1
-----------
STELLA
- STELLA!
Serce natychmiast zaczęło mi walić jak młotem. Nic nie wprawiało mnie w taki popłoch i nie stawiało mnie w stan najwyższej gotowości równie skutecznie jak głos Meredith.
- Tak? - Ukryłam niepokój, starając się zachować kamienną twarz.
- Mam nadzieję, że zdołasz sama zatargać to wszystko z powrotem do biura? - Meredith narzuciła na siebie płaszcz i przewiesiła sobie przez ramię torebkę. - Mam spotkanie w restauracji, nie mogę go za nic w świecie przegapić...
- Oczywiście...
Nim zdążyłam dokończyć, zniknęła za drzwiami.
- ...że dam radę.
Fotograf rzucił mi współczujące spojrzenie, na które odpowiedziałam, wzruszając ze znużeniem ramionami. Nie ja jedna miałam nieszczęście pracować jako asystentka redakcji dla szefowej, która była despotką.
Dawniej praca dla magazynu modowego wydawała mi się spełnieniem marzeń. Teraz, po czterech latach w "D.C. Style", proza rzeczywistości przyćmiła wszelkie pozory atrakcyjności, jakie dawniej miało dla mnie to stanowisko.
Zanim skończyłam nadzorować sesję zdjęciową, zostawiłam rzeczy w biurze i wyszłam do domu, czoło miałam mokre od potu, a całe ciało - obolałe.
Słońce zaszło jakąś godzinę temu, a zaśnieżone chodniki lśniły w mglistym, pomarańczowym świetle ulicznych latarni.
Media nadawały komunikaty ostrzegające przed śnieżycą, ale pogoda miała się popsuć dopiero późnym wieczorem. Wybrałam spacer, bo wiedziałam, że w ten sposób dotrę do domu szybciej, niż gdybym pojechała metrem, które świrowało za każdym razem, gdy spadło choć kilka centymetrów śniegu.
Myślałby kto, że miasto powinno być nieco lepiej przygotowane na takie warunki atmosferyczne, zważywszy na to, że śnieg padał co roku, ale nie - nie w Waszyngtonie.
Wiedziałam, że po drodze nie powinnam zaglądać do telefonu, a już szczególnie nie w taką pogodę, ale nie mogłam się powstrzymać.
Wywołałam na ekran e-mail, który przyszedł dziś po południu, i czytałam go raz po raz, licząc na to, że jego treść stanie się w końcu mniej niepokojąca, jednak bezskutecznie.
Od 1 kwietnia koszt pobytu w Greenfield Senior Living wzrośnie do 6500 dolarów za miesiąc. Przepraszamy z góry za wszelkie niedogodności, jakie może to za sobą pociągnąć; jesteśmy jednocześnie głęboko przekonani, iż owa zmiana poskutkuje zwiększeniem jakości usług, które świadczymy naszym podopiecznym.
Czułam, jak zielone smoothie, które wypiłam na lunch, podchodzi mi niebezpiecznie do gardła.
"Niedogodności". Ha, dobre sobie! Całkiem jakby nie podnosili miesięcznej opłaty za opiekę o ponad dwadzieścia procent! Całkiem jakby żywa, oddychająca, krucha istota ludzka nie miała ucierpieć z powodu pazerności nowej administracji.
Raz, dwa, trzy - wdech; raz, dwa, trzy - wydech.
Próbowałam oddychać miarowo, spokojnie, żeby uspokoić skołatane nerwy.
Maura mnie praktycznie wychowała. Była jedyną osobą, na którą zawsze mogłam liczyć, nawet jeśli nie wiedziała teraz, kim jestem. Nie mogłam jej przenieść do innego zakładu opieki. Greenfield było najlepsze w tej okolicy - i stało się jej domem.
Nikt z moich przyjaciół i rodziny nie wiedział, że płacę za jej opiekę. Nie chciałam odpowiadać na niewygodne pytania, które nieuchronnie pojawiłyby się, gdybym im powiedziała.
Musiałam po prostu znaleźć sposób na pokrycie wyższego kosztu opieki. Może mogłabym poszukać nowych partnerów do współpracy... albo wynegocjować wyższe stawki za prowadzenie mojego bloga i Instagrama? Miałam zaproszenie na kolację z przedstawicielami Delamonte w Nowym Jorku, która, zdaniem mojego menedżera, miała być tak naprawdę rozmową dotyczącą objęcia stanowiska ambasadorki firmy. Gdybym tylko...
- Panno Alonso?
Dźwięk głębokiego, melodyjnego głosu był niczym muśnięcie czarnego aksamitu na mojej skórze. Zatrzymałam się w pół kroku i poczułam, jak przechodzi mnie dreszcz - po części wywołany podekscytowaniem, po części lękiem.
Znałam ten głos. Słyszałam go zaledwie trzy razy w życiu, ale to wystarczyło. Podobnie jak jego właściciela, trudno było go zapomnieć.
W mojej piersi rozgorzała iskierka czujności, ale stłumiłam ją z determinacją, a potem odwróciłam głowę, obrzucając spojrzeniem grube zimowe opony i smukły, charakterystyczny kształt czarnego McLarena, który zatrzymał się obok mnie. Podniosłam wzrok na odsuniętą szybę po stronie kierowcy - i właściciela auta.
Miałam wrażenie, że moje serce na chwilę przestało bić.
Ciemne włosy. Oczy w kolorze whisky. Twarz o rysach tak idealnych, że mogłyby wyjść spod dłuta samego Michała Anioła.
Christian Harper.
Szef elitarnej firmy ochroniarskiej, właściciel Mirage - budynku, w którym mieszkałam - i z dużą dozą prawdopodobieństwa najpiękniejszy... i najniebezpieczniejszy mężczyzna, którego kiedykolwiek spotkałam w życiu.
Tak naprawdę moja ocena dotycząca tego, że jest niebezpieczny, opierała się jedynie na podszeptach instynktu, jednak ten jak na razie nigdy mnie nie zawiódł.
Zaczerpnęłam tchu, wypuściłam powoli powietrze z płuc i się uśmiechnęłam.
- Panie Harper.
Na moją uprzejmą odpowiedź zareagował lekkim rozbawieniem. Cóż, najwyraźniej tylko jemu wolno było się zwracać do ludzi, używając ich nazwisk, całkiem jakbyśmy wszyscy mieszkali w wielkiej sali konferencyjnej.
Zerknął przelotnie na płatki śniegu opadające na moje ramiona, a potem ponownie podchwycił moje spojrzenie i moje serce znowu dziwnie zwolniło.
Pod wpływem jego wzroku poczułam mrowienie, jakby po mojej skórze rozpełzły się miniaturowe wyładowania elektryczne, i z najwyższym trudem stłumiłam w sobie odruchową chęć cofnięcia się o krok, żeby pozbyć się tego dziwnego uczucia.
- Cudowna pogoda na przechadzkę - zauważył z przekąsem dorównującym sarkazmowi w jego spojrzeniu.
Po moim karku rozlała się fala gorąca.
- Nie jest aż tak źle.
Dopiero gdy wypowiedziałam te słowa, z lekkim przerażeniem zorientowałam się, jak mocno zaczęło sypać - z każdą chwilą bardziej. Być może prognoza zapowiadająca śnieżycę miała się sprawdzić wcześniej, niż zapowiadano...
- Do domu mam tylko dwadzieścia minut pieszo - dodałam, żeby... Cóż, sama nie wiem właściwie, po co. Być może chciałam udowodnić, że nie jestem na tyle głupia, żeby spacerować rekreacyjnie po mieście w sypiącym śniegu.
Nagle pożałowałam, że nie pojechałam jednak metrem...
- Zaraz zacznie się zamieć, a chodniki są całe oblodzone. - Christian oparł przedramię o kierownicę gestem, który nie miał prawa być seksowny... a jednak jakimś cudem taki właśnie był. - Podrzucę cię.
On również mieszkał w Mirage, więc jego propozycja brzmiała sensownie. W istocie mieszkał zaledwie piętro wyżej.
Mimo to pokręciłam głową. Sama myśl o siedzeniu w ciasnej przestrzeni z Christianem, nawet przez kilka minut, napełniała mnie dziwną, irracjonalną paniką.
- Nie, dzięki. Na pewno masz lepsze rzeczy do roboty niż wożenie mnie po mieście, a poza tym spacer... dobrze mi zrobi - wybełkotałam pośpiesznie. Rzadko zdarzało mi się paplać bez ładu i składu, gdy jednak już raz złapałam melodię, nie mogło mnie powstrzymać nic, chyba że wybuch jądrowy. - Poprawia krążenie, no i chciałam przetestować też moje nowe śniegowce. Włożyłam je dziś pierwszy raz. - Przestań gadać! - Dlatego, chociaż to bardzo miłe z twojej strony, muszę z żalem odmówić... - dokończyłam moją bezładną przemowę, zmuszona zaczerpnąć tchu.
Bycie asertywną wychodziło mi coraz lepiej, ale nadal za każdym razem zaczynałam się niepotrzebnie zbyt mocno tłumaczyć.
- Czy to w ogóle brzmi choć trochę sensownie? - dodałam, gdy Christian uparcie milczał.
Właśnie w tym momencie silny podmuch wiatru uderzył w nas z brutalną gwałtownością. Zerwał mi z głowy kaptur i wdarł się pod warstwy ubrania, przenikając aż do szpiku, a moim ciałem wstrząsnął niekontrolowany dreszcz.
W studiu pot lał się ze mnie strumieniami, teraz jednak było mi tak zimno, że nawet wspomnienia ciepłych wnętrz w mojej głowie natychmiast pokrywały się warstewką lodu.
- Brzmi - przemówił wreszcie Christian głosem równie nieprzeniknionym, co jego spojrzenie.
- Świetnie - wykrztusiłam przez szczękające o siebie wściekle zęby. - W takim razie...
Przerwało mi ciche kliknięcie odblokowywanego centralnego zamka.
- Wskakuj, Stella.
Posłusznie wsiadłam do samochodu. Wmawiałam sobie, że to dlatego, że temperatura jakimś cudem spadła o dziesięć stopni w ciągu pięciu minut... wiedziałam jednak, że okłamuję samą siebie.
Sprawił to po prostu dźwięk mojego imienia w jego ustach - głos, w którym brzmiała taka spokojna stanowczość, że moje ciało posłuchało, nim jeszcze mózg zdążył zareagować.
Jak na mężczyznę, którego ledwie znałam, miał nade mną większą władzę niż duża część osób z mojego otoczenia.
Gdy zamknęłam za sobą drzwi, Christian ruszył i przekręcił gałkę na desce rozdzielczej. Chwilę później z wentylacji buchnęło gorące powietrze, rozgrzewając moją lodowatą z zimna skórę.
W samochodzie pachniało kosztowną skórzaną tapicerką i luksusowymi przyprawami, a wnętrze było obscenicznie wręcz czyste: żadnych papierków od batoników, na wpół opróżnionych kubków z kawą ani nawet kłaczka ze swetra.
Usadowiłam się głębiej w fotelu pasażera i zerknęłam na siedzącego obok mnie mężczyznę.
- Zawsze stawiasz na swoim, co? - spytałam lekkim tonem, aby przerwać pełną napięcia ciszę, która opadła na nas niczym gruby koc.
Zerknął na mnie z ukosa, a potem skupił się ponownie na drodze przed nami.
- Nie zawsze.
Zamiast zelżeć, napięcie jeszcze wzrosło, wsączając się niczym jad w moje żyły, gorący i zdradliwy, jak iskra czekająca na podmuch powietrza, który ją podsyci.
Kompletna klapa.
Odwróciłam się i wyjrzałam przez okno, zbyt wyczerpana dzisiejszymi wydarzeniami, żeby podjąć ponowną próbę nawiązania rozmowy. Zdenerwowanie sznurujące mi klatkę piersiową niczym gorset i ściskające w gardle wcale nie pomagało. Powinnam być spokojna, opanowana, pozytywnie nastawiona i trzeźwo myśląca niezależnie od sytuacji - właśnie takie starałam się sprawiać wrażenie na innych przez większość mojego życia, bo tego ode mnie oczekiwano jako od Alonso.
Alonso nie miewali ataków paniki ani nie spędzali bezsennych nocy na zamartwianiu się o wszystko, co nazajutrz mogło pójść nie tak.
Alonso nie potrzebowali terapii ani nie wylewali swoich brudów przed nieznajomymi.
Alonso... musieli być chodzącymi ideałami.
Zaczęłam nawijać na palec swój łańcuszek z wisiorkiem, dopóki nie zacisnął się boleśnie wokół mojego gardła, wpijając się w skórę szyi.
Moi rodzice byliby zapewnie wręcz zachwyceni Christianem. Jeśli sądzić po pozorach, był równie perfekcyjny jak oni.
Bogaty. Przystojny. Dobrze wychowany.
I wzbudzało to we mnie niechęć, podobnie jak sposób, w jaki jego obecność mnie przytłaczała, dominując w otaczającej nas przestrzeni, wypełniając szczelnie każdy zakamarek i szczelinę wnętrza samochodu, dopóki nie stała się jedynym, na czym mogłam się skupić.
Wbiłam wzrok w drogę przed nami, moje nozdrza jednak wypełniał zapach jego wody kolońskiej, a skóra mrowiła na widok jego mięśni napinających się lekko pod jego ubraniem z każdym skrętem kierownicy.
Nie powinnam była wsiadać.
Nie licząc tego, że było mi ciepło, jedynym plusem tej niefortunnej decyzji było to, że dotrę szybciej do domu, do mojego prysznica i łóżka. Nie mogłam się doczekać, żeby...
- Rośliny miewają się całkiem nieźle.
Jego wypowiedziane od niechcenia stwierdzenie było tak nieoczekiwane, że zajęło mi dobrych kilka sekund, nim zorientowałam się, że: 1) któreś z nas przerwało niezręczną ciszę; 2) tym kimś naprawdę był Christian i nie było to wytworem mojej wyobraźni.
- Słucham?
- Rośliny w moim mieszkaniu. - Zatrzymał się na czerwonym. - Rosną całkiem dobrze.
Co on w ogóle... Och.
Gdy wreszcie spłynęło na mnie olśnienie, poczułam coś na kształt dumy.
- Cieszę się. - Teraz, gdy rozmowa zeszła na bezpieczny, neutralny grunt, zdobyłam się na ostrożny uśmiech. - Potrzebują tylko odrobiny miłości i uwagi.
- I wody.
Zamrugałam na dźwięk tego oczywistego stwierdzenia, wypowiedzianego jednak ze śmiertelną powagą.
- I wody - powtórzyłam.
Słowa wisiały przez chwilę w powietrzu między nami, po czym z mojego gardła wydostało się rozbawione parsknięcie, a kąciki ust Christiana drgnęły w cieniu uśmiechu. Atmosfera wreszcie nieco się rozluźniła, podobnie jak ciasny węzeł krępujący mi klatkę piersiową.
Gdy zaświeciło się zielone, ryk potężnego silnika niemal zagłuszył jego kolejne słowa:
- Masz dobrą rękę do roślin.
Zarumieniłam się, ale zbyłam jego komplement wzruszeniem ramion.
- Lubię je.
- A więc właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Jego rośliny doniczkowe ledwo dychały, gdy zaczęłam się nimi zajmować w ramach wdzięczności za utrzymanie czynszu na dawnym poziomie.
Po tym, jak moja przyjaciółka i była współlokatorka Jules wyprowadziła się miesiąc temu do swojego chłopaka, mogłam albo znaleźć sobie na jej miejsce kogoś innego, albo wyprowadzić się z Mirage, bo zwyczajnie nie było mnie stać na płacenie całego rachunku. Przywiązałam się do Mirage, wolałam jednak wybrać gorsze warunki, niż mieszkać z kimś obcym. Z moimi stanami lękowymi nie byłabym w stanie temu podołać.
Christian i tak już obniżył nam miesięczną opłatę, gdy wprowadziłyśmy się do lokalu i wspomniałyśmy, że standardowa cena wykracza poza nasze możliwości finansowe, więc byłam w szoku, gdy zgodził się, abym płaciła tylko swoją połowę czynszu, słysząc o potencjalnej wyprowadzce.
To było odrobinę podejrzane, ale uspokoił mnie nieco fakt, że przyjaźnił się z mężem innej z moich przyjaciółek, Bridget. Jak na razie dbałam o jego roślinki od pięciu tygodni i nie wydarzyło się nic strasznego. Nigdy go nie widywałam, gdy chodziłam na górę. Wchodziłam po prostu, podlewałam rośliny i wychodziłam.
- Skąd wiedziałeś, że mam smykałkę akurat do tego?
Mógł zaproponować mi każde inne zajęcie: załatwianie dla niego jakichś spraw, robienie prania, sprzątanie (chociaż zatrudniał już kogoś do tego ostatniego). Jednak rośliny... Cóż. To było dość... niezwykłe.
- Nie wiedziałem - oznajmił mi obojętnym głosem, w którym pobrzmiewały jednak jakieś dziwne nuty. - To był szczęśliwy zbieg okoliczności.
- Nie wyglądasz na kogoś, kto wierzy w zbiegi okoliczności.
Był wręcz ucieleśnieniem rzeczowości i braku sentymentów - widać to było zarówno w jego zachowaniu, jak i sposobie, w jaki się ubierał: w idealnie skrojonym garniturze, precyzyjnym doborze słów, dystansie w jego spojrzeniu.
To był ktoś, kto nade wszystko kochał logikę, władzę i zimny, twardy pragmatyzm. Ktoś, w kogo umyśle nie było miejsca na coś tak niepewnego jak zbieg okoliczności.
Z jakiegoś bliżej nieokreślonego powodu uznał moje stwierdzenie za zabawne.
- Och, wierzę w nie bardziej, niż mogłabyś przypuszczać.
Jego pozornie beztroskie wyznanie mnie zaintrygowało.
Chociaż miałam pełen dostęp do jego mieszkania, nie wiedziałam o nim praktycznie nic. Jego apartament był podręcznikowym wręcz przykładem połączenia luksusu i dobrego smaku, ale nie było w nim właściwie żadnych przedmiotów osobistych.
- Zechciałbyś rozwinąć? - zaproponowałam pozornie od niechcenia, gdy wprowadzał auto na prywatny parking Mirage, na swoje miejsce w pobliżu tylnego wyjścia.
Cisza.
Z drugiej strony jednak nie oczekiwałam, że złapie przynętę.
Christian Harper był człowiekiem, którego spowijały plotki i cienie. Nawet Bridget nie wiedziała o nim zbyt wiele - właściwie to znała go tylko z reputacji.
Bez słowa wysiedliśmy i weszliśmy do lobby.
Christian miał na oko jakieś metr dziewięćdziesiąt wzrostu, a więc kilkanaście centymetrów więcej ode mnie, jednak nadal byłam dość wysoka, żeby dotrzymać tempa jego długim krokom. Nasze stopy wystukiwały idealnie zsynchronizowany rytm na marmurowej posadzce.
Pokaźny wzrost od zawsze był źródłem moich kompleksów, ale emanujący silną osobowością Christian działał na mnie w dziwny sposób pokrzepiająco, odwracając uwagę od mojej posągowej postury.
- Nigdy więcej żadnych spacerów w śnieżycę, panno Alonso - powiedział, gdy zatrzymaliśmy się przed windami, zwróceni twarzami do siebie. Na jego ustach ponownie zagościł cień uśmiechu, podkreślający jego niewymuszony urok i pewność siebie. - Nie mogę pozwolić, żeby ktoś z moich lokatorów umarł z powodu wyziębienia. To by źle wpłynęło na naszą reputację.
Wbrew sobie znowu wybuchłam śmiechem.
- Jestem pewna, że znalazłbyś kogoś na moje miejsce w mgnieniu oka.
Oddech uwiązł mi w gardle, jednak nie wiedziałam, czy to ostatnie skutki uboczne przemarznięcia, czy może efekt, jaki wywierała na mnie jego przytłaczająca bliskość. Nie żeby przyprawiał mnie o szybsze bicie serca - aktualnie amory nie były mi w głowie. Praca w redakcji i prowadzenie bloga pochłaniały mnie do tego stopnia, że nie miałam nawet czasu myśleć o umawianiu się z kimś. To jednak wcale nie znaczyło, że byłam odporna na jego wdzięk.
W jego oczach o kolorze whisky zalśnił jakiś przelotny błysk, który znikł równie szybko, jak się pojawił.
- Nie byłbym tego taki pewien.
Wcześniejszy lekki ucisk w gardle przybrał na sile, przeobrażając się w dławiącą gulę. Każde zdanie, które padało z jego ust, było jak zaszyfrowany komunikat, którego nie potrafiłam rozkodować, przesycony ukrytymi znaczeniami, zrozumiałymi tylko dla niego, podczas gdy ja błądziłam jak dziecko we mgle.
Rozmawiałam z nim wcześniej tylko trzy razy: raz, gdy podpisywaliśmy umowę, drugi - przelotnie - na ślubie Bridget i ostatnio, gdy omawialiśmy kwestię wyprowadzki Jules.
Za każdym razem czułam się bardziej wytrącona z równowagi niż poprzednio.
O czym właściwie przed chwilą mówiliśmy?
Od momentu, gdy wypowiedział ostatnie słowo, minęła niecała minuta, jednak miałam wrażenie, że upłynęła cała wieczność.
- Christian?
Głęboki głos z ledwie słyszalnym obcym akcentem ciął niczym nóż przez kruchą materię nabrzmiałej czymś bliżej nieokreślonym ciszy, w której trwaliśmy jak zawieszeni.
Czas znów zaczął płynąć w swoim zwykłym tempie, a powietrze wydarło się z moich płuc z cichym westchnieniem, po czym odwróciłam głowę.
Wysoki. Ciemne włosy. Śniada karnacja.
Nieznajomy nie był przystojny w tym klasycznym typie urody co Christian, ale garnitur od Delamonte leżał na nim tak perfekcyjnie, uwydatniając doskonałą budowę umięśnionego ciała, że trudno było oderwać od niego wzrok.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam... - "Pan Delamonte" zerknął na mnie znacząco.
Nigdy nie pociągali mnie specjalnie starsi ode mnie mężczyźni, a on musiał mieć trzydzieści parę lat lub dobiegał czterdziestki, ale... O rany. Po prostu... wow.
- Nic podobnego. Zjawiasz się w samą porę - zapewnił go gładko Christian, mimo iż w jego głosie słyszałam ledwie zauważalne nuty poirytowania. Uszedł kilka kroków, zatrzymując się między mną a Panem Delamonte, przesłaniając nam w ten sposób widok na siebie nawzajem.
Zdążyłam jeszcze zauważyć, jak mężczyzna unosi brew, nim maska profesjonalnej obojętności opadła z jego twarzy, zastąpiona przez krzywy uśmieszek. Obszedł Christiana - z takim rozmysłem i celowością, jakby chciał zrobić mu na złość - i wyciągnął do mnie rękę.
- Dante Russo - przedstawił się.
- Stella Alonso.
Spodziewałam się, że uściśnie moją dłoń, jednak ku mojemu zaskoczeniu podniósł ją do ust i musnął wargami moje knykcie. W wykonaniu kogokolwiek innego uznałabym ten gest za tani i żałośnie tandetny chwyt, jednak ze zdziwieniem zarejestrowałam, że jestem mile zaskoczona. Może chodziło o ten akcent? Miałam słabość do wszystkiego, co włoskie.
- Dante. - Warstewka spokoju w głosie Christiana skrywała jakiś dziwny ton, ostry jak brzytwa. - Spóźnimy się na nasze spotkanie.
Dante wydawał się w najmniejszym stopniu nieporuszony. Zatrzymał dłoń na mojej sekundę dłużej, niż było to konieczne, nim z końcu ją zabrał.
- Bardzo miło było mi cię poznać, Stello. Jestem pewien, że zobaczymy się ponownie - dodał, przeciągając śpiewnie zgłoski, a w jego głosie z tym lekkim akcentem dosłyszałam nutkę rozbawienia.
Przypuszczałam, że podkpiwa sobie nie tyle ze mnie, ile ze swojego towarzysza wpatrującego się w niego zimnym wzrokiem.
- Dziękuję, mnie również miło było cię poznać. - Niemal uśmiechnęłam się do niego, jednak coś mi mówiło, że w tej chwili to niezbyt mądre ani bezpieczne. - Dobrej nocy. - Zerknęłam na Christiana. - Dobranoc, panie Harper. Dzięki za podwózkę! - zakończyłam lekkim tonem, licząc na to, że nawiązanie do naszej wcześniejszej absurdalnej formalności nieco złagodzi jego marsową minę, on jednak skłonił głowę i ze śmiertelną powagą odpowiedział:
- Dobranoc, panno Alonso.
Cóż, trudno.
Zostawiłam ich w lobby w charakterze obiektów wyraźnego zainteresowania ze strony przechodzącej akurat w pobliżu kobiety i wjechałam windą na moje piętro.
Nie miałam pojęcia, co spowodowało tę nagłą zmianę w nastroju Christiana, ale miałam dość własnych zmartwień, żeby przejmować się jeszcze nim.
Zaczęłam szperać w torbie, próbując namierzyć moje klucze pośród gąszczu kosmetyków, rachunków i gumek do włosów. Rany, naprawdę powinnam utrzymywać w niej lepszy porządek... Po kilku minutach bezskutecznych poszukiwań moja dłoń zacisnęła się wreszcie na chłodnym metalu.
Wsuwałam właśnie klucz do zamka, gdy moją skórę owionął znajomy chłód, podnosząc mi włoski na karku. Poderwałam gwałtownie głowę.
W korytarzu nie było nikogo oprócz mnie, jednak cichy szum systemu ogrzewania nabrał nagle jakichś złowieszczych tonów.
Z mojej pamięci napłynęły wspomnienia listów i zrobionych z ukrycia zdjęć, sprawiając, że mój oddech stał się płytki, przyśpieszony... nim zamrugałam mocno, aby je odegnać.
Przestań się wpędzać w paranoję - powtórzyłam sobie ostro w myślach.
Nie mieszkałam już w starym, niestrzeżonym domu w pobliżu kampusu. Tylko w Mirage, jednym z najlepiej pilnowanych apartamentowców w Waszyngtonie. Poza tym gość nie odzywał się od dwóch lat.
Prawdopodobieństwo tego, że objawi się akurat tutaj, było praktycznie zerowe.
Mimo to nie mogłam się wyzbyć tego dziwnego, paraliżującego uczucia. Prędko otworzyłam drzwi i zatrzasnęłam je za sobą. Gdy zasunęłam zasuwkę, rozbłysły światła, ale odprężyłam się nieco dopiero wtedy, kiedy sprawdziłam wszystkie pokoje i upewniłam się, że w mojej szafie ani pod łóżkiem nie czai się jakiś intruz.
Wszystko było w jak najlepszym porządku. On nie wrócił. Byłam bezpieczna.
Ale mimo iż z całych sił próbowałam utwierdzić się w tym przekonaniu, jakaś cząstka mnie nie mogła się wyzbyć podejrzeń, że przeczucie mnie nie myliło i że w korytarzu ktoś mnie obserwował.