Lewis Hamilton. Sportowi giganci - Grzegorz Jazienicki

Kup książkę

39.90 zł
23.94 zł (23,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Wyobraź sobie, że ścigasz się zdalnie sterowanymi samochodzikami. Niby dla zabawy, niby dla rozrywki, ale wkładasz w to całego siebie. Idzie ci świetnie i czujesz, że naprawdę jesteś w tym dobry. Nie ma tu żadnego przypadku - w końcu rodzice nazwali cię na cześć wybitnego biegacza. Może prędkość ma być z tobą nie tylko na bieżni czy boisku? Może po prostu masz ją w sobie? Może masz to "coś"?

Pewnego razu postanawiasz sprawdzić się w prawdziwych pojazdach. Rodzice zabierają cię na gokarty i okazuje się, że znów dajesz radę. Startujesz w zawodach, osiągasz coraz więcej. Stajesz się dorosły i ciągle odnosisz sukcesy. Ogromne, gigantyczne. Bijesz legendarne rekordy, a świat sportu trzymasz w garści. Nie prosisz aktorów o zdjęcie - to oni przyjeżdżają na wyścig dla ciebie. Otrzymujesz nawet tytuł szlachecki od samej królowej!

Ale nagle kończą się dobre czasy. Twoje przegrane nie są już taką sensacją. Zaczynasz być w dołku i tęsknić za wygrywaniem. Postanawiasz zliczyć te osiągnięcia. Okazuje się, że nikt nigdy nie wygrał tak dużo jak ty.

Nadal jednak czegoś ci brakuje. Nie możesz wrócić na szczyt, choć bardzo tego chcesz. Pojawia się frustracja i czujesz, że należy coś zmienić. I wtedy, na ostatni rozdział swojej kariery, postanawiasz rzucić wszystko. Przechodzisz do odwiecznego rywala. To najgłośniejszy transfer w historii twojego sportu. Znów to ty jesteś na tronie!

Przesada? Zbyt proste, zbyt cukierkowe? No pewnie. Brzmi jak scenariusz, którego nie napisaliby w Hollywood. Na szczęście nikt nie musiał tego robić! Ta historia zdarzyła się naprawdę. Przeżył ją Lewis Hamilton, a dokładniej sir Lewis Carl Davidson Hamilton, brytyjski kierowca Formuły 1 (czytaj: formuły jeden, nie formuły pierwszej!).

To on w dzieciństwie ścigał się samochodzikami i powiedział swojemu przyszłemu szefowi, że chce u niego jeździć. To on zdobył siedem mistrzowskich tytułów, ponad sto razy wywalczył najlepsze miejsce startowe i wygrał ponad sto wyścigów! To on stał się znany wśród celebrytów. To on wieku 40 lat dokonał transferu, który zatrząsł całym sportem.

Można spokojnie powiedzieć, że nie splamił swojego imienia. Dostał je w końcu po amerykańskim sprinterze, Carlu Lewisie. Ten chłopak chyba musiał być szybki! I na szczyt wdrapał się... równie szybko. Jak mało kto, ba, jak nikt inny. To niepowtarzalna historia kierowcy, który przebojem wszedł do F1, zadomowił się na salonach i pobił rekordy, które wydawały się nieosiągalne.

Lewis Hamilton w wieku 11 lat

Rozdział 1. Zabawki mówią prawdę

Korzenie

Na początku Lewisowi daleko było jednak do "salonowego" życia. Nie jest z rodziny milionerów. Od strony ojca jego korzenie sięgają odległej Grenady, małej wyspy na Morzu Karaibskim. To stamtąd pochodził jego dziadek, Davidson.

Jeżeli późniejszy siedmiokrotny mistrz świata F1 miał dostać coś w genach, to właśnie od niego. Dziadek lubił bowiem jeździć na dwóch kółkach. Był całkiem szybki, choć nie należał do najgrzeczniejszych kierowców na drodze.

- Gdy kupiłem motocykl, to stałem się piratem drogowym - opowiadał. - Cała wyspa znała mnie jako najszybszego człowieka na zachodnim wybrzeżu. Ludzie mówili: "Z drogi, Davidson jedzie!".

W 1955 roku przeniósł się na inne wyspy - Wyspy Brytyjskie. Szukał lepszego życia i znalazł pracę w transporcie, w londyńskim metrze.

Ojciec Lewisa, Anthony, przyszedł na świat już w Anglii. To tam poznał Carmen Larbalestier, która 7 stycznia 1985 roku urodziła mu syna. Niestety związek nie przetrwał próby czasu. Młody Lewis w ciągu tygodnia spędzał czas z mamą, a w weekendy z tatą.

W tej historii to tata miał odegrać znacznie ważniejszą rolę, choć sam nie zajmował się wyścigami. Nie miał ani łatwego, ani przyjemnego życia. Jeszcze jako nastolatek podjął się pracy na kolei, a później poszedł w kierunku informatyki. Awansował, rozwijał się. Nie był bogaty z domu, więc każdy, nawet najmniejszy awans, miał się okazać bardzo istotny. Dlaczego? Bo...

Nie każdy może zostać kierowcą wyścigowym

Tak naprawdę zrobią to tylko nieliczni. To bardzo trudna sztuka, o wiele trudniejsza niż zostanie piłkarzem czy siatkarzem. Niestety możliwości są ograniczone. Aby się ścigać, trzeba czegoś więcej niż treningów w lokalnym klubie.

Przede wszystkim potrzebne są pieniądze. Sporty motorowe to studnia bez dna, pochłaniająca każdy grosz. Jeżeli kogoś stać, to może spokojnie wydać kilkadziesiąt milionów funtów. Dojście do F1 wymaga finansowania 10-15 lat kariery, a na każdym kolejnym etapie robi się coraz drożej. Na szczęście sam początek nie jest aż tak kosztowny, aby był niemożliwy.

Zacząć trzeba jeszcze jako dziecko, na wiele lat przed tym, jak zasiądzie się w drogowym samochodzie. Większość karier rozpoczyna się dość przypadkowo, szczególnie gdy rodzice nie są milionerami. Ot, trafi się opcja przejechania jakimś wózkiem w wieku kilku lat. Samochodzikiem, quadem lub czymkolwiek, co po prostu ma koła.

W ten sposób można wypatrzeć talent. Tę smykałkę, wyczucie odległości czy precyzję. Taka drobna rozrywka potrafi otworzyć drzwi do kariery. Może pchnąć rodziców do tego, aby sprawdzić dziecko raz jeszcze. I jeszcze, i jeszcze... Aż w końcu okaże się, że warto pomyśleć o startowaniu w zawodach.

Dziś, nawet w Polsce, jest o to łatwiej, ale w latach 80. nie było to tak powszechne. Obecnie w dużych miastach znajdziemy tory przeznaczone dla gokartów, czyli małych, najprostszych pojazdów wyścigowych. Nasz kraj w tym porównaniu wypada jednak kiepsko - przez 75 lat mieliśmy tylko jednego kierowcę Formuły 1, Roberta Kubicę. Krakowianin rozpoczynał poważniejsze starty w tym samym czasie co Lewis - w końcu daty ich urodzin dzieli tylko miesiąc!

Bycie Brytyjczykiem to natomiast duży atut w tym sporcie. Choć w historii Hamiltona często podkreśla się pochodzenie czy kolor skóry, to trzeba przyznać, że żył w doskonałym miejscu do rozwoju kariery wyścigowej. Nie ukrywają tego również jego rodacy, choć to w sumie dość oczywiste - Wielka Brytania jest domem sportu samochodowego. To tam odbył się pierwszy wyścig F1. To tam swoje siedziby mają zespoły czy sama Formuła 1. Ten sport jest tam znacznie bardziej popularny. Możliwości są nieporównywalnie większe niż - na przykład - w przypadku Polaka.

Talent ukryty w zabawce?

Zanim jednak rozpoczęła się kariera, Hamilton był zwykłym chłopakiem. Któregoś razu Anthony kupił mu zdalnie sterowany samochodzik. Lewis mógł bawić się nim w domu. Było ciasno, ale to nie stanowiło problemu.

I tak poczuł fascynację.

Od początku dało się dostrzec, że radzi sobie z kontrolowaniem czegoś, co się porusza.

Nie poprzestał na zabawie i zaczął rywalizować z innymi. Szło mu świetnie. Odnosił sukcesy, choć to rywale mieli nad nim przewagę wieku. I wtedy w głowie Anthony'ego zaświeciła się lampka. Tata spróbował zainteresować swoim synem... telewizję.

Liczył na rozgłos. Chciał wypromować obiecującego zawodnika. Mógł pomyśleć: "Może dzieciak wybije się dzięki temu? Może nie będzie musiał pracować?". Cóż, los miał wobec Lewisa trochę inne plany, ale to i tak był świetny pomysł. W ten sposób zdalnie sterowane samochody odkryły również talent... taty. Talent do zarządzania karierą, do wyczuwania biznesowych okazji. Zachował się przecież jak wybitny menedżer!

My natomiast możemy się tylko cieszyć, że tak postąpił. Telewizja przyjechała, przez co w internecie do dziś można znaleźć fantastyczne nagranie z młodym Hamiltonem. Kilkuletni chłopaczek trzyma pilota w ręce, a autka pędzą i skaczą po nierównym terenie. Wygląda to fenomenalnie. W niczym nie przypomina zabawy! Lewis jest skoncentrowany, ale radzi sobie nie tylko z pojazdem. Przy okazji odpowiada na pytania dziennikarza.

Nagrany jest nawet wyścig, po którym reporter nawiązuje do ówczesnej ikony brytyjskiego motorsportu.

- I mamy zwycięzcę! Kto wygrał? Lewis! Brawo, gratulacje! Nigel Mansell, masz się czego bać! Zdalnie sterowane samochody depczą ci po piętach!

Co prawda Mansell się nie przestraszył i w tym samym roku (1992) został mistrzem świata F1, ale taki komentarz zabawnie zapowiedział to, co wkrótce miało się wydarzyć.

Oczywiście trudno ocenić, na ile zdalnie sterowane samochody odkryły ten największy talent Lewisa - do kręcenia prawdziwą kierownicą. Na pewno jednak w niczym mu to nie przeszkodziło. Poprawił koordynację, koncentrację i poczuł, jak delikatne ruchy mogą wpływać na zachowanie pojazdu. Poza tym mocniej zainteresował się motoryzacją. Warto było!

Co ciekawe, Hamilton nie jest jedynym profesjonalnym kierowcą, który zaczynał od trzymania w dłoniach pilota, a nie kierownicy. To samo spotkało Oscara Piastriego, który dziś ściga się w McLarenie i ma już na koncie dwa wygrane wyścigi w Formule 1.

- Dzięki zdalnym autkom miałem jako takie pojęcie o podstawach prowadzenia czy liniach wyścigowych. Dość szybko załapałem, na czym polega prawdziwa jazda - ocenił po latach Australijczyk.

Krótko mówiąc - plusy takich początków na pewno były!

Niedługo po tamtych wydarzeniach ojciec i syn udali się na gokarty. Lewis był jeszcze za młody na starty, ale Anthony i tak miał powody do zadowolenia.

- Na gokartach tata został zdublowany. Czyżby geny dziadka ominęły pokolenie? Czy zdecydowała lżejsza waga dziecka? Może, ale Lewis miał ten instynkt, to wyczucie prędkości w zakręcie i hamulców - pisał o nim świetny dziennikarz F1, Mark Hughes.

Skoro było tak dobrze, to należało pójść za ciosem. I Anthony nie zastanawiał się dwa razy. Pod choinką w 1992 roku Lewis znalazł używanego gokarta. Wkrótce, po ósmych urodzinach, mógł zacząć się ścigać.

Rozdział 2. "Chcę się ścigać w twoim zespole"

Gokarty, czyli kluczowy okres

Tak samo jak każda podróż zaczyna się od małego kroku, tak też każda wielka kariera zaczyna się od czegoś niewielkiego. W tym przypadku, poza zdalnie sterowanymi samochodzikami, musiały to być gokarty. To one po wielu latach jazdy prowadzą do startów w prawdziwym bolidzie wyścigowym.

Każdy młodzieżowy sport to w pewnym sensie miniaturowa wersja sportu zawodowego - niższa siatka, mniejsze bramki... Ale w motorsporcie różnic jest więcej. I nie chodzi tylko o to, że do dużych samochodów jest jeszcze daleko. Gokarty, choć małe i lekkie, to tak naprawdę takie wyścigowe diabełki. Przez niewielką wagę i stosunkowo dużą moc są bardzo szybkie, a ich opanowanie nie jest wcale takie proste.

Stanowią natomiast bardzo ważny okres w życiu przyszłego zawodnika. To w kartingu uczy się podstaw jazdy, walki, linii wyścigowych czy aspektów technicznych ścigania. To tam można przyzwyczaić umysł do prędkości. To tam kierowca uczy się tego, co pozostanie jego najlepszym przyjacielem przez resztę kariery - wyczucia pojazdu.

Taka zdolność jest unikalna i bardzo potrzebna. Obecnie praktycznie nie ma sensu celować w F1, jeżeli nie startowało się w kartingu. Ci, którzy to robili, będą po prostu dużo lepsi. Znacznie łatwiej przyjdzie im panowanie nad maszyną. Będą rozumieć, co się z nią dzieje, zanim to się tak naprawdę stanie. Wyczują granicę przyczepności czy nadchodzący uślizg, jeszcze zanim utracą panowanie.

Mówi się, że topowy kierowca od razu jest w stanie pojechać bardzo szybko. Nie potrzebuje stu okrążeń. Wystarczą mu 2-3 próby, aby wiedział, na co może sobie pozwolić. Aby zbliżyć się do stu procent własnych możliwości. Im szybciej zacznie się jazdę na gokartach, tym łatwiej rozwinąć tę zdolność.

Dzieci mają tu przewagę nad dorosłymi. Kilkulatek szybciej zapamiętuje zachowanie maszyny. Traktuje to jak coś normalnego, oczywistego. Zaczyna rozumieć jazdę. To staje się dla niego czymś naturalnym, niczym umiejętność pisania dominującą ręką czy rozmowa w ojczystym języku. Młody umysł zaczyna wyczuwać detale. Robi to w mgnieniu oka i notuje każdy ruch pojazdu. Po paru latach zyskuje taką przewagę, której dorosły człowiek już nie nadrobi. Dlaczego? Bo za wolno się uczy.

Poza tym karting pełni też podstawowe funkcje. To po prostu młodzieżowe wyścigi. Trzeba radzić sobie z presją i walczyć z innymi. Ważny jest trening, choć wyniki też mają znaczenie. W końcu dorównywanie starszym czy bardziej doświadczonym kierowcom najczęściej oznacza duży potencjał. Ujawnienie go w odpowiednim momencie to czasem "być albo nie być" dla dalszej kariery. Albo jakiejkolwiek kariery!

Ojciec-orkiestra

Potencjał Lewisa był wielki i ujawnił się, gdy tylko zasiadł w gokarcie. Chyba kwestią czasu było, aż ktoś zwróci na niego uwagę. Przecież od razu zaczęto zastanawiać się, dlaczego ten chłopak, ten w gokarcie nr 44, jest tak szybki. Nic dziwnego, że do dziś jeździ z tym numerem! W F1 nie porzucił go nawet wtedy, gdy mógł wybrać mistrzowskie 1.

Lewis dał się zauważyć bardzo szybko, na samym początku startów. Pokazał rzecz, z której miał być znany przez kolejne lata - wydawało się, że ściga się już trochę czasu, ale... nie. Prawda była zupełnie inna. Dopiero zaczynał, lecz ktoś go wypatrzył. Znalazł się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie - to coś, do czego ma równie spektakularny talent, niczym do jazdy.

Jego potencjał szybko przyciągnął pierwsze wsparcie sponsorskie. To bardzo ułatwiło wejście w karierę i choć trochę odciążyło tatę. Nagle starty można było zacząć traktować poważniej. Zaliczyć więcej kilometrów, wyścigów. Po prostu stawać się coraz lepszym!

Taki rozwój wydarzeń miał powtarzać się później. Młodemu Lewisowi w kartingu szło świetnie, a wokół niego pojawiały się ciekawe osoby. Tu do gry wchodził Anthony, który dogadywał wsparcie finansowe na jak najlepszych warunkach. Ta menedżerska żyłka robiła różnicę! W motorsporcie wszystko kosztuje i niestety nie są to niewielkie kwoty. Każde opony, każdy silnik, każda część czy nawet dojazd na zawody... To niemałe pieniądze. W normalnej pracy nie da się zarobić aż tyle, aby przez 10-15 lat finansować drogę do F1.

Tę drogę często przechodzi duet - ojciec i syn. Tata jest tutaj równie ważny. Za wieloma mistrzami świata często stoją właśnie ojcowie, którzy kupili wózek, zawieźli na zawody i dokręcili koło. Oczywiście tata musi żyć na takim poziomie, aby pozwolić sobie na wydatki, przynajmniej na samym początku. W tym przypadku był to zwykły człowiek, normalnie pracujący, który poświęcił sporo. Zrobił dużo, aby Lewis mógł się ścigać. Dziś opowiada się legendy o tym, że czasem pracował na dwa lub trzy etaty.

Anthony nie był całkowicie biedny, ale przy tak drogiej zabawie musiał chwytać się wielu zajęć. Wcześnie rozpoczął pracę, a awanse czy zmiany stanowisk pozwalały mu na coraz lepsze warunki. Jedna z anegdot mówi, że zależało mu tak bardzo, iż któregoś razu zagrał va banque . Nie mógł jechać na zawody, bo nie dostał wolnego na udział w wyścigu syna. Poszedł więc do szefa i rzucił papierami. Nie, to nie. Zrezygnował!

Szybko jednak trafiły mu się lepsze kontrakty. Zyskał na tym i czas, i pieniądze. Zaryzykował, ale wygrał. Tata kierowcy czasem musi być jak syn na torze - wiedzieć, kiedy zaatakować, a kiedy nie przesadzić. Anthony miał to w sobie.

Lewis z tatą (2007)

Ojciec małego sportowca, a szczególnie małego kierowcy, to zazwyczaj człowiek orkiestra - tata, wychowawca, opiekun, menedżer, sponsor czy pierwszy trener. Dopóki nie trafi się na profesjonalistów, to właśnie najbliższe osoby muszą pełnić te wszystkie funkcje. Muszą coś podpowiedzieć czy pokazać.

Anthony angażował się i próbował pomóc. Starał się na tyle, na ile umiał. Czasem były to proste rady, choć skuteczne.

- W stawce było wielu dzieciaków, które mogły osiągnąć takie same czasy okrążeń - mówił po latach. - Co sprawiało, że Lewis mógł pokazać się na ich tle? Cóż, powiedziałem mu: "Spróbuj późnego hamowania. Wtedy szybciej wejdziesz w zakręt i po prostu będziesz szybszy". I tak to się zaczęło.

Anthony Hamilton okazał się być bardzo mądrym ojcem. Pokazały to nie tylko takie sytuacje jak ściągnięcie telewizji na zawody zabawkowych samochodów. Lewis był po prostu dobrze wychowany. Umiał radzić sobie z trudnościami i nie pękał, gdy był zaczepiany, nawet na tle rasistowskim. Dla samoobrony ćwiczył karate.

Jak wiele innych dzieci, spróbował w życiu kilku sportów. Naturalnie ciągnęło go do kopania piłki. Jednym z jego kolegów był Ashley Young, który później zrobił profesjonalną karierę piłkarską. Young doszedł do Premier League, grał m.in. w Manchesterze United i został reprezentantem Anglii.

Lewis czasem żartuje, że był lepszy niż Ashley. Ale chyba dobrze, że został przy wyścigach. W nich wyróżniał się jak mało kto. I sportowo, i zachowaniem, i wyglądem.

Daj się zapamiętać

W tamtych czasach występy czarnoskórego chłopca na torze były rzadkością. W Wielkiej Brytanii przyciągało to uwagę, lecz Anthony nie widział w tym problemu, szczególnie że szły za tym świetne wyniki. Znów pokazał, że ma zmysł do zarządzania. Rozumiał, ile znaczy rozgłos.

- Ludzie muszą zainteresować się Lewisem z jakiegoś powodu. Nie miałbym problemu z tym, aby użyć jego koloru skóry w tym celu, ale nie wydaje mi się, że jest taka potrzeba - przyznał Anthony.

Faktycznie, nie było takiej potrzeby. Jego syn potrafił zrobić robotę na torze. W wieku dziesięciu lat zdobył pierwsze poważne mistrzostwo kraju. W deszczowym finale sezonu rozprawił się z rywalem. To pozwoliło mu pojawić się na gali w Londynie, gdzie - niczym dziennikarz BBC kilka lat wcześniej - miał niemalże przepowiedzieć przyszłość.

Na miejscu obecny był również Ron Dennis, wieloletni szef McLarena w Formule 1. To legenda sportu, nie tylko w Wielkiej Brytanii, choć tam szczególnie. To naturalne, że Brytyjczycy zawsze ściskali kciuki za brytyjską ekipę.

Anthony miał dużo genialnych pomysłów, a jeden z nich narodził się właśnie podczas tej gali. Chciał, aby syn popisał się odwagą. Aby dał się zapamiętać. To była świetna okazja!

- Podejdź do niego i powiedz, że pewnego dnia chciałbyś zostać kierowcą McLarena - zaproponował.

Lewis zgodził się. Wstał, podszedł do Rona i powiedział to, co podsunął mu tata.

- A ile ty masz lat, dziesięć? - odpowiedział Dennis. - Odezwij się do mnie za dziewięć lat.

Nie było potrzeby czekać aż tyle czasu. Wystarczyły jakieś... dwa lata. Lewis utrzymywał się na radarze Dennisa, a dobrą robotę robił także Anthony. Nie gonił za coraz to lepszymi seriami, lecz słuchał otoczenia - szczególnie ludzi, którzy mieli jakieś związki z McLarenem. Jego syn ciągle mógł chwalić się świetnymi rezultatami, a to okazało się kluczowe.