Rozdział I
Skała, której nie było w Rzymie
Wbrew zapewnieniom Watykanu w Bazylice św. Piotra nie ma jego szczątków
Prymat papieża
To miał być punkt kulminacyjny Roku Wiary, podniosły i z fanfarami. Jesienią 2012 roku zapowiedział go papież Benedykt XVI (1927-2022). Jak większość jego posunięć także to miało zahamować pustoszącą Kościół sekularyzację. Tyle że niemiecki pontyfeks uroczystego finału nie doczekał. Sam stracił wiarę, że na swoich barkach udźwignie brzemię papiestwa. I abdykował. W finalnym dniu Roku Wiary jego następca zapowiedź spełnił i na tę okazję publicznie zaprezentował dostępne do tej pory jedynie wybrańcom relikwie św. Piotra. Szkatułka z kostną drobnicą pierwszego z apostołów ma dużo większe znaczenie dla urzędowego Kościoła niż dla szeregowych katolików. Legitymizuje bowiem prymat papieża w Kościele. Jego pierwszeństwo przed innymi biskupami zasadza się właśnie na tym, że Piotr, bezpośredni sukcesor Chrystusa, sam wyznaczył swojego następcę. I to w Rzymie, nie jako stolicy potężnego imperium cezarów, ale w miejscu, gdzie założył wspólnotę chrześcijańską i gdzie zginął za wiarę jako desygnowany przez Chrystusa zarządca Kościoła. Tu trzeba się cofnąć do lat 30. I wieku. I do rozmowy między Chrystusem a Piotrem w okolicach Jeziora Galilejskiego w pustynnej Palestynie.
"Błogosławiony jesteś, Szymonie, synu Jony. [...] Otóż ja tobie powiadam: Ty jesteś Piotr [czyli Skała], i na tej Skale zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne go nie przemogą. I tobie dam klucze królestwa niebieskiego; cokolwiek zwiążesz na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążesz na ziemi, będzie rozwiązane w niebie" (Mt 16,17-19).
Kościół zapowiedź Chrystusa do dziś traktuje dosłownie: jako nakaz utworzenia hierarchicznej struktury. A skoro, jak utrzymuje kościelna tradycja, Piotr jako pierwszy biskup Rzymu poniósł w nim męczeńską śmierć, a jego szczątki spoczęły pod dzisiejszym ołtarzem watykańskiej bazyliki, to w oparciu o ten ciąg zdarzeń Piotrowi następcy największą władzę już we wczesnych wiekach chrześcijaństwa zarezerwowali dla siebie. Z tytułem "wikariusza Chrystusa" każdy kolejny biskup Rzymu widział się w szeregu następców apostoła Piotra. A to do dziś legitymizuje monarchiczne rządy. Wyraża to choćby ikonografia, na czele z symbolicznym wizerunkiem papieża z kluczami do królestwa niebieskiego na ziemi. Skrzyżowane w skos obydwa klucze, jeden złoty, drugi srebrny, przewiązane czerwonym sznurem, wypełniają też herb Państwa Watykańskiego. W hierarchicznym Kościele katedra papieska, rzymska Bazylika św. Piotra, uchodzi za główną świątynię w świecie, a Watykan za administracyjne centrum katolicyzmu, ba, całego chrześcijaństwa. Tymczasem oparta na męczeńskiej śmierci i grobie Piotra w Rzymie argumentacja, broniąca prymatu papieża w Kościele, rozjeżdża się z prawdą historyczną. Zasadza się na przeinaczeniach i wykorzystuje ludzkie tęsknoty. Już tylko rzut oka na spór z ostatnich lat o historyczną obecność Piotra w Rzymie zdradza, że po jednej stronie są dogmatyczni teolodzy, zainteresowani utrzymaniem prymatu papieża w Kościele. Po drugiej - naukowcy krytycznie analizujący źródła historyczne i filologiczne[7].
Wspomniana nominacja Piotra na "opokę Kościoła" rozegrała się daleko od centrów cywilizacji, w biednym rejonie Galilei. W czasach Chrystusa, czyli w pierwszych trzech dekadach pierwszego stulecia, cały rejon historycznej Palestyny - Galilea, Samaria i Judea - znajdował się pod panowaniem Rzymian. Sześćdziesiąt lat z okładem przed narodzeniem Chrystusa (63 rok p.n.e.) wódz rzymski Pompejusz podbił Jerozolimę, dokonał rzezi jej mieszkańców, sprofanował osławioną świątynię króla Salomona i położył kres państwu żydowskiemu. Resztki wasalnego państwa, w którym władza polityczna splatała się z religijną, zachowała w swoich rękach tylko kasta kapłańska. Z jej szeregów wywodził się król i administracja świątyni Salomona[8]. Naród spajała religia - osadzone w prawie rygorystyczne rytuały. Dopiero cztery dekady po śmierci Chrystusa Rzymianie zupełnie zniszczyli stolicę, definitywnie kładąc kres żydowskiej państwowości i świątyni (70).
Nim do tego doszło, uboga Galilea stała się areną społecznych i politycznych napięć, stwarzając idealne podglebie dla religijnych fanatyków i politycznych ekstremistów. Ci z Torą w ręku specjalizowali się w przepowiadaniu nadejścia końca świata. Najbardziej radykalna sekta w łonie religii żydowskiej zawiązała się w Qumran, na pustyni w pobliżu Morza Martwego[9]. Ale grupy esseńczyków, jak nazywano sektę, znajdowały się w każdym mieście żydowskim. Jej przywódcy nie wahali się oddać życia, byleby tylko utworzyć Królestwo Boże na ziemi. W ten sposób życie stracił nauczający nad Jordanem Jan Chrzciciel (27-29), dość tajemniczy mnich esseński, o którym niewiele wiadomo. Oprócz Jana, wzorem esseńczyków w Dolinie Jordanu, od jeziora Genezaret po Morze Martwe, zaroiło się od religijnych ekscentryków. Wszyscy głosili nadejście czasów apokaliptycznych. Przeniknięci obsesją rytualnej czystości, używali wody w celach oczyszczających. Z dala od Świątyni i politycznego centrum w Jerozolimie nie spędzali snu z powiek rządzącej kaście kapłańskiej. Także Jezusowi z Nazaretu, kolejnemu z rewolucyjnych kaznodziei, który zapowiadał triumf władzy bożej nad światem, dopóki nauczał w biednej Galilei, nad jeziorem Genezaret, włos z głowy nie spadł (30-33). Stał się niebezpieczny dla władzy kasty kapłanów dopiero wtedy, gdy zjawił się w Jerozolimie. Odrzucał przecież wiele przepisów rytualnych i formalnych w religii żydowskiej, które jego zdaniem nie były potrzebne do zbawienia. W ten sposób popadł w konflikt z władzą polityczną i świątynną. Rzymianie, z inspiracji Żydów, skazali Go na karę śmierci przez ukrzyżowanie. Propagowanie idei Jego zmartwychwstania i paruzji, czyli ponownego przyjścia na ziemię - co wiązało się z nadejściem końca świata i posortowaniem śmiertelników wszystkich czasów na zbawionych i potępionych - na swoje barki przejęli apostołowie. Wśród nich Piotr.
Kim był św. Piotr?
Do momentu spotkania z wędrownym kaznodzieją Jezusem i powołania na apostoła znano go jako "Szymon Bar-Jonas" (z aramejskiego). Nowe imię, które przetrwało w języku greckim, "Kefasz", oznaczało "skałę". Piotr, tak jak jego brat Andrzej, ich ojciec Jonasz oraz połowa z dwunastu apostołów, był prostym rybakiem znad jeziora Genezaret. Piotr, typ dzisiejszego biznesmena, stał na czele firmy rybackiej, która do połowów zatrudniała ludzi z własnymi łodziami. Interes kwitł. Ryby z Galilei cieszyły się dobrą renomą, ich sprzedaż przynosiła całkiem niezły zysk. Podsuszone wywożono do innych części imperium rzymskiego, gdzie jako prawdziwy cymes lądowały na stołach. Piotr pomnożył swój majątek, kiedy ożenił się z dziedziczką niezłej fortuny. Przeprowadził się do jej domu w Kafarnaum, zamieszkał u teściowej, którą później miał uzdrowić Jezus. Z żoną doczekał się jednej córki.
Obok niego w grupie apostołów oprócz rybaków znaleźli się poborcy podatkowi. Dla większości żydowskich mieszkańców byli krwiopijcami, a w kontekście rzymskiej okupacji Palestyny znienawidzonymi kolaborantami. Jeszcze inni wśród apostołów wiedli przed powołaniem żywot niebieskich ptaków. Generalnie otaczający kaznodzieję z Nazaretu zastęp najbliższych wyznawców składał się z niczym niewyróżniających się przeciętniaków. Wszystkim brakowało rabinicznego wykształcenia, wszyscy też co do jednego porozumiewali się gwarą. Piotr mówił po aramejsku. Grekę, ówczesny angielski, znał na tyle, że mógł co najwyżej przeczytać uliczne drogowskazy. Wielce prawdopodobne jest to, że Marek, świetnie wykształcony autor najstarszej Ewangelii, służył mu po śmierci Chrystusa za tłumacza w zagadnieniach teologicznych.
Przynajmniej rybacy, trzon apostolskiej drużyny, zanim wokół jeziora zaczęli krok w krok chodzić za Jezusem, znali się jak łyse konie. Zresztą w tym towarzystwie znalazły się trzy pary rodzonych braci. Wśród nich Piotr i Andrzej. Rybaków łączyły interesy. Ale wszyscy, niezależnie od wcześniejszej profesji, z tęsknotą wyczekiwali mesjasza. Zgodnie z zapowiedziami Starego Testamentu mesjasz miał wyzwolić naród żydowski od rzymskich okupantów. Rzymianie jawili się jako ciemiężyciele, chełpliwie i z dumą demonstrowali swoją władzę. Przepaść między rządzącymi a rządzonymi pogłębiała religia. Rzymianie z przymrużeniem oka czcili olimpijskich bogów, ich dość nudnawa państwowa religia troszczyła się o cnoty obywatelskie i formalne obrzędy. Żydzi żarliwie wierzyli tylko w jednego Stwórcę. I obwarowali się setkami krępujących ich przepisów, nakazów i zakazów.
Powołany jako jeden z pierwszych na apostoła Piotr zapewnił sobie pozycję rzecznika całej grupy. Należał do trójki najczęściej otaczającej Jezusa. Obok Jana i Jakuba jego imię najczęściej powtarza się na kartach Ewangelii. Ale to nie on, tylko najmłodszy Jan był "umiłowanym uczniem" Jezusa. A specjalnym statusem cieszyła się Maria Magdalena, przez wielu uważana za żonę Jezusa.
Po zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu mistrza Jego uczniowie solennie wierzyli w paruzję, czyli powtórne i szybkie Jego przyjście. Tak szybkie, że miało ono nastąpić jeszcze za ich życia. Skoro Chrystus się jednak nie zjawiał, apostołowie musieli sobie poradzić sami. Obszar misyjny podzielili pomiędzy siebie (List do Galatów 2,7). Paweł ruszył do nieobrzezanych pogan, Piotr przejął obrzezanych Żydów w Palestynie. I z Jerozolimy robił wypady do Antiochii i dawnego Babilonu (List do Galatów 2,1; 9,1, List Piotra 5,13, Dzieje Apostolskie 8,14). Generalnie jednak przebywał w Jerozolimie. W mateczniku judeochrześcijaństwa obok twardogłowego Jakuba, o którym mówiono, że jest bratem Chrystusa, należał do kierownictwa miejscowej gminy.
Opóźnianie się powtórnego przyjścia Chrystusa na ziemię miało jeszcze jeden skutek. Sukcesorzy zaczęli toczyć między sobą zażarte spory. Do najostrzejszego urosła kwestia, na ile poganie, czyli wszystkie nieżydowskie nacje, jeśli przyjmą naukę Jezusa i się ochrzczą, muszą także zaakceptować kanon religii żydowskiej, w tym poddać się obrzezaniu. W istocie chodziło o to: czy do chrześcijaństwa droga prowadzi przez synagogę, z zachowaniem jej nakazów, czy raczej lepiej byłoby się odciąć od judaizmu, by uniknąć podejrzenia o sekciarstwo. Paweł z Tarsu, Żyd z diaspory, największa osobowość chrześcijańska po Chrystusie, który nigdy Go nie poznał ani nie należał do grupy apostołów, a który po zakończeniu misji Jezusa przyjął Jego naukę, optował za zerwaniem z judaizmem. Odpowiedzialny za propagowanie chrześcijaństwa wśród nieżydowskich nacji domagał się całkowitej swobody działania. Uznał, że Chrystus wystąpił przeciwko religii świątynnej, przeciwko rygorystycznym prawom żydowskim. Tylko wiara w Zbawiciela zapewni zbawienie. Tym bardziej że czasu do uratowania pogan przed wiecznym potępieniem nie pozostało zbyt wiele. Wizja paruzji przyspieszała misyjne tempo. Ale Piotr, a zwłaszcza konserwatywny Jakub z jerozolimskiego matecznika, domagali się przyjęcia nakazów żydowskich przez ochrzczonych chrześcijan (List do Galatów 2, 7-14)[10]. Twierdzili: kto chce chrztu, musi się obrzezać i dostosować do żydowskiego prawa. Żeby załagodzić spory, apostołowie zwołali sobór w Jerozolimie (48/49). Zakończył się kompromisem ze wskazaniem na opcję Pawła: kto tylko chce, może się ochrzcić. Ale bardziej istotna okoliczność polega na tym, że na soborze poświadczona jest obecność Piotra. Podobnie jak nieco później w Antiochii, znaczącej metropolii (w dzisiejszej Turcji), zamieszkanej przez Greków i Żydów, gdzie konflikt między Piotrem a Pawłem odżył na nowo.
Piotr nadal działał w Jerozolimie i pewnie nie miał pojęcia, że po śmierci zostanie okrzyknięty pierwszym biskupem Rzymu. Za to był świadkiem, jak ortodoksyjni Żydzi ze Świątyni tępili sektę judeochrześcijan. Za lekceważenie mojżeszowego prawa ukamienowali chrześcijańskiego aktywistę Szczepana (36). Nowa religia zyskała pierwszego męczennika. Rzymscy okupanci bez zmrużenia oka tolerowali ten rodzaj kary, której doświadczył również surowy zwierzchnik jerozolimskiej gminy Jakub (62). Brat Chrystusa zginął wskutek zaognionego sporu między Żydami ze Świątyni a judeochrześcijanami, którym w Jerozolimie przewodziła grupa apostołów Jezusa. Arcykapłan żydowski Annasz wykorzystał chwilową nieobecność w Judei namiestnika Rzymu (następca zmarłego Festusa był dopiero w drodze) i wydał rozkaz ukamienowania Jakuba. Wcześniej, około 54 roku, po Piotrze ginie wszelki ślad. Według jednej z tradycji miał zginąć gwałtowną śmiercią gdzieś na terenie Syrii. Jak więc jego relikwie mogły się znaleźć w Rzymie i dać początek papiestwu?
Okoliczności misyjnego pobytu w Rzymie i poniesienia tam śmierci wyglądają na legendę. Wątpliwości co do przywódczych kwalifikacji Piotra związane są też z jego tchórzostwem, którym się wykazał tuż przed aresztowaniem Chrystusa w Ogrójcu. Przesłuchiwany przez straż świątynną trzykrotnie wyparł się swojego mistrza. I taki lider miałby zarządzać konspiracyjnymi komórkami chrześcijańskimi w Rzymie? Sprzeczność w "małodusznym charakterze tego rzekomego zwierzchnika", niegodnego "piastowania wysokiej władzy" sugerował już starożytny filozof Porfiriusz[11]. W dodatku jako prosty rybak, bez teologicznego przygotowania, bez erudycyjnych zdolności, bez znajomości greki i łaciny? Owszem, religia chrześcijańska z ofertą miłości bliźniego, a przede wszystkim życia po śmierci - co odróżniało ją od innych kultów w antycznym Rzymie - znajdowała także w stolicy imperium rzesze zwolenników. W tym również w arystokracji rzymskiej. Bo gdyby chrześcijaństwo pozostało tylko religią ludzi biednych, żyjących na marginesie życia politycznego, nie przykuwałoby wzroku cesarza. Skoro jednak przenikało do wszystkich warstw społecznych, cesarze dostrzegli w nim niebezpieczeństwo.
Jeden z arystokratycznych rodów rzymskich, wpływowego senatora Kwintusa Korneliusa Pudensa i jego córki Praksedy, miał nawet udzielić Piotrowi gościny w swoim domu. Ale spotkania w prywatnych domach, a jeszcze bardziej w katakumbach, wzbudzały podejrzenia władz. To tam, w podziemnych cmentarnych labiryntach, gdzie arystokrata klęczał ramię w ramię z niewolnikiem, celebrowano specyficzny kult zmarłych. W przeciwieństwie do praktyk pogańskiego Rzymu z paleniem ciał, chrześcijanie swoich zmarłych chowali w całości zabandażowanych - w nadziei na zmartwychwstanie. Ponadto chrześcijańska wiara w nadejście królestwa Bożego przyprawiała cesarzy o zimne poty, gdyż godziła w ustalony ziemski porządek, głosząc jego bliski kres. Wiarę chrześcijan interpretowano jako oznakę wywrotowych przekonań. Zwłaszcza za cesarza Nerona aparat państwowy czuł się zagrożony. A właśnie w dziesiątym roku jego panowania, jak utrzymuje kościelna tradycja, Piotr po raz drugi miał przebywać w Rzymie (64).
Neron to ludzki potwór. Z jego rozkazu giną matka i żona. Żaden z jego przeciwników nie może być pewny, że nie straci głowy. Egotyk, który trwoni majątek państwowy. Jego "Złoty Dom" lśni złotem i obezwładnia przepychem. Sala balowa, w której wydaje uczty, obraca się dookoła swojej osi. Spod sferycznego sklepienia na gości spadają zroszone pachnidła. Neron marzy o totalnej przebudowie Rzymu. Kiedy w 64 roku ogień trawi milionową stolicę imperium, uporczywe pogłoski czynią go winnym rozmyślnego podpalenia. Dziś historycy są zgodni: Neron nie podpalił Rzymu, by na zgliszczach miasta wznieść jeszcze bardziej imponującą stolicę. Taką, której architektoniczne piękno odpowiadałoby jego artystycznej duszy. Ale w zgodzie z maksymą, że atak jest najlepszą obroną, winą za pożar obarcza najpierw Żydów, a potem sektę chrześcijan. Obydwa wyznania w Rzymie - judeochrześcijańskie i część z bardziej liberalnych gmin żydowskich - utrzymywały ze sobą kontakty. Ale większość rzymskich Żydów nie ubolewała z powodu nieszczęść, które spadły na chrześcijan. Kilka lat wcześniej Paweł, który rzeczywiście przybył do Rzymu, poprosił tamtejszych najznakomitszych Żydów o poparcie. A ci dali mu wymijającą odpowiedź. Powołali się na wrogie opinie, jakie słyszeli o judeochrześcijanach. Potem Żydzi poróżnili się między sobą. Jedni byli gotowi Pawła poprzeć, inni nie.
Chrześcijanie szczególnie nadawali się do roli kozła ofiarnego. U ekstrawertycznych Rzymian budzili silne podejrzenia. Skoro głosili miłość powszechną, to w Rzymianach umacniało to przekonanie, że na obrządki religijne chrześcijan składają się orgie z rozpustą i seks kazirodczy. Eucharystię, z jej symboliką ciała i krwi Chrystusa, uważali za ucztę kanibalistyczną. Największą nieufność wzbudzała żarliwa wiara chrześcijan w apokalipsę - w paruzję, którą poprzedzi wielka pożoga. Skojarzenie Rzymian, że chrześcijanie mogli przyśpieszyć to radosne wydarzenie i dlatego podpalili miasto, nie były więc wyssane z palca.
Po pożarze Rzym staje się areną pokazowych procesów i - jak donosi żyjący pół wieku po Neronie rzymski historyk Tacyt - miejscem rzezi wyznawców obydwu religii, żydowskiej i chrześcijańskiej. Jedni i drudzy giną najczęściej paleni żywcem jako płonące po zapadnięciu zmroku pochodnie. Neron przeznaczył na to swój otoczony parkiem cyrk. Do rzadkości należała więc śmierć przez ukrzyżowanie lub w paszczy dzikich zwierząt. Taka śmierć wyklucza pochówek ciała. Piotr natomiast miałby najpierw trafić za kraty. Ucieka z więzienia, by jednak tuż za murami miasta, na Via Appia, spotkać idącego w przeciwnym kierunku Chrystusa. "Idę, by po raz drugi dać się ukrzyżować", słyszy Piotr, po czym milcząco zawraca i wzorem Zbawiciela ginie ukrzyżowany na Wzgórzu Watykańskim. Tak chce tradycja kościelna, która na miejsce śmierci wskazuje Cyrk Nerona. Bardziej przypominał on tor wyścigowy dla rydwanów, wybudowany przez poprzednika, cesarza Kaligulę (37-41), na Zatybrzu, na zachód od Tybru. Neron przebudował tor do gigantycznych rozmiarów - wielkości siedmiu boisk piłkarskich (560 na 85 metrów). Piotr miał zginąć ukrzyżowany, głową w dół. Miałby o to sam poprosić. Uważał się bowiem za niegodnego, by kopiować śmierć swojego mistrza. Sto lat po domniemanej śmierci Piotra w Rzymie cyrk już nie istniał, a cały areał przekształcono w cmentarz, najpierw pogański, potem chrześcijański. Ta tradycja kościelna, utrzymująca, że koniec ziemskiego biegu Piotra nastąpił w wyniku ukrzyżowania i z pochówkiem ciała, wytłumaczy później możliwość zidentyfikowania grobu i szczątków apostoła, niezbędnych do utrzymania doktryny o prymacie biskupa Rzymu w Kościele.
Neron, który w 66 roku na wieść o uknutym przeciwko niemu spisku popełnił samobójstwo, przetrwał w pamięci chrześcijan jako wcielenie zła i jako odpowiedzialny za ich prześladowania po pożarze Rzymu. Także za śmierć Piotra? Powszechna wiara chrześcijan, że nadejście Mesjasza poprzedzi pojawienie się Antychrysta, tego ostatniego długo kazała upatrywać w Neronie. W V wieku św. Augustyn sugerował: "Niektórzy przypuszczają, że to właśnie Neron zmartwychwstanie, inni z kolei myślą, że nie został zabity, tylko wykradziony, że się ukrywa, w wieku pełni sił i we właściwym czasie się ukaże, by znów objąć panowanie" (O państwie bożym XIII, 18). Papież Paschalis II (1099-1118), który często przysłuchiwał się krakaniu wron siedzących na drzewie orzecha włoskiego w pobliżu grobowca Domicjuszów, miał sen, "że są to demony w służbie Nerona"[12]. Kazał więc zburzyć grobowiec i wybudować na jego miejscu kaplicę, która okazała się punktem wyjścia dzisiejszego kościoła Santa Maria del Popolo.
Historycy nie mają żadnych dowodów, że Piotr kiedykolwiek był w Rzymie, nie mówiąc już o tym, że sprawował urząd pierwszego biskupa chrześcijańskiej gminy w stolicy imperium. Niepotwierdzona historycznie pozostaje też opowieść o męczeńskiej śmierci w Cyrku Nerona i pochówku na Wzgórzu Watykańskim (64). O jednym i drugim ani słowem nie wspominają Nowy Testament czy inne wiarygodne antyczne przekazy[13]. Ba, kto z prokuratorską wnikliwością weźmie do ręki fragment Dziejów Apostolskich (8,14), napisanych ok. 100 roku n.e., list samego św. Piotra (5,13) czy listy św. Pawła do Galatów (2,1), do Rzymian (15,20) i jego drugi list do Koryntian (10,16), ten stwierdzi, że ich autorzy pobyt Piotra w Rzymie wręcz wykluczają[14]. Pierwsi w dziejach obecność i śmierć Piotra w Rzymie wykluczyli w średniowieczu tępieni za herezje waldensi. W ich oczach milczenie Biblii w tej materii stanowiło przesądzający dowód.
Szczególnego znaczenia nabiera świadectwo św. Pawła. Wymieniany w kościelnej tradycji na jednym wydechu z Piotrem drugi apostoł, św. Paweł[15], ani konfratra w Rzymie nie spotkał, ani o nim nie słyszał. W przeciwnym razie nie omieszkałby o tym wspomnieć. Paweł, który wprawdzie jednym z dwunastu apostołów nigdy nie był, Jezusa na oczy nie widział, okazał się jednak tym człowiekiem, który po założycielu religii najbardziej wpłynął na losy chrześcijaństwa. To on jako misjonarz wyprowadził chrześcijańską sektę Jezusa z żydowskich opłotków w Palestynie i rozszerzył na cały świat helleński.
Urodzony na pograniczu syryjsko-tureckim Żyd, wychowany w środowisku faryzeuszy, ultrakonserwatywnych speców od prawa żydowskiego i ustnej tradycji, świetnie wykształcony, zawzięcie zwalczał sekciarską grupę Chrystusa. Aż do momentu, kiedy objawił mu się Chrystus i wezwał do krzewienia nowej wiary (35 rok n.e.). Jeśli do tej pory z misyjnym zapałem tępił chrześcijan, tak teraz we wschodnim basenie Morza Śródziemnego zakładał jedną po drugiej wspólnotę chrześcijańską. Listy jego opisują podróże przez prowincje rzymskiego imperium. Zwalczany przez konserwatywnych Żydów został w Jerozolimie wydany w rzymskie ręce. Trybun kohorty rzymskiej właściwie uratował Pawła od samosądu. Kazał go uwięzić. Tak Paweł przez dwa lata siedział za kratami w Cezarei. Rzymski prokurator Judei nie wydał wyroku, wolał się pozbyć niebezpiecznego mąciciela i w charakterze więźnia wysłał do Rzymu (58/59). Paweł, w przeciwieństwie do Piotra, z rzymskim obywatelstwem w kieszeni mógł się bronić przed cesarskim sądem: "Odwołałeś się do Cezara - do Cezara się udasz", objaśniają w skrócie Dzieje Apostolskie (25,12). Podróż była burzliwa. Statek się rozbił. W końcu w 59 lub 60 roku Paweł dotarł do Rzymu. Pierwotnie trafił w ręce prefekta gwardii pretoriańskiej. Ale potem swobodnie kontaktował się ze współwyznawcami. Najczęściej w katakumbach św. Sebastiana (Dzieje Apostolskie 28,30). W więzieniu pisał i odbierał listy. Podobno zamierzał się udać do Hiszpanii. Ale został stracony, niewykluczone, że w owym w 64 roku, kiedy Neron po legendarnym pożarze przeprowadzał rzeź chrześcijan. Niezrozumiałe więc, że Paweł w Rzymie miałby przemilczeć obecność biskupa miejscowej gminy chrześcijańskiej.
Kult grobu
Dopiero sto dwadzieścia lat po domniemanej śmierci w Cyrku Nerona miejscowi chrześcijanie zaczęli czcić to miejsce jako grób apostoła Piotra (170/180 n.e.). Tak pod koniec II wieku narodziła się tradycja kościelna. Jej obrońcy ponadstuletni okres zaniku pamięci o Piotrze i jego grobie, jaki upłynął od jego śmierci do rzeczonego 170/180 roku, tłumaczą nieprzywiązywaniem wagi przez chrześcijan do kultu cmentarnego[16]. Najstarsze świadectwo kościelnej tradycji o grobie Piotra (170/180) pochodzi z teologicznej dysputy, jaka wywiązała się między jednym z rzymskich duchownych za czasów papieża Zefiryna (199-217), Gajuszem, a sektą katafrygów. Tych ostatnich, zamieszkałych na terenach dzisiejszej Turcji, główny rdzeń chrześcijaństwa traktował jak kacerskich fundamentalistów. Otaczała ich niechlubna sława konsumpcji krwi dziecięcej, jak i chełpliwe własne zapewnienia, że to na ich przywódców, w tym na dwie prorokinie, a nie dwunastu apostołów, spłynęła moc Ducha Świętego. Przesądzającego dowodu na prawowierność swoich twierdzeń kacerze doszukali się w fakcie posiadania szczątków apostoła Filipa i jego córki, mającej profetyczne zdolności. W Rzymie prezbiter Gajus przebijał to argumentem, że na Wzgórzu Watykańskim istnieje tropajon apostoła Piotra. Pod nazwą "tropajonu" (z języka greckiego) rozumiano pomnik "ku czci", który chrześcijanie we wczesnych wiekach wznosili w miejscu, gdzie męczennicy ponieśli śmierć z ręki swoich oprawców. Użycie słowa "tropajon" nie przesądza jeszcze o istnieniu miejsca pochówku. Język wczesnych chrześcijan był na tyle mistyczny i nieprecyzyjny, że nie wiadomo, czy prezbiter Gajus miał na myśli rzeczywisty grób z relikwiami Piotra. Ale można w tym miejscu zapytać odwrotnie: czy idea obecności Piotra w Rzymie i jego męczeństwa nie powstała dopiero około 160/170 roku n.e.? To bowiem pozwoliło wyprowadzić rzymską sukcesję papieży i utorować drogę do papieskiego prymatu i rzymskiego centralizmu. Dziś w Kościele wielu papieski prymat postrzega jako problem.
Rządzący imperium na początku IV wieku cesarz Konstantyn (306-337) skończył z prześladowaniem chrześcijan. I na miejscu domniemanego grobu Piotra, nad tropajonem Gajusa, wzniósł ku czci apostoła bazylikę. Poza tym poinformował, że osobiście odnalazł szczątki świętego, ukryte w okresie prześladowań za jego poprzedników w katakumbach przy Via Appia, i złożył je ponownie w grobie. Wierni mogli mu jedynie wierzyć na słowo, a sami podziwiać wnękę w grobowcu pośrodku bazyliki. Tropajon ozdobiono dwoma kolumienkami i podtrzymującymi je płytami z kamienia osadowego. Od tej pory tłumy pielgrzymowały do świętego miejsca, wrzucając strzępy materiałów tekstylnych do wnęki, by w ten sposób ubłagać księcia apostołów o cuda. Papieże zaś, począwszy od Damazego I (366-384), grób wykorzystywali dla siebie. Forsowali jeden cel: podkreślać w oparciu o męczeńską śmierć pierwszego z apostołów ekskluzywność Rzymu i zapewnić prymat jego biskupa nad wszystkimi innymi biskupstwami. Od tej pory wczesnochrześcijańscy pisarze - Ireneusz, biskup Euzebiusz z Cezarei (265-340), Klemens Aleksandryjski, Ignacy z Antiochii - jeden po drugim potwierdzali tradycję męczeńskiej śmierci Piotra w Rzymie.
Mijały stulecia. Pielgrzymki do grobu apostoła wyszły z mody. Aż w czasie renesansu porywczy Juliusz II, papież widziany częściej z mieczem w ręku niż z Biblią, nakazał bazylikę Konstantyna zburzyć (1506). Rzym w niczym nie przypominał antycznej metropolii. Nad starożytnymi ruinami sterczały wieże obronnych zamków starych rodów Rzymu. Najbardziej w oczy rzucały się warownie w Watykanie i Zamek św. Anioła. W dawnym milionowym mieście cezarów, w kilku stłoczonych dzielnicach, jakby zepchniętych do Tybru, mieszkało 40 tys. mieszkańców. Tyle co wtedy w Augsburgu czy Norymberdze, a znacznie mniej niż we wspaniałych miastach tamtej epoki, jak Paryżu, Wenecji, nie mówiąc o Konstantynopolu. Wąziutkie uliczki biegły chaotycznie, kończyły się ślepymi zaułkami. To Juliusz II wkroczył ze swoją architektoniczną ingerencją. Wybudował nowe, szersze ulice i rozpoczął wznoszenie renesansowej bazyliki, która stoi do dziś. Nad tropajonem wznosi się we wnętrzu świątyni sławny ołtarz papieski, otoczony czterema potężnymi kolumnami Berniniego w kształcie korkociągu. Główny ołtarz przebudowywano trzykrotnie, najpierw za pontyfikatów Grzegorza Wielkiego i Kaliksta II. Ten dzisiejszy, pod kopułą Michała Anioła, wzniesiono z polecenia Klemensa VIII w 1594 roku. Ale sam tropajon pozostawiono w spokoju. Podczas stu dwudziestu lat budowy nowej bazyliki jeden z architektów, Giacomo Della Porta, oznajmił, że - nieco przez przypadek - jego kilof dokopał się do miejsca, które wyglądało na grób Piotra (1594). Ta wieść dotarła do przesądnego papieża Klemensa VIII, który z pochodnią zszedł do krypty i obejrzał grób. Miejsce opuścił podobno zachwycony, po czym natychmiast nakazał zamknięcie wnęki. Jak informowało jego najbliższe otoczenie, w ciemnościach grobowej niszy papież miał dostrzec złoty krzyż. Poruszony doczłapał do pałacu, gdzie dotarła do niego porażająca wiadomość, tym razem o śmierci dobrego przyjaciela. Losowość zdarzeń Klemens uznał za palec boży, na kwestię autentyczności machnął ręką i zakazał dalszej penetracji watykańskiego podziemia. Kościelna tradycja złoty krzyż przypisała krucyfiksowi, który wraz z koroną ofiarowała do budującej się bazyliki Konstantyna matka cesarza, św. Helena.
Problem autentyczności szczątków nie spędzał snu z powiek papieżom przez kolejnych 346 lat. Aż podczas II wojny światowej Pius XII zarządził systematyczne przeszukiwanie świętych grot pod bazyliką.
W poszukiwaniu Piotrowych szczątków
Zmarłych nie chciano mieć w mieście. Musieli leżeć przed bramami Rzymu, w mieście zmarłych. Bo także przez nekropolię przebiegały uliczki, a wzdłuż nich wznosiły się domy. Bardziej imponujące z ogrodami dla bogatych, wielopiętrowe dla dużych rodzin i nędzne szałasy dla biedaków. Kto w czasach cesarza Nerona przynależał do klasy średniej - m.in. wyzwolony niewolnik z niewielkim majątkiem lub rzemieślnik, fryzjer czy sprzedawca oliwy - na wieczny spoczynek mógł kupić działkę przy Via Cornelia. Ulica niemal graniczyła z północnym murem Cyrku Nerona i biegła dalej przez Ager Vaticanus, dość rozległy i mało zabudowany aluwialny nizinny teren na prawym brzegu Tybru. O miejsce na wieczność mógł się tu jednak ubiegać tylko ten, kto godnie zszedł z tego świata. Skazańcy z wyrokiem śmierci trafiali prosto do Tybru albo na miejskie wysypisko śmieci, lub pomiędzy kły spuszczonej sfory psów. Chyba że nieszczęśnik miał dobrych przyjaciół, a ci za łapówkę wykupili jego zwłoki.
Taka grupka mogła z ciężkim workiem jednej nocy roku 64 lub 67 przechodzić w pobliżu Cyrku Nerona na Via Cornelia. Taki początek musiałaby wziąć oficjalna wersja watykańska o losie szczątków Piotra. Worek wypełniało ciało apostoła, ukrzyżowanego na arenie cesarskiego cyrku. Nikomu tamtej nocy do głowy by nie przyszło, że nad skromną mogiłą nieszczęśnika stanie w przyszłości największa świątynia świata, a Ager Vaticanus znajdzie się w centrum rzymskiej metropolii. Dwa tysiące lat to szmat czasu, w ciągu którego wiele mogło się ulotnić z ludzkiej pamięci, jak choćby antyczna Via Cornelia i bieg wypadków tamtej nocy.
W roku wybuchu II wojny światowej watykańskie groty w podziemiach Bazyliki św. Piotra przeżywały oblężenie. A to dlatego, że papież Pius XI (1922-1939) z łoża śmierci poprosił swoją prawą rękę, sekretarza stanu kardynała Eugenio Pacellego, o to, by pochował go najbliżej grobu św. Piotra. Czyli obok miejsca, które tradycyjnie uznaje się za kryjące szczątki apostoła - pod imponującą kolumnadą Berniniego. Pacelli, wybrany na papieża, z imieniem Piusa XII (1939-1958), pochował poprzednika pod lśniącą posadzką bazyliki. By zmieścić nagrobek, nakazał obniżyć posadzkę krypty o metr. I niską kryptę postanowił przerobić na bardziej okazałą podziemną kaplicę. Otoczenie papieża miało przeczucie, że przesypujące ziemię łopaty natrafią na antyczne sarkofagi. Ale zaskoczenie było zupełne, gdy spod ziemi wyłoniły się nie pojedyncze grobowce, tylko cała ulica zmarłych ze stojącymi gęsto obok siebie mauzoleami. W dodatku ulica okazała się dłuższa niż sama bazylika. Sięgała aż do połowy placu św. Piotra.
Pius XII zmienił więc plany. Przebudowa grot mogła poczekać. Ale nie ciekawość papieża, który na co dzień rzucał się wręcz na cywilizacyjne wynalazki jak radio czy telefon; wkrótce miał zarzucić golenie brzytwą i przejść na elektryczną maszynkę. Teraz uskrzydlony archeologicznymi odkryciami, postanowił udowodnić, że dwutysięczna wersja watykańska jest prawdziwa i groty pod bazyliką kryją szczątki księcia apostołów. W najbliższym otoczeniu Pius XII zamierzał wymościć dla siebie miejsce wiecznego spoczynku. Nadzór nad pracami archeologicznymi zlecił dwójce jezuitów: Antoniowi Ferrui (1901-2003) i Engelbertowi Kirschbaumowi[17]. W kierowniczym teamie umieścił swojego zaufanego monsignore Ludwiga Kaasa. To właśnie z wydatną pomocą tego niemieckiego prałata Eugenio Pacelli przed niecałą dekadą zawarł konkordat z III Rzeszą (1934). Ale kiedy Hitler zaczął go naruszać, sprowadził Kaasa do Rzymu i mianował sekretarzem Kongregacji Prześwietnej Bazyliki św. Piotra. Problem był jeden: Kaas o archeologii pojęcia nie miał.
Tymczasem na powierzchni toczyła się wojna, Rzym Mussoliniego bombardowali alianci, a w podziemiach bazyliki w największej tajemnicy odkrywano kolejne fragmenty starożytnej nekropolii przy Via Cornelia. Wśród wielu pogańskich figur kamiennych archeolodzy odkryli najbardziej jowialnego boga Bachusa. Papież wielokrotnie schodził do grot, by na miejscu u Kaasa dowiedzieć się, jak postępują prace. Na podstawie znalezisk stawało się jasne, że kiedy cesarz Konstantyn legitymizował w cesarstwie nowy chrześcijański kult poprzez budowę wielkiej bazyliki (324), to nie postawił jej tak po prostu, tylko najpierw musiał pozmieniać krajobraz. Bo pnące się do góry antyczne grobowce były pozbawione dachów jakby po przejściu kosiarki. Natomiast gruzy z nich oraz zwały ziemi przykrywały mauzolea po drugiej stronie. To oznaczało, że Konstantyn całe Wzgórze Watykańskie wyrównał, by dopiero na tak przygotowanej powierzchni wznieść bazylikę. Przedsięwzięcie musiało mieć swój sens, skoro dla Konstantyna położenie bazyliki było tak ważne, a ponad dziesięć metrów różnicy poziomu między krańcami bazyliki wymagało budowy głębokich fundamentów i grubych murów oporowych. Decyzja cesarza musiała oznaczać dramat dla rodzin zmarłych, skoro dochodziło do profanacji ich grobów - rozumowali monsignore Kaas i Pius XII. Obaj nabrali przekonania, że cesarz Bazylikę św. Piotra koniecznie chciał wznieść nad jego grobem. Dlaczego bowiem zadał sobie tyle trudu, by wybrać tak niekorzystne pod zabudowę strome zbocze antycznej nekropolii na wzniesienie fundamentów? Dlaczego nie zdecydował się na spłaszczone dno doliny przy południowym zboczu Wzgórza Watykańskiego czy równie płaski przeciwległy nasyp? W dalszym przebiegu prac archeologicznych wynurzała się zasypana część antycznego cmentarza, co potwierdzało, że pod ołtarzem bazyliki przebiegała starożytna Via Cornelia.
Pius XII i Kaas poczuli, że na odległość centymetrów zbliżają się do tajemnicy sprzed dwóch tysięcy lat. I odważyli się, by archeolodzy zaczęli kopać pod samym papieskim ołtarzem. W ruch poszły łopaty, kilofy i noże. Pracowano w nocy, by uniknąć jakichkolwiek odgłosów nad powierzchnią bazyliki. Ale rezultat prac rozczarowywał. Nie natrafiono ani na monumentalny grobowiec, ani nawet na podrzędny, byleby z napisem Piotr. Prałat Kaas i jego team podejrzewali nawet, że kości księcia apostołów musiały ulec całkowitemu rozkładowi. Nadzieje wzbudziło odkrycie kamiennego prostokąta o wymiarach siedem na cztery metry z czerwonym murkiem ceglanym z dwoma niszami na posąg lub obraz. I zaraz obok nieco mniejszy murek z kolejną niszą zwieńczoną u góry trudnym do odczytania graffiti. Uznano go za tropajon Gajusa. Ale gdy łopata po łopacie wybierano ziemię spod kamiennej warstwy podwórca, pojawił się niewielki dołek - długi na 72, szeroki na 29 i wysoki na 31 centymetrów. Nic specjalnego jak na księcia apostołów. I prawie pusty. Rozczarowanie jednak przeszło w stan euforii, gdy w tylnej części dołka, sięgającej do czerwonego murku, znaleziono trochę kości; jak się okazało, łopatki i klatki piersiowej. Tylko że jeśli należały do Piotra, to miał towarzystwo. Przebadane w laboratorium dalsze kosteczki rozkładały się na kilka osób: silnie zbudowanego mężczyznę, jeszcze innego męskiego cherlaka i kobietę, a ponadto młodego koguta, świnię i konia. Przy nieukrywanym rozczarowaniu znalezisko zdeponowano w magazynach Grot Watykańskich. Oficjalnie papież Pius XII w 1942 roku ogłosił w przemówieniu na falach Radia Watykańskiego odnalezienie grobu apostoła. W wirze wojny i doniesieniach frontowych przekaz umknął uwadze opinii publicznej.
Sprawa wróciła dopiero dwie dekady później, pod koniec lat 50., kiedy Margherita Guarducci, profesor epigrafii i filologii greckiej z uniwersytetu rzymskiego, specjalistka od odszyfrowywania nieczytelnych napisów, zarazem dobra znajoma późniejszego papieża Pawła VI (1963-1978) i żarliwa katoliczka, postanowiła rozszyfrować graffiti nad niszą. Napis odczytała jako monogram apostoła Piotra. I uznała, że znalazła ostateczny dowód na pochowanie Piotra w tym miejscu. Swoim domniemaniem wywołała do tablicy kolegów po fachu, którzy zakwestionowali jej wniosek. Inni specjaliści graffiti przetłumaczyli jako "Petroniusz", identyfikując go z bogatym chrześcijaninem pochowanym z wielkimi honorami. Kolejni eksperci napis przetłumaczyli nawet jako "Piotra tu nie ma".
Na tym nie skończyły się wątpliwości. Bo Guarducci przy okazji zapytała o znalezisko Giovanniego Segoniego, jednego z robotników pracujących w czasie wojny w świętych grotach. Segoni odwrócił się na pięcie, po czym wrócił z zakurzonym kartonem, który wyciągnął dokładnie stamtąd, gdzie go w 1942 roku wsadził na polecenie prałata Kaasa. Niemiecki monsignore nie za bardzo ufał archeologom w jezuickich koloratkach i nakazał signore Segoniemu potajemnie opróżnić dołek z kośćmi, nim te trafią w ręce archeologów. Nie zostały ujęte w oficjalnym raporcie. Przeleżały w magazynie Grot Watykańskich. Tym razem zawartość kostna z kartonu niemal w cudowny sposób odpowiadała elementom kompletnego szkieletu siedemdziesięcioletniego, dobrze zbudowanego mężczyzny z I wieku n.e. Tak uznał badający je osobisty lekarz Piusa XII Ricardo Galeazzi-Lisi. Biegły okulista, nie antropolog.
W kartonie zachowały się nawet purpurowe szczątki materiału, przetykane złotą nicią, w które musiano zawinąć zwłoki. Barwy przynależne ornamentyce królewskiej. Brakowało tylko kości stóp, co potwierdzało przypuszczenie, że Piotr został ukrzyżowany głową w dół. Włoska profesor wywnioskowała więc, że za Konstantyna szczątki Piotra wyciągnięto z pierwotnej grobowej niszy, przeniesiono do murowanej wnęki, by chronić je przed dalszym rozkładem i rabusiami relikwii, a na końcu owinięto w królewskie tekstylia. Radosną nowinę zamieściła w publikacji i podarowała ją Pawłowi VI: znalazła grób, a nawet kości Piotra[18].
Zobaczyła to, co chciała ujrzeć. Nie przeszkadzało jej nawet, że spomiędzy pozostałości męskiego szkieletu wyciągnięto także kości myszy. Uznała, że miejsce, nim stało się nekropolią, mieściło Cyrk Nerona. Profesor Guarducci wsparli ci naukowcy, którzy dopatrzyli się zgodności tkankowej z czaszką św. Piotra, przechowywaną razem z czaszką św. Pawła w bazylice papieskiej na Lateranie. Obecność obydwu daje się z kolei poświadczyć od 1370 roku, choć w czasie wojen napoleońskich na relikwiarzach wyżywali się francuscy najeźdźcy (1799). Relikwii nie zrabowali, zadowolili się złotym relikwiarzem. Obecność średniowiecznych monet, które znaleziono w tym miejscu, profesor Guarducci wytłumaczyła ich wślizgnięciem się przez szczelinę w ścianie. Monety, wydedukowała, należały do pątników, którzy od wieków pielgrzymowali do grobowca. Watykan miał więc grób i kości (w liczbie dziewięciu). Choć w świetle archeologii odkryto nic innego, jak tylko miejsce, które za czasów Konstantyna czczono jako grób Piotra.
26 czerwca 1968 roku z okazji 1900. rocznicy męczeństwa Piotra i Pawła papież Paweł VI ogłosił, że wydobyte spod ołtarza bazyliki skarby są relikwiami św. Piotra. Na drugi dzień, w wigilię święta obydwu apostołów, umieścił szczątki mężczyzny i myszki tuż pod ołtarzem bazyliki - ponownie w niszy muru, który stał na kamiennym prostokącie przy Via Cornelia i gdzie szesnaście wieków temu cesarz Konstantyn zbudował pierwszą bazylikę. Watykan znalazł wreszcie potwierdzenie na pochodzenie szczątków pod bazyliką od księcia apostołów - owej "skały Kościoła". Tradycja kościelna mówiła o tym od II wieku, a od czasu Konstantyna wprowadziła do kanonu wiary. Do dziś pielgrzymi relikwie Piotra mogą oglądać za grubą kryształową szybą.
Spór o okoliczności śmierci i pochówku księcia apostołów toczy się od dawna. Archeologiczne wykopaliska nie pozwalają stwierdzić, czy grób i szczątki są autentyczne. A najwcześniejsze źródła literackie nawet to wykluczają. Spory znów się nasiliły, gdy papież Franciszek wystawił relikwie na widok publiczny. Naukowa linia demarkacyjna przechodzi nawet przez samo serce Kościoła. Nie brakuje bowiem także watykańskich archeologów, którzy powątpiewają w autentyczność relikwii księcia apostołów. Od samego początku stanowiska Watykanu nie podzielał Kirschbaum, czyli sam odkrywca archeologicznego skarbu, gdyż - jak podkreślał - nie natrafiono na materialne pozostałości z Piotrowego grobowca[19]. Systematyczną walkę z ustaleniami Guarducci prowadził także ojciec Ferrua, aż do śmierci w 2003 roku, w wieku stu trzech lat. Guarducci z kolei we wspomnieniach napisała, że została zdradzona i porzucona przez Watykan. I w tym przeświadczeniu zmarła w 1997 roku.
Zdrada była jednak nieporozumieniem. Bo Kościół zdania nie zmienił. Także wtedy gdy watykański thriller "Gdzie są kości Piotra" przyniósł nieoczekiwany zwrot akcji. W latach 50. grupa franciszkańskich archeologów, wśród nich Polak ksiądz Józef Milik, na starożytnym cmentarzysku Dominus Flevit w Jerozolimie znalazła ossuarium kryjące być może szczątki Piotra. I choć widoczny na nim napis w języku aramejskim wcale nie musi, jak chcą odkrywcy, oznaczać "Szymon syn Jony", także jeśli w pobliżu odkryto inne ossuaria z imionami postaci występujących w ewangeliach. To znaleziska tego nie można lekceważyć.
Nawet jeśli szczątki Piotra miałyby się znaleźć na Wzgórzu Watykańskim, i to chyba jakimś cudem, skoro apostoła w Rzymie w ogóle nie było, to raczej wykradziono by je, nim - zgodnie z tradycją rzymską - jako zwłoki przestępcy wylądowałyby w Tybrze. W innym scenariuszu trafiłyby do jednej z rzymskich kaplic, gdzie miałyby wielkie szanse paść łupem Saracenów w IX wieku. Mimo to na kanwie finału Roku Wiary 2012/2013, uwznioślonym publicznym wystawieniem szczątków, arcybiskup Rino Fisichella z papieskiej Kongregacji (ministerstwa) ds. Nowej Ewangelizacji oświadczył: "Nie jest istotne, czy relikwie są autentyczne czy nie. Chrześcijanie od dwóch tysięcy lat wierzą, że są prawdziwe i nadal będą w to wierzyć"[20].
Ale od pontyfikatu papieża Damazego I (366-384) obecność Piotra w Rzymie i jego męczeńska śmierć na Wzgórzu Watykańskim uzasadniały polityczne roszczenia biskupa Rzymu do prymatu w Kościele i zwierzchnictwa nad wszystkimi innymi biskupami.
[...]