Rozdział 2
Lucie wracała do domu kompletnie oszołomiona, z łupem z So Bébé w dwóch bawełnianych torbach na ramię, ale bez korzennej latte, o której zupełnie zapomniała. Czuła się zawstydzona. Co ją napadło, żeby się tak rozkleić? To było do niej niepodobne. Zawsze się kontrolowała, a przynajmniej sprawiała takie wrażenie. To ona była RoboCopem.
Przystanęła przy fontannach Bosque w parku The Battery, żeby popatrzeć na ćwiczącą tam swoją ulubioną grupę taneczną. Instruktorka o imieniu Sangwany zawsze do niej machała, zachęcając, żeby się przyłączyła, a Lucie zawsze odmawiała. Stało się to już prawie tradycją. Lucie usiadła na ławce i patrzyła na wirujących tancerzy, wyginających ciała w sposób zarazem znajomy i osobliwy. Ten widok zawsze ją uspokajał; dzisiaj nie poczuła nic. Wstała po kilku minutach i ruszyła do domu.
Kiedy weszła do mieszkania, zostało jej jeszcze trzynaście minut do umówionego spotkania na Zoomie, jednego z zaledwie dwóch zaplanowanych na tę sobotę. Klient, dyrektor generalny przedsiębiorstwa produkującego polimery, był zainteresowany optymalizacją podatkową jego europejskich struktur w świetle nowego prawa. Jej firma zajęła się tym klientem, bo Lucie miała bogate doświadczenie w restrukturyzacji międzynarodowych podatków. To był jej żywioł. Powtarzała to sobie, żeby psychicznie przygotować się do rozmowy. "Jesteś najlepsza. Jesteś najlepsza". Zrobiła nawet kilka pajacyków dla dodania sobie animuszu. Ale to nie pomogło; wciąż była jakaś otępiała, cały jej polot wyparował. Przycisnęła knykcie do skroni i masowała je, krzywiąc się przy tym. Przynajmniej ta sprawa była prosta, a jej struktura znajoma i właściwie wystarczyło tylko pokazać się na wizji. Mogła przełączyć się na autopilota. Tylko że sporo jej płacono za wywieranie odpowiedniego wrażenia. Ściągnęła bluzę z kapturem, włożyła perłowobiałą koszulę z marszczonego jedwabiu od Chloé i modny blezer, a włosy upięła w schludny kok i zabezpieczyła go srebrną szpilką. Musnęła wargi pomadką ochronną, przeciągnęła tuszem po rzęsach i była gotowa.
Odchrząknęła i z roztargnieniem zalogowała się kilka minut przed czasem, próbując się skupić. Spóźniał się, ale gdy w końcu się pojawił, Lucie, mimo irytacji, przybrała miły wyraz twarzy.
- Thomas. Punktualny, jak zawsze. Jak się masz?
- Znakomicie, skarbie, a ty? - Thomas Katz, który pochodził z Yorkshire, wynalazł pewien rodzaj biodegradowalnego polimeru plastikowego i obecnie, jak wielu "optymalistów podatkowych", był rezydentem Księstwa Monako.
- Doskonale - odparła z uśmiechem. Tydzień temu wybieliła zęby, a paznokcie miała idealnie wymanikiurowane. Nikt by się nie domyślił, jaka z niej beksa.
Rozmawiała z Thomasem Katzem przez godzinę i trzydzieści dwie minuty, ale jego firma dostanie rachunek za pełne dwie, skoro kazał jej czekać przez dwanaście minut. Kiedy skończyła, dochodziła druga; kusiło ją, żeby machnąć ręką na lunch, ale miała w planach drugą rozmowę - znacznie trudniejszą konferencję trójstronną - i potrzebowała wzmocnienia. Otworzyła lodówkę i skrzywiła się na widok jej zawartości, a raczej braku takowej. Musiała podjąć trudną decyzję między wielkim pojemnikiem greckiego jogurtu (od niedawna przeterminowanego), torbą brązowiejących jabłek, zestawem przypraw, chipsami i czymś, co wyglądało na burrito, ale zalatywało rybą. Wyrzuciła zmutowane burrito, a wyjęła torebkę chipsów i jabłko, które zaczęła mechanicznie pochłaniać, żując i jednocześnie ćwicząc uśmiech.
Gdy druga rozmowa dobiegła końca, Lucie nalała sobie wielką lampkę wina, rzuciła się na kanapę, włączyła telewizor - maraton Przyjaciół - i próbowała nie myśleć o swoim mazgajstwie w sklepie dziecięcym. Widocznie dopadł ją tam jakiś dziwaczny nastrój. Przecież jest Lucie Yi. Wschodzącą gwiazdą w firmie konsultingowej w zakresie zarządzania. Była zdrowa. Miała przyjaciół, rodzinę i rodziców, którzy zapewnili jej wszelkie przywileje niezbędne do odniesienia sukcesu. Lucie wiedziała, że większość osób mogłaby pozazdrościć jej życia. Wszystko szło gładko jak po maśle. A jednak w dziesiątej minucie trzeciego odcinka Przyjaciół szlochała nad trojaczkami Phoebe (zawsze miała słabość do Phoebe, która była jej przeciwieństwem pod każdym możliwym względem). Przepłakała trzy lampki Châteauneuf-du--Pape, rocznik 2015, co - szczerze mówiąc - stanowiło obrazę dla tak dobrego wina.
W Nowym Jorku wybiła dwudziesta, gdy Lucie zadzwoniła do Weiny Ling i Sushili ("Suzie") Mahmood, swoich najlepszych przyjaciółek - tej pierwszej od czasów studiów, tej drugiej od podstawówki - w ramach świętego filaru ich przyjaźni, czyli codwutygodniowego międzykontynentalnego rytuału nadrabiania zaległości. Boskie Trio, jak nazywała je Lucie, powstało, jak wiele wspaniałych rzeczy, w czasie pełni Księżyca na pewnej studenckiej imprezie niegrzecznych pierwszorocznych uniwersytetu w Manchesterze. Z udziałem tanich shotów. Suzie nie piła ze względu na swoją wiarę, choć akurat ona nie potrzebowała alkoholu, żeby się wyluzować, natomiast Lucie - nie tyle nieśmiała, co skrępowana - wręcz przeciwnie. Suzie i Lucie, które trzymały się razem z racji swej długiej wspólnej historii, przyciągnęła do Weiny jej fatalna i hałaśliwa interpretacja Ironic Alanis Morissette, wykonana na środku parkietu, gdzie Weina szalała i szczerzyła zęby, dopóki nie puściła pawia na ulubione bordowe martensy Suzie. Jak się później okazało, Weina golnęła sobie przedtem kilka łyków cydru. Całą trójkę wkrótce połączyła przyjaźń, aczkolwiek dopiero po tym, jak Weina obiecała oddać Suzie trzykrotną wartość jej martensów. Nie zwróciła do dzisiaj.
- Miło cię widzieć! - wrzasnęła Suzie, punktualna jak szwajcarski zegarek. Lucie aż się wzdrygnęła i odsunęła od laptopa. - O, wybacz. Wypiłam już dwie. - Skrzywiła się, unosząc kubek z kawą na wynos. - Ich latte jest podobno "ręcznie robiona". Bo inne to niby jakie...?
- Istnieją automaty z kawą - odparła Lucie rozsądnie.
- Tak, ale byłam w kawiarni. Wiadomo, że kawy robi się ręcznie! - zakpiła Suzie. To była jej nowa krucjata: walka z hipsterską nowomową. - Po co wszędzie wpychać to zbędne określenie? Jeśli jeszcze raz zobaczę, że coś jest "ręcznie robione", to przysięgam, że... - Wykonała gest dźgania. - Serio! - Skończyła psioczyć, ochłonęła i ze spokojnym zadowoleniem wróciła do popijania swojej latte za siedem dolców.
Lucie musiała się roześmiać.
- Dzięki, tego mi było trzeba. Niech zgadnę, znowu pracujesz?
- A jak! - odparła Suzie. Była maklerem okrętowym ("od morskich szwindli i kombinacji", jak mówiła) i wspólniczką w swojej firmie. W Singapurze zaczęła się już niedziela; Suzie miała na sobie biały T-shirt i nie zasłaniała twarzy, a jej lśniąca cera oraz gęste, falujące włosy zebrane w niedbały kok sprawiały, że zupełnie nie wyglądała na swoje trzydzieści osiem lat. - Chyba już dziesięć po dziewiątej? Czy Weina w ogóle się połączyła? - Weina miała wyciszony mikrofon i wyłączoną kamerę. - Serio, skoro ja mogę się zebrać na czas, to ona też powinna, nieważne, że ma czworo dzieci, tu chodzi o szacunek...
- Jestem tu - wtrąciła się Weina szeptem. Jej kamera się włączyła i ukazała zaciemniony opuszczonymi roletami pokój, na tle którego znienacka zamajaczył jakiś szary kształt: jej twarz, aż obie przyjaciółki się wzdrygnęły. - Przepraszam, musiałam odłożyć Aster tak, żeby nie obudzić Annabel i Aarona, same rozumiecie.
Trojaczki miały dwa miesiące i nic dziwnego, że nie zamierzały współpracować przy próbach uczenia ich samodzielnego zasypiania dwa miesiące wcześniej, niż sugerował kalendarz niemowlaka.
- Oczywiście, sayang1, spokojnie, nie spiesz się - zapewniła ją ta hipokrytka.
- Więc co u was? - wyszeptała Weina. Nawet w ciemnościach było widać, że oczy ma podkrążone, a jedno opuchnięte i przymknięte. Wbrew obyczajom kultywowanym w wielu zamożnych singapurskich rodzinach Weina sama zajmowała się trojaczkami, podczas gdy jej mąż Simon Hahn zarabiał pieniądze, robiąc jakieś ciemne interesy (oficjalnie prowadził kantor kryptowalut). Arwin, ich najstarszy syn, lat pięć, żył w równoległym wszechświecie składającym się z przedszkola, a potem tylu zajęć dodatkowych, ile dało się upakować w ciągu dnia, zanim Weina odbierała go o osiemnastej.
- Negocjowałam wyjątkowo ważną transakcję w piątek - oznajmiła rozpromieniona Suzie. - W przyszłym tygodniu będzie o tym we wszystkich gazetach, więc poznacie szczegóły. Żeby to uczcić, zabieram wieczorem rodziców do Beelan's Kitchen, tej nowej restauracji z gwiazdkami Michelin. Serwują tam kuchnię Nyonya2.
- Gratulacje, skarbie. - W głosie Weiny zabrzmiała nuta zazdrości. Weina była kiedyś bankierką inwestycyjną, ale rzuciła pracę, kiedy pojawił się Arwin; teraz, gdy rozmowa z przyjaciółkami schodziła na ich kariery, czuła się jak cierpiąca, porzucona kochanka.
- A co u ciebie, Weina?
- Cóż, odkąd trojaczki miewają kolki, czyli godzinami ryczą i ryczą, i ryczą bez powodu, aż sama chcę zacząć ryczeć i uciekać, ale nie mogę, bo kocham je TAK BARDZO... - Weina już nie szeptała.
- Kolka! Cicho! Śpią! - wyszeptała czym prędzej Suzie, na co Weina zaraz wzięła się w garść i powiedziała bezgłośnie: dziękuję.
Lucie znowu poczuła, że coś ściska ją w piersi. Ostatnio tak miała w pobliżu szczeniaczków i dzieci. I już nie mogła udawać, że to alergia pokarmowa, bo pozbyła się z diety całego mnóstwa pokarmów alergizujących po tym, jak kilka lat temu zrobiła sobie boleśnie drogie testy, których wyniki jej rodzice skwitowali wybuchem śmiechu i słowem "nauka!", rzuconym tak, jak się mówi: "czary!".
- Ale twoje dzieciaczki są takie słodkie - dodała Suzie. - Aż sama prawie chcę mieć dzieci.
I Weina, i Lucie doskonale wiedziały, że Suzie kłamie w żywe oczy: była bardzo szczęśliwą bezdzietną. Tak czy owak, instagramowe dzieci Hahnów były naprawdę urocze.
- Więc możesz wziąć Arwina na weekend, co ty na to?
- Chyba raczej na jeden dzień? Przecież nie na cały weekend... tęskniłabyś za nim, nie? To twój pierworodny.
Weina nie wahała się ani chwili.
- Wcale. Mam pełno dzieci.
Nerwowy śmiech.
- Och, mogę wziąć Arwina, jasne. Ale może na pół dnia, żeby się przyzwyczaić. A właściwie na godzinę.
- Na jak długo zechcesz - zapewniła Weina gorliwie.
Suzie rozerwała torebkę suszonej wołowiny i w panice zaczęła wsuwać jej zawartość garściami.
- No a co u ciebie, Lucie? Jak ci się żyje w Nowym Jorku?
Lucie nie była pewna, na ile powinna być szczera w sprawie swej małej przygody.
- No... Weina, nie sądzisz, że przydałaby ci się pomoc? Zawodowa opiekunka? Ani ty, ani Simon nie macie rodziny w Singapurze - powiedziała, żeby zyskać na czasie.
- Zawodowa opiekunka! - powtórzyła Weina, jakby Lucie doradzała jej znakowanie potomstwa. - Poradzę sobie z własnymi dziećmi. Nie po to moi dziadkowie uciekli z komunistycznych Chin, żebym została niedołęgą.
- Hm, okej - wymamrotała Suzie. Żadna z przyjaciółek nie została wtajemniczona w szczegóły ucieczki rodziny Ling z Chin kontynentalnych do Hongkongu na początku lat siedemdziesiątych. Weina powtórzyła im tylko słowa rodziców, że "to było jak w filmie".
- Chcę przez to powiedzieć - głos Weiny zabrzmiał niebezpiecznie rześko - że skoro moja prababcia sama wychowała jedenaścioro dzieci, bo jej mąż harował w polu, aż umarł, mając pięćdziesiąt cztery lata, a to tak, jakby dzisiaj dożyć setki, i to wcale nie z wyczerpania, tylko na cholerę, to myślę, że jakoś dam sobie radę z trójką niemowląt i jednym dzieckiem.
I wtedy z elektronicznej niani zaczęły dobiegać odgłosy niemowlęcego posapywania. Twarz Weiny stężała. Wszystkie trzy wstrzymały oddech jak na komendę, dopóki niebezpieczeństwo nie minęło.
Weina uśmiechnęła się drżącymi wargami.
- Mają taki lekki sen! Ale to chwilowe. Na pewno.
- O mój Boże, ty potrzebujesz pomocy - powiedziała Suzie. - Przyznaj, że tak. Dlaczego oboje jesteście tacy uparci?
- Kiedyś zarządzałam kilkoma milionami aktywów dla klientów, którzy traktowali mnie jak gówno, więc nawet jeśli moje rodzone dzieci są obecnie odrobinę trudne, to nad wszystkim panuję - odparła Weina. - Poza tym możliwe, że mam problemy z zaufaniem.
W Lucie nagle jakby coś pękło, ale zdusiła to uczucie. Ze wszystkich sił. I zmusiła się, żeby powiedzieć wesołym, wręcz nonszalanckim tonem:
- Lepiej posłuchajcie, co dziwacznego mi się dziś przydarzyło. Szukałam w sklepie czegoś niesamowitego dla trojaczków, no i znalazłam, i niedługo ci to wyślę, Weina...
- Och, Lucie, nie musisz. Cokolwiek kupiłaś, możesz mi to dać przy następnej wizycie, tylko pamiętaj, żeby to było o kilka rozmiarów większe, bo wiesz, jakie są dzieci, tylko biorą i biorą, i rosną, i rosną, i wysysają...
- Ej, Weina! Ponosi cię - opamiętała ją Suzie. - Daj Lucie dokończyć.
- Przepraszam, wybaczcie. Co mówiłaś?
- Ryczałam dzisiaj w sklepie dziecięcym - oznajmiła Lucie tonem swobodnej konwersacji.
Jej przyjaciółki zamarły.
- Że co? - wykrztusiła Weina, zapominając, że ma szeptać.
- Byłam w jednym sklepie z artykułami dziecięcymi i jakoś tak, sama nie wiem dlaczego, może ze stresu albo co, zaczęłam płakać. Czy to nie wariactwo? Ten stres!
- Och, Lucie - powiedziała Suzie i zwróciła się do Weiny: - Już prawie październik, no nie?
- Niemal zapomniałam. Tak mi przykro, Lucie - powiedziała Weina, umykając wzrokiem.
- Nie szkodzi. Już nawet o tym nie myślę.
Za to teraz wszystkie o tym myślały, choć żadna nie przyznała tego na głos.
- Potrzebna ci terapia - orzekła Suzie. - Może jednak nie poradziłaś sobie z całą tą... sytuacją, tak jak ci się wydaje.
Weina przytaknęła.
- Powinnaś z kimś porozmawiać o Marku i... no wiesz.
Mark. Wystarczyło samo wspomnienie jego imienia i tego, co się stało, żeby Lucie zmroziło od środka.
- Nieważne. Może niepisane mi zostać matką. W porządku. Nic mi nie jest. Życie jest cudowne. Wszystko gra. - Minęły już ponad dwa lata, musiała ruszyć dalej.
- Lucie... - zaczęła Weina łagodnym, lecz stalą podszytym głosem kobiety z czwórką dzieci i bez żadnej pomocy.
- Tak?
- Wiem, że nie rozmawiałyśmy o tym od afery z Markiem. Ale... czy ty nadal chcesz mieć dzieci?
Cisza. Teraz Suzie tylko udawała, że coś żuje.
Lucie zmusiła się, żeby o tym pomyśleć. Nigdy nie była typem szczególnie macierzyńskim. Uważała raczej, że dzieci - nawet te sprowadzone na świat przez ludzi jej bliskich, jak Weina, jej starszy brat Anthony czy młodsza siostra Hannah - najlepiej podziwiać z daleka. Jak piękną, choć może trującą roślinę. Albo wściekłego zwierza. Ale wtedy dowiedzieli się o przypadłości Marka, z powodu której możliwość spontanicznego zapłodnienia była wysoce nieprawdopodobna. Więc kiedy lekarz zakomunikował im, że Lucie jest w ciąży, a ona aż zadrżała - z niepokoju, owszem, ale też z dzikiej radości - było to dla niej prawdziwe objawienie. Sama niczego się nie domyśliła; od dawien dawna była na środkach antykoncepcyjnych i myślała, że te dziwne skurcze wieszczą coś bardziej złowieszczego. Może raka? Dla niej szklanka zawsze była w połowie pusta. Ale dziecko? I nagle, kiedy patrzyła na tę szarą drobinkę, coś do niej dotarło: szokujące pragnienie uderzyło w nią z całą mocą, zanim zdążyła się pozbierać. Zaczęła szlochać.
- Myślałam, że mam raka! - wypaliła do lekarza. - Ale to coś o wiele lepszego!
Kiedy parę miesięcy później zostało jej to odebrane, strata niemal ją zdruzgotała. A na pewno zniszczyła jej związek. Po tym wszystkim oddelegowanie jej do Nowego Jorku miało głęboki sens. Nie mogła się doczekać wyjazdu. Żeby zapomnieć.
- Lucie? - delikatnie naciskała Weina.
Lucie nie odrywała wzroku od paznokci. Nawet wśród najbliższych przyjaciółek rozmowa na ten temat była podminowana napięciem. Przyznanie, że pragnie się czegoś, co z każdą chwilą bardziej wymyka się z twojego zasięgu, i to nie z twojej winy, ale z przyczyn czysto biologicznych, nie jest łatwe.
- Nie mogę... Nie znalazłam... no wiecie. Zresztą wkrótce i tak nie będzie o czym mówić.
Lucie czuła, że Weina starannie dobiera słowa, mówiąc wolniej, żeby uniknąć wszelkich słów wypełniaczy:
- Nie zamierzałam sugerować tradycyjnej drogi od romansu przez małżeństwo do dzieci. To nie dwa tysiące dziesiąty.
- Nie miałam pojęcia, że romans i małżeństwo wyszły z mo-dy - odparła oschle Lucie. - Muszę dać znać rodzicom. I TLC. To co teraz wyznacza trend, "Salon Sukien Ślubnych: Antarktyda"?
Weina pokazała język.
- Posłuchaj. Chodzi mi o samo sedno: dzieci. Ta śpiewka, że "się zakochali, zanim się pobrali i dzieci miali", to właściwie nowość w dziejach małżeństwa. Jestem pewna, że "małżeństwa z miłości" nie były na topie w czasach naszych dziadków. A może i rodziców. Zawierało się je dla zapewnienia ciągłości rodu. Zapomnij o małżeństwie. Przejdźmy do sedna. Może po prostu trzeba sobie zrobić dziecko?
- Rzekła kobieta, która wyszła za swoją studencką miłość, a przy składaniu małżeńskiej przysięgi płakała tak rzewnie, że mało nie zemdlała - skwitowała Suzie, przewracając oczami. - J'accuse3!
- Touché4 - odparła Weina cierpko. - Ale wiecie... co znaczy małżeństwo w dobie rozwodów? - Postukała w drewniany blat stołu. - Co nas powstrzymuje przed prokreacją dla samej prokreacji, jak to robili nasi przodkowie? Może pora się wyzwolić, wypłynąć na szersze wody...
Lucie przerwała ten wywód, zanim wymknął się spod kontroli.
- Nie zamierzam przespać się z jakimś przypadkowym typem, żeby zajść w ciążę. To nie w moim stylu. Zresztą o czymś zapominasz: w naszym wieku to już nie takie proste, że hop-siup i już.
- Ze mną i Simonem tak było - powiedziała Weina. - Wystarczył jeden odcinek Gry o tron, no wiecie, ten z Khalem Drogo i Khaleesi, gdzie ona jest na górze...
- Weina! - Suzie i Lucie przerwały jej zgodnym chórem. Znali się wszyscy, łącznie z Simonem, od zbyt dawna. Gdyby pozwoliły Weinie dalej mielić ozorem, Lucie nie byłaby w stanie zagrać kolejnej partii golfa z jej mężem, a bardzo lubiła golfa.
- Wybaczcie. Za dużo szczegółów.
- Spermę dostaniesz wszędzie, żaden problem - stwierdziła Suzie rzeczowo, jakby rozmawiały o pomidorkach koktajlowych.
- Naprawdę nie sądzę, żeby jakaś obca sperma załatwiła sprawę, to nie dla mnie - oświadczyła Lucie. - Zresztą za dużo się naczytałam sensacji o bankach spermy od jednego dawcy.
- Nie, szajbuski, posłuchajcie. Dobrze wiemy, że Lucie nie zrobi niczego "nieplanowanego" ani "ryzykownego", więc pomyślałam o czymś bardzo w jej stylu. Mówię o współrodzicielstwie z wyboru. Niedawno znajoma z Hongkongu (pamiętacie Ali?) opowiadała mi o platformie Co-Family.com, na której szuka potencjalnych współrodziców. Jest tam mnóstwo użytkowników i mają pakiety VIP, jeśli wolisz zawęzić grono kandydatów.
Współrodzicielstwo. Czy to nie jest to, co teraz robi Hannah z byłym mężem Geraldem po burzliwym rozwodzie?
- Wybacz, może wypiłam za dużo wina, ale nie pojmuję, co to właściwie jest za platforma?
- Taki Tinder dla potencjalnych rodziców, mówiąc w skrócie.
"Tinder" i "rodzice": tych słów nie powinno się wymawiać jednym tchem.
Lucie wyjęła telefon, żeby znaleźć tę stronę; widziała, że Suzie robi to samo, mamrocząc przy tym:
- No, no, to już poziom wyżej.
- To takie... niekonwencjonalne - dodała Lucie, marszcząc nos. - Już widzę te komentarze od ludzi - a pod tym pojęciem rozumiała rodziców i chyba większość znajomych - gdyby się dowiedzieli, że to zrobiłam.
- A kogo to obchodzi - powiedziała Weina. - Nie ich sprawa. To kapitalny, nowoczesny sposób na pokonanie biologii, która sprzysięgła się przeciwko nam.
Suzie pokiwała głową.
- Racja. Pewnie ta rozmowa wyglądałaby zupełnie inaczej, gdybyś była facetem. Rzuciłybyśmy, że "dobra robota, stary" i że masz brać reprodukcyjny los w swoje ręce. Dlaczego nie możemy stosować tych samych standardów do kobiet?
- Skąd nagle u ciebie ten australijski akcent? - chciała wiedzieć Lucie.
Weina pstryknęła palcami przed ekranem.
- Nie zmieniaj tematu. Pomyśl tylko: zamiast tracić czas na randkowanie, możesz określić, co jest dla ciebie istotne, i teoretycznie system powinien cię sparować z kimś, kto podziela twój światopogląd albo przynajmniej chce tego samego co ty dla swojego przyszłego potomstwa. Dzięki temu znajdziesz kogoś podobnie myślącego. Niektóre pakiety VIP nawet odsiewają tych, którzy byli notowani!
"Patrzcie państwo!" - pomyślała Lucie. Zawsze to jakaś wstępna selekcja... no, chyba że ktoś jest przestępcą, ale go nie złapali, jak Dexter. Hm.
- I bez obaw, trzeba się zarejestrować, podając dane z dowodu tożsamości i karty kredytowej, żeby mieć dostęp do profili innych użytkowników, a czyjeś nazwisko zobaczysz dopiero wtedy, kiedy poprosisz o kontakt z tą osobą, więc dyskrecja zapewniona - wyrecytowała Weina, wyczuwając jej wahanie.
- Skąd tyle o tym wiesz?
- Zrobiłam research.
- Aha.
- Więc ogólnie rzecz biorąc, podejmowane ryzyko jest minimalne.
- Bardzo sexy - mruknęła Lucie.
- Cóż, największą zaletą współrodzicielstwa jest to, że masz ogarnięte wszystkie ważne sprawy, zanim się rozmnożysz, a to dużo więcej, niż mogę powiedzieć o większości "tradycyjnych" związków, bo my zazwyczaj nadziewamy się na problemy dopiero po urodzeniu dziecka. Wiecie, na przykład, że Simon upiera się, aby nasze dzieci chodziły do publicznych szkół, i nie chce, żeby chłopcy zostali obrzezani, jak on?
- Weina! - zaprotestowały Lucie i Suzie zgodnym chórem. - Bez szczegółów!
- Dobra, przepraszam. - Weina wyszczerzyła zęby. Czasem Lucie podejrzewała, że ona mówi takie rzeczy specjalnie, żeby przyprawić przyjaciółki o dreszcze; a właściwie była tego pewna. - Posłuchaj, jeśli sam pomysł współrodzicielstwa ci się podoba, ale nie chcesz tego zrobić z nieznajomym, to nie wiem, może namów jakiegoś kolegę?
Lucie przebiegła w myślach listę - a raczej garstkę - znajomych singli, którzy mogliby być zainteresowani, i zadrżała. Mowy nie ma.
- Jesteś singielką, masz za co żyć, a przyjaciółki cię wspierają, więc co ci szkodzi spróbować. Moim zdaniem korzyści przeważają nad ryzykiem.
- To nie to samo, co pójście na randkę czy nawet znalezienie sobie partnera. To ma konsekwencje na całe życie. I jest takie... niesprawdzone. - A poza tym jej rodzina o politycznych ambicjach na pewno stanowczo by to potępiła, o ile w ogóle by się jej za to nie wyrzekła.
Weina wybuchnęła tym swoim szczekliwym śmiechem.
- Tak samo ludzie mówili o portalach randkowych, a nie wygląda na to, żeby miały zniknąć. To jest przyszłość i nic na to nie poradzisz. Obiecaj mi tylko, że zachowasz otwarty umysł i... - Z elektronicznej niani wydobył się krzyk mrożący krew w żyłach, a u Weiny znów włączył się tryb "matka". - O rany, zdaje się, że obudziła się jedna kruszynka... o kurwa, a teraz już wszystkie. - Weina nie przeklinała, dopóki nie urodziły się trojaczki. - Muszę lecieć do moich maleństw, pora na udój! Zorientuj się, jak to wygląda, zanim powiesz "nie", Lucie! - szczebiotała wesoło, choć na jej klatce piersiowej właśnie rozkwitała wielka, mokra plama. Jej ekran ściemniał.
Suzie zrobiła głęboki wdech i wydech.
- Uff! Ciężko tak ciągle szeptać. - Teraz mówiła i żuła ze swoją "domyślną, normalną głośnością", czyli z takim wigorem, że mogłaby zetrzeć kości na proch. - Ale tak serio, ta strona z platonicznym rodzicielstwem wygląda mi na spoko opcję.
- Nic, co trzeba zachwalać słowem "spoko", nie może być dobrą opcją - odparła Lucie złowieszczo.
- Po prostu to sprawdź. - Suzie przewróciła oczami. - Zresztą na pewno i tak zrobisz całą analizę SWOT, ledwo się wyłączę.
- Suzie! - rzuciła Lucie, całkiem zadowolona. Właśnie to zamierzała zrobić.
Wymieniły jeszcze parę uwag i plotek na temat swoich rodzin, po czym Suzie wymówiła się rozmową służbową - co prawda była młodszą wspólniczką, ale czasy były ciężkie, więc wolała nie ryzykować, bo miała nadzieję zostać wspólniczką kapitałową. Nikt nie był bardziej oddany swojej pracy niż Suzie - co było całkiem inspirujące.
Lucie usiadła wygodnie i zaczęła rozważać swoje opcje. Reszta sobotniego wieczoru nie kryła w sobie żadnych obietnic ani niespodzianek. Nie było nikogo, z kim Lucie mogłaby się zdzwonić albo spotkać. Krępująca prawda wyglądała tak, że nie nawiązała za wiele znajomości w ciągu tych dwudziestu miesięcy spędzonych w Nowym Jorku - jej tymczasowe przeniesienie miało wyraźnie określoną datę ważności: koniec lutego. O ile nie nastąpi przedłużenie jej delegacji, wróci do domu, więc nie próbowała wysilać się towarzysko. Poza tym była w żałobie, a potem rzuciła się w wir pracy, fundując sobie znieczulenie w postaci ciągłego ruchu. Dopóki umysł miała zajęty, nie musiała myśleć; ani tym bardziej czuć.
"Co dalej, Lucie?"
Mogłaby pójść pobiegać. Albo otworzyć następną butelkę i pooglądać Netfliksa. Albo... zajrzeć na tę stronę z platonicznym rodzicielstwem.
"To jest przyszłość - przypomniała jej Wewnętrzna Weina. - Pogódź się z tym".
"Skynet jest z przyszłości, wiesz? - dodała Wewnętrzna Suzie. - Tak tylko mówię".
Obie miały rację.
Przemyślała to i, choć z pewnym niepokojem, zajrzała na stronę Co-Family.com. Bo czemu nie? Co mogłoby pójść nie tak?
1 Sayang (indonez.) - tu: kochana, moja droga (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).
2 Kuchnia Nyonya - tradycja kulinarna Chińczyków Peranakan od dawna osiadłych w Malezji, Singapurze i Indonezji. Łączy potrawy kuchni chińskiej z lokalnymi przyprawami.
3* J'accuse (fr.) - oskarżam!
4 Touché (fr.) - racja, słusznie.