Sprawozdanie z objęcia dozorem
Pierwsze dni lipca. Ponad dwadzieścia lat
temu. Nie, nie było ciepło. Było upalnie. Czułam, jak po skórze cieknie
mi pot. Na mojej nowej jasnoróżowej koszuli zapiętej pod samą szyję
rozrastały się ciemne plamy. Upocona blondynka w różu. Lepiej być nie
mogło, pomyślałam zgryźliwie. Tego dnia dość niespodziewanie zamiast za
biurkiem znalazłam się w terenie. Miałam zaraz po dyżurze wrócić do domu
i spędzić czas z mężem, ale zadzwonił telefon. Konkubina zgłosiła, że
jej gach wyzwał ją "od kurew" i kazał "wypierdalać z domu". Musiałam
sprawdzić, co się dzieje. Dawna ja musiała to sprawdzić od razu. W efekcie w różowej koszuli bezskutecznie próbowałam wtopić się w tłum.
Ale topiłam się jedynie w upale.
Mijał trzeci miesiąc mojej pracy. Dopiero orientowałam się w zakresie
obowiązków i sposobie działania. Pojęcia poznane na studiach zaczynały
się przekładać na to, co widywałam w terenie. Popołudniami czytałam akta
główne, by być w temacie, i skrupulatnie robiłam notatki. Z czasem sporo
z tego będę miała w głowie, ale wtedy wszystko zapisywałam: adresy
zamieszkania, dane moich podopiecznych, czyny karalne, które popełnili,
i nałożone przez sąd tzw. obowiązki probacyjne, z których miałam ich
rozliczać w okresie próby. Z czasem wryją się też w moją psychikę stare
kanapy dozorowanych, ich obdrapane lodówki, zawieszone nad stołami lepy
na muchy i ciężkie zapachy unoszące się w przedpokojach. Poznam imiona
ich dzieci, nauczę się nazwisk współpracujących z rodzinami pracowników
socjalnych, pedagogów i terapeutów. Będę czuła się prawie jak w domu na
niejednej komendzie policji, a dzielnicowych, z którymi przyjdzie mi
dzielić teren i losy wspólnych podopiecznych, będę znała jak własną
kieszeń. Coraz sprawniej będę też przeglądała repertoria spraw karnych,
zastąpione później przez system informatyczny, a poranne superwizje z koleżanką z zespołu staną się rytuałem.
Wtedy jednak czułam się jak debiutantka. Miałam za sobą pięć lat studiów
na kierunku resocjalizacja i profilaktyka osób niedostosowanych
społecznie, kilka miesięcy praktyki zawodowej odbytej w sądzie, dwie
wizyty w zakładzie karnym i jedną w areszcie śledczym. Tony teorii w głowie, tomy przeczytanych podręczników, piątkę z egzaminu
aplikanckiego, uścisk dłoni prezesa, ślubowanie i gratulacje od
najbliższych. Moje serce przepełniała ekscytacja, głowę - idealistyczne
założenie o niemal nieograniczonych możliwościach resocjalizacji. Co
czwartek biegłam na aerobik, żeby wyskakać z głowy złe obrazy i złe
historie. Co jeszcze? Na koncie debet i matiz na raty. Aha, do spłaty
kredyt studencki. Sześćset złotych przez kolejne siedemdziesiąt dwa
miesiące. Znienawidzony harmonogram spłaty co miesiąc kurczył się o jedną miniratkę.
Gdy zadzwoniła konkubina, siedziałam w swoim pokoiku na poddaszu i zabierałam się za lekturę dokumentacji związanej z jej partnerem,
którego w ciągu kilku dni miałam objąć dozorem. Dozór był świeży tylko
dla mnie. Dla pana byłam już chyba czwartym kuratorem, a miał za sobą
kilka pobytów w zakładzie karnym. Pobieżnie przejrzałam akta główne, bo
do objęcia dozorem miałam jeszcze kilka dni. Planowałam się przygotować,
ale po telefonie konkubiny emocje wzięły górę. Głodna i zmęczona
ruszyłam wprost z dyżuru pod jego drzwi.
Gdy dotarłam, okazało się, że to drzwi starej leśniczówki. Zupełnie jak
w bajce o Czerwonym Kapturku.
- ...byłem bity. O tu, po wewnętrznej stronie przedramion. Kablem. I przypalany papierosem. To się działo, jak stary nie miał humoru, a najczęściej nie miał. Wypierdalał mnie wtedy z chaty. Także nocami. Pił.
Bił. Tłukł matkę. I mnie. Spałem, gdzie popadnie...
Takie miał intro, jak mnie zobaczył. Żadnego "dzień dobry" czy czegoś w tym stylu. Wbiłam w niego wzrok. Tłuste włosy. Wąsy z pierwszymi siwymi
włoskami. Niedowaga. Nieświeży oddech. Brud pod paznokciami. Błędne
spojrzenie. Zaciągnął się papierosem, zakasał rękawy niedopranej
flanelowej koszuli i odsłonił blizny. Miał ich całą gamę. Grubsze były
po kablach, a cieńsze to były sznyty - blizny po samookaleczeniach,
których dokonywał po "akcjach starego". Zemdliło mnie po raz pierwszy.
Z kursu psychiatrii, jaki odbyłam w czasie studiów, przypomniały mi się
od razu pojedyncze pojęcia. Schizofrenia. Dwubiegunówka. Rzut choroby.
Afekt. Objawy osiowe. Halucynacje. Katatonia. Pobudzenie. Miałam
ewidentnie do czynienia z tym ostatnim.
A co, jeśli zobaczy we mnie swojego ojca?
Jak na zawołanie wypalił, że słyszy głosy.
Zachciało mi się siku. Ze strachu.
Czułam, że mój pot jest już nie tylko widoczny na koszuli, ale spływa mi
ciurkiem po twarzy i szyi, wprost do zagłębienia między piersiami.
Wyprostowałam się. Nie spuszczałam przeciwnika z oczu. Oceniłam
odległość dzielącą mnie od szerokiej dechy z przerdzewiałą kłódką, która
służyła za drzwi wejściowe. Już zamierzałam się podnieść i ulotnić, ale
on wypalił, że teraz wysłucham do końca tego, co on ma do powiedzenia,
bo kurwa mi przez telefon nagadała bzdur. Stwierdził, że teraz pewnie
pierdoli ją inny, a przecież on wcale nie jest taki zły. Na koniec
dorzucił jeszcze, że nie da się znowu piździe wsadzić do pierdla. Przy
tych słowach obniżył tembr głosu. Usiadł na taborecie. Wbił we mnie
wzrok. Był na swoim terytorium. Składała się na nie izba służąca i za
kuchnię, i sypialnię. Łazienki najwyraźniej nie było. Na zewnątrz stała
tylko niewielka latryna. Byliśmy sami w pomieszczeniu. Ja i on. Jego
zasady. Jego historii życia będę teraz słuchała.
Zaczęło mi być żal mojego męża. Wzięliśmy ślub zaledwie pół roku
wcześniej. Smutno mi się też zrobiło na myśl o mamie. Miała tylko mnie.
Wcześnie owdowiała. Bałam się, że strasznie ich zawiodę, jak nie wrócę
tego dnia do domu. Popełniłam błąd. Byłam zupełnie nieprzygotowana do
wyjścia w teren.
Dzielił nas metrowy dystans. Mężczyzna znajdował się tak blisko, że
mogłam policzyć sznyty na jego przedramionach. Siedziałam na
prowizorycznym stołku oblepionym dżemem, z którego mój dozorowany
zrzuciłby mnie jednym kopniakiem, gdyby tylko zechciał. Zerknęłam w bok.
Wokół nas walały się jakieś szmaty. Kątem oka zobaczyłam niezaścielone
legowisko. Obok stały słoik z petami i plastikowa butelka z moczem. Upał
dodatkowo potęgował smród. Nade mną, nieco z boku wisiał pożółkły od
tytoniu obraz Czarnej Madonny. A w radiu leciało "Ojcze nasz...". W modlitwie siedmiu próśb zmieniłam wtedy w myślach ostatnią. "I ocal mnie
ode złego. Amen", powiedziałam bezgłośnie.
- Nie będzie mnie gówniara życia uczyła. Kurwa! - wyrwał mnie ze stuporu
wrzaskiem mój gospodarz.
Nie wiedziałam, czy kurwa to przerywnik, czy rzeczownik mający określone
znaczenie. Zresztą i kurwa, i gówniara wybrzmiały dwuznacznie. Czy
chodziło mu o mnie? A może o kobietę, która z nim mieszkała?
- Jebana jego mać!
Już nie miałam wątpliwości. Wciąż jednak nie wiedziałam, co się wydarzy
za chwilę. Czy mężczyzna wykorzysta okazję, że przyszłam, i zacznie
mówić bez ładu i składu? Równie prawdopodobne było jednak, że odpali
dalszy ciąg wspomnień związanych z ojcem albo zacznie się modlić. Może
będzie mówił niczym rasowy orator, a może bełkotał. Moją obecność
zauważy bądź pominie. Może... długo nie skończyć. A może zrobi coś całkiem
innego.
- Widzi pani? To od kabli. - Znowu brudnymi pazurami wskazał na blizny
na przedramionach. - A to po przypalaniu papierosami. - Wnętrze dłoni
pokryte miał dość regularnym wzorem z kropek. Okrągłe świeże ranki
mieszały się ze strupami. Z części sączył się płyn...
Nagle mężczyzna sięgnął pod szyję i zaczął rozpinać koszulę. Górny guzik
był oderwany, następny był na miejscu, więc go odpiął. Jak doszedł do
trzeciego, zaczęłam się trząść. Boże, niech mnie tylko zabije. Byle
szybko. Wrzuci do czarnego wora i do rzeki. Albo niech porzuci zwłoki w lesie. Obojętnie. Ale nie gwałt... Błagam. Nie chcę być zgwałcona. Nawet
jak wyjdę z tego cała, nie przeżyję. Umrę za życia. Albo je sobie
odbiorę - myśli zapieprzały mi po głowie. A miało być tak pięknie: mąż,
szczęśliwa rodzina i praca. Wymarzona... Jakoś na aplikacji nie było
tematu "Jak postępować z osobą chorą psychicznie". Oczami wyobraźni
widziałam już żałobników stojących nad urną, a w uszach dźwięczało mi:
"A była taka młoda. Chciała zmieniać świat. Naprawiać ludzi. Była dumą
rodziców i miłością życia swojego męża...".
- Próba samobójcza. Sznur nie wytrzymał. - Pokazał ślad na szyi. Linia
znajdowała się tuż nad porośniętą włosami klatką piersiową. - Tabletki
też nie zadziałały, bo mnie odratowali - dodał jakby z żalem.
Zemdliło mnie po raz drugi. W oczach miałam łzy. Ze strachu i smrodu.
- Napije się pani kawy? - zaproponował jakby nigdy nic.
Odkręcił butelkę, nalał wodę do oblepionego brudem czajnika i postawił
go na kuchni. Spomiędzy palców sterczał mu wypalony do połowy papieros.
Miałam wrażenie, że odpala jednego od drugiego. Spory zapas fajek
zalegał na prowizorycznym stoliku.
- Nie, dziękuję - wydusiłam z siebie, zupełnie nie wiedząc, co w tej
sytuacji powinnam odpowiedzieć.
Wypełnił szklankę do połowy kawą mieloną. Pewnie nawyk z więzienia, kawa
musi być mocna. Dolał wrzątku i wrzucił dwie kostki cukru z kryształowej
cukiernicy. Siorbnął łyk. Takiej gorącej. Na wąsach został ślad po
fusach. Odpalił chyba już trzeciego papierosa w czasie mojej krótkiej
wizyty. Założył nogę na nogę. Zaciągnął się dymem i myślą wyruszył w sobie tylko znane rejony. Tak nagle. Po prostu.
Przełknęłam ślinę. Mój mózg szalał. Przed chwilą żegnałam się z życiem,
a już za moment musiałam przestawić się na tryb walki. Eustres i dystres. Znowu wiedza ze studiów. Wcale nie taka bezużyteczna. Ten
pierwszy zmusza do działania, czyli właśnie do walki, drugi jest
powiązany z przytłoczeniem i wyczerpaniem. Już zaczęłam sobie
przypominać kolejne poznane na studiach terminy, gdy ktoś z impetem
otworzył drzwi, a kłódka gruchnęła o podłogę. Do izby weszła konkubina,
"pokrzywdzona w sprawie". Uśmiechnięta, zadbana, z karminem na ustach i siatkami w dłoniach. Tyle zdążyłam zarejestrować. Wykorzystałam bowiem
moment i wypadłam na podwórko. Tuż za progiem poślizgnęłam się jeszcze
na kurzym gównie. Rzuciłam przez ramię:
- Muszę biec na autobus! - i już mnie nie było.
Uciekłam, ale tylko z tej chaty, bo mentalnie wdepnęłam. Wsiąkłam w teren. Przepadłam. Zawód kuratorki sądowej stał się moją służbą i pasją.
Niezależnie od tysiąca dwustu złotych netto pensji, kawalerki z hipoteką
i pięciotygodniowego życia pod sercem.
1. Sutanna pychy nie pomieści?
1.
Sutanna pychy nie pomieści?
Pycha
Chciwość
Nieczystość
Zazdrość
Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu
Gniew
Lenistwo
Siedem grzechów głównych. Warto znać, warto
rozumieć i pewnie warto walczyć ze swoimi słabościami. Żyć tak, by rano
móc spoglądać sobie w oczy bez odrazy. Trudne, ale możliwe.
Nastał koniec sierpnia, i to taki, że rano czuć było powiew jesieni i zdecydowanie dawała już o sobie znać tęsknota za latem. Pierwszą ciążę
niestety poroniłam, nie dzieliłam więc jeszcze roku kalendarzowego na
czas: do wakacji i od nich. Zresztą zgodnie z tym podziałem żyje dopiero
matka dzieci szkolnych. Odlicza dni do zakończenia roku szkolnego,
który, jak wie aż za dobrze, zawsze trwa za krótko. Sierpień oznaczał
więc dla mnie czas pracy, o urlopie nie myślałam wtedy tak intensywnie
jak obecnie.
Tego dnia na moje biurko ze sklejki trafiła podniszczona teczka dozoru.
Jej wygląd wskazywał na to, że dozór był już od jakiegoś czasu
prowadzony, tyle tylko że w innym sądzie. Nie dostawałam więc czystej
karty, tylko dozór do kontynuacji. Długi, bo aż pięcioletni. Maksa komuś
zasądzili, pomyślałam. Standardowo dozór kuratora, czyli warunkowe
zawieszenie wykonania kary pozbawienia wolności, trwa od dwóch do pięciu
lat.
Sierpień ma to do siebie, że dni są jeszcze stosunkowo długie, więc za
jednym wyjazdem w teren można obskoczyć kilka domów. Postanowiłam
wykorzystać okoliczności przyrody i odfajkować pierwszy kontakt z tym
dozorowanym. To w końcu tylko trzy wioski od sądu, pomyślałam. Lepiej
mieć to jak najszybciej za sobą. Przyznaję, że nie wyciągnęłam wniosków
z wcześniejszych doświadczeń i przed wyjazdem nie zapoznałam się ze
sprawozdaniem z objęcia dozorem, które znajdowało się w teczce. To dość
długi dokument, sporządzany przez kuratora po objęciu nowej sprawy.
Spisałam tylko adres, imię i nazwisko, datę urodzenia, popełniony czyn i obowiązki z okresu próby. Zjadłam ogórkową w ulubionym tanim barze, w którym dwa stoliki dalej tę samą ogórkową jadali nierzadko podopieczni
kolegi, i wyruszyłam w drogę.
Szczycę się bardzo dobrą orientacją w terenie; byle tylko nawigacja nie
mówiła do mnie "kieruj się na południowy wschód", bo wtedy staję się
kompletnie zagubiona. W tamtym czasie jednak na szczęście nie było
jeszcze nawigacji, a przynajmniej ja jej nie miałam. Zasada w terenie
jest prosta: parzyste numery domów po jednej stronie, a nieparzyste po
drugiej. Gorzej bywa na nowo wybudowanych osiedlach. Dochodzą ulice
Willowe i Cisowe, jedni zadbali o numerację, inni wprost przeciwnie.
Nieraz muszę wtedy dłużej szukać właściwego adresu. Najgorzej jest w miastach, numeracje potrafią być tam po prostu nielogiczne, a dodatkowo
niektóre ulice są tak długie, że poszczególni kuratorzy mają pod opieką
tylko ich fragmenty.
Wybrawszy się pod nowy adres, kurator jedzie więc powoli i łypie okiem
na numery, chcąc wyśledzić panującą w danym terenie zasadę numeracji.
Jeżeli trwa to za długo, zatrzymuje się, pyta sąsiada o konkretny dom i od razu rozpytuje o Kowalskiego. Pewnikiem zanim Nowak odpowie, zagadnie
z ciekawości: "A co, Kowalski nabroił?". Nauczyłam się nie odpowiadać na
takie pytania, to ja zbieram wywiad środowiskowy, a nie Nowak.
Obowiązuje mnie tajemnica zawodowa i kodeks etyki kuratora. W tym
zawodzie można wyćwiczyć dyskrecję, dyplomację i upór. Wiem, że muszę
tak poprowadzić rozmowę, żeby czegoś się dowiedzieć.
Tego dnia numeracja wymykała się wszelkim regułom logiki, a ja za nic na
świecie nie mogłam znaleźć poszukiwanego adresu. Przy drugim okrążeniu
załączyłam więc strategię "na Nowaka" i zatrzymałam przy drodze
rowerzystę.
- Dzień dobry, szukam numeru trzydzieści sześć - zaczęłam konkretnie.
- Wjedzie pani o tam, w las, trzy kilometry i będzie dom. Do księdza
pani jedzie? - zapytał amator dwóch kółek.
- Nie, nie do księdza! - zapewniłam natychmiast i zaniepokoiłam się, czy
przypadkiem nie wyglądałam tak, jakbym jechała na ostatnie namaszczenie.
- No ale tam jest plebania - uzupełnił mój rozmówca.
Żartowniś, pomyślałam. Plebanie są przy kościele, żeby wierni mogli w drodze do lub ze świątyni zapukać, mszę zamówić, na komunię dać albo
pogrzeb opłacić. Sakramenty kosztują. Księża na wsiach żyją we
wspólnocie wiernych, blisko ich portfeli. Podziękowałam za informację, w mojej ocenie zupełnie nieprzydatną, i odjechałam. Szlag by trafił,
pewnie źle spisałam numer domu z okładki teczki, przeszło mi przez
głowę.
Wjechałam w las, asfalt się skończył, a zaczęły się kocie łby, które
płynnie przeszły w bitą drogę ze wzbijającym się za samochodem pyłem. A niech to, myjnia ręczna znowu na mnie zarobi! - wściekałam się w duchu.
Po pewnym czasie powitał mnie szpaler młodych brzóz, ustawionych jak na
apel. Minęłam otwartą bramę i wjechałam na całkiem ładną posesję z całkiem ładnym dworkiem. W popołudniowym słońcu światło romansowało z liśćmi, pogłębiając barwy ochry i zieleni. Zaparkowałam pod jabłonką,
która jeszcze owocowała. Obeszłam równiuteńko przystrzyżony trawnik, w ogrodzie dostrzegłam zestaw drewnianych mebli i dyndającą huśtawkę z siedzącym na niej kotem. Domek wyglądał jak z Pana Tadeusza. Rudy dach
- nowy, jasnożółta elewacja - świeża, i poprzecierane klimatycznie
zielonkawe okiennice. Na oko drewniane. No, jest pięknie! - pomyślałam.
Aha, na domu wisiała tabliczka z numerem trzydzieści sześć. W zasadzie
to nie była tabliczka, tylko płytki niczym z Sewilli. Adres zgadzał się
z tym, który miałam w swoich notatkach.
Zanim zdążyłam nacisnąć dzwonek, w wejściu ukazała się pani.
Powiedziałam, że ja do Skrzypczaka. Zostawiwszy uchylone drzwi, oddaliła
się bez słowa. Chwilę potem pojawił się on. Przedstawiłam się więc,
okazałam legitymację służbową i powiedziałam, po co i do kogo
przyjechałam.
- Aha, to nieporozumienie - stwierdził, ale zaproponował ciasto
drożdżowe i herbatę w ogrodzie.
- Proszę pana, jestem kuratorką i przyjechałam tu służbowo w związku z dozorem. Za herbatę i ciasto dziękuję.
Od pierwszego dnia swojej pracy wiedziałam, że nigdy w terenie, choćbym
usychała z pragnienia, nie skorzystałam z wody, kawy czy herbaty.
- Oczekuję, że będzie się pani zwracać do mnie: "proszę księdza", a nie
"proszę pana".
Ożesz kurwa, zaklęłam w duchu. Ksiądz? W dozorze? Niemożliwe.
Najwyraźniej zrobiłam błędne założenie, że księdza pod opieką mieć nie
będę. Zachowałam jednak zimną krew i niewzruszony wyraz twarzy, jakbym w co drugim dozorze miała duszpasterza, i to takiego, który dostaje
zawiasy za potrącenie pieszego podczas jazdy pod wpływem alkoholu. Mój
duchowny tuż po zatrzymaniu dmuchnął 1,9 promila. Czyż ja nie uprawiam
ciekawego zawodu? - zdążyłam jeszcze pomyśleć.
Ksiądz nie miał sutanny - pewnie byłoby mu w niej za gorąco. Nie miał
też koloratki - może za ciasna? Nie miał nawet krzyżyka na szyi - pewnie
by go uwierał. Przyjął mnie w bermudach i hawajskiej koszuli. Tamta pani
to - a jakże! - gosposia była. Cicha, przyobleczona w fartuch i uległa
niczym podnóżek. W pięć minut wróciła z tacą i podała panu ciasto oraz
wodę. Chyba potrafiła czytać w myślach albo długo się znali.
Który z grzechów głównych popełnił ten ksiądz?
Pycha
W trakcie tej rozmowy i w ciągu kolejnych dwóch lat dozoru ów
podopieczny okazywał tak wielką pychę, że mógłby nią obdzielić z pół
wsi. Konsekwentnie zwracałam się do niego na "pan", a w swojej
dokumentacji stosowałam określenia jak w każdym innym dozorze:
podopieczny, dozorowany, podsądny, karany, uczestnik postępowania.
Próżne były moje tłumaczenia, że mając lekarza pod dozorem, nie tytułuję
go doktorem, a naukowca profesorem. Niektórzy traktują stan duchowny
jako powołanie, dla mnie jako kuratorki ksiądz to zawód, w sprawie
karnej - dozorowany. Koniec kropka. Byłam bezkompromisowa.
On za każdym razem poprawiał mnie jednak, że jest księdzem, osobą
duchową, mitygował niczym szkolniaka, że zwrot "pan" go obraża.
Zaznaczam, że nigdy w czasie moich wizyt nie widziałam, żeby miał na
sobie koloratkę, sutannę czy inny element stroju, które świadczyłyby o przywiązaniu do wyższych wartości. On sam swoją wyższość okazywał za to
na wiele sposobów, a to przesadnie angażując swoją gosposię do prostych
czynności w stylu wynieś szklankę, podaj czystą, a to z butą
odpowiadając na moje pytania.
Za każdym razem kwestionował też zasadność wyroku, jakby upojenie winem
mszalnym mogło usprawiedliwić siadanie za kółkiem pod wpływem alkoholu.
Tak się tłumaczył. Że spożywał wino mszalne na trzech mszach feralnego
dnia. A przecież nie miałby blisko dwóch promili alkoholu w wydychanym
powietrzu po ilości wina, którą wypija się w czasie służenia do mszy! O potrąceniu pieszego mówił, że ten człowiek był sam sobie winny, bo
wtargnął na przejście dla pieszych. Wagę swych słów wzmacniał starannie
skrzyżowanymi dłońmi i eleganckim potakiwaniem głową. Wyraźnie chciał
mnie przekonać o swojej niewinności, ale ja z wyrokami nie dyskutowałam.
Raziło mnie tylko, że tak bardzo wypierał własne czyny. Tak naprawdę ów
pan nie przyjął ani nie zaakceptował tego, że popełnił przestępstwo, a dozór kuratora był wyjątkowym aktem dobrej woli ze strony organu
orzekającego. Przecież facet mógł pójść do więzienia!
Chciwość
Czyż dworek wraz z hektarowym obejściem i prywatna służąca nie są
przejawem chciwości? Dlaczego jeden człowiek (gosposia dojeżdżała
rowerem) mieszka w domu, który pomieściłby sporą rodzinę amiszów albo
uchodźców? Czyż chęć gromadzenia różnych dóbr, zwłaszcza materialnych, i skąpstwo (gosposia nie zarabiała kokosów) nie są przejawem chęci
posiadania, Frommowskiej wyższości mieć nad być?
Idźmy dalej.
Nieczystość
pominę ciszą, bo w tę sferę życia nie ingeruję, chyba że wiem z akt, że
ktoś dokonywał aktu przemocy seksualnej, albo zdobędę taką informację od
osoby pokrzywdzonej. Wtedy stosuję zasadę "reaguj". Na temat czystości
cielesnej owego duchownego nie dywagowałam. Zdecydowanie była jego
sprawą.
Zazdrość
Ten grzech bywa trudny do zdiagnozowania. Osoba, która zazdrości,
skrzętnie ukrywa to zwykle przed sobą i światem. Mogłam tylko
przypuszczać, że gromadzenie dóbr, takich jak wielki dworek, elegancka
porcelanowa zastawa czy drogie meble, było podyktowane zazdrością.
Chodziło o to, żeby przypadkiem duchowny w stopniu prezbitera nie miał
gorzej od innych... A przecież wybierając kapłaństwo, człowiek ponoć
decyduje się na rezygnację z dóbr. Winna cechować go skromność, a nawet
asceza. Doczesne życie zawierza Bogu. Patrząc na wielu księży, można
jednak odnieść wrażenie, że zbyt często kieruje nimi zazdrość. Stąd się
biorą drogie zegarki, wypaśne fury czy markowe buty.
Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu
Te cechowały go na pewno. Delikatnie mówiąc, miał nadwagę, taką hodowaną
latami. Być może pielęgnowaną od złożenia ślubów, a pan liczył ponad
pięćdziesiąt wiosen. Cechowało go też z pewnością nieumiarkowanie w piciu. W końcu chętnie sięgał po trunki, i to wysokoprocentowe. Jak
wyznał w czasie rozmowy, już raz był na leczeniu odwykowym. Podał nazwę
miejscowości. Nie kojarzyłam jej jednak z żadnym znanym mi ośrodkiem.
Nic dziwnego, okazało się bowiem, że księża mają prywatny dom, w którym
gorliwie walczą z nałogiem. Nie ośrodek odwykowy, a dom w górach, z dobrym kucharzem, wygodnym łóżkiem i niezłymi widokami za oknem. Czuć
różnicę i kamuflaż problemu! Do dyspozycji księży alkoholików pozostają
też oczywiście prywatni terapeuci. Czyli jak się duchownemu nóżka
powinie po winie, to ma zagwarantowany pobyt w domu prowadzącym terapię
i zmianę parafii.
Tak było w tym przypadku. A że dozór trwał od pewnego czasu, to teczka
była wcześniej prowadzona w innym sądzie i przez innego kuratora. Ksiądz
nie czuł, że jego nadużywanie wina mszalnego to już nałóg. Próbował
jeszcze wmówić mi, że stara się powstrzymywać, ale w jego wypadku to
trudne. Tak, proszę pana, z niejedną słabością walczy szary człowiek,
szarpie się z żoną/ matką/ kochanką/ konkubiną/ córką/ babką, jedzie ze
skierowaniem zdobytym od lekarza rodzinnego na leczenie odwykowe, bo
upierdliwa kuratorka każe i więzieniem straszy. Dostaje się na detoks,
może i terapię, państwową. A jak się podda i zapije, to koniec zawiasów,
nie ma kolejnej szansy. Witaj, więzienna bramo. A wszystko dlatego, że
złamał obowiązek probacyjny powstrzymywania się od nadużywania alkoholu.
Takie znam "słabości" człowieka i systemu. Pewnie, że łatwiej jest
palcem z ambony machać i nakazywać coś innym, niż samemu się w pierś
uderzyć i do błędów przyznać.
Gniew
Ksiądz dawkował mi tę emocję po trochu. W trakcie naszych rozmów czuć
było jednak sączący się nieprzerwanie jad. Niemal bezustannie ujawniała
się złość dozorowanego na system i na sędziego, który wydał tak surowy
jego zdaniem wyrok, na to, że ma przydzielonego kuratora, że w ogóle się
u niego pojawiam i że uparcie zwracam się na "pan". Miał obowiązek
stawiania się u kuratora, ale czy choć raz pofatygował się do mnie na
dyżur? Ani razu! Zawsze zasłaniał się wstydem.
Ten dworek skrywał jego wstyd. Znajdował się głęboko w lesie, z dala od
mieszkańców wsi, ich trosk, problemów, pytań, próśb. Czarna sutanna i porywające niedzielne kazania nie współgrałyby w oczach wiernych z ułomnością, jaką był księżowski pociąg do nalewek. A tak nikt z mieszkańców wsi nie podejrzewał nawet, że ksiądz ma wyrok i kuratora. Od
gosposi wymagał dyskrecji.
Lenistwo
Grzech lenistwa, zamykający katalog tych głównych, postrzegany jest jako
ogólna niechęć do jakiejkolwiek aktywności. Jak wiadomo, brak zajęć,
bezczynność otwierają przestrzeń do zajmowania się innymi, często
błahymi sprawami. Czyż niestosowania się do wyroku sądu i zaleceń
kuratora oraz braku pracy nad swoim uzależnieniem nie należałoby uznać
za przejawy lenistwa? Poza tym posiadanie gosposi na pewno zwalniało
owego duchownego z wielu codziennych obowiązków.
Dozór nad księdzem okazał się dla mnie szczególnym wyzwaniem.
Nieustannie napotykałam jego opór, wygładzanie tego, co szorstkie,
markowanie rzeczywistości. Czułam się traktowana protekcjonalnie, bo
dozorowany przenosił na mnie swoje ambonowe mentorstwo. W pewnym
momencie doszło nawet do chwilowej zamiany ról - to mnie, kuratorkę,
poprawiał, pouczał, rozliczał i sprawdzał mój dozorowany. Ksiądz pytał
też, dlaczego tak często przyjeżdżam (zjawiałam się raz na miesiąc!).
Samodzielnie ocenił również, że nie wymaga dalszej resocjalizacji.
Fatalnie się czułam podczas każdego spotkania z tym podopiecznym.
Dyskretnie bombardował moje kompetencje i wątpił ciągle w zasadność
podejmowanych wobec niego kroków prawnych. Z najwyższą trudnością
sporządzałam karty czynności po każdej wizycie w terenie, bo podlegałam
tak wielkiej manipulacji, że w zasadzie nie udawało mi się niczego
ustalić. Co miałam napisać? Mszę odprawił, zjadł obiad, nie nadużywa
alkoholu? Fakt. Nie zastałam go nigdy pod wpływem.
Dozoru nad duchownym nie dane mi było dokończyć. Po dwóch latach
dostałam lakoniczną informację, że nastąpiło przeniesienie. Nie mnie.
Księdza. Do innej parafii. Gdzieś na południu Polski.
2. Długie dziewięć miesięcy
2.
Długie dziewięć miesięcy
Dziewięć miesięcy to mniej więcej dwieście
siedemdziesiąt dni. I długo, i krótko. Zależy, jak patrzeć. Ten okres
kojarzy się zazwyczaj z ciążą i oczekiwaniem na pojawienie się dziecka.
Ale dziewięć miesięcy może być wyczekiwaniem na coś zupełnie innego. Na
przykład na warunek, czyli na warunkowe przedterminowe zwolnienie z odbywania reszty kary pozbawienia wolności. Zwolnienie warunkowe zawsze
jest związane z okresem próby, więc zwalniany znajduje się pod dozorem
kuratora.
Tak też było w tym przypadku. On, przystojny trzydziestodwulatek, miał
dozór, czyli mnie na głowie. Ona, zadbana czterdziestolatka, była jego
partnerką. Idealna para od początku odnosiła się do mnie z dystansem.
Byłam ta zła. Uważali moje pytania za zbyt dociekliwe, choć zadawałam
tylko takie, które były niezbędne. Starali się wymóc, żebym za każdym
razem dzwoniła, zanim przyjdę, choć kurator powinien z założenia
przychodzić niezapowiedziany. Nieraz czułam się w ich domu jak w Big
Brotherze. Miałam niemal pewność, że mnie nagrywają i próbują złapać na
nieznajomości prawa. Nazywam to walką dozorowanych o władzę. Taka walka
trwa czasem jedno spotkanie, czasem zaś przez kilka miesięcy, a w skrajnych przypadkach przez cały okres próby. Jest raczej normą niż
rzadkością. Sporo osób nie godzi się na to, żeby im się "obca baba do
życia wpierdalała" i co gorsza mówiła, jak żyć! Nie czuję się wtedy
komfortowo, ale muszę robić swoje.
Mój idealny dozorowany i jego idealna partnerka mieszkali tuż za miastem
w pięknej willi z okazałym ogrodem. Też idealnym, wypielęgnowanym
zapewne dłońmi idealnie opłacanego ogrodnika. Zazwyczaj takie
konstanciny wybieram na początek trasy, kiedy jeszcze czuję się świeżo,
bo jak objadę większość "swoich" domostw, to będę już pachniała tak, że
pojawienie się w jakimkolwiek eleganckim miejscu stanie się bardzo
krępujące.
Do luksusowych willi zwykle niełatwo się dostać. Dzielą je od drogi
wysokie płoty, żywopłoty z tuj, bramy na pilota i złowrogo nastawione
psy. Tych ostatnich szczególnie boję się w terenie, bo one kuratorów
wyczuwają na odległość i szczerze nienawidzą. Nie dość, że jesteśmy
intruzami, to jeszcze czuć od nas zapachy z innych domów, wonie
smażonych tam kotletów lub pokrojonej cebuli, stęchliznę wymieszaną z grzybem albo dymem tytoniowym. Potem te wszystkie wilczury, amstafy i rottweilery złowrogo szczerzą kły, a mały ratlerek potrafi się uczepić
nogawki.
U tej pary był i pies, i kot. Niewidomy mops i dachowiec chadzający
swoimi ścieżkami. Kanarki też mieli dwa. Na podjeździe stało eleganckie
auto, a państwo - pełna kultura, dyplomy uczelni wyższej, stałe posady,
zagraniczne wypady, zima na alpejskich stokach i lato w cieniu
egzotycznych palm. Obraz wręcz idealny. Odmienny od tego, jaki wnosi na
co dzień moja klientela. Pozory. Kurator niemal od drzwi czuje, że coś
jest nie tak. Potem, jak zbierze wszystkie elementy układanki, składa w całość i wtedy ujawnia się prawda.
Moi Karingtonowie, bo tak ich w myślach określiłam, dotąd wszystko
robili razem. Codzienne smutki i radości dzielone na dwa i wspólne
starania, by idealnego obrazka rodziny dopełniło ono, dziecko.
Bezskutecznie. Czas ma w takich wypadkach znaczenie. On nie płynie, a zapieprza, bo jak wiadomo, my, matki, mamy określony termin na
dzietność. Starania o dziecko to intymna sfera. Jako kuratorka nigdy o te kwestie nie pytam, nie podaję też nazwiska lekarza, choćbym znała
najlepszego. Kuratora musi cechować takt i wyczucie. Może wysłuchać o staraniach o dziecko, być jak spowiednik, ale powinien powstrzymać się
od doradzania. Ja też dokładam starań, by trzymać buzię na kłódkę,
zwłaszcza po tym, jak od pewnej bardzo nieletniej mamusi, którą
zapytałam, czy dba o siebie w ciąży i bierze kwas foliowy, usłyszałam,
że nie zażywa, bo nie lubi. Kurtyna! Od tej pory kwestię zdrowia matki i potomka zostawiam lekarzowi prowadzącemu.
Wróćmy jednak do Karingtonów. Ich życie z zewnątrz zdawało się idealne
aż do chwili, gdy zapadł wyrok. Wobec niego. Kolejny już. Tym razem na
twardo. W poprzednich dwóch przypadkach dobrze opłacany mecenas znalazł
argumenty i przekonał sąd, by dał panu szansę na resocjalizację w warunkach wolnościowych i kara była tylko w zawieszeniu. Teraz już nie
istniała taka możliwość.
Był początek marca. Zima nie chciała ustąpić wiośnie. Szyby i smarki w terenie zamarzały, a ja dzień w dzień telepałam się do moich
dozorowanych, uważając, żeby matizem nie wpaść w poślizg, i zastanawiając się, dlaczego szefowie nie zapewniają nam dobrych aut,
skoro to podstawowe narzędzie pracy. I właśnie jednego z takich dni
idealne życie idealnej pary Karingtonów zmącił brzęk srebrnych
bransolet. Zatrzymanie i doprowadzenie do zakładu karnego przez policję
to musi być wstrząs, zwłaszcza za pierwszym razem. Nie ma zmiłuj się,
żadnego: "już więcej nie będę" albo "może panowie przyjdą po niedzieli".
Jest nakaz doprowadzenia. Klamka zapadła.
Tym razem przyszli po Karingtona. Dostał dokładnie czternaście miesięcy
- na twardo, czyli do odbycia w zakładzie karnym. Ona aż do samiuśkiego
osadzenia żyła w błogiej niewiedzy. On z dnia na dzień trafił do pierdla
i zniknął z jej życia. W języku moich podopiecznych osadzenie to
"pierdel", "paka", "kibel", "koza" albo "mamer". W ich języku, bo bardzo
dbam o to, by nie stał się moim. Mnie samej zdarzy się siarczyście
przekląć, ale raczej na osobności lub po pracy, a grypserę muszę
rozumieć, ale nie używam jej nigdy. Choć więc korci mnie czasem, by w towarzystwie rzucić mięsem, i wiem, że "czaj" to mocna herbata, a "bałagan" - tanie wino owocowe, nie zwracam się w ten sposób ani do
bliskich, ani do swoich podopiecznych. Grypsowanie jest jak przejście na
złą stronę mocy, a kurator stoi po przeciwnej. W terenie staram się
przede wszystkim mówić zrozumiałym językiem. Nie buduję muru, choć mam
też świadomość, że z dozorowanymi nie zostaniemy nigdy dobrymi
znajomymi. Nie obrażam moich podopiecznych i nie obrażam się na nich. A bywają niedelikatni. Często. I wtedy muszę się bardzo powstrzymywać.
Zwykle mi się udaje.
Wraz z zatrzymaniem okazało się, że to, co idealne, ma ryski, szramy, a nawet wyrwy. Karington prowadził drugie życie. Ujawniły się mroczne
sfery, o których ona nie miała pojęcia, bo choć Karington miał już
wcześniej dozór kuratora, to żona ufała mu bezgranicznie i nie
dopytywała z jakiego powodu w ich domu pojawia się "obcy". Uwierzyła w jego wersję, uszytą na miarę osobistych potrzeb, a Karington był
świetnym manipulatorem. Dopiero po jego zatrzymaniu odkryła kartony
upchnięte w piwnicy za sztuczną choinką. Były pełne tajemnic.
Nierzadko tak się dzieje. Po osadzeniu partnera znajdują się nagle
zagubione klucze lub objawiają swoje istnienie skrytki pocztowe. Okazuje
się, że mąż odbierał korespondencję ze skrytki z nadanym numerkiem i był
jedynym posiadaczem kluczyka. Kiedy on biegał do skrzynki, żona
spokojnie sobie żyła. Gołym okiem widać było, że ponad stan, ale co tam,
ona nie urząd skarbowy. Nie wnikała, skąd są pieniądze na kolejne
wakacje, jeszcze bardziej egzotyczne, z większą liczbą palm i wodą
bardziej błękitną, skąd środki na jeszcze jedną torebkę o tysiąc złotych
droższą od poprzedniej, i na kolekcję zegarków.
Dopiero po zatrzymaniu partnera przez policję i doprowadzeniu do zakładu
karnego niejedna kobieta zaczyna drążyć temat dodatkowych zer na koncie,
drogich wakacji i nowego futra. Dopiero wtedy żony żyjące ponad stan
łamią piny, kody, hasła i inne zabezpieczenia. Niektóre nawet dorabiają
kluczyki do skrytek, ścierają kurz z kartonów i oczami pełnymi łez
odkrywają kawałek po kawałku drugie życie męża. Otwierają znienawidzone
koperty z czerwonymi pieczęciami - z sądu czy od komornika. Uświadamiają
sobie, że wezwań do zapłaty było już kilka, termin na ugodę minął, a zażalenie okazało się bezpodstawne. No i że ta kasa nie ciotce była
sukcesywnie pożyczana, ale na prawnika szła.
Dotąd takie żony Hollywood żyły spokojniutko, dzieląc czas między
kosmetyczkę, siłownię i prywatnego dietetyka. Nagle wszystko się kończy,
a one spadają nie tylko z wysokich louboutinów ze słynną czerwoną
podeszwą, ale i z jakiegoś levelu życia. "Jak dalej żyć?" - nierzadko
pytają mnie podczas naszego pierwszego spotkania. "Nie wiedziałam, co
robił mąż" - zapewniają. "Boli cholernie, jak zdrada" - dodają. Domyślam
się. Nikt nie chciałby być oszukiwany, i to latami. Wtedy często pojawia
się złość, a nawet wściekłość i furia, a łzy same cisną się do oczu.
Widok pustego łóżka staje się dojmująco przykrym doświadczeniem. Zawiódł
ktoś najbliższy. Mąż. Poszedł do więzienia. Kanapka, której nie
dokończył, ma już obeschnięty ser, a w łazience ciągle ładuje się jego
szczoteczka elektryczna. Mechanik dzwoni już drugi raz w sprawie wymiany
opon, bo... cholera, nadeszła wiosna. Pies tęskni, kot nie je kolejny
dzień, a tu jeszcze nierzadko dokuczają nudności połączone z gonitwą
myśli.
Zawroty głowy i mdłości Karigntonowa przypisała turbostresowi. Zwaliło
się na nią przecież naprawdę mnóstwo. Zdała sobie sprawę, że temat
samochodu musi ogarnąć sama. Trudno to zrobić, jak się nie ma nawet
prawa jazdy, a brata jakoś niezręcznie prosić, skoro podczas ostatniego
spotkania w Wigilię poruszali tematy, delikatnie mówiąc, bezpieczne,
czyli kwestię pogody i czy sernik to lepszy babci z rodzynkami, czy mamy
bez. Nocami myślała o nim. Nigdy nie zakładali takiego scenariusza.
Wtedy dotarło do niej, że może być gorzej. Nie tylko poczynania męża
wymknęły się jej spod kontroli. Coś, co kontrolowała regularnie, co
miesiąc, z kalendarzem i termometrem, także znalazło się poza jej
wpływem.
- Ja pierdolę! Dwie kreski - wykrzyczała sama do siebie, kiedy zrobiła
test ciążowy.
Spojrzała na datę przydatności. W porządku. Na potwierdzenie zrobiła
jeszcze dwa testy, bo w szafce pod umywalką miała ich całą baterię.
Wynik ten sam. Upragnione dwie kreseczki. Blade, ale są. I meganiedowierzanie...
- Teraz? Serio? Ale jak?
Przecież u nich miało być jak na reklamie Tchibo! Błękitne skarpeteczki
upchane w kartonik z napisem LOVE. Albo jak na Instagramie, ze wspólnym
przebijaniem balona wypełnionego różowym konfetti. A zamiast tego jest
zimna podłoga w idealnie czystej łazience, wczorajszy makijaż z resztkami łez i znoszony dres. Czyżby maleńkie życie uznało, że właśnie
teraz jest dobry moment, żeby zaistnieć? Lekarz potwierdził trzeci
miesiąc.
Wiedziała, że ze wszystkim będzie musiała poradzić sobie sama - z wizytami w poradniach, badaniami krwi, zanoszeniem do laboratoriów
kubków z moczem, piciem glukozy, a także z pisaniem wniosków, odwołań i zażaleń oraz prowadzeniem rozmów z prawnikami. Jakoś sobie radziła, choć
nie było łatwo. Fala szczęścia zalewała umysł, ale tłumiło ją zaraz
przygnębienie i poczucie beznadziei. Miała dylemat: "Mówić mężowi o ciąży czy jednak nie?". Chciałaby dzielić z nim radość oczekiwania i narodzin, ale on zawiódł. Ostatecznie zdecydowała, że w ciągu tych
kradzionych pięciu minut na rozmowę telefoniczną najpiękniej jak się da
powie mu jednak, że zostanie tatą. Niech odlicza dni do wyjścia na
wolność i narodzin upragnionego dziecka.
Bała się samotności, i to bardzo. Strach ją ogarniał na myśl o tym, co
miało nastąpić, ale musiała wydobyć z siebie siłę woli, wolę walki,
uśmiech i troskliwy dotyk, bo kortyzol szkodzi, stres zabija, a przecież
dziecko już czuje i serduszko bije mocno od piątego tygodnia życia.
Ta-dam, ta-dam, ta-dam. Maleństwo równie dobitnie dawało jej o sobie
znać. Miała gazy, zgagę, mdłości, obrzęk nosa i spuchnięte nogi. On nie
miał o tym pojęcia, bo w tym czasie leżał na twardej pryczy w towarzystwie rzucającego niewybredne teksty kulturysty i z powodu
miejscowego menu cierpiał na dolegliwości jelitowe. Szybko przekonał
się, że więzienie to nie spa ani koncert życzeń. Wszędzie sraczkowate
lamperie, cela pozbawiona wygód, a poza nią uboga świetlica, kantyna z cenami jak na Teneryfie, niewyjściowy spacerniak i chłodny wzrok
klawisza. W bibliotece raczej brak nowości, a lubił czytać.
Nie widzieli się przez równiutkie dziewięć miesięcy. Bo odległość -
siedział na drugim końcu Polski. Bo ciąża. Bo miejsce nie dla idealnego,
a tym bardziej nie dla nowego życia. Bo ryzyko obcesowych spojrzeń. Bo
jak iść pod bramę i czekać w kolejce z żonami, matkami, konkubinami,
siostrami, które mają jeden cel: ukraść godzinę normalności w nienormalnym świecie krat, kar, dyscypliny, regulaminu i przemocy.
Dlatego uznali, że lepiej zaczekać. Jeszcze nigdy nie rozstali się na
tak długo. Byli razem od zawsze, choć dzieliło ich osiem klas. Skrywane
w piwnicy kartony nadal bolały, ale trudno pielęgnować złość, kiedy
dostało się kopa w sam środek brzucha, bo to już półmetek ciąży.
Skupiała się na tym, żeby skompletować wyprawkę, wybrać położną i lekarza, rozpisać plan porodu, umówić pielęgniarkę laktacyjną, kupić
bieliznę poporodową, krem na bolące i popękane sutki, zapas podpasek,
pieluchy bambusowe dla dziecka, bo zachwalali w śniadaniówce. Musiała
też zapewnić opiekę psu i kotu na czas, kiedy jej nie będzie w domu,
oraz oddać kanarki, bo nabawiła się uczulenia...
I z wszystkim jakoś sobie radziła, tylko nie wiedziała, jak tu po raz
kolejny uciec przed natrętną sąsiadką, wracając z warzywniaka, i co
odpowiedzieć sąsiadowi, który pyta, gdzie jest szczęśliwy tatuś.
Przecież nie powie mu, że kontrakt męża za oceanem się przedłuża, skoro
on pamięta z ostatniej grillowej majówki, że mąż panicznie boi się
latać. Rodzina też nie kupiła tej historii. Odsunęli się od siebie. I rodzina, i ona. Między nimi wyrósł wysoki mur. Ale ona postanowiła, że
zniesie każdy trud. Może wyglądała krucho, ale zhardziała. Może jeszcze
płakała, ale tak, żeby nikt nie widział. Obudowała się skorupą na
dziewięć miesięcy, by chronić życie. Jej własne i to, które w sobie
nosiła.
On w czasie osadzenia robił wszystko, by szybciej wyjść: wnioskował o przepustkę, przerwę w odbywaniu kary oraz o dozór elektroniczny, sąd się
jednak na nic nie zgodził. Nie tak miało być. Plan porodu też diabli
wzięli. Starannie spakowana torba wraz z płytą Vivaldiego - bo wybrała
Wiosnę jako tło muzyczne narodzin - została w lśniącym przedpokoju.
Skurcze przyszły niespodziewanie, obcy taksówkarz zawiózł ją w nocy
ubraną w piżamę do najbliższego szpitala, bynajmniej nie prywatnego.
Opłacona położna zaspała i się nie zjawiła. Rodziła sama, darła się, na
niego, za niego i do Boga. Bolało. Nie spodziewała się, że będzie aż
tak. Tyle razy odtwarzała tę scenę w wyobraźni, miała ją wyreżyserowaną
co do minuty, a los postanowił inaczej. Znowu.
Na szczęście niemowlę rozwijało się wręcz podręcznikowo. Kiedy skończyło
trzy miesiące, miało już bystre spojrzenie i żywo reagowało na głos
matki. Wtedy wrota prowadzące na posesję się rozwarły i taksówką wrócił
do domu on. Miał trochę gotówki z depozytu. Stanął w drzwiach z torbą na
ramieniu i łzami w oczach. Chciał zacząć budować nowe życie.
Zmienił się: dwanaście kilo mniej i dwadzieścia lat więcej, z zadrą w sercu i życiorysie. Zapuścił włosy i brodę, zapuścił się. Dosłownie i mentalnie. Przekleństwa weszły do jego codziennego języka, a posłanie
stało się mandżurem. Płakali. Jego jeszcze przez rok budziły nocami
więzienne koszmary. Nie opowiedział jej o życiu po tamtej stronie.
Sąd, mój pokój na drugim piętrze. Środa, dzień dyżuru. Usłyszałam
pukanie i w drzwiach pojawił się Karington. Nie byłam pewna, czy to w ogóle on, bo po dawnej bucie i pewności siebie niewiele zostało.
Poprosiłam, by usiadł. Na powitanie wręczył mi dwukrotnie złożone
dokumenty: świadectwo zwolnienia z zakładu karnego i zaświadczenie, że
przez połowę kary pracował na wolności. To przywilej. Wiedziałam już, że
ten facet z rysą na życiorysie długą na dziewięć miesięcy będzie teraz
moim dozorowanym, bo dostał warunek i dozór na dwa lata. Zawsze to
lepsza opcja niż czternaście miechów poza domem.
Zaczęłam sama, pamiętając, jak chłodno traktował mnie w swoim idealnym
życiu sprzed odsiadki.
- Wygląda na to, że znowu będziemy się dosyć regularnie widywali...
- Taa - odburknął. - Wyszedłem na warunek, pani kurator. W końcu się
udało. Mecenas dał z siebie dużo. Będę stosował się do pani poleceń i na
pewno już tam nie wrócę - wyrecytował z akcentem na "tam" i zapalczywością w głosie.
Czyli się nie zmienił, a ja już wiedziałam, co będzie. Nie wierzę w cuda.
3. Podwójna moralność ojca
3.
Podwójna moralność ojca
Miałam w terenie niejeden blok pełen
sprzeczności. Ten też taki był. Wieżowiec wśród niskiej zabudowy. Jedyny
otoczony zielenią, co akurat było plusem. Chyba też jedynym. Nie pasował
do otoczenia. Z płyty, więc pamiętał dawne czasy. Po prostu brzydki. Bez
placu zabaw i radosnych krzyków dzieci. Kilkanaście pięter i często
zepsuta winda. Zresztą z wind i tak rzadko korzystam w terenie. Mają
często pobieżne przeglądy techniczne, a poza tym zwykle traci się w nich
zasięg. Nie wiadomo też, na kogo się w nich trafi. Nieraz zdarzyło mi
się wysiąść, zanim zamknęły się drzwi, bo towarzyszowi potencjalnej
podróży źle z oczu patrzyło. Dlatego wolę się wspinać. W tym bloku też
wybierałam zwykle klatkę schodową. Tylko ten zsypowy zapach... Mam nawyk
przeglądania torebki po opuszczeniu takich miejsc. Nie chcę pasażera na
gapę przytargać do domu. Karaluchy w kuchni i wszy skaczące po małych
główkach to dla kuratora żadna nowina, a iskające się psy są już
standardem w terenie, ale u siebie wolałabym ich uniknąć.
Lokatorzy w tym bloku dzielili się na mieszkających od początku i takich, którzy niedawno się wprowadzili. Ci drudzy zazwyczaj z kuratorem
nie chcieli rozmawiać. Pierwsi udawali natomiast, że sąsiada nie znają,
choć podkreślali, że od czterdziestu lat są mieszkańcami tej klatki.
Typowi przedstawiciele pokolenia "wolę nie zaglądać nikomu, co się
dzieje w jego domu". Już z daleka widać było zresztą, kto nowy, a kto
nie. Po oknach. Jednak choć część ram okiennych lśniła nowością, to na
klatce schodowej wciąż straszyło stare lastriko. Niby w windzie
zachowana czystość, ale na półpiętrach pety. I odrażające druty na
starych parapetach, żeby gołębie nie siadały. Siadały i tak, i srały. A jak lał deszcz, to i psia kupa na półpiętrze się czasem zdarzała. Szaro,
ale nie nudno. Wszystko to za sprawą mojego podopiecznego.
Blok miał parzysty numer i choć był kolejnym na tej ulicy, "obsługiwał"
go inny dzielnicowy niż pozostałe budynki w tej okolicy. W zasadzie
należałoby powiedzieć, że obsługiwali go inni dzielnicowi, bo ci ostatni
zmieniali się tu częściej niż pory roku. Przypadek czy tak dużo było tu
roboty? Jak dzwoniłam z prośbą o pomoc, to w słuchawce albo pojawiał się
głos innego funkcjonariusza, albo słyszałam moje ulubione: "Nie mogę
odebrać, proszę zostawić wiadomość", albo dyżurny mówił, że "policjant
jest na szkoleniu". Nie zdarzyło się jednak, żeby któryś z tych
policjantów później oddzwonił. Widać długo się szkolili.
Problem w tym, że nawiązanie przez kuratora takiej relacji z dzielnicowym, z której wynikną wymierne korzyści, zazwyczaj trochę trwa.
Musi zadziałać reguła wzajemności: informacja za informację. I my
posiadamy ważne dane o Nowaku czy Kowalskim, i dzielnicowi, przy czym
oni często ograniczają się do lakonicznych formułek:
- Aaa, Kazik spod piątki? No a co chce pani kurator wiedzieć?
- Konkret - odpowiadam. - Czy są jakieś interwencje, skargi sąsiadów,
uzależnienia, Niebieska Karta?
- No to na dłuższą rozmowę. Zapraszam na mój dyżur do komisariatu -
kwitują.
Przy sporym szczęściu i dobrym humorze "dobrego policjanta" w trakcie
takiej rozmowy zdobędę istotne dla kuratora informacje. Może się jednak
zdarzyć i tak, że podczas wizyty będę tylko świadkiem konsumpcji pączka
lub innego smakołyku. To nie żart. Pewnego dnia, choć była już
dziewiętnasta, musiałam pilnie ustalić, czy i jakie interwencje
przeprowadzono u pewnego podsądnego. Pojechałam więc na komisariat. W mekce policjantów zero petentów i cisza jak makiem zasiał. Pokazałam
dyżurnemu zlecenie wywiadu środowiskowego, a potem... przez kwadrans
walczyłam o potrzebne mi informacje, bo policjant w dyżurce był zajęty
ustawianiem pasjansa i skubaniem słonecznika. Naprawdę. W takich
wypadkach chce mi się jeszcze bardziej, więc po dwudziestu minutach
otrzymałam odpowiedź: "Czysto, pani kurator". Niektórzy potrafią ujmować
informacje skrótowo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki