Księga Azraela. Bogowie i Potwory. Tom 1 - Amber V. Nicole

Kup ebooka

52.90 zł
43.91 zł (43,38 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Dianna

- Serio? To wy macie być tymi przerażającymi wszystkich wokół pradawnymi wojownikami, a ty się wzdrygasz? Najgorsze jeszcze nawet się nie zaczęło.

Uniosłam pięść raz jeszcze i tym razem trafiłam w jego policzek. Głowa odskoczyła mu na bok, a kości pękły pod siłą mojego ciosu. Kobaltowoniebieska krew rozprysnęła się na drewnianej podłodze gabinetu na piętrze przesadnie wielkiej posiadłości. Związany na środku pokoju celestial potrząsnął głową raz jeszcze, zanim się poprawił i wyprostował. Wpatrywał się we mnie ze zmarszczonymi z bólu brwiami, a jego twarz pokrywała krew.

- Twoje oczy - powiedział rozciętymi, spuchniętymi wargami, po czym przerwał, by splunąć krwią tuż obok moich stóp. - Wiem, czym jesteś. - Walczył zajadle, włosy przywarły mu do głowy od potu i krwi. Ręce miał związane za plecami, a pod rozdartym materiałem niegdyś porządnego garnituru widać było napięte mięśnie. Opadł na krzesło znajdujące się na samym środku dotąd eleganckiego pokoju. - Ale to niemożliwe. Nie możesz istnieć. Ig'Morruthen wyginęli podczas Wojny Bogów.

Nie rozpoczęłam życia jako Ig'Morruthen, ale tym właśnie się stałam i zawsze zdradzały mnie oczy. Kiedy byłam wściekła, głodna czy jakakolwiek inna, płonęły jak dwa rozżarzone węgle - to jedna z wielu rzeczy wskazujących, że nie byłam już śmiertelna.

- Ach tak, Wojna Bogów. - Przechyliłam głowę na bok, przyglądając mu się uważnie. - Jak to szło? Tysiące lat temu wasz świat załamał się, spłonął i spadł do naszego świata, zaburzając życie i technologię. Teraz ty i twój gatunek w zasadzie ustalacie reguły, prawda? Teraz świat wie o bogach i potworach, a wy jesteście wielkimi zbawcami, którzy trzymają tych złych pod kluczem. - Podeszłam bliżej, by złapać tył krzesła, gdy więzień próbował się ode mnie odsunąć. - Masz pojęcie, co wasz upadek zrobił z moim światem? Kiedy wy się odbudowywaliście, plaga przetoczyła się przez mój dom na pustkowiach Eorii. Wiesz, ilu umarło? Obchodzi cię to?

Nie odpowiedział, kiedy odepchnęłam krzesło. Uniosłam dłonie, moje knykcie były mokre od jego krwi.

- Tak myślałam. Cóż, krwawisz na niebiesko, więc jednak nie wszystko jest takie, jak się wydaje.

Przykucnęłam przed nim, kawałki szkła chrzęściły pod moimi podeszwami. Jedyne światło pochodziło z korytarza, sączyło się przez drzwi i oświetlało pobojowisko, jakim stało się to biuro. Kilka kartek wyrwanych z książek i jakieś odłamki zaśmiecały podłogę, razem z połamanym biurkiem, na które go rzuciłam.

Celestial stanowił powód, dla którego tu przybyliśmy i choć było mało prawdopodobne, że artefakt, którego szukał Kaden, znajdował się tutaj, i tak postanowiłam to sprawdzić. Mój związany, pobity celestial nie powiedział nic, gdy patrzył, jak przeszukiwałam ruiny pokoju. Przybrana przez niego stoicka mina była tarczą ukrywającą to, co naprawdę czuł.

Hałas rozszedł się po niższych piętrach, gdy inni mieszkańcy tego miejsca wydali z siebie ostatnie krzyki. Rozbrzmiały wystrzały, a po nich groźny śmiech. W oczach mojego więźnia zapłonęła wściekłość, kiedy podeszłam i położyłam dłonie na jego ramionach. Jednym płynnym ruchem, przerzuciłam przez niego nogę i go dosiadłam.

Odwrócił głowę w moją stronę, a na jego twarzy pojawił się wyraz czystej odrazy i dezorientacji.

- Zamierzasz mnie zabić?

Pokręciłam szybko głową.

- Nie, jeszcze nie. - Próbował się cofnąć, ale złapałam go za brodę i zmusiłam, żeby odwrócił się do mnie. - Nie martw się. Nie będzie bolało. Po prostu muszę się upewnić, że jesteś tym, którego szukamy. Cierpliwości. Muszę się skoncentrować, żeby to zadziałało.

Krew popłynęła z jednego z rozcięć na jego twarzy, brudząc skórę. Chwyciłam go mocniej za podbródek, przechyliłam mu głowę i pochyliłam się, by przejechać językiem po ranie. W jednej chwili zostałam wyrwana z tego pokoju i wrzucona w jego wspomnienia.

Niebieskie światło rozbłysło w mojej podświadomości, gdy pokój, w którym nigdy nie byłam, pojawił się i zniknął. Śmiech kobiety sporo starszej od niego rozbrzmiał w moich uszach, kiedy nieznajoma wniosła tacę z jedzeniem do małego salonu. To jego matka. Obraz się zmienił i zobaczyłam dwóch mężczyzn w zatłoczonym barze krzyczących i rozprawiających o sporcie. Szkło stukało, a ludzie się śmiali, próbując przekrzyczeć kilka ogromnych, płaskich telewizorów wiszących na ścianach. Głowa zaczęła mi pulsować, gdy zagłębiłam się bardziej. Sceneria znów się zmieniła i nagle stałam w ciemnym pokoju. Fale złotobrązowych włosów tańczyły wokół maleńkiej sylwetki kobiety. Jej jęki stały się głośniejsze, a plecy wygięły się w łuk nad łóżkiem, kiedy ścisnęła piersi.

Na pewno ci dobrze, ale ja nie tego potrzebuję. Zacisnęłam mocniej powieki, starając się skupić. Potrzebowałam czegoś więcej.

Jechałam brukowaną ulicą Arariel w ogromnym pojeździe z przyciemnionymi szybami. Światło słoneczne wyzierało zza budynków, a błyszczące żółte i złote promienie podkreślały piękno scenerii. Ludzie śpieszyli ulicami, rowery lawirowały pomiędzy innymi pojazdami. Okulary słoneczne przesunęły się na moim nosie, kiedy odwróciłam głowę, by popatrzeć na swoich towarzyszy. Trzej mężczyźni siedzieli ze mną z tyłu, wnętrze ciężarówki okazało się większe, niż się spodziewałam. Dwaj pozostali byli z przodu, jeden prowadził, a drugi - ten siedzący na miejscu pasażera - rozmawiał przez telefon. Byli młodzi, gładko ogoleni i mieli na sobie takie same dopasowane czarne ubrania jak celestial, w którego umyśle właśnie tkwiłam.

- Słyszeli coś innego? - zapytałam, mój głos nie był już kobiecy, należał do niego.

- Nie - powiedział mężczyzna naprzeciwko mnie.

Jego włosy zostały zaczesane na bok i przytrzymywane taką ilością żelu, że czułam go nawet w krwawym śnie. Był smuklejszy w porównaniu z facetem obok, ale widziałam, że mimo to był równie potężny.

- Vincent trzyma gębę na kłódkę. Chyba wiedzą, że ataki nie są takie częste. Mają cel. Po prostu nie wiemy jaki.

- Straciliśmy wielu celestiali, zbyt wielu w krótkim czasie. To dzieje się ponownie, prawda? To, o czym nas uczyli - drążył mężczyzna obok mnie.

Jego głos był cichy, ale słyszałam w nim obawę. Był ogromnym mężczyzną, ale sposób, w jaki drgnął, kiedy zadał pytanie, pokazał mi, że bał się pod tymi wszystkimi mięśniami. Splótł i rozplótł palce kilka razy, zanim odwrócił się do mnie.

- Jeśli tak... jeśli to się dzieje... on wróci.

Zanim zdołałam odpowiedzieć, krótki śmiech wziął mnie z zaskoczenia. Odwróciłam się, żeby spojrzeć na mężczyznę przede mną. Miał ręce ciasno założone na piersi i wyglądał przez okno.

- Myślę, że jego powrót przeraża mnie bardziej niż konieczność stanięcia z nim twarzą w twarz - odezwał się kolejny facet. Też wydawał się młody.

Bogowie, ilu celestiali wyglądało jak chłopcy z college'u? Z tym mieliśmy się mierzyć?

- Dlaczego? - zapytałam. - On jest legendą, w najlepszym razie mitem. Mamy tutaj już trzy z Rąk Rashearima. Wszystko, co mogło ich zabić, albo zginęło w wojnie, albo zostało ukryte na wieki. To po prostu kolejny przeciętny potwór, który uważa, że ma moc. - Przerwałam i popatrzyłam każdemu z nich w oczy. - Nic nam nie będzie.

Mężczyzna przede mną otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale zamknął je, gdy samochód zatrzymał się gwałtownie. Słońce świeciło na nas, kiedy wysiedliśmy, zamykając za sobą drzwi. Pojazdy wypełniały już zakrzywiony podjazd, a nadjeżdżały kolejne. Celestiale tłoczyli się przy wejściu. Niektórzy zebrali się w małe grupy, inni biegali z miejsca na miejsce.

Poprawiłam kurtkę i wygładziłam brzegi raz, potem drugi, nerwowość wsączała się w moje wnętrze, kiedy postawiłam pierwsze kroki w stronę wejścia. Powitał mnie ogromny budynek z marmuru i wapnia, złoto, biel i krem wydawały się prawie krzykliwe. Kilka ogromnych, zwieńczonych kopułami skrzydeł posiadłości ciągnęło się z obu stron, a na każdym piętrze widoczne były rzędy zakończonych łukiem okien. Widziałam ludzi przechodzących po kamiennych mostach, łączących różne budynki. Wszyscy mieli na sobie podobne biznesowe stroje, a w rękach teczki i aktówki. Kilka osób wyszło z budynku, rozmawiając i się śmiejąc. Ruszyli dalej ulicą, jakby ta forteca wcale nie stała w samym centrum miasta.

Miasto Arariel.

Wizja się rozmyła, kiedy wyswobodziłam się ze wspomnienia. Piękne ulice Arariel zbladły, a ja wróciłam do zniszczonego, słabo oświetlonego biura. Miałam teraz wszystko, czego potrzebowałam. Niewielki uśmiech wykrzywił moje usta, gdy odwróciłam jego twarz do siebie.

- Widzisz, mówiłam, że nie będzie bolało... ale następna część już owszem.

Jego krtań podskoczyła raz, kiedy przełknął, a zapach strachu wypełnił pomieszczenie.

- Co zobaczyłaś? - Głos, gruby i ciężki, rozległ się na mną.

Coś plasnęło, jakby upuszczono ciało na podłogę. Mężczyzna wszedł do pokoju, a jego obecność była prawie tak obezwładniająca jak moja.

- Wszystko, czego potrzebujemy - wymamrotałam, podnosząc się z krzesła. Odwróciłam je jednym płynnym ruchem tak, żeby Peter mógł zobaczyć Alistaira.

- Jest celestialem? Widzieliśmy ich wielu, Dianno - zauważył mój towarzysz, przecierając twarz dłonią.

Krew poznaczyła jego skórę i ubrania - to efekt zniszczenia, którego dokonał na dole. Kilka pasm jego zwykle idealnie zaczesanych włosów znajdowało się nie na swoim miejscu i zostało poplamione szkarłatem.

- Widziałam Arariel. Był tam. Rozmawiali o Vincencie, co oznacza, że on - potrząsnęłam lekko krzesłem z naszym skrępowanym przyjacielem - pracuje z Ręką.

Uśmiech, ostry i śmiercionośny, zawitał na twarzy Alistaira.

- Kłamiesz?

- Nie - odparłam, kręcąc głową, i pchnęłam krzesło w jego stronę. - Posmakowałam. To jest Peter McBridge, dwadzieścia siedem lat, celestial drugiego rzędu. Jego rodzice przeszli na emeryturę, a on nie ma innych powiązań ze światem śmiertelników. Forteca znajduje się w Arariel. Jego koledzy rozmawiali o nas i o tym, co dotąd zrobiliśmy. Mówili o Ręce Rashearima, a nawet wspomnieli Vincenta.

Facet na krześle się szarpnął, wykrzywiając głowę, by móc przeskakiwać wzrokiem pomiędzy mną a Alistairem.

- Jak to "widziałaś"? Skąd możesz to wiedzieć?

Przerwaliśmy i spojrzeliśmy na Petera, którego wzrok kierował się to na jedno, to na drugie z nas. Przykucnęłam i nachyliłam się nad nim.

- Cóż, widzisz, Peter, każdy Ig'Morruthen ma swoje małe dziwactwo. To było po prostu jedno z moich.

Poklepałam więźnia po twarzy, a on dalej patrzył na nas z przerażeniem, zanim ponownie spojrzałam w oczy Alistaira. Posłał mi powolny, szelmowski uśmiech, a zaraz potem powiedział:

- Jeśli to, co mówisz, jest prawdą, Kaden będzie bardzo, bardzo zadowolony.

Przytaknęłam raz jeszcze.

- Znalazłam drogę wejścia. Reszta należy do ciebie.

Odsunęłam się od krzesła, gdy Alistair podszedł bliżej.

- A teraz, Peter, chciałbyś zobaczyć, co potrafi Alistair?

Celestial walczył, starając się zerwać więzy, ale okazał się za słaby, zbyt pobity, żeby znaleźć w sobie siłę. Prychnęłam. Też mi wojownicy! Przejęcie tego świata dla Kadena byłoby bułką z masłem.

- Co zamierzacie ze mną zrobić?

Alistair wystąpił do przodu, stając przed Peterem. Uniósł ręce, a jego dłonie zawisły w odległości kilku cali po obu stronach głowy ofiary.

- Rozluźnij się. Im bardziej walczysz, tym bardziej boli - wymamrotał Alistair.

Oczy mężczyzny rozbłysły taką samą krwistą czerwienią jak moje, a czarna mgła uformowała się pomiędzy jego dłońmi, łącząc je. Falowała i tańczyła między jego palcami, przechodząc przez głowę celestiala. Wrzaski były najmniej lubianą przeze mnie częścią, zawsze rozbrzmiewały tak głośno. Ale pewnie można było się tego spodziewać, kiedy komuś rozrywano mózg i składano go z powrotem. Po prawdzie Alistair miał już kilku celestiali pod kontrolą, ale nikogo tak wysokiej rangi i nikogo, kto znalazł się tak blisko tego przeklętego miasta. Kaden chociaż raz będzie zadowolony.

Krzyki nagle ustały, na co uniosłam głowę.

- Zawsze odwracasz wzrok - zauważył mój towarzysz, a uśmieszek zagrał na jego ustach.

- Nie lubię tego.

Nie chciałam, żeby to mi się wymsknęło. Kaden nie akceptował słabości, ale byłam śmiertelna, zanim porzuciłam swoje życie. Byłam śmiertelna, miałam śmiertelne uczucia, poglądy i życie. Niezależnie, jak daleko dotarłam i co zrobiłam, moja śmiertelność czasami dawała o sobie znać. Wielu powiedziałoby, że to wada mojego śmiertelnego serca. To kolejny powód, dla którego musiałam stać się silniejsza, szybsza, okrutniejsza. Istnieje granica, którą przekracza się dla przeżycia - ta, którą przekroczyłam wieki temu.

- Po wszystkim, co zrobiłaś, to - wskazał na milczącego teraz celestiala - ci przeszkadza?

- Jest irytujące. - Podparłam się pod boki i westchnęłam teatralnie. - Skończyliśmy?

Wzruszył ramionami.

- To zależy. Widziałaś może coś odnośnie do księgi?

Ach tak, księga. Powód, dla którego biegaliśmy wkoło, przeszukując Onunę.

Zaprzeczyłam ruchem głowy.

- Nie, ale jeśli on może wystarczająco zbliżyć się do Ręki, to już coś. Jakiś początek.

- To nie wystarczy. - Zacisnął zęby i pokręcił głową.

- Wiem. - Uniosłam dłoń, przerywając ciąg jego myśli, nie chciałam, by z jego ust wyszło to, co jak podejrzewałam, zamierzał powiedzieć. - Po prostu skończ z tym.

Uśmiech, zimny i obiecujący śmierć, rozświetlił jego twarz. Alistair przypominał mi lód, od twardo wyciosanych kości policzkowych, po lodowate spojrzenie. Nigdy nie był śmiertelny, a służenie Kadenowi to wszystko, co znał. Uniósł dłoń w milczącym rozkazie, a celestial wstał. Nie potrzebował słów, by wypełnić polecenie. Alistair posiadł jego ciało i umysł.

- Nie będziesz pamiętał niczego, co się tutaj dzisiaj wydarzyło. Teraz należysz do mnie. Będziesz moimi oczami i uszami. To, co widzisz ty, widzę ja. To, co słyszysz ty, słyszę ja. To, co mówisz ty, mówię ja.

Peter powtórzył słowa wypowiedziane przez Alistaira co do głoski. Jedyną różnicą był ton głosu.

- A teraz posprzątaj ten bałagan, zanim będziesz miał towarzystwo.

Peter nie powiedział nic, tylko ominął swojego nowego pana i zaczął porządkować biuro. Alistair stanął u mojego boku, by obserwować go razem ze mną. Dla celestiala nawet nas tu nie było, stał się tylko bezrozumną kukłą kontrolowaną przez tkwiącego obok mnie mężczyznę.

Zwalczyłam potrzebę wywołaną dyskomfortem, by zacząć się wiercić. Wiedziałam, że byłam tym samym dla Kadena. Jedyna różnica polegała na tym, że miałam tego świadomość. Peter już przepadł, skoro Alistair kontrolował jego umysł, i żadna siła na Onunie nie mogła tego złamać. Kiedy przestanie być użyteczny, Alistair go zostawi, zupełnie jak innych przed nim. Pomogłam, tak jak robiłam przez wieki. Część mnie cierpiała, kiedy patrzyłam, jak wykonywał zadanie, którego nie mógł porzucić.

Przeklęte śmiertelne serce.

Alistair odwrócił się w moją stronę i klasnął, czym wyrwał mnie z zamyślenia.

- Teraz pomóż mi posprzątać ciała na dole. - Przeszedł obok mnie, zmierzając w stronę drzwi i krzyknął przez ramię: - Peter, powiedz mi, gdzie trzymasz te mocne worki na śmieci.

- Kuchnia. W trzeciej szafce na dolnej półce.

Odwróciłam się na pięcie, podążając za Alistairem schodami w dół.

- Co z nimi zrobimy?

Uśmiech, który rzucił mi przez ramię, wyrażał czystą podłość.

- W domu jest mnóstwo Ig'Morruthen, którzy na pewno umierają z głodu.

2

Dianna

Cienie wokół Alistaira i mnie rozstąpiły się falami, gdy przeszliśmy przez portal do domu, do Novas. Powitało nas ciepłe, słone powietrze i upiorna cisza. Novas to wyspa u wybrzeży Kashuenii, ale to nie byle jaka wyspa. Wystawała z przepastnego oceanu jak dzika bestia grożąca zajęciem całego otaczającego ją morza. Zawsze zakładałam, że był to kolejny fragment, który wpadł do naszego świata podczas Wojny Bogów. Kaden ją przejął, ukształtował i uznał za swoją. Uważałam ją za nasz dom, chociaż "dom" to odległe określenie. Novas nigdy nie była dla mnie domem. Ten był tam, gdzie moja siostra, za którą tak bardzo tęskniłam.

Przerzuciłam kilka grubych, czarnych worków na śmieci przez ramię i poszłam za Alistairem. Piasek przywierający do naszych przesiąkniętych krwią butów sprawiał, że przeprawa stawała się dość mozolna. Drzewa okalały obszerny krajobraz, słońce przebijało się przez gęste gałęzie, tworząc delikatną, napawającą spokojem poświatę. Było to zwodnicze. Delikatność i spokój to nieznane tutaj walory. Sama plaża wyglądała gościnnie, w powietrzu dało się wyczuć sól, a fale rozbijały się o brzeg. Krystalicznie niebieska woda zachęcała, by zanurzyć w niej stopy... jeśli nie zastanawiałeś się, co czaiło się pod powierzchnią.

- Cicho tu - zauważyłam, gdy weszliśmy na ścieżkę z lawowych kamieni. - A przecież tutaj nigdy nie jest cicho.

- Pewnie zabezpieczenie Petera zajęło nam więcej czasu, niż sądziliśmy - powiedział Alistair, rozglądając się wokół, jakby dopiero teraz to zauważył.

Pokręciłam głową i westchnęłam, bo wiedziałam, że miał rację. Jeśli się spóźniliśmy, Kaden będzie wściekły, niezależnie od tego, jakie informacje przynosiliśmy. Niestety, nienaturalna cisza wyspy nie stanowiła dobrego wskaźnika jego nastroju.

Szliśmy dalej, a kiedy ogromny budynek pojawił się w zasięgu wzroku, odrobinę zwolniliśmy. Kilka szerokich stopni prowadziło do podwójnych drzwi, żelazny płot ciągnął się od frontu, dodając modernistycznego sznytu ogromnemu domowi, który Kaden wykuł w ścianie aktywnego wulkanu na wyspie Novas. Otworzyliśmy drzwi i weszliśmy, uderzył w nas żar, gdy stanęliśmy w wejściu. Wewnątrz było ciepło i sucho, ale nie przytłaczająco. Wymiar, z którego pochodził Kaden, został dawno zapomniany, zniszczony podczas Wojny Bogów. Tamto miejsce było dużo cieplejsze niż Onuna, więc wulkaniczna wyspa to warunki najbardziej zbliżone do tych ojczystych, jakie mógł znaleźć.

Rzuciłam ciężkie torby na podłogę i podparłam się pod boki, wołając:

- Kochanie, wróciłam! - Mój głos poniósł się echem po przestronnym, otwartym holu.

Alistair prychnął i przewrócił oczami, rzucając torby obok moich.

- Dziecinada. - Słowo popłynęło z góry, więc podniosłam wzrok.

Tobias obserwował nas z wielkiego balkonu ciągnącego się wzdłuż drugiego piętra. Sączące się przez świetlik promienie słoneczne sprawiały, że jego hebanowa skóra stawała się brązowa. Poprawił spinkę przy granatowej koszuli i przyjrzał się nam uważnie.

Alistair zagwizdał nisko.

- Ale wystrojony. Zaczęło się już?

Tobias posłał Alistairowi szybki uśmiech sięgający również jego oczu. Nigdy nie uświadczyłam takiego od trzeciego dowódcy Kadena.

- Spóźniłeś się. - Rzucił mi spojrzenie, szybkie jak żmija i równie jadowite. - Oboje się spóźniliście.

Posłałam mu całusa.

- Tęskniłeś za mną? - Przywykłam już do chłodnego traktowania przez Tobiasa. Nigdy tego nie powiedział, ale zakładałam, że jego antypatia brała się stąd, że kiedy mnie przemieniono, zostałam drugą dowodzącą za Kadenem. Przez to Tobias stał się trzecim, a Alistair czwartym - nie, żeby Alistaira to obchodziło. Dopóki miał dom i jedzenie, nie dbał o to, kogo wolał nasz szef.

- Poczekaj, aż usłyszysz dlaczego - powiedział Alistair. - Przynieśliśmy też kolację dla bestii.

Bestie.

Tobias rozciągnął wargi w uśmiechu, kiedy spojrzał na otaczające nas torby.

- Będą wdzięczne, ale wy dwoje musicie się przygotować. Niech ktoś inny im to zaniesie. Nie mamy czasu.

Jakby na zawołanie stworzenia zaczęły śpiewać, a ja spuściłam wzrok na kamienną podłogę. Dreszcz przebiegł mi po plecach na dźwięk chóru śmiechów. Zawsze przypominały mi hieny i to mnie przerażało. Wiedziałam, jak daleko w dole siedziały, a i tak zawsze zadziwiała mnie akustyka. Znajdowały się tak głęboko, a i tak je słyszeliśmy. Mile tuneli ciągnęły się pod górą, łącząc pomieszczenia, komnaty i lochy na niezliczonych poziomach.

- Zamyka je, kiedy mamy gości? - zapytałam, unosząc brew.

Alistair i Tobias wymienili uśmiechy, zanim ten pierwszy pokręcił głową i ruszył na tyły domu. Tobias odepchnął się od balustrady i zniknął na górze, a ja dalej stałam w tym samym miejscu. Objęłam się ramionami i wbiłam wzrok w podłogę, jakbym mogła ją przejrzeć.

- To chyba odpowiedź na moje pytanie. - Westchnęłam.

Nie, żebym się ich bała. Kaden stworzył wielu Ig'Morruthen, odkąd tu przybył, ale nie byli tacy jak ja, Alistair czy Tobias. Wyglądali bardziej jak rogate gargulce umieszczane przez śmiertelników na budynkach. Zawsze zastanawiałam się, czy widzieli bestie Ig'Morruthen i - inspirując się ich aparycją - stworzyli swoją sztukę, starając się opanować instynktowny strach przed potworami. Bestie były potężne i okrutne, pragnęły krwi i mięsa. Potrafiły się komunikować, ale stwierdzenie, że umiały mówić, to przesada. Potrafiły przekazać coś gestem, ale ich mowa miała ograniczenia.

W korytarzu rozległy się kroki, a po chwili kilku sługusów Kadena stanęło obok mnie. Kopnęłam torbę znajdującą się najbliżej mnie.

- Zabierzcie to na dół i dopilnujcie, żeby zjadły. Muszę przygotować się do spotkania z elitą Innego Świata.

***

Stukot moich obcasów niósł się echem, gdy szłam krętą, obsydianową klatką schodową do głównej sali Kadena. Zawsze uważałam ją za "karmiciela ego" naszego szefa. To miejsce od gobelinów po ekstrawaganckie meble aż krzyczało: "Tu żyje megaloman".

Głosy wypełniły korytarz, a światła zamigotały na kamiennych ścianach. Przyspieszyłam kroku, wygładzając brzegi eleganckiej, czarnej sukni, którą włożyłam. Wiedziałam, że się spóźnię, ale musiałam dać sobie czas, żeby zmyć krew. Głosy były coraz wyraźniejsze w miarę, jak się zbliżałam. Kurwa, wyglądało na to, że zebrał się komplet.

Kolejni dwaj sługusi Kadena stali przy drzwiach sali spotkań. Mieli na sobie garnitury, a ja wiedziałam, że były częścią ich munduru na tę noc, bo nie było ich na nie stać. Kaden obiecał życie wieczne tym, którzy go zadowalali i naginali się do jego woli, ale miałam świadomość, że najpewniej zostaną zredukowani do bezmyślnych bestii, a nie skończą jak Alistair, Tobias i ja.

Pokłonili się i zbliżyli, a ja wzięłam głęboki wdech, żeby uspokoić nerwy. Nie zwalniając kroku, przywdziałam maskę Krwawej Królowej. Tego właśnie oczekiwali i tego się bali - słusznie. Zapracowałam sobie na swoją reputację przez wieki.

Głosy ucichły, kiedy tylko przekroczyłam próg i weszłam do ogromnej sali spotkań. Było tu więcej stworzeń Innego Świata, niż się spodziewałam.

Podwójna kurwa.

Włosy spływały mi po ramionach i plecach ciemnymi falami, gdy podniosłam wysoko głowę. Podeszłam do długiego, obsydianowego stołu, który królował w tym pomieszczeniu. Wzdłuż niego stały krzesła zrobione z tego samego ostrego kamienia, który tworzył wulkaniczne jaskinie. Wysokie kotły stały pod ścianą, a pod każdym płonął niewielki ogień.

Zebrani wpatrywali się w każdy fragment mojego ciała, a oczy tego, który sprawił, że się zawahałam, płonęły czerwienią: Kaden. Mój stwórca, mój kochanek i jedyny powód, dzięki któremu moja siostra żyła. To dla niej robiłam wszystko, o co poprosił.

Stał u szczytu stołu z rękami splecionymi za plecami. Spojrzał mi w oczy na ułamek sekundy. Wyglądał cudownie, brązowo-biały garnitur pięknie kontrastował z hebanową skórą. Ale tylko ignorant nie zauważyłby potwora kryjącego się pod tą przystojną powłoką.

Usłyszałam za sobą kroki. Dobrze, czyli nie przyszłam jako ostatnia. Zajęłam miejsce po prawej stronie Kadena jako przypomnienie dla uczestników o mojej pozycji. Szef nie odezwał się ani mnie nie przywitał, nie, żebym tego oczekiwała. Nie, on nie skupiał się na przybyłych, a na tych, którzy się nie pojawili. Pomruki i szepty powoli ucichły, kiedy wszyscy zajęli swoje miejsca. Stali, czekając, aż on usiądzie, zanim zrobią to sami.

Tobias stanął po lewej stronie Kadena, ubrany w granatową koszulę i ciemne spodnie. Obrócił palcami srebrny łańcuszek wokół swojej szyi i rozejrzał się po pomieszczeniu. Zawsze był skupiony podczas obserwacji. Alistair stanął blisko niego. Nie pokrywała go już krew, miał na sobie białą koszulę i eleganckie spodnie. Obaj byli śmiertelnie niebezpieczni i zasłużyli na miejsce generałów Kadena.

Obserwowałam, jak Alistair pochylił się i wyszeptał do Tobiasa:

- Wampiry wysłały drugiego, nie pojawił się ani on, ani jego brat.

Spojrzałam na miejsce, gdzie zwykle siedziałby król wampirów i zobaczyłam, że Alistair miał rację. Miejsca zawsze zajmowane przez Ethana i jego ludzi teraz zajęli czterej niższej rangi członkowie.

Potrójna kurwa.

Tobias przytaknął, puścił swój łańcuszek i spojrzał na Kadena. Jego nozdrza falowały, będąc jedynym wskaźnikiem ogarniającego go gniewu.

Po prawej stronie stołu stali członkowie klanu Habrick. Pojawiło się przynajmniej dziesięcioro mężczyzn i kobiet czarownic, wszyscy idealnie ustawieni wokół swojego przywódcy, Santiago. W jego włosach było tyle żelu, że aż zapiekło mnie w nosie. Jego włoski garnitur był bardziej dopasowany niż moja sukienka - a to już o czymś mówiło.

Napotkał moje spojrzenie i uśmiechnął się powoli, jakby przyłapał mnie na podziwianiu jego stroju. Przesunął po mnie wzrokiem, jak zawsze, aż ścisnęło mnie w żołądku. Dzięki swojemu atrakcyjnemu wyglądowi zakładał, że żadna kobieta nie zdoła mu się oprzeć. Mylił się i przekonał się o tym niejednokrotnie w ciągu ostatnich kilku lat po wielu nieudanych próbach dobrania mi się do majtek.

Pokręciłam głową i odwróciłam się w stronę pozostałych. Nawet przy takiej liczbie znajdujących się tu stworzeń Innego Świata czułam, że to nadal za mało dla Kadena. Był ich królem - królem wszystkich królów - i chciał tego, co mu należne.

Jakby czytał mi w myślach, odwrócił się w moją stronę, poprawił marynarkę i skłonił się po królewsku.

Czas na przedstawienie.

Uniosłam ręce, przyzywając otrzymane od niego moce. Ogień wybuchł na moich dłoniach, krążąc i tańcząc radośnie. Posłałam kulę energii w stronę każdej z pochodni. Płomienie urosły, oświetlając pomieszczenie i rzucając cienie w najdalsze rogi, a wśród zebranych poniósł się szept.

Kaden usiadł, a ja zmniejszyłam płomienie do słabych, pulsujących ogników. Jeden po drugim klany i ich przywódcy usiedli. Władca omiótł spojrzeniem pokój, bębniąc palcami o stół w stałym rytmie. Nikt nic nie powiedział - ani słowa.

- Muszę przyznać, że jestem zadowolony z tych, którzy przybyli. - Jego głos wypełnił pokój.

Dla niektórych zabrzmiał pewnie, spokojnie i opanowanie. Ja słyszałam tylko gniew.

- Santiago. Twój klan jest wspaniały, jak zwykle. - Skinął w jego stronę, a czarownice wytrzymały jego spojrzenie, dumne i potężne.

Podziwiałam je, nawet jeśli nienawidziłam ich lidera.

- Pożeracze snów. - Kaden skinął na klan Baku, siedzący obok grupy Santiago.

Ich oczy wydawały się wyrażać uśmiech, do którego fizycznie nie byli zdolni. W miejscu ich ust znajdowała się tylko szpara, przecinana poprzecznymi pasami skóry. Byli przerażającymi gnojkami i starałam się ich unikać. Przez wieki słyszałam historie, że niektóre klany były pokojowo nastawione i wzywano ich do pochłaniania koszmarów. Osobiście spotkałam tylko tych, którzy za odpowiednią cenę siali grozę w snach.

Głos Kadena przywrócił mnie do rzeczywistości, kiedy mężczyzna mówił dalej.

- Krzykaczki władające umysłami.

Zauważyłam zjawy po lewej stronie. Była to grupa kobiet, klan wyłącznie żeński. Najwyraźniej genetyka polegała głównie na obu chromosomach X. Wszystkie z obecnych miały bardzo jasne albo bardzo ciemne włosy i były ubrane w marynarki albo dopasowane suknie, które aż krzyczały bogactwem - niezamierzona gra słów.

Ich liderka, Sasha, miała długie, prawie granatowe włosy zebrane w dwa kucyki jeden pod drugim, a na siebie włożyła jedwabny garnitur z rozpiętą marynarką. Miała prawie sto lat, ale wyglądała, jakby była w kwiecie wieku. Zdecydowanie miały styl, ale widziałam, jak Sasha stosowała na kimś swoje śmiercionośne wrzaski, sprawiając, że jego głowa rozpadła się na kilka części. Całymi tygodniami pozbywałam się fragmentów mózgu z ulubionych butów.

- Widzę potężnych. - Kaden wskazał w stronę cieni, a ci tylko skinęli w odpowiedzi.

Ich ciała nie wydawały się stałą materią, sylwetki falowały jak dym. Byli klanem zabójców i podstępnymi z natury stworzeniami. Kontrolował ich jeden lider i jeśli zniszczyłoby się Kasha, to pa, pa zabójcy. Jedyny problem polegał na tym, że trzeba by było się do niego zbliżyć, a to graniczyło z cudem. Jego rodzina, jak większość, rosła w siłę przez wieki, zostawiając za sobą krwawy szlak w imieniu każdego, kto dobrze zapłacił. Ale podziwiałam ich lojalność wobec Kadena. Jestem pewna, że przynajmniej kilka frakcji zapłaciło Kashowi i jego rodzinie, żeby chociaż spróbować uderzyć w mojego przerażającego szefa, ale cienie nigdy go nie zdradzili.

- Widzę przerażające bestie z legend. - Kaden skupił spojrzenie wciąż karmazynowych oczu na wilkołakach.

Dowodził nimi Caleb, a sfora cieszyła się znacznym szacunkiem w naszym świecie. Ich przywódca zazwyczaj milczał - chyba że ktoś się do niego zwracał - ale moc, którą przekazywał samym spojrzeniem, sprawiała, że na ręce występowała mi gęsia skórka. Jego ciemne włosy zostały krótko przycięte, a na szczęce pojawił się ledwie cień zarostu. Może mógłby nauczyć Santiago, jak układać fryzurę, żeby włosy nie wyglądały jak ulizany bałagan. Parsknęłam, a Alistair spojrzał na mnie, gdy starałam się ukryć to kaszlem. Lubiłam Caleba.

Te wilkołaki nie były takie, jak z typowych horrorów. Ich wilcza forma wyglądała jak typowe wilki, ale sam rozmiar mógłby przerazić każdego, śmiertelnika czy nie. Samce były tęższe niż samice, ale one odznaczały się większą zaciekłością. Caleb trzymał swoją rodzinę na uboczu, ale pojawiali się na każde wezwanie Kadena. Byli nieosiągalni i skryci, woleli trzymać się tak daleko od polityki, jak tylko mogli, ale wszyscy siedzieli teraz tutaj.

- Pojawiła się nawet rada śmiertelników! - Kaden skinął lekko w stronę Elijah i jego grupy.

Elijah był w średnim wieku, a jego skronie oprószyła elegancka siwizna. Poprawił garnitur, jakby był kimś ważnym w pomieszczeniu pełnym potworów. Kaden pomógł politykowi zyskać wyższą rangę, samemu zdobywając przy tym informacje, i jeszcze lepsze źródło prania pieniędzy.

W oczach Kadena zatańczył szkarłatny ogień, kiedy skupił się na czterech siedzących wampirach.

- A jednak pojawiła się tylko garstka złodziei krwi. - Jego głos ociekał jadem, a energia w pomieszczeniu się zagęściła.

Wszyscy się spięli, cisza aż rozsadzała mi zmysły, gdy palce władcy przestały bębnić o stół.

- Gdzie jest wasz król? - To znaczące pytanie, na które nie istniały dobre odpowiedzi.

Jeden z mężczyzn wstał, wyprostował krawat i odchrząknął.

- Pan Vanderkai nie był w stanie przybyć i przesyła najszczersze przeprosiny. Inni testują trwałość i niezłomność jego obecnego panowania i w tej chwili zajmuje się właśnie tym.

Kaden rozparł się na krześle, splatając dłonie przed sobą i wpatrując się w wampira. Wydawało się, że cisza trwała wieki. Mężczyzna przestąpił z nogi na nogę i gdyby wampiry mogły się pocić, właśnie by to robił.

- Wydaje się, że ostatnio ma sporo takich problemów - zauważył w końcu Kaden, jego ton brzmiał lekko, gdy wrócił do stukania palcami w stół. - Kiedy pojawił się po raz ostatni? - zapytał, odwracając się do Tobiasa.

Wywołany wbił wzrok w wampira, a na jego ustach pojawił się uśmieszek.

- Minął już jakiś czas, mój wasalu. Miesiące.

Kaden przytaknął, a jego usta wygięły się w złowieszczym uśmiechu.

- Miesiące.

- Tak. - Mężczyzna odchrząknął. - Ale książę zajął jego miejsce podczas kilku ostatnich spotkań.

- Tak, brat. A gdzie on teraz jest?

- Nie mógł dotrzeć. Obaj chcieli tu być, zapewniam, ale naprawdę potrzebowali silnej ręki, żeby poradzić sobie z niektórymi problemami, jakich obecnie doświadczamy. - Słowa wydawały się wymuszone, jakby wiedział, co się stanie, jeśli skłamie.

- Rozumiem - odparł Kaden.

Usłyszałam zbiorowe westchnienie ulgi, napięcie zeszło z niektórych obecnych przy stole, ale nie ze mnie ani z nikogo, kto dobrze znał króla.

- Trudno jest zachować równowagę, zwłaszcza wśród innych w takich czasach jak teraz. Jeśli porównać to z tym, czym kiedyś byliśmy, czym kiedyś był świat, nasza liczebność jest nic nieznacząca w wielkim planie. Groźba wisi nad nami, a niepokój i strach biorą górę. Właśnie dlatego nade wszystko musimy trzymać się razem. - Bębnienie ustało i Kaden pochylił się do przodu. - Wiecie, co mam na myśli?

Wampir przytaknął raz.

- Tak. Zgadzam się.

Kłamstwo.

Kaden uśmiechnął się powoli, a jego śnieżnobiałe zęby zalśniły krótko. Uderzył dłonią w stół, aż pokój zadrżał. Drzwi wejściowe zatrzasnęły się, więżąc nas wszystkich w środku. Stół rozstąpił się na pół, rozdzielając wszystkich i odsuwając na boki, gdy paląca, gęsta para wsączyła się do pomieszczenia i skupiła się nad powstałą głęboką przestrzenią wypełnioną lawą. Nikt nie odskoczył i się nie poruszył, wszyscy pozostali na miejscach. Jeśli czuli strach, nie pokazali tego. Wiedzieli, co nadchodziło, a jedna rzecz, której Kaden nienawidził nade wszystko, to słabość.

Wstał, jak król piekieł przed swoją jamą, bo dokładnie tym była ta przestrzeń - pustą, rozbrzmiewającą echem jamą.

Przełknęłam gulę rosnącą w gardle, gdy obserwowałam przebieg zdarzeń, trzymając ręce złożone na kolanach. Widziałam Tobiasa i Alistaira z pełnymi zadowolenia uśmieszkami. Temperatura wzrosła, a roztopiona lawa wirowała w dziurze w samym środku pomieszczenia. Dym się unosił, a gorące, wulkaniczne bańki pękały na powierzchni.

- No dalej. Wchodzić. - Kaden wskazał wampirom jamę.

- Oszalałeś - warknęła wampirzyca, a jej towarzysz rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając wyjścia.

Pozostałe stworzenia nie zrobiły nic, żeby pomóc. Wiedzieli, że gniew tego mężczyzny nie był skierowany na nich, i nie chcieli, żeby to się zmieniło.

Śmiech Kadena poniósł się echem po wypełnionej dymem komnacie, gdy mężczyzna położył dłoń na piersi.

- Czyżby? A może po prostu nie lubię niesubordynacji? Dianna.

Przeniosłam na niego wzrok.

- Gdybyś była tak uprzejma i pomogła naszym przyjaciołom...

Powoli odwróciłam głowę z powrotem do wampirów i nie odrywając od niech wzroku, wstałam. Rozprostowałam ręce wzdłuż boków i ruszyłam w stronę krwiopijców. Stworzenia Innego Świata spięły się, gdy przechodziłam, ale ich twarze niczego nie zdradzały. Byłam bronią Kadena. Byłam potężna. Wiedzieli to, ja również zdawałam sobie z tego sprawę. Byłam ostrzem stworzonym z ognia i ciała.

Głos Kadena niósł się echem, gdy mówił dalej:

- Może mam problemy z zaufaniem. Widzicie, to nie jedyny raz, kiedy wasz król powiedział, że napotkał "niedogodności". Patrząc na obecne czasy i to, co musimy osiągnąć...

Zatrzymałam się obok wampirzycy, a ona spojrzała na mnie ze strachem w oczach.

- Po prostu nie mogę mieć słabości - zakończył.

Kobieta krzyknęła, kiedy złapałam ją za ramiona i pociągnęłam w stronę jamy. Czubek jej szpilek kilka razy trafił w moją goleń, gdy próbowała wyrwać się z mojego uścisku, ale walka była krótka. Przerzuciłam ją przez brzeg, a jej wrzask niósł się echem zaledwie kilka sekund, zanim spadła. Płomienie rozbłysły wokół jej ciała, gdy uderzyła w lawę i została pochłonięta.

Kolejny wampir przebiegł obok mnie w panicznej próbie ucieczki. Wyciągnęłam rękę z zawrotną prędkością. Szpony wystrzeliły z moich palców i z impetem przebiłam jego trzewia. Sapnął, a jego ciało zwinęło się wokół mojej dłoni, złapał mnie za nadgarstek i spojrzał w oczy. Strach i panika wypełniały jego spojrzenie, gdy go podniosłam i wrzuciłam w ogień pod nami.

Trzeci zachował się podobnie do drugiego. Próbował uciec i walczyć, ale ostatecznie jego prośby o łaskę odbiły się echem od obsydianowych ścian, kiedy rzucałam go do lawy. Przetarłam pochlapany krwią policzek zakończoną pazurami dłonią i podeszłam do ostatniego żywego wampira w pomieszczeniu. Poddał się, wiedząc, że nie miał wyjścia ani drogi ucieczki. Zwinął się w kłębek na kamiennej podłodze. Złapałam go za poły marynarki, podniosłam i odwróciłam, by przytrzymać go nad jamą.

W jego żółtych oczach zabłyszczały łzy.

- Proszę - błagał. - Mam rodzinę.

Rodzina. Słowo niosło się echem w moich myślach i poczułam, że moje pazury się cofnęły. Żądza krwi napierała na mnie, błagając, żebym się poddała i uwolniła swoją bestię z łańcuchów. Rodzina. To słowo było jak puls przypominający mi, że to nie ja. Każde uderzenie mojego serca było dla niej, a pamiętanie o jej istnieniu odciągało mnie od skraju szaleństwa. Rodzina. Tym razem to słowo zostało owinięte śmiechem mojej siostry, a z nim przyszło wspomnienie.

Gabby pokręciła głową, śmiejąc się ze mnie, gdy bezskutecznie próbowałam wrzucić popcorn do ust.

- Masz fatalną celność jak na nadzwyczajną istotę. - Zachichotała i rzuciła we mnie całą garścią uprażonych nasion kukurydzy.

Kopnęłam, trafiając ją lekko w nogę.

- Hej, to ja jestem tu wyszkoloną zabójczynią!

Wybuchnęła śmiechem.

- Proszę cię! Płakałaś na zakończeniu Medalionu.

- To smutny film. Miał smutne zakończenie. Po prostu wybierasz okropne filmy.

Śmiałyśmy się z tego głupiego filmu godzinami. Siedziałyśmy na piekielnie drogiej kanapie, którą kupiłam jej jako prezent na zakończenie szkoły, i całkiem zagraciłam mieszkanie, które tak bardzo kochała. Skończyła szkołę kilka miesięcy temu i nie widziałam jej od tego czasu.

Ból spowodowany tą myślą wyrwał mnie ze wspomnienia. Zamrugałam kilka razy, patrząc na wampira, którego trzymałam nad jamą, a świat znowu nabrał jasności. Rodzina. Ponad gęstym dymem napotkałam czerwone płomienie w oczach Kadena. Wiadomość nie została wypowiedziana, ale była jasna. "Nie wahaj się, nie myśl, po prostu to skończ" - bo gdyby wyczuł we mnie słabość, ją też by zabrał. Nie odrywając spojrzenia od Kadena, wyjęłam szpony z szyi wampira i rozwarłam dłoń, pozwalając mu spaść do jamy.

Władca uśmiechnął się, kiedy mężczyzna zniknął. Potem zamknął portal, a stół zsunął się wraz z siedzącymi przy nim gośćmi, wracając na swoje miejsce. Dźwięk skrzypienia drzwi za mną zalał o wiele zbyt cichą salę, a pozostały dym wypłynął na korytarz. Kilka osób zakaszlało i poprawiło się na krzesłach, a kamień zaszurał po podłodze.

Spojrzałam na szkarłat znaczący moje knykcie i paznokcie, zanim opuściłam ręce po bokach. Uniosłam głowę i ruszyłam, jeszcze zanim mój mózg zarejestrował, co zrobiłam. Stanęłam ponownie u boku Kadena. Alistair i Tobias obserwowali mnie, oceniali, ale uważałam, żeby nie okazać odrazy spowodowanej pokrywającą moje ciało posoką. Stałam prosto, splatając dłonie przed sobą.

Żadnej słabości. Nigdy.

- Teraz, kiedy już się tym zająłeś, może zdradzisz, po co nas tu wezwałeś? - zapytał Kash, lider cieni. Jego akcent był ciężki, a cienie przesuwały się wokół swojego pana.

- To proste. Mam wieści o Księdze Azraela.

Kilka westchnień i szeptów poniosło się po komnacie, gdy Kaden w końcu usiadł. Alistair, Tobias i ja staliśmy nadal. Zawsze byliśmy w gotowości, nieulęknieni i niszczycielscy.

- Niemożliwe - syknął lider Baku.

Nastąpiła chwila ciszy, a potem wszyscy zaczęli mówić jednocześnie, zgadzając się z Baku i twierdząc, że księga to tylko mit. Odgłos tak wielu podniesionych głosów był oszałamiający w kamiennej komnacie. Wilkołaki jako jedyne się nie odzywały. Po prostu siedziały, obserwując i słuchając.

Nie zaskoczyło mnie, że śmiertelny polityk Elijah krzyczał najgłośniej ze wszystkich.

- Nawet jeśli ten tekst zostanie znaleziony, minęły tysiące lat od Wojny Bogów. Jak mielibyśmy go odczytać?

- Odczytać? - prychnął Santiago. - Jeśli w ogóle jest prawdziwy, wiecie, co z sobą niesie.

Zapadła cisza, gdy wszyscy spojrzeli na Kadena.

- Nadejście Pogromcy Świata. - Cichy, kobiecy głos dobiegł z lewego rogu.

Wszyscy odwrócili się, by spojrzeć na Sashę i jej siostrę. Zjawy milczały, odkąd zaczęło się spotkanie - były prawie tak milczące, jak wilkołaki. Oczy Sashy stały się szkliste, jakby zatraciła się w myślach. Dopiero kiedy ktoś klepnął ją w ramię, uświadomiła sobie, że przemówiła na głos. Jej długie, granatowe włosy zafalowały, gdy pokręciła głową. Wyprostowała białą marynarkę i odchrząknęła.

- Ach tak - mruknął Kaden, potarł podbródek i położył dłonie na stole. - Osławiony Pogromca Świata. Legenda. Syn Unira. Posiadacz Miecza Zapomnienia. I gdzie on jest?

Nikt się nie odezwał.

- Dokładnie. Nikt go nie widział ani nie słyszał, odkąd jego świat, Rashearim, wybuchł. On sam dokonał zniszczenia, prawda? Tak leciała ta historia? Jest złym duchem Innego Świata. Opowieścią, która ma utrzymać was w szeregu.

- To nie są tylko historie. To prawda. Sam Inny Świat znajduje się poza naszym zasięgiem właśnie przez niego, przez nich - wtrącił Santiago.

Czarownicy przy nim przytaknęli, trzymając się blisko. Skupiali spojrzenia na nas, czekali, aż uderzymy albo zrobimy jakiś ruch za to, że Santiago odezwał się poza kolejnością.

- Celestiale nadal chodzą po tej krainie. Ręka nadal chodzi po tej krainie, a skoro Ręka wciąż istnieje, to ma jakieś ciało, głowę. Pogromca Światów jest tą głową.

- A głowy można ścinać. - Słowa Kadena są niczym jad.

Ponownie zapadła cisza, gdy sens wypowiedzi docierał do wszystkich. Wyczułam go szybciej niż pozostali: strach. Moje życie i czas spędzony w świecie Kadena nie były tak długie, jak większości, ale zobaczenie, że bali się tego Pogromcy Świata bardziej niż Kadena, mówiło samo za siebie.

- Rozumiem, wszyscy się go boicie. Ale on nie jest tym, za kogo go macie, nawet jeśli żyje. Nie widziano go od wieków. Nie zwracajcie uwagi na stworzone o nim baśnie. Jeśli jest tak silny i zręczny, jak mówią, to gdzie się podziewa? Zniszczyłem setki z jego gatunku, a jednak on się nie pokazał. Jest tchórzliwy, słaby i zniszczony. Pogromca Świata nie jest bogiem, jak inni przed nim. Nie ma prawdziwej mocy, ale my tak. Opowiadają wam swoje kłamstwa i starają się napchać nimi wasze głowy. Chcą nagiąć was do swojej woli. Kiedy dostanę tę księgę, my będziemy rządzić, wszyscy. Nie będziemy już kryć się w cieniu, tłamszeni przez tych, którzy uważają nas za niewartych i niegodnych. Zmiana nastąpi w chwili, gdy rozleją własną krew we własnym świecie. A teraz?

Wstał i pochylił się do przodu, kładąc dłonie na stole. Spojrzał każdemu z liderów w oczy i tylko niektórzy zaczęli wiercić się na miejscach.

- Teraz czas wziąć to, co nasze, co zostało nam ukradzione. Nie mieliśmy wyboru, zanim zamknęli wymiary. Żadnego. Ilu waszych ludzi znajduje się za tymi drzwiami? Hmm? - Wskazał na Santiago, a potem na pozostałych. - A twoich czy może waszych? Zastanawiacie się, czy wciąż żyją?

Te słowa trafiły do celu.

- A ta księga? Masz ją? - zapytał przywódca cieni.

Kaden mlasnął językiem.

- To następna część. Jeszcze jej nie mam, ale wkrótce się to zmieni. Elijah - wskazał na śmiertelnika i jego radę - był na tyle uprzejmy, że zapewnił nam informacje na temat celestiali. Zinfiltrowaliśmy ich szeregi, co jest powodem, dla którego was tu dzisiaj wezwałem. Musimy pozostać zjednoczeni. Kiedy zacznę proces otwierania wymiarów, nie możemy zostać uznani za słabych. - Spojrzał znacząco na puste miejsce po wampirach. - Nawet przez sekundę. Musicie wszyscy być ze mną, a jeśli nie... - Spojrzał na środek stołu, pozwalając, by groźba zawisła w powietrzu.

Jedno po drugim zgodzili się każde w swoim języku. Wilkołaki przemówiły ostatnie i wiedziałam, że nie byłam jedyną, która to zauważyła.

***

Woda zabarwiła się na brązowo w obsydianowym zlewie, kiedy zmywałam krew najpierw z twarzy, a potem z dłoni. Odkąd Kaden mnie przemienił, zeskrobywałam krew z ciała codziennie. Stałam się stworzeniem, które potrafiło przechwytywać wspomnienia poprzez krew, w mgnieniu oka wezwać płomienie i zmieniać się w jakąkolwiek bestię tylko chciałam. Za każdym razem, kiedy musiałam się pożywiać, czułam się mniej śmiertelna. Ale to cena, jaką zapłaciłam za jej życie. A ta jeszcze gorsza część? W porównaniu z alternatywą nie nienawidziłam tego. Pierwszy raz od dawna się potknęłam. Zawahałam, a on to widział.

Zakręciłam wodę i zdjęłam ręcznik z półki, by wytrzeć smugi krwi, które pozostały na moim policzku. Odbicie w lustrze pokazało mi cień osoby, którą kiedyś byłam. Twarz miałam teraz twardszą, linie szczęki i policzków wyrzeźbione. Ostrość moich rysów wydawała się kusząca wszystkim poza mną. Pamiętałam swoją twarz jako delikatniejszą, może nawet łagodniejszą. Brzeg ręcznika przesunął się po mojej wardze, wydatnej miękkości, która skrywała kły ostrzejsze od stali, ujawniające się, gdy potwór we mnie wyrywał się na powierzchnię.

Byłam opisywana jako "piękna" i "egzotyczna" - te słowa sprawiały, że wzdrygałam się wewnętrznie, jakby ktoś uderzył mnie w twarz. Wiedziałam, że byłam niebezpieczna, okrutna i śmiercionośna. Dla niej, dla nas, pozwoliłam, żeby Kaden mnie okiełznał. Wydarłam dla niej spokojne miejsce pazurami i połamanymi kośćmi, płacąc za jej bezpieczeństwo morzem krwi.

"Proszę, mam rodzinę".

Desperacja w jego głosie odbijała się echem w mojej głowie. Zacisnęłam powieki, odcinając się od tego. Odrzuciłam ręcznik na bok i chwyciłam za rant zlewu. Zacisnęłam palce na granicie, aż poczułam, że kruszył się pod moim uściskiem. Czy to nie te same słowa, które wyszeptałam tamtej nocy wiele lat temu? Leżałam na podłodze, trzymając ją za rękę. Gdy śmiertelne zimno ogarnęło jej skórę, błagałam kogoś, kogokolwiek, żeby jej pomógł i ją ocalił. Byłam gotowa oddać ciało, życie, duszę, cokolwiek i komukolwiek, kto zechciałby odpowiedzieć.

- Wszystko w porządku?

Gwałtownie otworzyłam oczy i zobaczyłam łagodne, brązowe tęczówki oczu wpatrującej się we mnie osoby. To już nie były te płonące węgle. Spojrzałam w lustrze na Kadena, opierającego się o drzwi łazienki. Wydawało się, że zajmuje więcej przestrzeni, niż powinien. Był wyższy ode mnie, co już sporo mówiło, skoro ja przewyższałam wzrostem przeciętne kobiety. Nie byłam uroczą, drobniutką istotką, obiektem pożądania bohaterów we wszystkich filmach i książkach. Niedostatki w okolicach biustu rekompensowały pełne biodra. Były jedną krągłą częścią mojego ciała. Miałam smukłą sylwetkę i silne, sprężyste mięśnie. Wojowniczka w każdym tego słowa znaczeniu. Po przemianie trenowałam każdego dnia, z Alistairem, Tobiasem, a nawet Kadenem. Byłam bita, aż mdlałam więcej razy, niż udawało mi się zachować przytomność. Minęły lata, zanim nauczyłam się dawać sobie radę. Kaden chciał wojowników, a ja wkrótce dowiedziałam się dlaczego.

Stał z założonymi na piersi ramionami i wyrazem zaintrygowania na twarzy. Nie była to mina wyrażająca zaniepokojenie, jak mogliby zrozumieć ją normalni ludzie. Wiem, że nie obchodził go mój dobrostan tylko to, czy pozostawałam posłuszna w szeregu.

- Tak, jestem tylko trochę zmęczona - odpowiedziałam, prostując się nieco.

Zmrużył lekko oczy.

- Hmm.

- Chcę zobaczyć się z siostrą.

Odepchnął się od framugi, a jego usta wykrzywiły się delikatnie.

- Nie teraz.

Wiedziałam, że to powie. Minęły miesiące, odkąd widziałam Gabby, i bardzo za nią tęskniłam, a on wykorzystywał ją jako przynętę. Miałam robić, czego chciał, a w nagrodę będę mogła ją odwiedzić, choć wizyty stawały się coraz rzadsze.

"Pamiętaj, że cię kocham".

Powiedziała te słowa tuż przed tym, jak się rozłączyłyśmy, podczas naszej ostatniej rozmowy przez telefon. Cholera, nawet nie pamiętałam, kiedy to było. Wyglądało na to, że przez ostatnie kilka tygodni wyobrażenie o jej głosie często zalewało moją głowę, utrzymując mnie na powierzchni, i co ważniejsze, utrzymując moją pamięć o tym, jak być śmiertelnikiem.

Kroki Kadena wydawały się lekkie, gdy podszedł, żeby za mną stanąć. Patrzyłam, jak jego odbicie się zbliżało. Zatrzymał się kilka cali ode mnie i oparł podbródek o czubek mojej głowy. Zebrał pasma włosów z mojej twarzy i delikatnie je odsunął. Przeciągnął palcami przez jedwabiste kosmyki, jakby podobało mu się to doznanie, i spojrzał mi w oczy w lustrze.

- Zawahałaś się.

Wiedziałam.

Jego prawa dłoń przesunęła się po moich włosach, zanim dotarł do końców i przesunął ją na mój nagi kark.

- Chcesz mi o czymś powiedzieć?

- Nie z powodu, o którym myślisz. - Wpatrywałam się w niego w lustrze, nie zamierzając odwracać wzroku. Bo z nim było zupełnie jak z dzikim zwierzęciem - jeśli choć na sekundę oderwało się wzrok od ofiary, było po wszystkim.

- Mhm - mruknął, przesuwając dłonią po kręgosłupie, aż zatrzymał się w dole moich pleców.

Jego palce wśliznęły się pod cienki szew sukienki, a ja zadrżałam, nadal nie zrywając kontaktu wzrokowego. Niewielki uśmiech złagodził ostry kształt jego ust, zanim pochylił głowę, przysuwając twarz do mojej szyi.

- Jesteś taka piękna.

Jego słowa tańczyły po mojej skórze, a oddech przyspieszył puls tętniący pod jego wargami. Jego język muskał moje ciało, wywołując u mnie kolejny dreszcz, a dłoń przesunęła się wyżej, by objąć pierś. Powoli podrażnił kciukiem sutek, celowo wyrywają ze mnie cichy jęk. Oparłam się o niego, kołysząc biodrami, i poczułam twardą długość na pośladkach.

Jego usta przesunęły się z mojej szyi na szczękę, pozostawiając palący szlak.

- Należysz do mnie. Jesteś moja w każdy możliwy sposób. - Całował i skubał każde miejsce, którego dotknął. - Rozumiesz?

Przytaknęłam i pozwoliłam, by moja głowa opadła na jego ramię, dając mu lepszy dostęp do swojej szyi. Cienka granica pomiędzy przyjemnością a bólem zawsze wywoływała moją reakcję i on to wiedział. Podniósł wolną rękę i zacisnął ją na moich włosach, przechylając głowę na bok. A potem oparł się o mnie, przyciskając do zlewu i nie pozostawiając miejsca na ucieczkę. Otworzyłam oczy, czując pazury przy krągłości piersi. On też otworzył oczy i pocałował płatek mojego ucha. Wwiercał się we mnie spojrzeniem płonących czerwonych oczu, gdy przesuwał te ostre szpony na środek mojej klatki piersiowej.

- Ale ja nie mogę mieć słabości, nawet w tobie. Nie teraz, nie, kiedy jesteśmy tak blisko. Rozumiesz?

Przytaknęłam, gdy jego pazury zakłuły moją skórę. Ig'Morruthen byli silni i prawie niemożliwi do zabicia - prawie. Wszyscy mieliśmy słabości, jedną rzecz, która mogła nas zabić. Sztuczka polegała na tym, żeby rozgryźć, co to jest, zanim ktoś rozerwie cię na strzępy. Odcięto mi głowę, straciłam kończyny, które odrosły, miałam nawet skręcony kark, ale żadna z tych rzeczy mnie nie zabiła. Jedyne, co nie zostało zniszczone, to moje serce. Więc, drogą eliminacji, wydedukowaliśmy, że umrę, gdy serce zostanie usunięte z mojego ciała. Moje głupie, śmiertelne serce było moją słabością.

- Tak - powiedziałam przez zaciśnięte zęby. - Wiem o tym.

Nacisnął palcami mocniej, zagłębiając je w mojej piersi. Nie krzyknęłam. Nie chciałam dać mu tej satysfakcji.

- Więc dlaczego się zawahałaś? - Usłyszałam szept tuż przy swoim uchu.

Kłam.

Nie mogłam podać mu prawdziwej przyczyny. Gdyby chociaż przez sekundę pomyślał, że stawiałam cokolwiek ponad nim i jego sprawą, wykończyłby mnie tu i teraz.

- Ponieważ - syknęłam - on miał rodzinę. Zabijając go, mogłeś stworzyć sobie tylko więcej wrogów. - Znowu dyszałam, starając się oddychać pomimo bólu. - To komplikacja przy tym, jak blisko jesteś.

Patrzył mi w oczy, a ja miałam wrażenie, że minęły całe wieki, zanim jego tęczówki znowu przybrały orzechową barwę i zwolnił uścisk na moich włosach. Poczułam, jak jego palce odsuwały się od mojej piersi, a dłoń wysunęła się spod sukienki. Złapał mnie za biodra i odwrócił twarzą do siebie tak szybko, że prawie przewróciłam się na bok.

Jego ciało przycisnęło się do mojego, kiedy pochylił się do przodu.

- Zależy ci na mnie?

- Tak. - Podniosłam dłoń i potarłam nią klatkę piersiową. Skóra już się zaleczyła, ale na palcach pozostała mokra plama krwi.

Nie było to kompletne kłamstwo. Na początku zależało mi na Kadenie, aż przejadło mi się tłumaczenie jego zachowania przez kilka setek lat. Nigdy nie dzielił się ze mną swoimi tajemnicami, ale wiedziałam, że pewne części Kadena zostały dogłębnie zniszczone i było mi go żal. Kaden nie zawsze był tak podły, jak się wydawał. Zdarzały się chwile - przynajmniej fragmenty - kiedy widziałam w nim coś głębszego. Coś w jego przeszłości sprawiło, że stał się znużony, zimny i nikczemny. Więc tak, zależało mi na nim, ale nigdy nie była to miłość. Nie było jak w tych głupich filmach, do których oglądania zawsze namawiała mnie Gabby. To nie emocja opisywana w literaturze, o której poeci pisali sonety, ale zależało mi na nim. Nigdy nie uwolnię się od Kadena i kiedy zależało mi na nim nawet w ten szczątkowy sposób, łatwiej przychodziło pogodzić się z własnym losem i zostać.

Jego usta musnęły mój policzek.

- Dobrze. Nie wahaj się więcej.

Przytaknęłam, moje dłonie wciąż zaciskały się na materiale sukienki. Kaden nadal przytrzymywał mnie między zlewem a swoim twardym ciałem.

- Wypuść mnie - wyszeptałam. Była to prośba i ciche żądanie oznaczające więcej niż tylko to, że trzymał mnie teraz w uścisku, którego nie chciałam. Często śniłam o wolności, kiedy walka i brutalna natura mojego życia ciążyły mi za bardzo. Wiedziałam, że nigdy nie otrzymam możliwości uwolnienia się od Kadena. Pragnęłam życia z dala od obecnego losu. Życia z moją siostrą. Życia, w którym byłabym kochana i sama mogłabym sobie pozwolić, aby obdarzyć kogoś cieplejszym uczuciem. Po prostu życia. Ale znałam jego odpowiedź, zanim się odezwał i wiedziałam bez cienia wątpliwości, że mówił poważnie.

Kaden się odchylił i wzrokiem tańczył po mojej twarzy, zanim uniósł mój podbródek, zmuszając mnie, bym na niego spojrzała.

- Nigdy.

3

Dianna

Leciałam w chłodnym, nocnym powietrzu, wysoko nad chmurami, nad cywilizacją, nad całym tym światem. Eleganckie, czarne skrzydła biły, popychając mnie wbrew prądowi do przodu. Jednym z moich ulubionych aspektów bycia Ig'Morruthen była możliwość zmieniania formy w cokolwiek i kogokolwiek chciałam. Kaden powiedział mi, że ta umiejętność pochodziła od pradawnych, którzy potrafili zmuszać swoje ciała do przybrania każdej pożądanej przez siebie formy. Niektórzy umieli przemieniać się w przerażające, wspaniałe stworzenia tak ogromne, że zasłaniały słońce. W ich żyłach nie płynęła ta prestiżowa królewska krew, ale w pewnym sensie byli bogami. Bano się ich i szanowano. Cóż, przynajmniej dopóki nie unicestwiono ich w Wojnie Bogów.

Gwiazdy tańczyły nade mną i wokół mnie, gdziekolwiek bym nie spojrzała. Uderzyłam skrzydłami mocniej, wznosząc się w ich stronę. Otoczona takim pięknem, zastanowiłam się, co by się stało, gdybym po prostu leciała tak dalej. W tej chwili czułam prawdziwą wolność i napawałam się nią, nie chcąc, by kiedykolwiek się skończyła.

Kształt, który przybrałam, był jednym z tych, które Kaden pokazał mi wieki temu i stał się jednym z moich ulubionych. Śmiertelnicy rozpoznaliby w tym potworze wywernę. Były podobne do mitycznych smoków, ale w tej formie posiadałam dwie nogi i nie przypominałam tych czworonożnych, ziejących ogniem bestii. Dłonie i ramiona miałam rozciągnięte, by utworzyły ogromne skrzydła. Rogi i łuski formowały się na czubku mojej głowy w ostro zakończoną koronę. Moja skóra była grubsza, pokryta zbroją łusek. Długi, szpiczasty ogon falował za mną, gdy nurkowałam i tańczyłam pomiędzy chmurami.

Gwiazdy były moim jedynym towarzystwem, rozkoszowałam się samotnością. Zamknęłam oczy i rozciągnęłam skrzydła tak daleko, jak to możliwe, płynąc na podmuchach wiatru. Pozytywnym aspektem powiązań Kadena ze śmiertelnikami był fakt, że nie zestrzelą latającej, ziejącej ogniem bestii. Więc na tę chwilę miałam spokój. Nie byłam Dianną, dzierżącą ogień królową śmierci, ani Dianną, kochającą, troskliwą siostrą. Po prostu byłam.

"Przynieś mi głowę brata".

Rzeczywistość wtrąciła się, gdy głos Kadena rozbrzmiał w mojej podświadomości, a wspomnienie poprzedniej nocy odtwarzało się jak film pod opuszczonymi powiekami.

Kaden wstał z łóżka, zabrał swoje ubrania i włożył je szybko na siebie. Nigdy nie zostawał, nie przytulał mnie - ani razu.

Zatrzymał się przy drzwiach z ręką na klamce i odwrócił się, żeby na mnie spojrzeć.

- I, Dianno, niech będzie paskudnie. Chcę przekazać wiadomość.

- Jak sobie życzysz - odpowiedziałam, siadając, po czym podciągnęłam kołdrę pod brodę.

Kaden nie odezwał się więcej, tylko wyszedł z pokoju. Trzaśnięcie drzwiami poniosło się echem przez wulkaniczny dom. Ukryłam twarz w dłoniach i siedziałam tak jeszcze kilka minut.

Nie kazał mi tylko przynieść głowy księcia. Nie, kazał mi zabić przyjaciela. Drake był jedną z bardzo niewielu istot, którym całkowicie ufałam. I wiedziałam bez wątpienia, że nie miałam wyboru.

Otworzyłam gwałtownie oczy i skupiłam się na przemieszczaniu mojego smukłego ciała szybciej przez nocne niebo. Z każdym potężnym uderzeniem skrzydeł odpychałam od siebie uczucia, odcinając się od nich kolejny raz.

Wyczułam posmak słonej wody z morza Naimer, zanim je zobaczyłam. Muzyka i odgłosy pełnego energii miasta wypełniły moje uszy, wskazując, że znajdowałam się blisko. Tirin było pięknym miastem w samym sercu Zarall, obecnie pozostającym w posiadaniu króla wampirów. W zasadzie, cały kontynent Zarall należał do Ethana Vanderkaia, króla wampirów i szóstego syna królewskiego rodu. Każdy wampir przebywający pomiędzy wschodnią a zachodnią półkulą był jego podwładnym, ale nie jego dzisiaj szukałam. Nie, przybyłam po jego brata, księcia nocy, Drake'a Vanderkaia.

Kaden przedstawił mi wiele istot w ciągu wieków i bardzo nieliczne z nich mogłam nazwać przyjaciółmi, ale Drake się wyróżniał. Naprawdę uważałam nas za przyjaciół. Jego rodzina ściśle współpracowała z Kadenem od lat. Trzymali w garści praktycznie wszystko, więc często wiedzieli, jak zdobyć artefakty i przedmioty poszukiwane przez Kadena. To właśnie był główny powód gniewu Kadena. Chciał tej księgi i wiedział, że stanowiliby znaczną pomoc w jej odnalezieniu, ale wtedy przestali pojawiać się na spotkaniach.

Na początku Ethan wysyłał Drake'a, aby ten go zastępował. Nie miałam nic przeciwko temu. Miło było mieć kogoś, z kim można porozmawiać, pośmiać się i nie musieć cały pieprzony czas uważać na każde wypowiadane słowo. Ale potem Drake przestał przyjeżdżać, a ten ostatni raz dla Kadena to okazało się za wiele. Chciał krwi - a ja zapewniałam mu to, czego chciał.

Wiedziałam, że to kolejny test mojej determinacji. Kiedy zawahałam się w obecności swojego szefa, jego paranoiczny umysł uznał, że mu się wymykałam. Musiałam mu pokazać, że tak nie było, niezależnie od mojej przyjaźni z Drakiem. Nie mogłam ryzykować własnej reputacji i pozycji. Jeśli którakolwiek z nich zostanie zakwestionowana, ryzykowałam utratę jej. To niedopuszczalne, więc zamierzałam dowieść swojej lojalności, zaczynając od Drake'a.

Zanurkowałam pomiędzy chmurami, skupiając się na dolinie poniżej. Wielokolorowe światła rozbłyskiwały na ziemi, jakby chciały stać się odbiciem gwiazd powyżej. Ludzie wyszli na ulicę, ciesząc się nocą, a dźwięk głosów, trąbienie samochodów i muzyka popłynęły do mnie przez kojące powietrze. Białe promienie światła prowadziły i zwoływały wszystkich chętnych do wnętrza miasta. Tej nocy odbywało się przyjęcie, jak w każdą noc, a ja zmierzałam w samo jego serce.

Ocean majaczył po mojej lewej, delikatne fale uderzały o brzeg, gdy przelatywałam nad górami. Otoczyłam pobliski klif i powoli cofnęłam skrzydła, uderzając nimi, by spowolnić opadanie. Muzyka zagłuszyła wszelkie dźwięki, jakie towarzyszyły mojemu lądowaniu, a śmiertelnicy byli zbyt pijani i zajęci, żeby mnie zauważyć.

Czarny dym kłębił się wokół mnie, gdy zmieniłam kształt w powietrzu, aż opadłam na ulicę. Wylądowałam w kucki, a kilka osób odskoczyło z drogi. Rozlali drinki i krzyknęli na mnie, żebym uważała, gdzie chodzę. Zignorowałam ich i poprawiłam grube warkocze, żeby zwisały mi z ramion.

Światła zmieniały się na srebrne, czerwone i złote, gdy zmierzałam do śródmieścia Tirin, znanego jako Logoes. To popularna okolica, znana z pięknych i historycznych zabytków, ale najbardziej z powodu nocnego życia. Wszystko, czego można chcieć i potrzebować, było dostępne w Logoes, w niezliczonych barach, pubach i salonach dla elit. Turyści i mieszkańcy zbierali się w nich, szukając rozrywki, nieświadomi tego, co się budziło, kiedy księżyc pojawiał się na niebie.

Łatwo przebrnęłam przez tłum, w czarnym topie, skórzanych spodniach i szpilkach wyglądałam jak kolejna śmiertelniczka, która wyszła się zabawić. Dotarcie do celu zajęło mi tylko kilka minut. Klub znajdował się w samym sercu Logoes i ludzie w długiej kolejce czekali, żeby przejść ogromnym wejściem. Czerwony neon nad drzwiami rzucał na wszystko szkarłatną poświatę. To jedno z ulubionych miejsce Drake'a - coś, co posiadał, a co nie należało do jego brata.

Śmiertelnicy przeklinali i krzyczeli, kiedy przepchnęłam się między nimi, żeby dostać się do wejścia. Dwaj bramkarze założyli ręce na piersi i przesunęli się, żeby stworzyć przede mną mur. Byli z tych przesadnie umięśnionych typów, mających onieśmielać ludzi, zwykle pijanych i głupich, powstrzymując ich przed próbami dostania się do środka. Jeden miał ogoloną głowę, a tatuaże zdobiły jego kark, drugi natomiast dredy spięte w długi kucyk. Ich oczy błysnęły złotem, kiedy mnie rozpoznali, ale nie dałam im szansy, by choćby drgnęli.

- Wybaczcie, ale naprawdę powinien był się pojawić.

Uderzyłam dłońmi w ich piersi, zmuszając, by się cofnęli. Ogień wybuchł w miejscu, gdzie dotknęłam, a ich ciała zmieniły się w popiół jeszcze zanim upadli.

Drzwi wybuchły, rozpadając się na tysiące maleńkich kawałków, a ja weszłam do środka. Ludzie stojący za mną w kolejce zaczęli krzyczeć i uciekać. Tłum wewnątrz niczego nie zauważył, dalej tańczyli i ocierali się o siebie.

Wnętrze lokalu okazało się większe, niż wydawało się z zewnątrz. Żółte, niebieskie, różowe i czerwone światła tańczyły na ścianach. Parkiet oddzielał konsolę DJ-a od ogromnego, okrągłego baru zajmującego centralną część pomieszczenia. Ludzie wołali do barmanów, próbując przekrzyczeć muzykę.

Zrobiłam krok w stronę delikatnej, czerwonej poświaty na tyłach klubu, kiedy twardy przedmiot uderzył w tył mojej głowy. Skrzywiłam się, ale nie poruszyłam. Kolejną korzyścią z bycia Ig'Morruthen był fakt, że nasze kości miały dużo większą grubość, co oznaczało, że trudniej nas znokautować. Odwróciłam się, by zobaczyć kolejnego wampira trzymającego broń; jego spojrzenie wyrażało kompletny szok. Błyskawicznie wyciągnęłam rękę, pozostawiając dziurę w jego ciele, i spaliłam szczątki.

To przyciągnęło uwagę wszystkich. Kobieta stojąca niedaleko mnie krzyknęła, a oczy wampirów w tłumie zabłyszczały na żółto, gdy drapieżniki obnażyły kły i zwróciły się w moją stronę.

To będzie długa noc.

***

Moje przesiąknięte krwią buty piszczały, kiedy wchodziłam po stopniach. Byłam pokryta popiołem, krwią i organami wewnętrznymi prawdopodobnie więcej niż jednej istoty. Zatrzymałam się na szczycie schodów, rozglądając się po ogromnym salonie. Pod czarnymi ścianami stało wiele czarnych kanap, z pasującymi krzesłami i małymi stolikami pośrodku. Pokój był przyciemniony, w rogach rozbłyskiwały czerwone światła. Tutaj też znajdował się bar, tyle że mniejszy, i serwował drinki przeznaczone tylko dla stworzeń Innego Świata. Było pusto, poza tą jedną osobą, której szukałam.

Wampirza rodzina królewska zawsze wywoływała ciarki na mojej skórze. Ich moc była tak pradawna, że moje zmysły szalały, przez co nie byłam pewna, co o tym sądzić. Tylko cztery wampirze rodziny miały dość mocy, żeby odziedziczyć tron, a jedna została obrócona w pył jeszcze przed moją przemianą. Pozostałe trzy nienawidziły się i walczyły zajadle o szansę na rządzenie. Vanderkai wygrali i pozostawali u władzy już jakiś czas. Ich zwycięstwo w dużej mierze zależało od Kadena, ale to nie oznaczało, że mu służyli. Im byli starsi, tym mieli większą moc i to właśnie ją czułam z tylnej części salonu.

Ruszyłam w stronę źródła, ale zatrzymałam się i oparłam o rzeźbiony bar, gdy nasze spojrzenia się spotkały. Wwiercał się we mnie złotymi oczami, ale żadne z nas się nie odezwało. Przetarłam ramieniem czoło, ale przez to rozsmarowałam tylko krew po twarzy. Zaciągnął się głęboko cygarem, którego czubek rozbłysnął na czerwono. Siedział na jednej z największych kanap, z jednym ramieniem zarzuconym na oparcie. Wyglądał, jakby nie dręczyły go żadne zmartwienia ani nie obchodziła go urządzona przeze mnie na dole rzeź.

Zaciągnął się kolejny raz cygarem, a czerwień rozświetliła bok jego twarzy, poświata podkreśliła ciemne włosy przycięte blisko skóry. Drake był cudownym drapieżnikiem, a jego ciemnobrązowa skóra lśniła, kusząc, żeby go dotknąć. To kolejny aspekt wampiryzmu. Wszystko w nich natura zaprojektowała tak, żeby skusić ofiarę.

- Wyglądasz dziko. - Zaciągnął się cygarem jeszcze raz i założył nogę na nogę.

Zacisnęłam pięści.

- Dlaczego się nie pojawiłeś? I nie wciskaj mi jakichś gównianych wymówek o problemach i wrogach, którymi musisz się zająć.

Drake nic nie powiedział, co tylko bardziej mnie rozsierdziło. Zrobiłam krok do przodu, potem kolejny. Stuknął cygarem o srebrną popielniczkę stojącą na stole obok niego.

- Kaden próbuje otworzyć wymiary, Drake. To oznacza wolność dla nas, dla naszego rodzaju. Koniec z martwieniem się celestialami i Ręką. Dlaczego ty i Ethan nagle staliście się temu przeciwni?

Przyglądał mi się przez chwilę, szukając jakiegoś znaku, że mogłam żartować, ale niczego nie znalazł. W moim głosie przebrzmiewał tylko ból.

- Ma swoje racje. Nie chciałbym, żeby wciąż polowano na mnie ani na moją rodzinę, ale jego przekonania są skrzywione. - Wstał, rozpiął marynarkę i zdjął ją powoli. - Ethan za nim nie pójdzie, ja też nie. Jest tyranem, Dianno. Niezależnie, jak piękny obraz maluje.

Zacisnęłam powieki, starając się powstrzymać łzy.

- Wiesz, że nie możesz tak mówić. Wiesz, co to oznacza.

- Wiem. - Jego głos stał się ledwie słyszalny.

Nagle znalazł się bliżej mnie.

Otworzyłam oczy i bez zaskoczenia zobaczyłam go zaledwie cale od siebie. Uniósł dłoń, by odsunąć luźne pasmo, które uciekło z mojego warkocza.

- A ty, jego piękna broń, będziesz tą, która wykona egzekucję na mnie? Moim bracie? Naszej rodzinie?

Część mnie, ta wciąż dobra część, krzyczała, kiedy złapałam go za gardło, ale nie miałam wyboru. Nie walczył, kiedy podniosłam go i przebiłam nim tylną ścianę. Kable zaiskrzyły w ogromnej dziurze zrobionej jego ciałem, a kilka obrazów spadło na podłogę, kiedy budynek zadrżał od siły uderzenia. Kurz i gruz wypełniły powietrze, gdy mur się rozpadł.

- Wiesz, co się teraz stanie. Kiedy kolejny raz wysyłałeś innych na spotkanie, wiedziałeś, co Kaden zrobi i jak zareaguje. Nigdy nie zaakceptowałby twojego nieposłuszeństwa, Drake! - wrzasnęłam.

Bliźniacze ostrza wyleciały z dziury prosto w moją stronę. Odtrąciłam jedno, a drugie przeleciało obok mojej głowy. Ale one nie miały zabić, tylko odwrócić uwagę. Powietrze uleciało mi z płuc, kiedy Drake powalił mnie na podłogę. Wpadliśmy na bar, a ten rozpadł się na drzazgi i odłamki szkła.

- Kiedy on wróci, musisz być pewna, że znajdziesz się po właściwej stronie. Myślisz, że księga, której pragnie Kaden, nie rozpocznie kolejnej potężnej wojny? - warknął, przyciskając mnie do podłogi. Przytrzymywał moje ręce skrzyżowane na piersi, a jedno kolano przyciskał mi do brzucha.

- Och, nie możesz mówić poważnie! Ty też? On jest jedynie legendą, a jednak przez niego skazałeś całą rodzinę na zagładę! To tylko opowieści, Drake... żeby utrzymać nas w szeregu. Wszyscy zginęli. Starzy bogowie nie żyją. Wojna Bogów, pamiętasz? Pozostali tylko celestiale i Ręka, to wszystko.

- Bogowie, ależ on namieszał ci w głowie! - Uderzył mnie pięścią w twarz, aż głowa odskoczyła mi na bok.

Udałam, że straciłam przytomność, a kiedy poczułam, że rozluźnił chwyt, wbiłam kolano w jego krocze. Poleciał do przodu, a ja uwolniłam ręce i zrzuciłam go z siebie. Podniosłam się na nogi, ale on zdążył się już otrząsnąć, zanim stanęłam prosto. Stał z uniesionymi pięściami i zadowolonym z siebie uśmieszkiem na twarzy.

Ścisnęło mnie w piersi. Drake był tym, który rozśmieszał mnie po przemianie i kiedy usiłowałam poradzić sobie z faktem, że nie miałam już ani wolności, ani śmiertelności. Był przyjacielem nie tylko moim, ale również Gabby. Zawsze tkwił przy mnie, kiedy go potrzebowałam, a teraz musiałam go zabić, bo on i Ethan postanowili zmienić front. Nie miałam wyboru i to doprowadzało mnie tylko do większego szału. Uniosłam ręce, podobnie jak on, zacisnęłam dłonie w pięści, a potem je opuściłam.

- Nie chcę tego robić. - Mój głos się załamał, ale nie obchodziło mnie to. Nie dbałam, czy widział we mnie oznaki słabości.

Opuścił ręce, a jego twarz złagodniała.

- Więc nie rób. Jesteś jedną z moich najlepszych przyjaciółek, Dianno. Nie chcę z tobą walczyć. Jesteś równie silna, jak on, jeśli nie silniejsza. Zostań ze mną, z nami. Możemy sobie pomagać i chronić się nawzajem.

Uśmiechnęłam się łagodnie, wiedząc, że wierzył w każde swoje słowo. A potem znalazłam się tuż przed nim. Otworzył szeroko oczy i usta raz, potem drugi. Spojrzał w dół na moje pięści wbite w jego pierś. Zacisnęłam dłoń na jego sercu i poczułam jego puls. Jego życie zależało ode mnie.

- Powiedziałam, że nie chcę. A nie, że tego nie zrobię.

Uśmiechnął się do mnie i dotknął moich nadgarstków.

- Lepiej umrzeć z powodu tego, co uważasz za słuszne, niż żyć w kłamstwie.

Patrzyłam mu w oczy, przywołałam płomienie i posłałam je do dłoni. Jego ciało rozbłysło od środka, ale uśmiech nie zniknął. To ten sam uśmiech, który pocieszał mnie, kiedy koszmary stały się zbyt uciążliwe. Ten sam, który wyginał jego usta, gdy opowiadał dowcipy, rozśmieszając mnie, nawet wtedy gdy czułam, że umierałam. Patrzyłam z przerażeniem, jak ten sam uśmiech, który potrafił rozświetlić pomieszczenie, znikał na zawsze.

Stałam tam, nie wiem, jak długo, nadal z wyciągniętą ręką, pełną tego, co pozostało z serca mojego przyjaciela. Głośne, krzepiące dzwonienie wypełniło pokój i pomyślałam, że dziwnym było puszczanie muzyki, kiedy klub został zniszczony. Wtedy poczułam wibrację na biodrze i otrząsnęłam się z oszołomienia. Wytarłam dłonie w spodnie i wyjęłam telefon z kieszeni.

- Teraz możesz zobaczyć się z siostrą.

Rozejrzałam się po ruinach pomieszczenia, zauważając kamerę zamontowaną wysoko na ścianie. Kaden widział wszystko. Skinęłam w jej stronę raz, rozłączyłam się i zniknęłam, opuszczając gruzy.

4

Dianna

Zmaterializowałam się w samym środku mieszkania Gabby. Czarny dym pojawiający się przy teleportacji zniknął, gdy z głośnym hukiem rzuciłam torby na podłogę. W tej części świata zegary wskazywały ósmą rano. Sprawdziłam, zanim wyruszyłam, żeby mieć pewność, iż zastanę ją w domu.

- Gabby! - krzyknęłam, unosząc ręce. - To ja, twoja ulubiona i jedyna siostra!

Zwykle moje przypadkowe wizyty skutkowały piskiem i uściskami, ale tym razem powitała mnie jedynie cisza. Rozejrzawszy się, zauważyłam nową białą kanapę i szklany stolik zarzucony czasopismami. Kilka artystycznych obrazów zdobiło białe ściany. Gabby rozwinęła swój gust, ale to nic nadzwyczajnego. Lubiła dekorować. Kwiaty na wyspie kuchennej przyciągnęły moją uwagę. Zmrużyłam oczy, podchodząc do tuzina lilii w różnych kolorach. To ulubione kwiaty Gabby i nie musiałam odczytywać bileciku, żeby wiedzieć, od kogo je dostała.

Powolny uśmiech wypłynął na moje usta, kiedy odwróciłam się i ruszyłam w stronę jej pokoju. Otworzyłam drzwi i włączyłam światła, przyglądając się ubraniom rozrzuconym na podłodze. Na oparciu krzesła wisiały męskie spodnie, a moje szpilki leżały na dywaniku ze sztucznego futra przy jej łóżku.

- No, no, no, to wyjaśnia, dlaczego nie odpowiedziałaś na moje wiadomości! - oznajmiłam głośno, opierając dłonie na biodrach.

To przyciągnęło jej uwagę.

Gabby poderwała się i przycisnęła kołdrę do piersi, a jej kochanek odwrócił głowę i spojrzał sennym wzrokiem przez ramię. Przyklepane, rozczochrane włosy potwierdziły tożsamość mężczyzny, dzielącego łóżko z moją siostrą.

Na moją twarz wypłynął zachwycony uśmiech.

- No nie! W końcu dałaś szansę Dużemu Fiutkowi Rickowi?

- Dianna! - Gabby chwyciła poduszkę i rzuciła nią we mnie. - Wyjdź stąd!

Odepchnęłam ją i ze śmiechem zamknęłam drzwi jej pokoju.

***

Tabliczki. Tyle tabliczek. Stałam w salonie i wpatrywałam się w tytuły naukowe, które Gabby zdobyła na Uniwersytecie Valoel. Teraz miała swoje życie, a ja nie mogłam być szczęśliwsza. Skończyła szkołę z najwyższym możliwym stopniem naukowym w dziedzinie medycyny. Zawsze uwielbiała pomagać ludziom, zupełnie jak nasza matka. Była światłem i nadzieją w tej rodzinie, podczas gdy ja stanowiłam uosobienie mroku i zniszczenia.

Drzwi pokoju Gabby otworzyły się i wyszła z niego, wraz z Rickiem depczącym po piętach. Widząc ją szczęśliwą, poczułam, że wszystko, co wycierpiałam i przez co przeszłam, było tego warte. Zachichotała z czegoś, co Rick powiedział jej na ucho, i zalotnie puściła do niego oczko przez ramię, kiedy szli korytarzem. Gabby miała na sobie niebieski szlafrok, związany ciasno paskiem w talii drobnego ciała. Jej włosy nadal były lekko splątane.

- Miło cię znowu widzieć, Dianno - powiedział mężczyzna, a delikatny rumieniec wypłynął na jego policzki, gdy do mnie pomachał.

Rick Evergreen. Lekarz rezydent, który uganiał się za moją siostrą, odkąd kilka lat temu przeprowadziła się do słonecznego Valoel. Spotkałam go kilka razy, kiedy odwiedzałam Gabby w pracy. Moje wizyty stawały się coraz rzadsze i bolało mnie z tego powodu serce. Jak dużą część jej życia przegapiłam tym razem?

- Rick. Ile to już czasu minęło? Dobrze wyglądasz. - Pozwoliłam, by ostatnia część zdania zawisła w powietrzu i nie oderwałam od niego wzroku. Jego zapach się zmienił, wiedziałam, że ten facet się mnie bał. Jego prymitywne instynkty śmiertelnika ostrzegały go przed niebezpieczeństwem, chociaż nie wiedział dlaczego.

- Przynajmniej kilka miesięcy. - Posłał mi słaby uśmiech, a jego krtań podskoczyła, kiedy przełknął z trudem.

Gabby pokręciła głową na tę wymianę zdań, bo znała już moje onieśmielające metody. Delikatnie złapała go za ramię i poprowadziła w stronę drzwi.

- Spóźnisz się do pracy.

Patrzyłam, jak uśmiechnęli się do siebie, jakby nic innego nie miało znaczenia. Rick pochylił się, pocałował ją delikatnie, a ona otworzyła drzwi. Jej twarz rozświetlały miłość i radość, kiedy wyszedł. Pomachała i obiecała, że zadzwoni później, zanim zamknęła za nim drzwi.

Tępy ból rozlał się w mojej piersi. Odwróciłam się, bo ścisnęło mi się gardło. Marzyłam, żeby doświadczyć choć najprostszej wersji tego, ale wieki temu porzuciłam wszelkie szanse na normalność. Odpuściłam to, gdy przehandlowałam życie za życie.

Radosny pisk Gabby wyrwał mnie z tych mrocznych wspomnień. Podbiegła gwałtownie i wpadłyśmy sobie w ramiona.

- O mój Boże, D! Tak bardzo za tobą tęskniłam! - wyszeptała w moje włosy, a ja się zaśmiałam.

- Ja też tęskniłam. - Przytuliłam ją mocno. Miło było, kiedy ktoś mnie przytulał i nie musiałam się bać, że wyrwie mi serce z piersi.

Odsunęła się, a jej oczy błyszczały od uśmiechu.

- Jak długo możesz zostać tym razem?

To była niewypowiedziana prawda wszystkich moich wizyt. Zostawałam tak długo, jak pozwalał Kaden.

Wzruszyłam ramionami.

- Nie jestem pewna, ale wykorzystajmy ten czas jak najlepiej, dobrze?

- Brzmi dobrze. Co powiesz na śniadanie?

Przytaknęłam i posłałam jej pogodny uśmiech. Gabby odwróciła się i poszła do kuchni, a ja podążyłam za nią i wskoczyłam na najbliższy stołek barowy przy długiej wyspie. Zajrzała do lodówki i wyjęła z niej cały asortyment różnych produktów, zanim odwróciła się do kawiarki. Podparłam brodę dłonią i patrzyłam, jak stawała na palcach, żeby sięgnąć dwa kubki.

- Podoba mi się biało-brązowa tonacja mieszkania. Kuchnia wygląda niesamowicie.

- Dzięki, w zasadzie jest nowa. Rickowi podobały się marmurowe wykończenia, chociaż mówiłam, że nie potrzebuję remontu.

Uniosłam brew i pochyliłam się nad wyspą, podpuszczając ją.

- Och, czyli teraz kupuje ci rzeczy do mieszkania?

Spojrzała mi w oczy przez ramię, dodała ziarna kawy do dzbanka i go włączyła.

- Cóż, ostatnio tutaj pomieszkuje.

- Co?! - sapnęłam. - I nic mi nie powiedziałaś?

- Nie zawsze łatwo się z tobą skontaktować.

Poczułam ukłucie w piersi, które odebrało mi ekscytację. Opadłam na krzesło i zaczęłam bawić się palcami. Gabby spojrzała na mnie, wychwytując nagłą zmianę nastroju.

- Nie trwa to bardzo długo, Rick i ja. - Podeszła do kuchenki, sięgnęła do szafki i wyjęła patelnię. - Byliśmy na kilku randkach, a potem po prostu zaczął powoli zostawać na noc.

Zmusiłam się do uśmiechu, patrząc jej w oczy, gdy przygotowywała śniadanie.

- Cieszę się twoim szczęściem. Zwyczajnie ostatnio, kiedy rozmawiałyśmy, wciąż bawiliście się w tę grę pod tytułem - przerwałam, pokazując znak cudzysłowu - "wcale się nie lubimy".

Siostra rozbiła jajko nad patelnią i zwiększyła temperaturę.

- D, minęło kilka miesięcy od twojej ostatniej wizyty. Sporo się zmieniło.

Te miesiące, podczas których Kaden kazał mi i pozostałym szukać księgi, na której punkcie miał obsesję. Minęły miesiące, odkąd pozwolono mi spędzić czas z jedyną osobą na świecie, która mnie kochała. Miesiące. Słowo wisiało w powietrzu chwilę dłużej, zanim pokręciłam głową.

- Cóż, dobrze wiedzieć, że nie wysyła kwiatów tylko po to, żeby dobrać ci się do majtek. - Uśmiechnęłam się pod nosem, ale Gabby wygięła tylko lekko usta i pokręciła głową. Znała mnie zbyt dobrze. Wiedziała, że używałam żartów i humoru, kiedy moje uczucia stawały się zbyt realne.

- Wiesz, D, mężczyźni czasami robią miłe rzeczy tylko dlatego, że cię lubią. Nie we wszystkim musi chodzić o seks. - Odwróciła się, przyciskając szpatułkę do piersi, udając westchnienie, i przyłożyła wierzch wolnej ręki do czoła, aby ze mnie zadrwić. - Nawet przynoszą kwiaty.

- Nie mam o tym pojęcia. - Słowa same opuściły moje usta, zanim sobie to uświadomiłam. Nie znosiłam, kiedy Gabby martwiła się o mnie, a wiedziałam, że sam ten komentarz mógł ją wkurzyć.

Opuściła ramiona, mieszając jajka na patelni, po czym wzięła chleb i zaczęła robić tosty. Nic nie powiedziała, ale z daleka wyczuwałam jej gniew.

- Gabby.

- Ja tylko... nienawidzę go.

Wstałam, podeszłam do lodówki i wyjęłam bekon.

- Wiem, ale nie musisz go lubić. Niezależnie od wszystkiego tylko dzięki niemu wciąż cię mam.

Przerwała, położyła dłonie na najbliższym blacie i odwróciła się do mnie.

- Jestem tutaj dlatego, że oddałaś za mnie życie.

- A nie mogłabym zrobić tego bez niego.

- Nienawidzę faktu, że posiada nad tobą władzę. Że musisz robić wszystko, co powie, ze względu na mnie.

Odwróciłam ją, żeby na mnie spojrzała. Pewnie chwyciłam ją za ramiona, spojrzałam w oczy i się uśmiechnęłam.

- Nie żałuję tego, nigdy nie żałowałam i nie będę żałować. Znałam cenę, kiedy o to poprosiłam i wolę przychodzić na każde jego wezwanie jak pies na smyczy, niż cię stracić.

Uśmiechnęła się łagodnie.

- Wiem, po prostu martwię się o ciebie. Co w ogóle robiłaś przez cały ten czas? Gdzie byłaś?

- Szczerze? - zapytałam, odsuwając się. - Wszędzie. Kaden uważa, że jest bliski odnalezienia Księgi Azraela.

- Co? - Oczy praktycznie wyszły jej z orbit. - Mówisz o tej księdze? Tej, której szukał od zawsze?

- Tak. Ale w tej chwili nie sądzę już, żeby była prawdziwa. Bo jak mogłaby, skoro jeszcze jej nie znalazł? Jest pradawny, delikatnie mówiąc, a przecież wojna nie wydarzyła się wczoraj.

Cofnęła się, lekko kręcąc głową.

- Zawsze zakładałam, że tego typu księga spoczywa gdzieś szczelnie zamknięta.

- Więc jeśli o to chodzi...

Włączyła piekarnik na nagrzewanie, zanim się do mnie odwróciła.

- Dianno.

Wyjęłam patelnię i papier do pieczenia. Obserwowała, gdy zaczęłam układać plastry bekonu na papierze.

- Pamiętasz, jak mówiłam ci, że celestiale mają pewnego rodzaju hierarchię?

- Dianno. Co zrobiłaś?

- Nie chodzi o to, co zrobiłam w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale Alistair...

Oparła jedną dłoń na biodrze, a drugą przetarła twarz.

- O bogowie.

- Myślę, że mogliśmy znaleźć sposób, by dostać się do Arariel, co oznacza, że możemy zbliżyć się do Ręki, a to z kolei, że znajdziemy się bliżej księgi, która według niego istnieje.

- A co, jeśli faktycznie tak się stanie? Co ona może zrobić?

Wzruszyłam ramionami, przechodząc koło niej raz jeszcze, żeby zabrać kubki, które przygotowała. Nalałam nam obu kawy i powiedziałam:

- Szczerze mówiąc, nie wiem. Kaden mówi, że jest w niej klucz do otwarcia królestw. Chce dla nas normalności. Chce, żebyśmy żyli w świecie, gdzie nie będziemy już atakowani przez celestiali ani żyli w strachu przed Ręką.

- "Atakowani"? - szepnęła.

Odwróciłam się i zauważyłam przerażenie malujące się na jej twarzy.

- Czy ludziom stanie się krzywda?

- Gabby, przecież wiesz, że nigdy nie pozwoliłabym cię skrzywdzić.

- Wiem o tym, ale co z wszystkimi innymi, D? Skoro ta księga ma podobno wykreować normalność dla niego i jego gatunku...

- Naszego gatunku - przerwałam, unosząc brew. - Jestem tak samo podobna do Kadena, jak ty.

- Nie. Ja nie potrzebuję krwi i nie muszę zjadać ludzi, żeby zyskać moc.

Słowa zawisły pomiędzy nami. Gabby miała rację. Nie musiała się kimś żywić, jak reszta nas, nawet jeśli moja dieta ostatnio nie składała się ze śmiertelników. Gabby była inna, najbliżej jej do śmiertelniczki w tym nieśmiertelnym życiu. Zapytałam Kadena po przemianie, dlaczego Gabby nie była jak Tobias, Alistair czy ja. Według niego znalazła się tak blisko śmierci, że części, które nas tworzyły, u niej stały się bardzo osłabione. Będzie żyła dłużej, ale nie mogła się w nic zmieniać i nie miała takich potrzeb jak my.

Gabby była inna, ale jednocześnie o wiele lepsza od każdego z nas. Wydawało się, że jedyna moc jaką miała, to swego rodzaju empatia. Tylko tak mogłam to opisać. Potrafiła uspokajać, w pewnym sensie leczyć. Jej głos koił, dotyk dawał pocieszenie, a sama jej obecność sprawiała, że najbardziej rozdrażniony pacjent się uspokajał. Nie była potworem jak my. Nie, była aniołem zrodzonym z najbardziej brutalnej ciemności.

- Gabby, nie masz się czym martwić. Księga nie istnieje. Minęły wieki od Wojny Bogów i upadku Rashearim. Nic już nie zostało, niezależnie, w co wierzy Kaden.

Przez chwilę patrzyła prosto na mnie, zmartwienie nie opuszczało jej bursztynowych oczu.

- Mam nadzieję, że masz rację, D. Naprawdę.

Uśmiechnęłam się łagodnie.

- Hej, to ja jestem starszą siostrą, pamiętasz? Zawsze się nami opiekowałam i zawsze będę. Poza tym, ja zawsze mam rację.

Prychnęła, przewróciła oczami i wypiła łyk kawy.

- Więc, w kwestii Ricka... - powiedziałam, patrząc na nią przez parę unoszącą się z kubka kawy.

- O bogowie, zaczyna się - mruknęła.

- Jestem za zabawami nago, ale wiesz, co to "tymczasowe", prawda? To znaczy, bardzo się cieszę, że w końcu się bzykasz, ale nie chcę, żeby było jak z tym szczeniakiem, którego adoptowałaś wiele lat temu. Miał długie, szczęśliwe życie i umarł ze starości, a ty płakałaś za nim przez prawie sześć lat.

Odwróciła się, kiedy piekarnik zapiszczał, oznajmiając nam gotowość na przyjęcie każdego pysznego dania, które Gabby planowała zaserwować na śniadanie. Otworzyła drzwi lodówki i pochyliła się, żeby wyjąć kilka rzeczy.

- Po pierwsze, kochałam tego psa. - Rzuciła mi gniewne spojrzenie ponad ramieniem. - A po drugie, dlaczego to musi być tymczasowe?

- Gabby, rozmawiałyśmy o tym. Jeśli chcesz umawiać się z kimś na poważnie, musi pochodzić z Innego Świata. Rick to śmiertelnik. Będzie się starzał, a ty pozostaniesz śliczna i irytująca na zawsze. Co zrobi, kiedy się zorientuje, że nigdy nie będziesz miała zmarszczek ani starczych plam, a twoje włosy pozostaną idealne na wieki?

Otworzyła zamrażarkę, wyjęła coś, co przypominało bułki i spojrzała z powrotem na mnie.

- A gdybym poprosiła Drake'a, żeby go przemienił?

Prawie wyplułam kawę na wspomnienie jego imienia. Wzięłam ręcznik papierowy i otarłam usta. Krzątała się po kuchni, unikając kontaktu wzrokowego i wyjęła blaszkę z szafki.

- Czekaj... co? Chciałabyś, żeby Rick był stworzeniem Innego Świata? Gabby, to coś stałego! Nie możesz po prostu postanowić, że przemienisz faceta, którym jesteś zainteresowana, w wampira.

- Cóż... - Przerwała, zakładając kilka pasm włosów za ucho. - Tak jakby chcę, żeby Rick został stałym elementem mojego życia. Może nawet myślę o małżeństwie.

Szok musiał być widoczny na mojej twarzy, bo przygryzła wargę, co było wyraźnym znakiem, że denerwowała się i nie była pewna mojej reakcji. Nie odezwałam się, bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Wiedziałam, że flirtowali od jakiegoś czasu, ale to, co mówiła Gabby oznaczało, że chciała go w swoim życiu na zawsze. Od czasu Wojny Bogów, zasady i zwyczaje się zmieniły. Cholera, nawet technologia była inna. Małżeństwo nie było kawałkiem papieru, który mówił, że byłeś związany z drugą osobą. To coś więcej niż stały związek, oznaczało, że stawaliście się jednością w prawie każdym sensie tego słowa. Kiedy brało się ślub, stawaliście się prawdziwymi partnerami, z więzią bratnich dusz.

- Gabby... - zaczęłam, kiedy włożyła bułki do piekarnika i odwróciła się do mnie.

Uniosła dłoń, przerywając mi, zanim mogłam powiedzieć coś jeszcze.

- Dianno, wiem, że z twojej perspektywy to coś raptownego, ale nie było cię przez wiele miesięcy. Rick i ja bardzo zbliżyliśmy się do siebie i coś się zmieniło. Nawet kiedy widziałam w nim tylko przyjaciela, był przy mnie. Jest zawsze, nawet w te dni, kiedy ciężko jest wstać z łóżka, bo praca jest tak wyczerpująca. Jest, kiedy czuję smutek i stres. Myślę, że zakochuję się w nim. - Uśmiechnęła się na własne wyznanie. - Wiem, że dla ciebie to pewnie brzmi głupio...

- Wcale nie - odparłam, chociaż gdzieś głęboko odczuwałam smutek, że przegapiłam tę część jej życia. Czasami czułam się jak intruz. Pojawiałam się, widziałam tylko fragmenty, ale nigdy nie byłam przy niej naprawdę. A teraz moja siostra się zakochała i nie mogła mi o tym opowiedzieć. Nie było żadnych telefonów, w których wzdychałaby do niego, bo prawie nie mogłam z nią rozmawiać. Nie było oglądania filmów do późna i rozmów, podczas których opowiedziałaby mi o radościach i trudnościach każdego dnia, bo mnie tu nie było. - Jeśli tego właśnie chcesz, to cieszę się razem z tobą. Cieszę się, że ktoś jest przy tobie, kiedy ja nie mogę. Po prostu chcę, żebyś była szczęśliwa. Wiesz o tym.

Praktycznie zapiszczała, przytuliła mnie i zaczęła się kołysać.

- Przysięgam, że jest świetny i zabawny, ty też go pokochasz.

- Tak, tak. - Odsunęłam się, żeby obdarzyć ją uśmiechem. - Jeśli złamie ci serce, to go zjem.

Zmarszczyła nos, ale mnie nie puściła.

- Dobra, fuuuj.

- Tylko mówię.

Pokręciła głową i przewróciła oczami.

- Dobra, o wypatroszeniu kiedy indziej. Myślisz, że Drake zrobiłby to? Przemienił go?

Uniosłam kąciki ust i posłałam jej niewinny uśmiech.

- Wiesz, zabawna historia...

***

Czas spędzony z Gabby to jedyne chwile, kiedy czułam się śmiertelna. Prawie cały pierwszy dzień spędziłyśmy na plaży. Wieczorem wyszłyśmy na drinka, a potem wróciłyśmy do mieszkania. Następny dzień to nic ponad wylegiwanie się, śpiewanie karaoke i skakanie z kanapy na kanapę. Włosy miałyśmy spięte w koślawe kucyki, a twarze pokryte jakimiś dziwnymi maseczkami, na które Gabby wydała o wiele za dużo pieniędzy.

- Dlaczego masz tylko miętowe lody? - krzyknęłam z kuchni, zajrzawszy do zamrażarki.

- Dlaczego nienawidzisz rzeczy, które są pyszne?

Prychnęłam, wyjęłam pudełko z zamrażarki i zatrzasnęłam drzwi.

- Musimy iść kupić dwanaście nowych smaków, które wyszły, bo to jest po prostu smutne - wymamrotałam, wyjmując dwie łyżki z najbliższej szuflady. Usiadłam obok Gabby na kanapie i podałam jej jedną.

- Mniej gadania, więcej dzielenia się. - Uśmiechnęła się, odsunęła wielki koc i owinęła go wokół nas. Nabrałam czubatą łyżkę lodów, podałam jej pudełko i włączyłam telewizor.

- Co chcesz obejrzeć? - zapytałam, skacząc po kanałach.

- Sprawdź na trzydzieści jeden. Mieli puszczać fajny film, chciałam go obejrzeć.

Odwróciłam się, żeby na nią spojrzeć i wepchnęłam łyżkę lodów do jej ust.

- To znowu jakiś romans?

Wzruszyła ramionami i posłała mi anielski uśmiech.

- Może.

Pokręciłam głową i zjadłam lody, skacząc po kanałach aż dotarłam do tego, który chciała oglądać. Zatrzymałam się, gdy słowa na dole ekranu przyciągnęły moją uwagę. Prezenter wiadomości dyskutował o ostatnim trzęsieniu ziemi niedaleko Ecanus.

- Dziwne było to, że trzęsienie nie miało nawet dużej siły jak na tę okolicę. Zniszczenia dotknęły tylko trzy pradawne świątynie. - Na ekranie pojawiły się obrazy ruin. Przypominały inne, które pojawiły się na Onunie po Wojnie Bogów. Poczułam ucisk w żołądku i wstałam gwałtownie, prawie przewracając stolik kawowy. Mój telefon... gdzie mój telefon?

- Dianna? Wszystko w porządku? - Usłyszałam głos Gabby z salonu, kiedy pobiegłam do łazienki.

Kurwa, musiałam znaleźć telefon! Co, jeśli Kaden dzwonił, a ja nie zauważyłam? Trzęsienie w Ecanus? To rzadkie, delikatnie mówiąc, a miejsce nie mogło być zbiegiem okoliczności.

Pchnęłam drzwi jej sypialni i zatrzymałam się w środku, rozglądając wokół. Łóżko było zaścielone, a drzwi łazienki uchylone. Zauważyłam telefon na komodzie. Odetchnęłam z ulgą i wzięłam go do ręki.

Serce uspokoiło się w mojej piersi, gdy zobaczyłam, że nie miałam nowych wiadomości. Dobra, nie przegapiłam połączenia, ale wiedziałam, że trzęsienie to nie tylko przypadkowe zjawisko. Czułam to w kościach. Odwróciłam się i wyszłam z pokoju, zabierając ze sobą komórkę.

Kiedy weszłam, Gabby wstała i odstawiła lody na stolik.

- Wszystko w porządku?

Skinęłam głową i usiadłam. Siostra zwinęła się w kłębek obok mnie, czekając na odpowiedź, z jej spojrzenia biły dezorientacja i obawa.

- Tak, wybacz, myślałam, że usłyszałam telefon.

Zmrużyła oczy, pokazując, że nie uwierzyła i zerkała to na telefon w mojej dłoni, to na telewizor. Nie dałam jej szansy, by zadała kolejne pytanie, podniosłam pilot i zmieniłam kanał.

- Więc co to za film, który chciałaś obejrzeć?

***

Gabby nie zaprosiła Ricka, kiedy u niej byłam. Chciała spędzić czas tylko ze mną i doceniałam to. W te dni, kiedy musiała pracować, siedziałam w mieszkaniu, szperałam w jej szafkach, szukając jedzenia, i po prostu się relaksowałam. Miło dla odmiany nie być nieustannie w pogotowiu, ale mimo to, co chwilę sprawdzałam telefon w obawie, że przegapię połączenie albo wiadomość. Trzęsienie ziemi mocno mnie zaalarmowało. Wiedziałam, że Kaden nie siedział bezczynnie pod moją nieobecność, ale przez zastanawianie się, co knuli, czułam się niepewnie. Byłam przerażona, że Kaden pojawi się i zabierze mnie z powrotem, ale dni zlały się w tydzień i zaczęłam czuć się bardziej komfortowo, mniej na granicy. To właśnie robiła ze mną Gabby: uziemiała mnie. Bestia w moim wnętrzu nigdy naprawdę nie odeszła, ale bliskość siostry trzymała potwora w ryzach.

W jej następny wolny dzień wskoczyłyśmy do auta, żeby Gabby mogła pokazać mi okolicę. Kiedy jechała, ja wystawiłam rękę za okno, pozwalając jej drżeć na wietrze, i obserwowałam mijane wzgórza. W letnim powietrzu czuć było chłód zwiastujący nadchodzącą jesień.

- Chcę zabrać cię do kilku sklepów. Spodobają ci się, obiecuję - powiedziała Gabby, ściszywszy radio.

Przytaknęłam, a ona zwolniła, bo im bliżej centrum miasta byłyśmy, tym ruch uliczny się wzmagał. Wszystkie samochody wyglądały na eleganckie i drogie. Cała okolica sprawiała właśnie takie wrażenie. To kolejne przypomnienie o stworzeniach, które spadły z nieba wieki temu. Zmieniły strukturę naszego wymiaru.

- Jak według ciebie będzie wyglądał świat za dziesięć lat?

- Co? - Zerknęła na mnie. - Co masz na myśli?

Przekręciłam się na siedzeniu i założyłam ramiona na piersi, patrząc na nią.

- Celestiali. Tak bardzo wpłynęli na Onunę. Zastanawiam się, jak bardzo jeszcze zmienią nasz świat.

- Naprawdę ich nienawidzisz, co?

Prychnęłam.

- A ty nie? To przez nich mama i tata zginęli, a nasz dom praktycznie przestał istnieć.

- D, oni nie zabili mamy i taty. Zrobiła to plaga.

- Plaga została wywołana bakterią, którą ze sobą przynieśli.

- To był tylko zbieg okoliczności. Nie ma żadnego dowodu, że taka była przyczyna. Poza tym pracuję z kilkoma celestialami. Są mili. - Westchnęła.

- Co? - Poderwałam się tak szybko, że pas bezpieczeństwa prawie mnie udusił. Poprawiłam go na piersi. - Gabby, nie możesz się z nimi przyjaźnić. Będą próbowali cię skrzywdzić, jeśli dowiedzą się, czym jesteś.

Zerknęła na mnie i wzruszyła ramionami.

- Nie przyjaźnię się i nic mi nie robią. Rozmawiałam z nimi tylko kilka razy, przelotnie. Wydają się normalni.

- Nie są normalni i nie są przyjaźni. Proszę, powiedz, że będziesz trzymać się od nich z daleka. Jeśli się dowiedzą, czym jesteś, albo jeśli Kaden to odkryj...

- To co zrobi? Zabije ich? - Rzuciła mi spojrzenie i zaśmiała się sztucznie.

Nie odpowiedziałam.

- O bogowie. Zrobiłby to, prawda?

- Wiesz, że tak. - Oparłam podbródek na pięści i wyjrzałam przez otwarte okno. Żadna z nas nie powiedziała ani słowa więcej.

Gabby w końcu zaparkowała, po czym przeszłyśmy przez okolicę handlową, na której punkcie miała obsesję. Po kilku godzinach kupowania zupełnie niepotrzebnych rzeczy, zgłodniałyśmy i zatrzymałyśmy się w małej restauracji. Było tam tłoczno, ale nam to nie przeszkadzało. Poprosiłyśmy o stolik z tyłu, bo lubiłam mieć oko na każde wyjście. Możecie nazwać to przyzwyczajeniem związanym z moim stylem życia, ale nie zamierzałam nigdzie odsłaniać pleców. Śmiałyśmy się i jadłyśmy, a potem, gdy walczyłyśmy o ostatni kęs deseru, siostra powiedziała:

- Było miło. Tęskniłam za tobą.

Obdarzyłam ją szczerym uśmiechem.

- Rzeczywiście. Ja też tęskniłam. A teraz otwieramy je na trzy?

Podniosła jeden z różowo-czerwonych cukierków do zgniatania mający w sobie przepowiednię na następny rok. Wiedziałam, że nie są to prawdziwe proroctwa, ale Gabby uwielbiała ten dreszczyk emocji.

- Dobrze wiesz, że otworzysz, zanim powiem trzy. Nie masz żadnej kontroli nad swoimi impulsami.

- Phi. - Przewróciłam oczami, odchylając się na krześle. - Mam całkowitą kontrolę.

Tylko pokręciła głową i czekała na moje odliczanie. Zaczęłam i na trzy rozerwałyśmy papierki i przełamałyśmy słodycze na pół. Wyjęłam karteczkę ze swojego i odczytałam: "Nadchodzi wielka zmiana".

- Cóż, to głupie. - Westchnęłam i wrzuciłam cukierek do ust. Podniosłam wzrok na Gabby. - Co masz w swoim?

Wzruszyła ramionami i podała mi karteczkę.

- Nie powiedział, że wygram pokaźną okrągłą sumkę pieniędzy, czyli to bubel.

Zachichotałam i wzięłam karteczkę, żeby przeczytać na głos.

- "Jeden czyn może zmienić świat".

Wzruszyłam ramionami i oddałam jej świstek.

- Albo jestem stara, albo te przepowiednie nie mają już żadnego sensu.

- Cóż, trochę tak wyglądasz, jakby zaczynały ci się robić zmarszczki. - Uniosła ręce i poklepała się wokół oczu. - Zwłaszcza tutaj.

Zwinęłam serwetkę i cisnęłam w nią kulką papieru.

- Zamknij się.

Zaśmiała się i wzięła kolejny kęs deseru.

***

Nie chciałam tego wieczoru siedzieć na kanapie, więc nakłoniłam Gabby, żebyśmy gdzieś wyszły. Powiedziałam, by zaprosiła Ricka, na co ona oznajmiła, że pracował do późna i woli odpocząć. Postanowiłyśmy odwiedzić tyle miejsc, ile zdołamy przed wschodem słońca.

Brązowe włosy Gabby ze zrobionym blond ombre zostały podkręcone i spływały falami na jej plecy i dopasowaną, białą sukienkę. Kreacja kończyła się w połowie uda i praktycznie musiałam błagać siostrę, żeby ją dzisiaj włożyła. Powiedziałam jej, że jeśli Rick jednak się pojawi, będzie zachwycony. Przekonałam ją nawet, żeby zrobiła sobie kilka seksownych zdjęć i wysłała mu w drodze do klubu. Moja krótka, jasnozielona sukienka była wiązana na szyi, dzięki czemu odsłaniała ramiona, szyję i plecy. Pozwoliłam Gabby podkręcić mi włosy i spiąć je w dwa kucyki jeden pod drugim.

Klub miał trzy poziomy, każdy z nich był pełen ludzi - tańczących, śmiejących się i flirtujących. Wspomnienie zniszczenia, jakiego dokonałam na Drake'u i jego klubie w Tirin niosło za sobą ryzyko przytłoczenia mnie żalem. Zacisnęłam powieki, starając się odgonić nieprzyjemne myśli.

- Wszystko dobrze? - krzyknęła Gabby.

Zmusiłam się do uśmiechu, kiedy otworzyłam oczy i przytaknęłam. Nie byłam tam, tylko z nią i wszystko było dobrze. Weszłyśmy głębiej, a ja odepchnęłam od siebie pamięć o Drake'u.

Tańczyłyśmy chyba godzinami, przerywając tylko na drinka, zanim wracałyśmy na parkiet. Nie dało się ruszyć, nie wpadając na kogoś. Ogromny żyrandol oświetlał klub od przodu aż po tylne drzwi. Kolorowe światła tańczyły w tłumie, a wszyscy śmiali się i śpiewali wraz z muzyką. Od dawna nie czułam się taka wolna. Zapomniałam, jak to jest po prostu odpuścić na jedną noc. Tańczyłyśmy z każdym, kto podszedł - mężczyznami i kobietami, bez różnicy. Po prostu dobrze się bawiłyśmy.

Po następnej piosence Gabby szturchnęła mnie i wskazała na tył, w stronę łazienek. Błyszczący, neonowy znak wskazywał nasz cel, więc ruszyłyśmy przez tłum, wpadałyśmy na ludzi i przepraszałyśmy ich, śmiejąc się jak wariatki. Ale nasze rozbawienie uleciało, kiedy zobaczyłyśmy kolejkę. Westchnęłyśmy, wiedząc, że nie miałyśmy zbyt wielkiego wyboru w tej kwestii. Gabby osunęła się po ścianie i zaczęła masować kostki.

- Nie robiłam tego od tak dawna, więc zapomniałam, jak bardzo stopy zawsze bolały mnie rano po takim szaleństwie. - Uśmiechnęła się, wstając. - Cóż, pomijam fakt, że ty praktycznie żyjesz na szpilkach.

Odpowiedziałam jej uśmiechem, a muzyka dudniła za nami.

- Tak, ale to też dlatego, że jestem masochistką.

- Ohyda. - Poklepała mnie po ramieniu i zachichotała.

- Żartuję, żartuję - powiedziałam, uśmiechając się do niej. - Czasami.

Pokręciła głową i ponownie odpowiedziała mi szerokim uśmiechem.

- Ale dobrze się bawię. Zdecydowanie powinnyśmy urządzać sobie takie wypady częściej. - Przerwała. - Cóż, kiedy będziesz mogła.

Przytaknęłam, wiedząc, że kiedy zostanę zmuszona, by wyjechać, prawdopodobnie nie spotkamy się znowu przez kilka miesięcy.

Kolejka ruszyła do przodu, więc przesunęłyśmy się o kilka kroków. Gabby oparła się o ścianę, a ja kołysałam się na szpilkach w przód i w tył. Kilka kobiet minęło nas, wychodząc z łazienki, ale tylko jedna przyciągnęła moją uwagę. Przestałam się kołysać i stanęłam prosto, wszystkie moje instynkty biły na alarm. Była wysoka, miała skórę ciemniejszą od mojej, głębszy odcień brązu. Rozpuszczone, kruczoczarne włosy spływały falami na jej plecy. Fioletowa, błyszcząca sukienka tak podkreślała krągłości, że każde żywe stworzenie zwracało na nią uwagę.

Przypominała mi boginię, której podarowano śmiertelne życie. Kobiety w kolejce wpatrywały się w nią, komentując i szepcząc z zazdrości. Nawiązała ze mną kontakt wzrokowy, uśmiechnęła się i pomachała. Srebrne pierścionki, zdobiące palce obu jej dłoni, błysnęły w świetle, wydawały się mienić kolorami. Przeszła dalej korytarzem i wróciła do klubu. Podążałam za nią wzrokiem, zanim zniknęła w tłumie tańczących ludzi. Odwróciłam się z powrotem do Gabby, a jakieś dziwne wrażenie przeszyło moje ciało. Włoski na ramionach stanęły dęba, a dreszcz przebiegł po plecach. Celestial? Lekko odepchnęłam się od ściany, czekając, czy poczuję delikatne, elektryczne mrowienie, które towarzyszyło spotkaniom przedstawicieli tego gatunku, ale nic takiego się nie wydarzyło.

- Jest śliczna... nienaturalnie śliczna - zauważyła Gabby, wskazując na miejsce, w którym zniknęła kobieta. - Chcesz iść z nią porozmawiać?

Pokręciłam głową i się uśmiechnęłam, ale ucisk w żołądku podpowiadał, że coś było nie tak.

- Nie trzeba. Poza tym naprawdę muszę skorzystać z toalety. - Przesunęłyśmy się do przodu.

Włoski na moich ramionach nadal pozostawały uniesione, a serce łomotało, jakby zagrożenie czyhało w pobliżu.

Czy Kaden dzwonił, a ja nie odebrałam? Był tu teraz? Wyciągnęłam rękę.

- Gabby, potrzebuję swojego telefonu.

Sięgnęła do małej torebki i podała mi urządzenie. Sprawdziłam i odetchnęłam z ulgą. Nie miałam żadnych nieodebranych połączeń ani nieodczytanych wiadomości.

- Wszystko w porządku? - zapytała Gabby, a ja odwróciłam się i spojrzałam w miejsce, gdzie zniknęła tajemnicza kobieta w wijącym się tłumie tancerzy.

Przytaknęłam, gdy kolejka znowu przesunęła się do przodu.

- Tak, wszystko dobrze.

Po skorzystaniu z toalety, wróciłyśmy na parkiet, by śmiać się i wirować w rytm kolejnych piosenek. Nadal odczuwałam pewien niepokój i nie potrafiłam go wyjaśnić. Jakby mój mózg próbował mi coś powiedzieć, ale nie znajdował odpowiednich słów.

Byłyśmy w połowie piosenki, kiedy Gabby odsunęła się i zaczęła piszczeć. Odwróciłam się, żeby zobaczyć, co spowodowało jej ekscytację, i zobaczyłam Ricka, przepychającego się przez tłum ze wszystkich sił. Minęła mnie i wpadła mu w ramiona. Jej zachwyt na jego widok był widoczny w uśmiechu i pocałunkach, którymi obsypała jego twarz, kiedy przytulił ją i nieznacznie uniósł. Uśmiechnęłam się tylko i skinęłam w stronę baru, dając siostrze znać, że zostawię ich, żeby potańczyli, a sama pójdę się napić.

Nachyliłam się nad barem, żeby przyciągnąć uwagę barmana. Zerknął na mnie, ale podszedł dopiero, gdy skończył robić zamówione wcześniej drinki.

- Dwa szoty tequili - praktycznie krzyknęłam przez muzykę.

Przytaknął i przerzucił sobie mały ręcznik przez ramię, zanim odwrócił się, żeby zrealizować zamówienie. Kiedy ustawił je przede mną, wychyliłam pierwszego, nie czując nawet odrobiny palenia w gardle. Westchnęłam i odwróciłam się w stronę parkietu. Aż stąd widziałam uśmiech Gabby, kiedy wpatrywała się w Ricka. Poczułam ciepło na sercu, bo uwielbiałam patrzeć na jej szczęście.

- Twoja przyjaciółka wygląda na szczęśliwą.

Zaskoczyły mnie te słowa. Tak bardzo rozproszyło mnie obserwowanie Gabby, że nie wyczułam, że ktoś się do mnie zbliżył. Odwróciłam się do nieznajomego, ustawiając ciało w bardziej obronnej pozie. Włosy miał przycięte krótko po bokach, a na czubku przechodziły w ciemne fale. Oparł się o bar obok mnie; jego muskularna sylwetka zajmowała więcej przestrzeni, niż wypadało. Jak długo tam stał, a ja go nie zauważyłam? Patrzył w miejsce, gdzie Gabby i Rick wirowali w tłumie, ale zerknął na mnie, odwracając się do baru, żeby wziąć łyk drinka.

- Nie przyjaciółka - odparłam chłodno. - Siostra.

Uśmiechnął się, a błysk jego idealnych zębów wywołał gęsią skórkę na moich ramionach.

- Siostra? Wybacz.

Odpowiedziałam uśmiechem i skupiłam się na nim, wszystkie moje instynkty pozostawały w pełnej gotowości. Był przystojny w stylu niegrzecznego chłopca. Brodę miał idealnie przystrzyżoną i schludną, a tatuaże zdobiące wierzch lewej ręki i ramię wykonano z idealną precyzją i pasowały do jego ciemnej karnacji. Znikały pod podwiniętym rękawem koszuli, sprawiając, że wyglądał jeszcze seksowniej i bardziej niebezpiecznie. Mój wzrok przyciągnęło kilka srebrnych obrączek zdobiących jego palce. Miały dziwne zawijasy, twardy metal wydawał się błyszczeć, promieniując nieznaną mocą.

Pomachał palcami.

- Pamiątka rodowa.

Spojrzałam mu w oczy, uświadamiając sobie, że chyba się gapiłam, bo posłał mi lekki uśmiech.

- Fajne.

Coś w nim wydawało się dziwne. Niewłaściwe. Gęsia skórka nie schodziła z moich ramion, gdy mimo głośnej, rozpraszającej muzyki usiłowałam skupić się na wychwytywaniu spomiędzy zapachów wszystkich obecnych tu śmiertelników. Pot, pożądanie, wymiociny i alkohol zbladły. Słyszałam bicie jego serca, rytm powolny i równy. Pachniał jak śmiertelnik, w jego zapachu dało się wyczuć wodę kolońską i nutkę cytrusów, ale nic z Innego Świata.

Muzyka wróciła, a jego głos ponownie dobiegł do moich uszu.

- Wszystko w porządku? - Jego brew drgnęła, kiedy wypił kolejny łyk drinka.

- Tak. - Skinęłam głową i uśmiechnęłam się delikatnie.

- Więc... - Uniósł szklankę i ponownie się napił. - Jesteś tu tylko z siostrą czy...?

Pozwolił, by słowa zawisły w powietrzu i wiedziałam, co sugerował. Zwykle byłabym zadowolona, dołączając do tej gry. Skusiłoby mnie to, gdyby sytuacja była inna, ale byłam tu z Gabby, siostrą, którą tak rzadko widywałam.

Podniosłam ostatni kieliszek, wychyliłam go i odstawiłam na bar przed sobą. Zrobiłam krok do przodu, a on wyprostował się, kiedy wkroczyłam w jego przestrzeń osobistą. Z irytacją stwierdziłam, że był wyższy ode mnie. Wielu mężczyzn nie mogło się tym pochwalić.

- Słuchaj, rozumiem. Masz cały ten urok niegrzecznego chłopca i jestem pewna, że wiele kobiet tutaj byłoby zachwyconych, gdybyś przechylił je przez ten bar, ale ja nie zostanę tą szczęściarą. Zaufaj mi. Wyświadczam ci przysługę, bo nie żartuję, mówiąc, że... - przerwałam, a na moje usta wypłynął powolny uśmiech - ...pożarłabym cię żywcem.

Poklepałam go po ramieniu i odeszłam, pozostawiając go przy barze. Weszłam w tłum, starając się przedrzeć do Gabby. Rick i ona nadal tańczyli i się śmiali, ale kiedy tylko zobaczyła moją twarz, zatrzymała się gwałtownie, aż wpadł na nią Rick.

- Co się stało?! - przekrzyczała muzykę.

- Nic! - zawołałam, zwijając dłoń przy ustach. - Po prostu jestem trochę zmęczona. Daj mi telefon i spotkamy się w mieszkaniu.

Gabby spojrzała mi w oczy, ale skinęła i podała komórkę. Pochyliłam się, pocałowałam ją w policzek i pomachałam do Ricka.

Przepchnęłam się przez rosnący tłum nowo przybyłych i wyszłam na zewnątrz, gdzie powitało mnie chłodne, nocne powietrze. Ludzie kłębili się na deptaku, śmiejąc się i żartując w świetle latarni ulicznych. Podniosłam telefon, by sprawdzić, czy nie miałam nieodebranych połączeń albo wiadomości, ale niczego nie zauważyłam. Niepokój nie zmalał, kiedy opuściłam rękę i spowiłam ciało czarną mgłą.

5

Dianna

Minęły dwa tygodnie, odkąd ostatni raz miałam kontakt z Kadenem czy pozostałymi. Dwa tygodnie, które spędziłam z siostrą. Byłam zachwycona, ale ten nękający niepokój ciągle kazał mi sprawdzać telefon. Nie potrafiłam określić przyczyny, ale wiedziałam, że coś było nie tak.

Gabby i ja właśnie skończyłyśmy oglądać film w lokalnym kinie i ogrzewane promieniami słońca szłyśmy deptakiem w stronę restauracji. Ptaki śpiewały, siedząc na drzewach wzdłuż naszej ścieżki, a ludzie, których mijałyśmy, byli radośni i roześmiani. Wszyscy wyszli cieszyć się popołudniowym słońcem.

Gabby założyła wielki, brązowy kapelusz i największe okulary przeciwsłoneczne, jakie kiedykolwiek widziałam. Naśmiewałam się z niej przez cały dzień. Jej brązowa skóra lśniła na tle białej bluzeczki i podartych, niebieskich szortów, a prosta, powściągliwa uroda przyciągnęła kilka spojrzeń i komplementów od mijających nas przechodniów.

Ja zdecydowałam się na czarny top na cienkich ramiączkach. Brzeg bluzki nachodził na białą, skórzaną spódniczkę. Byłam jej przeciwieństwem w każdym aspekcie, chociaż obie miałyśmy takie same białe sandałki. Podobały jej się, bo odsłaniały pedicure, który zrobiła sobie dziś rano.

- To jedno z moich ulubionych miejsc - powiedziała Gabby, łapiąc za kapelusz, kiedy wzmógł się wiatr. Ruszyła w stronę wejścia, mijając znak głoszący "NOWOCZESNY GRILL". Stoliki i krzesła otaczały bar, a z sufitu zwisały telewizory. Miejsce było przepełnione, a hałas uderzył w nas, kiedy się zbliżyłyśmy.

- Wygląda na spory tłok. Może trzeba było zrobić rezerwację.

Machnęła ręką.

- Nie przejmuj się, znam właściciela.

Uśmiechnęłam się pod nosem.

- Ile razy tu byłaś?

Rozciągnęła usta w uśmiechu, po czym oznajmiła łagodnym tonem:

- Nie tak wiele, ale jego żona wymagała operacji serca miesiąc temu, a ja byłam jej pielęgniarką. Są przeuroczy, a on powiedział, że zawsze mam tu stolik, niezależnie od wszystkiego.

- Ach, moja siostra słodka opiekunka - podsumowałam z uśmiechem, podążając za nią w głąb knajpy.

Gabby klepnęła mnie żartobliwie, po czym odwróciła się i pomachała do starszego mężczyzny. Właściciel ucieszył się na jej widok, a Gabby przedstawiła nas sobie. Myślałam, że zjemy w środku, ale kelnerka zaprowadziła nas na taras z tyłu. Stoliki rozstawiono tu dalej od siebie, a widok na ocean zapierał dech w piersi.