PRZEDMOWA
Mają Państwo przyjemność trzymać w rękach książkę niecodzienną. W sposób żartobliwy opowiada ona o nieznanej szerzej, zamkniętej w ciasnych klatkach kaście niedotykalnych pariasów zwanych grafikami komputerowymi. Pracują oni, bezimienni, w ciągłym niedoczasie, goniąc deadline za deadline'em, jak pocisków karabinowych unikając ASAP-ów i raniących im duszę poprawek do projektów. Ich praca, wiecznie niedoceniona, jest bezustannie niedoceniana, gdy masochistycznie biorą się za kolejną. Nad karkiem jak zły porucznik stoi nastawiony na zysk, bezduszny szef, a w oddali majaczy sylwetka istnego bazyliszka, diabolicznego połączenia Picassa z Einsteinem, czyli klienta, który zna się na wszystkim.
Graficy zostali wymyśleni po to, żeby upiększać świat. Żeby otoczyć ludzi pięknymi, dobrze skomponowanymi obrazami, równymi napisami i szpaltami, niosącymi emocje czcionkami, odpowiednio dobranymi kolorami i proporcjami. Na co dzień jednak zajmują się czymś innym - głównie wojną i edukacją. Walczą z popędzającymi ich współpracownikami, czasem i budżetem, starając się zrobić coś, co będzie na tyle brzydkie, aby klient to kupił, lecz też na tyle przyzwoite, by można było później spojrzeć w lustro. Cierpliwie edukują współpracowników, klienta i szefa, że tak właśnie powinno to być zrobione, że to jest przemyślane i poparte wieloletnim doświadczeniem. Nie da się na zdjęciu obrócić pani stojącej tyłem, żeby było widać jej twarz, PDF-a nie trzeba odsyłać komuś, kto go jeszcze będzie potrzebować, w projekcie strony WWW nie ma działających linków i nie będzie, a 300 plakatów A3 w poziomie kosztuje dokładnie tyle samo, ile 300 plakatów A3 w pionie.
Ludzie tabletu to bohaterowie. Nie wiecie o tym, ale tak jest. To oni wykonują iście judymową robotę, abyście mogli patrzeć na świat i nie krzyczeć z bólu. To oni męczą się ze stażystami brand managerów, traktując to jak przymusową opiekę nad upośledzonym, przeraźliwie głupim dzieckiem. To oni, rozrywając koszule na piersiach, grożą zwolnieniem, gdy słyszą, że odcień zieleni wypracowywany przez nich przez dwa dni "ma mieć większy apejtazing" oraz "zobaczmy, jak to będzie wyglądać w fioletach".
Ludzie tabletu to bohaterowie, lecz traktuje się ich jak niegroźnych debili, hipisów z motylami w nosie. Lekko upośledzeni, zazwyczaj dziwnie pachnący i ubrani, potrafią się upierać przy tak nieistotnych szczegółach jak znak wodny na zdjęciu albo zawieszona zapłata za pracę, "którą spokojnie mogłabym wykonać sama w peincie, i to nawet lepiej".
Autor książki jest grafikiem. Przeżył po wielokroć to wszystko, o czym tu mówimy. Jego zmysł obserwacji, wielka wrażliwość, inteligencja i dystans do samego siebie sprawiły jednak, że zamiast kolejnego pacjenta poradni zdrowia psychicznego mamy przed sobą autora powszechnie znanego i cenionego bloga rysunkowego, którego literacką kontynuację trzymają Państwo właśnie w rękach.
Nie tylko graficy docenią porażającą potęgę jej prawdziwości. Ta książka jest skierowana również do przedstawicieli innych zawodów, którzy, podobnie jak Zuch, muszą borykać się z czyjąś ignorancją maskowaną arogancją. Mowa tu o muzykach, reżyserach, montażystach, architektach, lekarzach, grabarzach nawet i wielu, wielu innych. Wszystkich tych, którzy świadczą usługi, lecz mało kto szanuje ich wiedzę i doświadczenie. Nikogo chyba jednak nie dotyczy to tak jak grafików...
Życzymy przyjemnej lektury oraz prosimy o jedno. Gdy będziecie mijać na ulicy jakiś wyjątkowo szpetny billboard, przypomnijcie sobie słowa poety: "Przechodniu, pochyl czoło, wstrzymaj krok na chwilę. Tu dla świata poległ grafik pospolity, do ostatniej chwili żywota swego jak lew walczący o większą interlinię i mniejsze logo. Cześć jego pamięci!".
ALE OGÓLNIE
TO NIE POLECAM
Junior Brand Manager
PROLOG
BLOG
Mój szef zwariował. Naprawdę. Choć nie było to wariactwo podręcznikowe, typu Napoleon czy Mesjasz. Niemniej jednak wariactwo ewidentne. Wcale nie chodzi o jakąś moją złośliwość. Po prostu stwierdzam fakt: szef zwariował. Z perspektywy czasu trudno mi wskazać moment, kiedy to się zaczęło. Szaleństwo narastało powoli. Zawsze tak jest. Z początku wszystko wydaje się działać jak należy, ludzie przychodzą do pracy, robią, co mają zrobić. Klienci po standardowej, czyli zbyt dużej, liczbie poprawek akceptują w końcu projekty i nawet są zadowoleni. Graficy projektują, detepowcy składają, programiści kodują, akonci przeszkadzają i wkurzają wszystkich. No, agencja jak agencja. Nic szczególnego. Klasyczne, nabrzmiałe truchło. Na powierzchni w porządku, ale w środku... ech... Sporadyczne pierdnięcia przypominają, czego częścią jesteśmy. Uśmiechamy się do siebie nawzajem uśmiechem przypudrowanej pogardy i tuszowanej niechęci. Krótko mówiąc, wszystko jest w porządku.
Aż któregoś dnia szef zaczyna sabotować własną firmę. Cholera, tego jeszcze nie grali.
Wiecie, on był opętany ideą kreatywności. Wszystko miało być kreatywne. Po prostu wszystko miało być tak kreatywne, że David Ogilvy, widząc to, zamknąłby swoją agencję, zawstydzony i przytłoczony ogromem naszej kreatywnej kreatywności i nie miało znaczenia, że od piętnastu lat nie żyje. Kreatywność naszych ulotek i banerków 125×125 pikseli powinna go wskrzesić, żeby zagrał dla nas na złotych bębenkach, po czym z powrotem wpędzić do grobu.
Jak to często bywa - szef owładnięty kreatywnym szaleństwem miał w sobie tyle kreatywności, ile ma betonowy pustak. Chociaż nie, potrafił kreatywnie migać się od terminowych wypłat. Chociaż nie, cofam ostatnie "chociaż nie", bo to miganie wcale nie było kreatywne. To było bezmyślne chamstwo. Napisałbym mocniej, co o tym myślę, ale mam blokadę rodzicielską na komputerze i gdy mnie ponosi, to żona dostaje alerty na telefon...
Ale wróćmy do szefa. Raz koleżance nie przelał wypłaty w terminie (przed Wigilią). Powiedział jej, że na jego działkę przychodzą robotnicy przycinać jakieś drzewka i on nie wie, ile to będzie kosztować, więc musi mieć kasę w zapasie. Mimo że ona była akontem, to wcale nie było śmieszne. Jeszcze mniej zabawnie było, gdy to ja nie dostałem kasy na czas. Zależało mi, bo zbliżał się Dzień Dziecka, chciałem kupić młodemu coś fajnego. Poszedłem się spytać: łer da fak is maj manej?! Choć mogło to zabrzmieć trochę inaczej, bardziej jak: chciałem się nieśmiało przypomnieć w temacie wypłaty... W każdym razie powiedział, że teraz nie dostanę, bo on kupuje dla siostrzeńca quada, ale że może sobie od ust odjąć - i wyciągnął z portfela pięćdziesiąt złotych.
To był ten moment, kiedy zrozumiałem, co oznacza dostać spoconym jamnikiem w pysk. Coś wtedy we mnie pękło i dotarło do mnie, że mam jeszcze jakieś resztki godności osobistej. Zacząłem więc szukać innej pracy, a że były to tylko resztki godności osobistej, to pracy szukałem cały czas jako grafik.
W niespełna dwa miesiące później miałem nową pracę. Poszło dość szybko, bo doświadczenie miałem spore, a dodatkowo było ono poparte bardzo niską samooceną. Ze szklistymi oczyma szczeniaka spoglądałem na mojego przyszłego szefa, na jego wąs, łysinkę i małe, świdrujące, świńskie oczka. W głowie dźwięczały mi słowa: widzimy się w poniedziałek, punkt dziewiąta.
Poniedziałkowa punkt dziewiąta coraz bliżej, więc chyba czas zostawić blogaska i położyć się spać, żeby być jutro o tej dziewiątej. Nowa firma, nowa przygoda, nowy etap życia.