Kłamstwa. Seria Twisted - Ana Huang

Kup ebooka

42.90 zł
34.32 zł (34,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

Tytuł oryginału: Twisted Lies

Copyright ? Ana Huang, 2022

Copyright ? for the Polish translation by Anna Hikiert-Bereza, 2023

Copyright ? Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2023

 

Redaktorka inicjująca: Paulina Surniak

Redaktorka prowadząca: Andżelika Stasiłowicz

Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska

Redakcja: Marta Tyczyńska-Lewicka

Korekta: Patryk Białczak, Damian Pawłowski

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Oryginalny projekt okładki: ? E. James Design

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Fotografia na okładce: ? anakondasp | shutterstock.com

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67891-17-2

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

1

-----------

STELLA

 

 

 

 

 

 

- STELLA!

Serce natychmiast zaczęło mi walić jak młotem. Nic nie wprawiało mnie w taki popłoch i nie stawiało mnie w stan najwyższej gotowości równie skutecznie jak głos Meredith.

- Tak? - Ukryłam niepokój, starając się zachować kamienną twarz.

- Mam nadzieję, że zdołasz sama zatargać to wszystko z powrotem do biura? - Meredith narzuciła na siebie płaszcz i przewiesiła sobie przez ramię torebkę. - Mam spotkanie w restauracji, nie mogę go za nic w świecie przegapić...

- Oczywiście...

Nim zdążyłam dokończyć, zniknęła za drzwiami.

- ...że dam radę.

Fotograf rzucił mi współczujące spojrzenie, na które odpowiedziałam, wzruszając ze znużeniem ramionami. Nie ja jedna miałam nieszczęście pracować jako asystentka redakcji dla szefowej, która była despotką.

Dawniej praca dla magazynu modowego wydawała mi się spełnieniem marzeń. Teraz, po czterech latach w "D.C. Style", proza rzeczywistości przyćmiła wszelkie pozory atrakcyjności, jakie dawniej miało dla mnie to stanowisko.

Zanim skończyłam nadzorować sesję zdjęciową, zostawiłam rzeczy w biurze i wyszłam do domu, czoło miałam mokre od potu, a całe ciało - obolałe.

Słońce zaszło jakąś godzinę temu, a zaśnieżone chodniki lśniły w mglistym, pomarańczowym świetle ulicznych latarni.

Media nadawały komunikaty ostrzegające przed śnieżycą, ale pogoda miała się popsuć dopiero późnym wieczorem. Wybrałam spacer, bo wiedziałam, że w ten sposób dotrę do domu szybciej, niż gdybym pojechała metrem, które świrowało za każdym razem, gdy spadło choć kilka centymetrów śniegu.

Myślałby kto, że miasto powinno być nieco lepiej przygotowane na takie warunki atmosferyczne, zważywszy na to, że śnieg padał co roku, ale nie - nie w Waszyngtonie.

Wiedziałam, że po drodze nie powinnam zaglądać do telefonu, a już szczególnie nie w taką pogodę, ale nie mogłam się powstrzymać.

Wywołałam na ekran e-mail, który przyszedł dziś po południu, i czytałam go raz po raz, licząc na to, że jego treść stanie się w końcu mniej niepokojąca, jednak bezskutecznie.

Od 1 kwietnia koszt pobytu w Greenfield Senior Living wzrośnie do 6500 dolarów za miesiąc. Przepraszamy z góry za wszelkie niedogodności, jakie może to za sobą pociągnąć; jesteśmy jednocześnie głęboko przekonani, iż owa zmiana poskutkuje zwiększeniem jakości usług, które świadczymy naszym podopiecznym.

Czułam, jak zielone smoothie, które wypiłam na lunch, podchodzi mi niebezpiecznie do gardła.

"Niedogodności". Ha, dobre sobie! Całkiem jakby nie podnosili miesięcznej opłaty za opiekę o ponad dwadzieścia procent! Całkiem jakby żywa, oddychająca, krucha istota ludzka nie miała ucierpieć z powodu pazerności nowej administracji.

Raz, dwa, trzy - wdech; raz, dwa, trzy - wydech.

Próbowałam oddychać miarowo, spokojnie, żeby uspokoić skołatane nerwy.

Maura mnie praktycznie wychowała. Była jedyną osobą, na którą zawsze mogłam liczyć, nawet jeśli nie wiedziała teraz, kim jestem. Nie mogłam jej przenieść do innego zakładu opieki. Greenfield było najlepsze w tej okolicy - i stało się jej domem.

Nikt z moich przyjaciół i rodziny nie wiedział, że płacę za jej opiekę. Nie chciałam odpowiadać na niewygodne pytania, które nieuchronnie pojawiłyby się, gdybym im powiedziała.

Musiałam po prostu znaleźć sposób na pokrycie wyższego kosztu opieki. Może mogłabym poszukać nowych partnerów do współpracy... albo wynegocjować wyższe stawki za prowadzenie mojego bloga i Instagrama? Miałam zaproszenie na kolację z przedstawicielami Delamonte w Nowym Jorku, która, zdaniem mojego menedżera, miała być tak naprawdę rozmową dotyczącą objęcia stanowiska ambasadorki firmy. Gdybym tylko...

- Panno Alonso?

Dźwięk głębokiego, melodyjnego głosu był niczym muśnięcie czarnego aksamitu na mojej skórze. Zatrzymałam się w pół kroku i poczułam, jak przechodzi mnie dreszcz - po części wywołany podekscytowaniem, po części lękiem.

Znałam ten głos. Słyszałam go zaledwie trzy razy w życiu, ale to wystarczyło. Podobnie jak jego właściciela, trudno było go zapomnieć.

W mojej piersi rozgorzała iskierka czujności, ale stłumiłam ją z determinacją, a potem odwróciłam głowę, obrzucając spojrzeniem grube zimowe opony i smukły, charakterystyczny kształt czarnego McLarena, który zatrzymał się obok mnie. Podniosłam wzrok na odsuniętą szybę po stronie kierowcy - i właściciela auta.

Miałam wrażenie, że moje serce na chwilę przestało bić.

Ciemne włosy. Oczy w kolorze whisky. Twarz o rysach tak idealnych, że mogłyby wyjść spod dłuta samego Michała Anioła.

Christian Harper.

Szef elitarnej firmy ochroniarskiej, właściciel Mirage - budynku, w którym mieszkałam - i z dużą dozą prawdopodobieństwa najpiękniejszy... i najniebezpieczniejszy mężczyzna, którego kiedykolwiek spotkałam w życiu.

Tak naprawdę moja ocena dotycząca tego, że jest niebezpieczny, opierała się jedynie na podszeptach instynktu, jednak ten jak na razie nigdy mnie nie zawiódł.

Zaczerpnęłam tchu, wypuściłam powoli powietrze z płuc i się uśmiechnęłam.

- Panie Harper.

Na moją uprzejmą odpowiedź zareagował lekkim rozbawieniem. Cóż, najwyraźniej tylko jemu wolno było się zwracać do ludzi, używając ich nazwisk, całkiem jakbyśmy wszyscy mieszkali w wielkiej sali konferencyjnej.

Zerknął przelotnie na płatki śniegu opadające na moje ramiona, a potem ponownie podchwycił moje spojrzenie i moje serce znowu dziwnie zwolniło.

Pod wpływem jego wzroku poczułam mrowienie, jakby po mojej skórze rozpełzły się miniaturowe wyładowania elektryczne, i z najwyższym trudem stłumiłam w sobie odruchową chęć cofnięcia się o krok, żeby pozbyć się tego dziwnego uczucia.

- Cudowna pogoda na przechadzkę - zauważył z przekąsem dorównującym sarkazmowi w jego spojrzeniu.

Po moim karku rozlała się fala gorąca.

- Nie jest aż tak źle.

Dopiero gdy wypowiedziałam te słowa, z lekkim przerażeniem zorientowałam się, jak mocno zaczęło sypać - z każdą chwilą bardziej. Być może prognoza zapowiadająca śnieżycę miała się sprawdzić wcześniej, niż zapowiadano...

- Do domu mam tylko dwadzieścia minut pieszo - dodałam, żeby... Cóż, sama nie wiem właściwie, po co. Być może chciałam udowodnić, że nie jestem na tyle głupia, żeby spacerować rekreacyjnie po mieście w sypiącym śniegu.

Nagle pożałowałam, że nie pojechałam jednak metrem...

- Zaraz zacznie się zamieć, a chodniki są całe oblodzone. - Christian oparł przedramię o kierownicę gestem, który nie miał prawa być seksowny... a jednak jakimś cudem taki właśnie był. - Podrzucę cię.

On również mieszkał w Mirage, więc jego propozycja brzmiała sensownie. W istocie mieszkał zaledwie piętro wyżej.

Mimo to pokręciłam głową. Sama myśl o siedzeniu w ciasnej przestrzeni z Christianem, nawet przez kilka minut, napełniała mnie dziwną, irracjonalną paniką.

- Nie, dzięki. Na pewno masz lepsze rzeczy do roboty niż wożenie mnie po mieście, a poza tym spacer... dobrze mi zrobi - wybełkotałam pośpiesznie. Rzadko zdarzało mi się paplać bez ładu i składu, gdy jednak już raz złapałam melodię, nie mogło mnie powstrzymać nic, chyba że wybuch jądrowy. - Poprawia krążenie, no i chciałam przetestować też moje nowe śniegowce. Włożyłam je dziś pierwszy raz. - Przestań gadać! - Dlatego, chociaż to bardzo miłe z twojej strony, muszę z żalem odmówić... - dokończyłam moją bezładną przemowę, zmuszona zaczerpnąć tchu.

Bycie asertywną wychodziło mi coraz lepiej, ale nadal za każdym razem zaczynałam się niepotrzebnie zbyt mocno tłumaczyć.

- Czy to w ogóle brzmi choć trochę sensownie? - dodałam, gdy Christian uparcie milczał.

Właśnie w tym momencie silny podmuch wiatru uderzył w nas z brutalną gwałtownością. Zerwał mi z głowy kaptur i wdarł się pod warstwy ubrania, przenikając aż do szpiku, a moim ciałem wstrząs­nął niekontrolowany dreszcz.

W studiu pot lał się ze mnie strumieniami, teraz jednak było mi tak zimno, że nawet wspomnienia ciepłych wnętrz w mojej głowie natychmiast pokrywały się warstewką lodu.

- Brzmi - przemówił wreszcie Christian głosem równie nieprzeniknionym, co jego spojrzenie.

- Świetnie - wykrztusiłam przez szczękające o siebie wściekle zęby. - W takim razie...

Przerwało mi ciche kliknięcie odblokowywanego centralnego zamka.

- Wskakuj, Stella.

Posłusznie wsiadłam do samochodu. Wmawiałam sobie, że to dlatego, że temperatura jakimś cudem spadła o dziesięć stopni w ciągu pięciu minut... wiedziałam jednak, że okłamuję samą siebie.

Sprawił to po prostu dźwięk mojego imienia w jego ustach - głos, w którym brzmiała taka spokojna stanowczość, że moje ciało posłuchało, nim jeszcze mózg zdążył zareagować.

Jak na mężczyznę, którego ledwie znałam, miał nade mną większą władzę niż duża część osób z mojego otoczenia.

Gdy zamknęłam za sobą drzwi, Christian ruszył i przekręcił gałkę na desce rozdzielczej. Chwilę później z wentylacji buchnęło gorące powietrze, rozgrzewając moją lodowatą z zimna skórę.

W samochodzie pachniało kosztowną skórzaną tapicerką i luksusowymi przyprawami, a wnętrze było obscenicznie wręcz czyste: żadnych papierków od batoników, na wpół opróżnionych kubków z kawą ani nawet kłaczka ze swetra.

Usadowiłam się głębiej w fotelu pasażera i zerknęłam na siedzącego obok mnie mężczyznę.

- Zawsze stawiasz na swoim, co? - spytałam lekkim tonem, aby przerwać pełną napięcia ciszę, która opadła na nas niczym gruby koc.

Zerknął na mnie z ukosa, a potem skupił się ponownie na drodze przed nami.

- Nie zawsze.

Zamiast zelżeć, napięcie jeszcze wzrosło, wsączając się niczym jad w moje żyły, gorący i zdradliwy, jak iskra czekająca na podmuch powietrza, który ją podsyci.

Kompletna klapa.

Odwróciłam się i wyjrzałam przez okno, zbyt wyczerpana dzisiejszymi wydarzeniami, żeby podjąć ponowną próbę nawiązania rozmowy. Zdenerwowanie sznurujące mi klatkę piersiową niczym gorset i ściskające w gardle wcale nie pomagało. Powinnam być spokojna, opanowana, pozytywnie nastawiona i trzeźwo myśląca niezależnie od sytuacji - właśnie takie starałam się sprawiać wrażenie na innych przez większość mojego życia, bo tego ode mnie oczekiwano jako od Alonso.

Alonso nie miewali ataków paniki ani nie spędzali bezsennych nocy na zamartwianiu się o wszystko, co nazajutrz mogło pójść nie tak.

Alonso nie potrzebowali terapii ani nie wylewali swoich brudów przed nieznajomymi.

Alonso... musieli być chodzącymi ideałami.

Zaczęłam nawijać na palec swój łańcuszek z wisiorkiem, dopóki nie zacisnął się boleśnie wokół mojego gardła, wpijając się w skórę szyi.

Moi rodzice byliby zapewnie wręcz zachwyceni Christianem. Jeśli sądzić po pozorach, był równie perfekcyjny jak oni.

Bogaty. Przystojny. Dobrze wychowany.

I wzbudzało to we mnie niechęć, podobnie jak sposób, w jaki jego obecność mnie przytłaczała, dominując w otaczającej nas przestrzeni, wypełniając szczelnie każdy zakamarek i szczelinę wnętrza samochodu, dopóki nie stała się jedynym, na czym mogłam się skupić.

Wbiłam wzrok w drogę przed nami, moje nozdrza jednak wypełniał zapach jego wody kolońskiej, a skóra mrowiła na widok jego mięśni napinających się lekko pod jego ubraniem z każdym skrętem kierownicy.

Nie powinnam była wsiadać.

Nie licząc tego, że było mi ciepło, jedynym plusem tej niefortunnej decyzji było to, że dotrę szybciej do domu, do mojego prysznica i łóżka. Nie mogłam się doczekać, żeby...

- Rośliny miewają się całkiem nieźle.

Jego wypowiedziane od niechcenia stwierdzenie było tak nieoczekiwane, że zajęło mi dobrych kilka sekund, nim zorientowałam się, że: 1) któreś z nas przerwało niezręczną ciszę; 2) tym kimś naprawdę był Christian i nie było to wytworem mojej wyobraźni.

- Słucham?

- Rośliny w moim mieszkaniu. - Zatrzymał się na czerwonym. - Rosną całkiem dobrze.

Co on w ogóle... Och.

Gdy wreszcie spłynęło na mnie olśnienie, poczułam coś na kształt dumy.

- Cieszę się. - Teraz, gdy rozmowa zeszła na bezpieczny, neutralny grunt, zdobyłam się na ostrożny uśmiech. - Potrzebują tylko odrobiny miłości i uwagi.

- I wody.

Zamrugałam na dźwięk tego oczywistego stwierdzenia, wypowiedzianego jednak ze śmiertelną powagą.

- I wody - powtórzyłam.

Słowa wisiały przez chwilę w powietrzu między nami, po czym z mojego gardła wydostało się rozbawione parsknięcie, a kąciki ust Christiana drgnęły w cieniu uśmiechu. Atmosfera wreszcie nieco się rozluźniła, podobnie jak ciasny węzeł krępujący mi klatkę piersiową.

Gdy zaświeciło się zielone, ryk potężnego silnika niemal zagłuszył jego kolejne słowa:

- Masz dobrą rękę do roślin.

Zarumieniłam się, ale zbyłam jego komplement wzruszeniem ramion.

- Lubię je.

- A więc właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Jego rośliny doniczkowe ledwo dychały, gdy zaczęłam się nimi zajmować w ramach wdzięczności za utrzymanie czynszu na dawnym poziomie.

Po tym, jak moja przyjaciółka i była współlokatorka Jules wyprowadziła się miesiąc temu do swojego chłopaka, mogłam albo znaleźć sobie na jej miejsce kogoś innego, albo wyprowadzić się z Mirage, bo zwyczajnie nie było mnie stać na płacenie całego rachunku. Przywiązałam się do Mirage, wolałam jednak wybrać gorsze warunki, niż mieszkać z kimś obcym. Z moimi stanami lękowymi nie byłabym w stanie temu podołać.

Christian i tak już obniżył nam miesięczną opłatę, gdy wprowadziłyśmy się do lokalu i wspomniałyśmy, że standardowa cena wykracza poza nasze możliwości finansowe, więc byłam w szoku, gdy zgodził się, abym płaciła tylko swoją połowę czynszu, słysząc o potencjalnej wyprowadzce.

To było odrobinę podejrzane, ale uspokoił mnie nieco fakt, że przyjaźnił się z mężem innej z moich przyjaciółek, Bridget. Jak na razie dbałam o jego roślinki od pięciu tygodni i nie wydarzyło się nic strasznego. Nigdy go nie widywałam, gdy chodziłam na górę. Wchodziłam po prostu, podlewałam rośliny i wychodziłam.

- Skąd wiedziałeś, że mam smykałkę akurat do tego?

Mógł zaproponować mi każde inne zajęcie: załatwianie dla niego jakichś spraw, robienie prania, sprzątanie (chociaż zatrudniał już kogoś do tego ostatniego). Jednak rośliny... Cóż. To było dość... niezwykłe.

- Nie wiedziałem - oznajmił mi obojętnym głosem, w którym pobrzmiewały jednak jakieś dziwne nuty. - To był szczęśliwy zbieg okoliczności.

- Nie wyglądasz na kogoś, kto wierzy w zbiegi okoliczności.

Był wręcz ucieleśnieniem rzeczowości i braku sentymentów - widać to było zarówno w jego zachowaniu, jak i sposobie, w jaki się ubierał: w idealnie skrojonym garniturze, precyzyjnym doborze słów, dystansie w jego spojrzeniu.

To był ktoś, kto nade wszystko kochał logikę, władzę i zimny, twardy pragmatyzm. Ktoś, w kogo umyśle nie było miejsca na coś tak niepewnego jak zbieg okoliczności.

Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu uznał moje stwierdzenie za zabawne.

- Och, wierzę w nie bardziej, niż mogłabyś przypuszczać.

Jego pozornie beztroskie wyznanie mnie zaintrygowało.

Chociaż miałam pełen dostęp do jego mieszkania, nie wiedziałam o nim praktycznie nic. Jego apartament był podręcznikowym wręcz przykładem połączenia luksusu i dobrego smaku, ale nie było w nim właściwie żadnych przedmiotów osobistych.

- Zechciałbyś rozwinąć? - zaproponowałam pozornie od niechcenia, gdy wprowadzał auto na prywatny parking Mirage, na swoje miejsce w pobliżu tylnego wyjścia.

Cisza.

Z drugiej strony jednak nie oczekiwałam, że złapie przynętę.

Christian Harper był człowiekiem, którego spowijały plotki i cienie. Nawet Bridget nie wiedziała o nim zbyt wiele - właściwie to znała go tylko z reputacji.

Bez słowa wysiedliśmy i weszliśmy do lobby.

Christian miał na oko jakieś metr dziewięćdziesiąt wzrostu, a więc kilkanaście centymetrów więcej ode mnie, jednak nadal byłam dość wysoka, żeby dotrzymać tempa jego długim krokom. Nasze stopy wystukiwały idealnie zsynchronizowany rytm na marmurowej posadzce.

Pokaźny wzrost od zawsze był źródłem moich kompleksów, ale emanujący silną osobowością Christian działał na mnie w dziwny sposób pokrzepiająco, odwracając uwagę od mojej posągowej postury.

- Nigdy więcej żadnych spacerów w śnieżycę, panno Alonso - powiedział, gdy zatrzymaliśmy się przed windami, zwróceni twarzami do siebie. Na jego ustach ponownie zagościł cień uśmiechu, podkreślający jego niewymuszony urok i pewność siebie. - Nie mogę pozwolić, żeby ktoś z moich lokatorów umarł z powodu wyziębienia. To by źle wpłynęło na naszą reputację.

Wbrew sobie znowu wybuchłam śmiechem.

- Jestem pewna, że znalazłbyś kogoś na moje miejsce w mgnieniu oka.

Oddech uwiązł mi w gardle, jednak nie wiedziałam, czy to ostatnie skutki uboczne przemarznięcia, czy może efekt, jaki wywierała na mnie jego przytłaczająca bliskość. Nie żeby przyprawiał mnie o szybsze bicie serca - aktualnie amory nie były mi w głowie. Praca w redakcji i prowadzenie bloga pochłaniały mnie do tego stopnia, że nie miałam nawet czasu myśleć o umawianiu się z kimś. To jednak wcale nie znaczyło, że byłam odporna na jego wdzięk.

W jego oczach o kolorze whisky zalśnił jakiś przelotny błysk, który znikł równie szybko, jak się pojawił.

- Nie byłbym tego taki pewien.

Wcześniejszy lekki ucisk w gardle przybrał na sile, przeobrażając się w dławiącą gulę. Każde zdanie, które padało z jego ust, było jak zaszyfrowany komunikat, którego nie potrafiłam rozkodować, przesycony ukrytymi znaczeniami, zrozumiałymi tylko dla niego, podczas gdy ja błądziłam jak dziecko we mgle.

Rozmawiałam z nim wcześniej tylko trzy razy: raz, gdy podpisywaliśmy umowę, drugi - przelotnie - na ślubie Bridget i ostatnio, gdy omawialiśmy kwestię wyprowadzki Jules.

Za każdym razem czułam się bardziej wytrącona z równowagi niż poprzednio.

O czym właściwie przed chwilą mówiliśmy?

Od momentu, gdy wypowiedział ostatnie słowo, minęła niecała minuta, jednak miałam wrażenie, że upłynęła cała wieczność.

- Christian?

Głęboki głos z ledwie słyszalnym obcym akcentem ciął niczym nóż przez kruchą materię nabrzmiałej czymś bliżej nieokreślonym ciszy, w której trwaliśmy jak zawieszeni.

Czas znów zaczął płynąć w swoim zwykłym tempie, a powietrze wydarło się z moich płuc z cichym westchnieniem, po czym odwróciłam głowę.

Wysoki. Ciemne włosy. Śniada karnacja.

Nieznajomy nie był przystojny w tym klasycznym typie urody co Christian, ale garnitur od Delamonte leżał na nim tak perfekcyjnie, uwydatniając doskonałą budowę umięśnionego ciała, że trudno było oderwać od niego wzrok.

- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam... - "Pan Delamonte" zerknął na mnie znacząco.

Nigdy nie pociągali mnie specjalnie starsi ode mnie mężczyźni, a on musiał mieć trzydzieści parę lat lub dobiegał czterdziestki, ale... O rany. Po prostu... wow.

- Nic podobnego. Zjawiasz się w samą porę - zapewnił go gładko Christian, mimo iż w jego głosie słyszałam ledwie zauważalne nuty poirytowania. Uszedł kilka kroków, zatrzymując się między mną a Panem Delamonte, przesłaniając nam w ten sposób widok na siebie nawzajem.

Zdążyłam jeszcze zauważyć, jak mężczyzna unosi brew, nim maska profesjonalnej obojętności opadła z jego twarzy, zastąpiona przez krzywy uśmieszek. Obszedł Christiana - z takim rozmysłem i celowością, jakby chciał zrobić mu na złość - i wyciągnął do mnie rękę.

- Dante Russo - przedstawił się.

- Stella Alonso.

Spodziewałam się, że uściśnie moją dłoń, jednak ku mojemu zaskoczeniu podniósł ją do ust i musnął wargami moje knykcie. W wykonaniu kogokolwiek innego uznałabym ten gest za tani i żałośnie tandetny chwyt, jednak ze zdziwieniem zarejestrowałam, że jestem mile zaskoczona. Może chodziło o ten akcent? Miałam słabość do wszystkiego, co włoskie.

- Dante. - Warstewka spokoju w głosie Christiana skrywała jakiś dziwny ton, ostry jak brzytwa. - Spóźnimy się na nasze spotkanie.

Dante wydawał się w najmniejszym stopniu nieporuszony. Zatrzymał dłoń na mojej sekundę dłużej, niż było to konieczne, nim z końcu ją zabrał.

- Bardzo miło było mi cię poznać, Stello. Jestem pewien, że zobaczymy się ponownie - dodał, przeciągając śpiewnie zgłoski, a w jego głosie z tym lekkim akcentem dosłyszałam nutkę rozbawienia.

Przypuszczałam, że podkpiwa sobie nie tyle ze mnie, ile ze swojego towarzysza wpatrującego się w niego zimnym wzrokiem.

- Dziękuję, mnie również miło było cię poznać. - Niemal uśmiechnęłam się do niego, jednak coś mi mówiło, że w tej chwili to niezbyt mądre ani bezpieczne. - Dobrej nocy. - Zerknęłam na Christiana. - Dobranoc, panie Harper. Dzięki za podwózkę! - zakończyłam lekkim tonem, licząc na to, że nawiązanie do naszej wcześniejszej absurdalnej formalności nieco złagodzi jego marsową minę, on jednak skłonił głowę i ze śmiertelną powagą odpowiedział:

- Dobranoc, panno Alonso.

Cóż, trudno.

Zostawiłam ich w lobby w charakterze obiektów wyraźnego zainteresowania ze strony przechodzącej akurat w pobliżu kobiety i wjechałam windą na moje piętro.

Nie miałam pojęcia, co spowodowało tę nagłą zmianę w nastroju Christiana, ale miałam dość własnych zmartwień, żeby przejmować się jeszcze nim.

Zaczęłam szperać w torbie, próbując namierzyć moje klucze pośród gąszczu kosmetyków, rachunków i gumek do włosów. Rany, naprawdę powinnam utrzymywać w niej lepszy porządek... Po kilku minutach bezskutecznych poszukiwań moja dłoń zacisnęła się wreszcie na chłodnym metalu.

Wsuwałam właśnie klucz do zamka, gdy moją skórę owionął znajomy chłód, podnosząc mi włoski na karku. Poderwałam gwałtownie głowę.

W korytarzu nie było nikogo oprócz mnie, jednak cichy szum systemu ogrzewania nabrał nagle jakichś złowieszczych tonów.

Z mojej pamięci napłynęły wspomnienia listów i zrobionych z ukrycia zdjęć, sprawiając, że mój oddech stał się płytki, przyśpieszony... nim zamrugałam mocno, aby je odegnać.

Przestań się wpędzać w paranoję - powtórzyłam sobie ostro w myślach.

Nie mieszkałam już w starym, niestrzeżonym domu w pobliżu kampusu. Tylko w Mirage, jednym z najlepiej pilnowanych apartamentowców w Waszyngtonie. Poza tym gość nie odzywał się od dwóch lat.

Prawdopodobieństwo tego, że objawi się akurat tutaj, było praktycznie zerowe.

Mimo to nie mogłam się wyzbyć tego dziwnego, paraliżującego uczucia. Prędko otworzyłam drzwi i zatrzasnęłam je za sobą. Gdy zasunęłam zasuwkę, rozbłysły światła, ale odprężyłam się nieco dopiero wtedy, kiedy sprawdziłam wszystkie pokoje i upewniłam się, że w mojej szafie ani pod łóżkiem nie czai się jakiś intruz.

Wszystko było w jak najlepszym porządku. On nie wrócił. Byłam bezpieczna.

Ale mimo iż z całych sił próbowałam utwierdzić się w tym przekonaniu, jakaś cząstka mnie nie mogła się wyzbyć podejrzeń, że przeczucie mnie nie myliło i że w korytarzu ktoś mnie obserwował.

 

 

 

 

 

 

2

---------------

CHRISTIAN

 

 

 

 

 

 

DRZWI DO BIBLIOTEKI ZAMKNĘŁY SIĘ ZA MNĄ Z CICHYM SZCZĘKIEM.

Przeszedłem przez pokój - rozmyślnie niespiesznym krokiem - i dotarłem do kanapy, na której Dante rozparł się wygodnie ze szklaneczką szkockiej w dłoni.

Poczułem, jak mięśnie szczęki napinają mi się nerwowo.

Gdybyśmy nie znali się tak długo - i gdybym nie był mu winien przysługi - jego mózg zdobiłby już barowy stolik stojący w pobliżu.

I roztrzaskałbym mu łeb z miłą chęcią nie tylko za to, że bez pytania poczęstował się moim alkoholem, ale też za cały ten jego idiotyczny pokaz w lobby.

Nie lubiłem ludzi, którzy dotykali tego, co moje.

- Rozchmurz się nieco, Harper. - Dante upił leniwie łyk swojego drinka. - Inaczej ta twoja piękna buźka już na zawsze pozostanie taka skrzywiona i nie będzie się jej już podobała.

Zamiast odpowiadać, uśmiechnąłem się do niego tylko zimno, żeby dać mu do zrozumienia, jak mało mnie to obchodzi.

- Może gdybyś brał sobie do serca swoje własne rady, ty i twoja dziewczyna nie spalibyście w osobnych pokojach.

Na widok jego zmrużonych oczu poczułem satysfakcję. Jeśli Stella była moją słabością, to jego czułym punktem zdecydowanie była Vivian.

Nie interesowały mnie szczegóły ich związku, ale bawiło mnie, jak jeży się za każdym razem, gdy poruszałem temat narzeczonej, której rzekomo tak nienawidził.

A sądziłem, że to ja mam problemy. Cóż, jeśli tak, to Dante miał tysiąc razy większe.

- Jeden zero dla ciebie - przyznał niechętnie. Maska jego wcześniejszego rozbawienia zniknęła bez śladu, odsłaniając oblicze ponurego dupka, którego tak dobrze znałem. - Nie przyszedłem tu jednak, żeby rozmawiać o Vivian czy Stelli, więc przejdźmy do rzeczy. Kiedy, do kurwy nędzy, będę mógł pozbyć się tego bohomazu? Oczy mi krwawią za każdym razem, gdy na niego patrzę.

Na myśl o kolejnej enigmatycznej kobiecie w moim życiu odsunąłem od siebie z rozmysłem wspomnienia ciemnych loków i zielonych oczu.

Magda, obraz, który prześladował mnie od dziesięcioleci. Nie z powodu tego, czym był, ale tego, co reprezentował.

- Nikt ci go nie kazał wieszać w galerii. - Podszedłem do barku i nalałem sobie drinka. Ten przeklęty drań Dante nie zakręcił butelki mojej najlepszej szkockiej... - Jeśli o mnie chodzi, możesz go nawet upchnąć sobie na dnie szafy.

- Jasne: fakt, iż płacę całą tę kasę za Magdę tylko po to, żeby trzymać ją upchniętą w szafie, na pewno nie wzbudziłby niczyjej podejrzliwości - stwierdził Dante głosem ociekającym wręcz sarkazmem.

- Zasygnalizowałeś problem, a ja zaproponowałem ci rozwiązanie. - Wzruszyłem ramionami. - Nie moja wina, że nie chcesz z niego skorzystać. A skoro już o tym wspomniałeś... - Zająłem fotel naprzeciwko niego. - To ja zapłaciłem za obraz.

Cóż, potajemnie. Ale liczy się fakt. Osoby postronne wiedziały tyle, że Dante Russo był dumnym właścicielem jednego z najpaskudniejszych obrazów, jakie istniały. Z drugiej jednak strony niektórzy ludzie sądzili, że ten ohydny obraz był bezcennym dziełem sztuki, które uważali za warte kradzieży i za które gotowi byli zabijać, a to wszystko dzięki kilku sfałszowanym dokumentom.

Nie chciałem, żeby ktoś się nim interesował, ale potrzebowałem wymówki, która wiarygodnie tłumaczyłaby, dlaczego włożyłem tak wiele wysiłku, aby go zabezpieczyć.

Tak naprawdę nie wymagało to jednak wcale wikłania się w interesy na światową skalę - jak wszyscy zdawali się sądzić. Zamiast tego... dotyczyło pewnych bardzo osobistych dla mnie spraw, którymi nie dzieliłem się z nikim - i nie zamierzałem tego robić.

Dante przyjrzał mi się znad brzegu swojej szklaneczki.

- Dlaczego właściwie tak ci na nim zależy? Dostałeś to, czego chciałeś, i znalazłeś swojego zdrajcę. Spal po prostu to cholerstwo. To znaczy po tym, jak ci je odsprzedam - dodał. - Dla zachowania pozorów.

- Mam swoje powody.

W zasadzie, jeśli chodzi o ścisłość, miałem jeden powód, wiedziałem jednak, że nie uwierzyłby mi, gdybym mu go zdradził.

Nie mogłem zniszczyć tego obrazu. Był zbyt mocno osadzony w potrzaskanych szczątkach mojej przeszłości.

Nie należałem do osób sentymentalnych, w moim życiu były jednak dwie dziedziny, w odniesieniu do których mój pragmatyzm nie miał kompletnie żadnego zastosowania: Stella i Magda.

Pechowo dla Axla, mojego byłego pracownika, który ukradł Magdę i przekazał ją Sentinelowi, mojemu największemu pieprzonemu rywalowi, on nie należał do tej kategorii wyjątków. Sądził, że obraz zawiera ściśle tajne, a stąd potencjalnie bardzo dochodowe tajemnice biznesowe - bo tak właśnie powiedziałem kilku osobom, którym powierzyłem opiekę nad nim. Nie wiedzieli, że wartość obrazu wynikała dla mnie z czegoś o wiele bardziej osobistego... i znacznie mniej dla nich użytecznego.

Pozbyłem się Axla, odczekałem wystarczająco długo, aby Sentinel stracił czujność, a następnie dość skutecznie namieszałem w ich systemie komputerowym, żeby ich wartość rynkowa spadła o wiele milionów dolarów. Nie na tyle, żeby całkowicie ich zniszczyć, bo przekręt na taką skalę można by wyśledzić i naprowadzić na mnie, ale wystarczająco, aby odczytali mój komunikat.

Ci idioci zarządzający Sentinelem byli tak tępi, że próbowali ukraść obraz z powrotem po tym, jak go sprzedali, ponieważ myśleli, że mogą go wykorzystać do działań odwetowych na mnie.

Nie znaleźli w Magdzie żadnych tajemnic biznesowych, ale wiedzieli, że jest dla mnie ważna. Byli na dobrym tropie, trzeba im to przyznać. Ale powinni byli zatrudnić do tej roboty kogoś innego niż podrzędnego członka gangu z Ohio. Próba zatarcia śladów przez Sentinel była tak żałosna, że niemal dla mnie obraźliwa.

Teraz obraz był pod opieką Dantego, co miało podwójne korzyści: po pierwsze nie musiałem go oglądać, a po drugie nikt, nawet Sentinel, nie ośmieliłby się go okraść. Ostatnia osoba, która tego spróbowała, skończyła w trwającej trzy miesiące śpiączce, straciła dwa palce, miała zmasakrowaną twarz i zmiażdżone żebra.

Dante wydał z siebie zniecierpliwione prychnięcie, ale był na tyle mądry, aby nie naciskać mocniej.

- W porządku, ale wiesz, że nie będę trzymał go u siebie wiecznie. To rujnuje moją reputację jako kolekcjonera - burknął.

- Wszyscy myślą, że to rzadkie dzieło sztuki z osiemnastego wieku. Nie ma sprawy - stwierdziłem beznamiętnie.

W rzeczywistości obraz powstał niecałe dwadzieścia lat temu.

To niesamowite, jak łatwo było spreparować "bezcenne" dzieło sztuki i dokumentację potwierdzającą jego autentyczność.

- Oślepnę od codziennego patrzenia na ten koszmar. - Dante potarł kciukiem dolną wargę. - A skoro już mowa o koszmarach, Madigan został dziś rano oficjalnie wyrzucony z Valhalli.

Poruszenie tego nowego tematu zauważalnie wpłynęło na zmianę atmosfery w pomieszczeniu.

- I bardzo dobrze.

Nie pałałem sympatią do potentata naftowego, który został ostatnio pozwany przez szereg byłych pracowników za molestowanie seksualne i napaść.

Madigan od zawsze był kanalią, jednak pierwszy raz zdarzyło się, żeby został pociągnięty do odpowiedzialności za swoje czyny.

Valhalla była ekskluzywnym klubem, przyznającym członkostwo tylko najbogatszym i najmożniejszym tego świata. Wielu z nich, w tym ja, angażowało się w działania, które można by określić mianem nie do końca legalnych, jednak nawet Valhalla miała swoje zasady i z pewnością nie chciała zostać wciągnięta w medialny cyrk, który rozpęta się już wkrótce wokół procesu Madigana.

Byłem tylko zaskoczony, że nie wyrzucili go wcześniej.

Dante i ja rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę o procesie i interesach, dopóki nie przeprosił mnie, zmuszony odebrać telefon.

Jako prezes Russo Group, konglomeratu zajmującego się dystrybucją towarów luksusowych, który obejmował ponad trzy tuziny marek modowych, kosmetycznych i lifestyle'owych, spędzał połowę swojego czasu na rozmowach dotyczących biznesu.

Niezajęty rozmową, mój umysł zaczął automatycznie dryfować w kierunku pewnej brunetki. Jeśli w moich myślach panował sztorm, ona była moją kotwicą. Zawsze wracały do niej.

Wspomnienie o niej, idącej zaśnieżoną ulicą, z włosami potarganymi przez wiatr i oczami błyszczącymi jak jadeit, uparcie wracało z krańców pamięci. Ciepło, którym emanowała jak promień słońca po burzy, rozgrzewało moje ciało.

Nie powinienem był obniżać jej czynszu, kiedy przyszła obejrzeć budynek, a już na pewno nie powinienem był pozwolić jej utrzymać niższej stawki po wyprowadzce Jules. W zamian za opiekę nad moimi pieprzonymi roślinami, bo bezinteresowne ustępstwo z mojej strony byłoby zbyt podejrzane.

Gówno mnie te badyle obchodziły. Trzymałem je tylko dlatego, że mój projektant upierał się na nie, twierdząc, że "świetnie uzupełnią wnętrza". Wiedziałem jednak, że Stella uwielbia rośliny, a to było lepsze niż proszenie jej o ogarnianie moich dokumentów.

Nie byłem w stanie sobie wyobrazić gorszej tortury, która rozpraszałaby mnie bardziej niż mieszkanie z nią w tym samym budynku, ale sam byłem sobie winien.

W mojej piersi buzowały bliźniacze płomienie pretensji i frustracji. Miałem słabość do Stelli Alonso... i nienawidziłem się za to.

Wyjąłem telefon i odruchowo niemal uruchomiłem jedną z aplikacji społecznościowych, ale powstrzymałem się w ostatniej chwili. Zamiast tego wpisałem kod do mojej zaszyfrowanej sieci komórkowej.

Nie była tak sprawna jak ta zainstalowana na moim laptopie, ale dzięki niej mogłem w mgnieniu oka uzyskać to, czego chciałem.

Moja frustracja potrzebowała ujścia, a dziś miałem to szczęście, że mogłem dać jej upust, ukierunkowując ją na Johna Madigana. W tej chwili nie byłem w stanie wyobrazić sobie nikogo bardziej odpowiedniego, kto by na to zasługiwał.

Wywołałem na ekranie spis jego urządzeń - telefonów, komputerów, a nawet jego inteligentną lodówkę i budzik z połączeniem Bluetooth - i wszystkie powiązane z nimi konta.

Znalezienie tego, czego szukałem, zajęło mi niecałe pięć minut - to był filmik, nagrany przez niego w jego bezdennej głupocie, na którym zmuszał swoją asystentkę do zrobienia mu loda, oraz seria obrzydliwych wiadomości, które wysłał po wszystkim jednemu ze swoich kumpli od golfa.

Przekazałem je prokuraturze za pośrednictwem e-maila tego ostatniego. Jeśli byli choć w połowie tak przyzwoici i skrupulatni, jak powinni, zdołają przekonać sędziego, że to wiarygodny, dopuszczalny dowód w sprawie.

Wiadomości trafiły również do kluczowych mediów... bo w sumie dlaczego nie?

Następnie, tylko dlatego, że irytowała mnie parszywa gęba Madigana, podmieniłem jego najcenniejsze akcje na chłam i przekazałem znaczną część jego gotówki organizacjom przeciwdziałającym przemocy seksualnej.

Z każdym kliknięciem czułem, jak napięcie opuszcza moje zesztywniałe mięśnie.

Cyfrowy sabotaż był lepszy niż porządny masaż.

Schowałem telefon do kieszeni, gdy Dante ponownie wszedł do biblioteki.

- Muszę wracać do Nowego Jorku - oznajmił z twarzą wykrzywioną grymasem poirytowania, zabierając swoją kurtkę z oparcia kanapy. - Żeby zająć się pewną... osobistą sprawą.

- Przykro mi to słyszeć - powiedziałem obojętnym tonem. - Odprowadzę cię. - Zaczekałem, aż przekroczy próg, po czym dodałem: - Ale ta... sprawa osobista chyba nie ma nic wspólnego z wizytą byłego chłopaka Vivian w twoim domu, prawda?

Spojrzał na mnie, a początkowe zaskoczenie na jego twarzy szybko zastąpił grymas wściekłości.

- Co ty, kurwa, najlepszego nawyprawiałeś, Harper?

- Po prostu ułatwiłem twojej narzeczonej spotkanie ze starym przyjacielem. Wystarczył jeden krótki SMS od Vivian i jej eks przyleciał do niej z wywieszonym jęzorem. Żałosna sztuczka, to fakt, ale jakaż przydatna!

- Skoro tak bardzo podobało ci się pogrywanie ze mną, pomyślałem, że odwdzięczę ci się tym samym. A, jeszcze jedno, Dante. - Zatrzymałem się z ręką na klamce. Powietrze w korytarzu aż pulsowało od siły jego gniewu, wiedziałem jednak, że szybko mu przejdzie. Powinien był wiedzieć, że lepiej mnie nie drażnić, gdy odstawił w lobby ten swój mały show. - Dotknij Stellę jeszcze raz, a nie będziesz już miał narzeczonej. - Zatrzasnąłem mu drzwi przed nosem.

Dante był moim pierwszym klientem i starym kumplem. Nie prowokowałem go zbyt często. Ale jak już wspomniałem, nie lubiłem, gdy ktoś dotykał tego, co moje.

Obciągnąłem rękawy koszuli i wróciłem do biblioteki. Spojrzałem przez pokój na wielkie, oprawione w ramkę puzzle zawieszone nad kominkiem.

Dziesięć tysięcy drobnych elementów tworzyło zapierający dech w piersiach tęczowy gradientowy obraz, którego rozmyte linie dawały trójwymiarowy, sferyczny efekt. Ich ułożenie zajęło mi cztery miesiące, ale było warto.

Krzyżówki, łamigłówki, szyfry - tego typu rzeczy zaspokajały mój nienasycony głód wyzwań. Były stymulacją dla mojego umysłu. Czymś, co rozjaśniało nudę tego świata, która zawsze była o krok. Im trudniejsza łamigłówka, tym bardziej pragnąłem ją rozwiązać, choć jednocześnie bałem się momentu, w którym zdołam tego dokonać. Istniała tylko jedna, której nie rozszyfrowałem. Przynajmniej jak na razie.

Przesunąłem opuszką kciuka po małym pierścionku z turkusem, spoczywającym bezpiecznie w mojej kieszeni. Gdy już to zrobię, pozbędę się mojej niepokojącej obsesji na punkcie Stelli Alonso - raz na zawsze.