1. Źli ludzie
Amelia
Nienawidziłam swojej pracy. Nienawidziłam szefa i podpitych, nachalnych klientów. Późnych powrotów i miernej wypłaty. Powtarzalności. Zmęczenia.
Najbardziej jednak nienawidziłam tego, że nie mam wyboru.
Od kiedy pamiętam, moim jedynym opiekunem była babcia. Zajęła się mną i Michaelem zaraz po śmierci rodziców. Bez protestów przyjęła nas pod swój dach, gdy nasz dom zajmowany był przez bank na poczet spłaty długów taty. Wychowywała nas przez ostatnie piętnaście lat, choć nie było to nic łatwego ani przyjemnego.
Największym problemem był Michael. Brakowało mu ojca, dyscypliny. Kogoś, kto w zdecydowany sposób postawiłby granice. Kogoś, kto wskazałby mu, co można robić, a czego się nie powinno. Babcia nie była dla niego autorytetem - nie potrafiła być stanowcza wobec dziecka, które wychowała praktycznie od samego początku. Ja tym bardziej nie byłam dla niego osobą, z której zdaniem trzeba się liczyć. Nie byłam dla nikogo istotna.
- Wyjdź stąd - powiedziałam, gdy tylko zobaczyłam brata przy barze. Doskonale wiedział, że na mojej zmianie nie napije się ani kropli, ale jak zawsze próbował.
- Siostra, nie bądź taka, jedno piwo...
Uśmiechnął się w charakterystyczny dla siebie sposób, którym zawsze rozbrajał babcię, ale nie ze mną te numery. Znałam te jego sztuczki doskonale, w końcu szkolił się na mnie. O ile te kilka lat temu były urocze, o tyle teraz, no cóż... byłam na nie odporna.
- Wypad, i to szybko.
- No weź, nie bądź taka. Browarek i znikam. - Nie odpuszczał.
- Znasz moje zdanie, a jak nie znasz, to przeczytaj plakietkę, która wisi nad barem. - Wskazałam ręką napis: "Nieletnim alkoholu nie sprzedajemy". - Jesteś nieletni, wiem o tym doskonale.
- Jakoś innym to nie przeszkadza, bez problemu mi sprzedają.
- Ja nie jestem inni i mi to przeszkadza. O tej porze już dawno powinieneś być w domu, lekcje odrabiać. Może babci byś pomógł?
Westchnął ze zrezygnowaniem.
- Jesteś nudna i psujesz zabawę - odparł i podniósł się z widocznym niezadowoleniem.
Nawet pokręcił głową, zanim opuścił bar. Pewnie pójdzie do innego.
- Tak to już jest ze starszymi siostrami. Psują zabawę - powiedziałam sama do siebie i kontynuowałam pracę.
Bar nie był zbyt oblegany - zapewne przez jego położenie na odludziu, a także klimat mordowni niższych lotów. Klientela też nie należała do najprzyjemniejszych: przeważali podejrzani faceci, prostytutki i lokalni pijacy. Było to jednak jedyne miejsce, w którym pracodawca nie pytał o wiek czy doświadczenie, a mnie bardzo zależało, aby zacząć pracę, gdziekolwiek by ona była. Kredyt studencki sam się nie spłaci.
Na szczęście kierownik, stary pan Joey, był konkretnym człowiekiem i nigdy nie robił mi problemów, gdy w trakcie zmiany, przy mniejszym obłożeniu na sali, siadałam z książką i uczyłam się do egzaminów. Co więcej, sam niejednokrotnie prosił mnie, abym mu coś policzyła czy sprawdziła faktury.
- Jako studentka rachunkowości powinnaś się na tym znać - mówił, gdy podsuwał mi tak naprawdę swoją pracę.
Nie protestowałam: dzięki temu, że miałam z nim dobre relacje i czasami odwalałam jego robotę, zapewniał mi niejako "ochronę", a w takim miejscu było to potrzebne. Barman Troy też był moim kumplem i pilnował, żeby żaden nachlany sproch nie naruszał moich granic. To musiałam im przyznać: reagowali, gdy tylko widzieli, że ktoś zaczepia mnie w nieprzyzwoity sposób. Troy ze swoją posturą kulturysty i twarzą boksera po milionie rund sprawiał, że nawet najbardziej stawiający się facet szybko miękł. Miał jednak sekret, który odkryłam całkiem przypadkiem: nie za bardzo umiał liczyć. A biorąc pod uwagę, że pracował za barem... No właśnie. Nieciekawe połączenie.
Dogadaliśmy się, że ja mu pomagam w liczeniu, a on odgania zboczeńców i innych, którym barmanka myli się z prostytutką. Tych ostatnich było tu na pęczki, co chwilę któraś wchodziła się ogrzać, zwłaszcza przy takiej pogodzie jak dziś. Z jedną zdążyłam się nawet zaprzyjaźnić przez te kilka miesięcy, od kiedy dołączyłam do pracowników baru.
Moja nowa "przyjaciółka" była młoda, na pewno niepełnoletnia, jeśli chodzi o możliwość spożywania alkoholu, ale wystarczająco dorosła na seks za pieniądze. Miała piękne rude włosy i duże, niewinne, zielone oczy, które w równie cnotliwy sposób spoglądały na klienta, gdy robiła mu dobrze, jak i wtedy, gdy kroiła go na grubą kasę. Bez skrupułów oczywiście. Cieszyła się dość dużą popularnością jak na dziewczynę znikąd, w dodatku niezatrudnioną u nas. Pojawiała się praktycznie codziennie. Znała prawie każdego bywalca baru, czym nawet ja nie mogłam się pochwalić, mimo że przecież byłam pracownikiem, który spędzał w przybytku każdą wolną chwilę.
Dziś Amanda się jednak nie pojawiła, więc mogłam przypuszczać, że ma pracowity wieczór. W przeciwieństwie do mnie, bo w Rossie nie działo się nic specjalnego - garstka ponurych klientów siedziała przy stołach, kilku robotników zmęczonych życiem usadowiło się przy barze i leniwie oglądało mało emocjonujący mecz na ekranie zawieszonym po lewej stronie blatu. Troy się jednak wciągnął i razem z "kolegami" komentował rozgrywki.
Pomyślałam sobie wtedy, że to kolejny nudny wieczór. Za godzinę wrócę do domu, zajrzę, czy babcia śpi, wykonam kilka połączeń, aby namierzyć Michaela i przygonić go do naszego lokum, może coś zjem, poczytam... ale niedługo, bo o dziewiątej rano mam wykłady z form organizacyjno-prawnych podmiotów gospodarczych, za którymi nie przepadam, ale prowadzący uwielbia debaty sokratejskie i jeśli nie chce się być na jego czarnej liście, to trzeba cokolwiek kojarzyć.
Z tą myślą wychodziłam z baru i wsiadałam do swojego starego pick-upa, który jeździł chyba tylko na słowo honoru. Puściłam sobie nawet jakąś stację radiową, ale nie byłam w stanie określić jaką. W miejscu, w którym mieszkałam, radiostacje często gubiły zasięg i słuchało się tego, co w danym momencie akurat działało.
Pierwszą oznaką, że ten wieczór będzie się jednak różnił od innych, był oświetlony dom babci. O drugiej w nocy. O tej porze babcia zazwyczaj spała.
Zatrzymałam auto na pustym podjeździe i szybko wysiadłam. Podbiegłam do otwartych drzwi.
- Babciu! - krzyknęłam, jeszcze zanim przekroczyłam próg. Dom wyglądał jak pobojowisko: wszystko było zdemolowane, rozrzucone, zniszczone. To, co akurat się nie zbiło czy nie połamało, zostało zdeptane i poszarpane. - Babciu! - krzyknęłam jeszcze głośniej. Minęłam salon i wbiegłam do jej sypialni.
Była tam.
Próbowała uprzątnąć bałagan, który i tego miejsca nie ominął. Trzęsącymi się rękami zbierała i układała porozrzucane po całym pomieszczeniu ubrania. Na mój widok z jej oczu popłynęły rzęsiste łzy.
- Zabrali Mike'a, mojego małego Mike'a...
Słysząc te słowa, zamarłam. Podeszłam szybko do babci i ją przytuliłam. Wtuliła się we mnie z wdzięcznością.
- Kto go zabrał? Musimy zadzwonić na policję.
- Nie! Tylko nie na policję! Powiedzieli, że jeśli to zrobimy, to go zabiją. - Błękitne oczy babci były przepełnione strachem. Kręciła głową tak energicznie, że aż się bałam, że zrobi sobie krzywdę.
- Musimy coś zrobić! Kto go zabrał, babciu? - dopytywałam z coraz większą paniką w głosie.
To, co tu widziałam, nie nastrajało zbyt pozytywnie. Zdemolowany dom, przestraszona babcia, teraz jeszcze porwany brat. Oj, Michael, Michael, w coś ty się znowu wpakował?
- Źli ludzie. To byli źli ludzie, Amelio.