skoro nie chcesz baraszkować z Kade'em, chyba powinnam ci powiedzieć,
że jestem pod wrażeniem - rzuciła Sumi lekkim tonem. - On jest farmerem
z krańców królestwa i moją jedyną prawdziwą miłością, i pewnego dnia
zamierzamy się pobrać. Albo raczej zamierzaliśmy, gdyby nie to, że
trafiłam na wygnanie. Teraz on będzie sam uprawiał pola, a ja dorosnę i uznam, że on był tylko snem, i może pewnego dnia córka mojej córki
odwiedzi jego grób z kwiatami lukrecji i modlitwą za zmarłych na ustach.
Jej ton nie zmienił się ani na chwilę, nawet kiedy mówiła o śmierci
kogoś, kogo nazwała swoją jedyną prawdziwą miłością. Nancy spojrzała na
nią z ukosa, próbując ocenić, na ile Sumi jest poważna, ale trudno to
było stwierdzić.
Gdy dotarły do wspólnego pokoju, Nancy podjęła decyzję.
- Nie ma znaczenia, czy jesteś pod wrażeniem, czy nie. - Otworzyła drzwi
i podeszła do swojego łóżka. Położyła na nim kosz z ubraniami. Powinna
je przejrzeć dokładniej, sprawdzić krój i materiał, ale te rzeczy i tak
były lepsze od tych, które zostawiła u Kade'a. - Nie robię tego. Z nikim.
- Żyjesz w celibacie?
- Nie. Celibat to wybór. Ja jestem aseksualna. Nie czuję tych rzeczy.
Można by pomyśleć, że to właśnie brak seksualnych pragnień przyciągnął
ją do Podziemia - tylu ludzi nazywało ją "zimną rybą" i mówiło, że jest
martwa w środku, kiedy chodziła do zwyczajnego ogólniaka, ze zwykłymi
nastolatkami - ale żadna z osób, które spotkała w tamtych cudownych,
nawiedzonych komnatach, nie była taka jak ona. Wszystkie odczuwały takie
samo gorące pożądanie jak żywi. Pan Umarłych i Pani Cieni nie kryli się
ze swoją namiętnością i cały pałac ogrzewał się w jej blasku. Nancy
uśmiechnęła się lekko na to wspomnienie, aż zauważyła, że Sumi ją
obserwuje. Potrząsnęła głową.
- Ja... po prostu tego nie robię. Potrafię docenić, że ktoś jest piękny, i inni mogą mnie pociągać w romantyczny sposób, ale tyle mi wystarcza.
- Hm - mruknęła Sumi, kierując się na własną połowę pokoju. - No dobrze.
Będzie ci przeszkadzać, jeśli będę się masturbować?
- Co, teraz? - Nancy nie potrafiła ukryć przerażenia. Nie na myśl o masturbacji, tylko o tym, że dziewczyna, którą dopiero poznała, zdejmie
spodnie i przy niej zaszaleje.
- Eee... - Sumi zmarszczyła nos. - Nie, miałam na myśli, że w ogóle. Późno
w nocy, kiedy światła są zgaszone, a księżycowe manty rozpościerają
skrzydła na niebie, dziewczyna może nabrać ochoty, żeby palcami zaorać
pole.
- Przestań, proszę - powiedziała Nancy słabym głosem. - Nie, nie będę
zła, jeśli będziesz się masturbować. W nocy. Po ciemku. Bez mówienia mi
o tym. Nie mam nic przeciwko masturbacji. Po prostu nie chcę tego
widzieć.
- Podobnie jak moja ostatnia współlokatorka - rzuciła Sumi i wydawało
się, że to koniec rozmowy, przynajmniej jeśli chodzi o nią.
Chwilę później wyszła przez okno i zostawiła Nancy samą z jej myślami,
pokojem i nową garderobą.
Nancy przez prawie minutę patrzyła na puste okno, zanim opadła na łóżko
i położyła głowę na rękach. Spodziewała się, że szkoła z internatem
będzie pełna ludzi takich jak ona, cichych, poważnych i spragnionych
powrotu do domów, które opuścili. A nie... czegoś takiego. Nie Sumi i ludzi rzucających niezrozumiałe techniczne terminy.
Poczuła się, jakby próbowała żeglować do domu bez mapy. Odesłano ją z powrotem do świata narodzin, żeby zyskała pewność... a ona jeszcze nigdy w życiu nie była mniej pewna.
***
Kolację podano w sali balowej na parterze, rozległym pomieszczeniu,
jeszcze powiększonym przez marmurową posadzkę i katedralne sklepienie.
Nancy zatrzymała się w wejściu, onieśmielona rozmiarami sali i widokiem
szkolnych kolegów i koleżanek siedzących przy stołach. Miejsca
wystarczyłoby dla setki uczniów, może więcej, ale znajdowało się ich tam
jedynie czterdzieścioro. Byli tacy mali, a przestrzeń taka ogromna.
- Niegrzecznie i wrednie jest blokować dostęp do jedzenia - oświadczyła
Sumi, przepychając się obok niej.
Nancy straciła równowagę, potknęła się o próg i wpadła do sali balowej.
Kiedy w środku wszyscy umilkli i odwrócili się w jej stronę, Nancy
zamarła. Był to jedynie mechanizm obronny, którego nauczyła się w czasie
pobytu wśród zmarłych. Kiedy się nie ruszała, duchy nie mogły jej
zobaczyć i ukraść jej życia. Bezruch stanowił najlepszą ochronę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki