Luka Modrić. Sportowi giganci - Justyna Krupa

Kup książkę

39.00 zł
23.40 zł (23,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ I DZIECIŃSTWO W CIENIU WOJNY

Kręta, wąska droga wije się niczym wąż. Prowadzi znad morza i pnie się cały czas w górę, aż pod wysokie szczyty górskiego pasma Velebit. To wyjątkowo nieprzyjazne góry. Wiatr potrafi dąć tak, że aż świszczy tu w uszach. Wokół drogi widać ostre, kolczaste krzewy, niemal jak na sawannie. Tam, wysoko, prawie nie ma kwiatów. Prawie nie ma trawy. Drogą toczą się pchane przez wiatr pozwijane w kule kolczaste fragmenty krzewów. Są takie partie gór, gdzie nikt się nie zapuszcza. Kto chciałby chodzić po tych skalnych pustkowiach?

Gdy człowiek zejdzie z drogi, może się pokaleczyć o ostre krzewy albo kamienie. W oddali widać jednak kilka domków. Maleńkich, zbudowanych z białego kamienia. Gdy nad góry nadciąga burza znad najwyższych szczytów, niebo robi się aż sine od ciemnych chmur, a wicher duje tak, jakby te małe domki chciał zdmuchnąć w przepaść.

By dotrzeć do rodzinnego domu Luki Modricia, trzeba wyminąć te pierwsze domki i piąć się jeszcze wyżej. Jeszcze bliżej sinego nieba.

Dziadek też miał na imię Luka

Dom, w którym mieszkał dziadek przyszłego wicemistrza świata, znajdował się na południe od wzgórza i tunelu św. Rocha (Sveti Rok).

Garstka rozrzuconych niżej po okolicy budynków tworzyła wioskę zwaną Modrici.

Mały Luka spędzał z dziadkiem dużo czasu. To właśnie po nim otrzymał imię, bo senior też nazywał się Luka. Gdy ogląda się zdjęcia z tamtego czasu, widać, że już jako roczny chłopczyk mały Luka wiedział, co jest mu pisane. Jest fotografia, na której ubrany w czerwony kubraczek, cały uśmiechnięty siedzi na swojej pierwszej piłce.

Gdy Luka odkładał piłkę w kąt, biegł bawić się z siostrą Jasminą. Dużo czasu spędzał na łonie natury.

Często karmili małe kozy, których sporo bywało w tej okolicy. Wiele osób miało w zagrodzie również osła. To bardzo popularne zwierzę w Dalmacji. Mały Luka pomagał paść wspomniane kozy. Przechadzał się z nimi po kamienistych ścieżkach. Był wtedy niewiele większy od nich.

Wojenna rzeczywistość

Dzieciństwo Luki płynęło spokojnie. Do czasu aż nad całymi Bałkanami zebrały się czarne chmury.

W 1991 roku na terenie dzisiejszej Chorwacji wybuchła wojna. Zaczął się rozpad Jugosławii, czyli kraju, w którym Luka się urodził. Z Jugosławii z czasem powstały niepodległe państwa, między innymi Słowenia, Chorwacja czy Serbia. Teraz jednak region, w którym żyła rodzina Modriciów, był szczególnie narażony na działania zbrojne.

On sam nie rozumiał, co dokładnie dzieje się w nowej rzeczywistości. W swojej autobiografii wspominał, że zastanowiło go, że rodzice przestali jeździć do pracy. A w domu coraz częściej panowała ciężka atmosfera.

Najgorsze dla rodziny Modriciów miało dopiero nadejść.

Bez powodu

Któregoś dnia w górskiej, odludnej okolicy wioski Modrici pojawił się wojskowy pojazd. Widziała go, gdy przejeżdżał drogą, babcia małego Modricia, czyli Jela.

Dziadek Luka wyszedł wcześniej z domu, by jak zwykle nieopodal wypasać kozy.

Jakiś czas później jego syn Stipe, a ojciec naszego bohatera, podjechał sprawdzić, co u rodziców. Jakby tknięty przeczuciem.

Zaskoczyło go i zmroziło, że kozy same pałętały się wokół domu.

Poszedł sprawdzić, co z Luką seniorem.

Dziadek Modricia zginął z rąk serbskiego mundurowego. Bez powodu. Niemal pod własnym domem. Miał 66 lat.

Uciec

Po tym, co się wydarzyło, strach na dłużej zamieszkał w sercach Luki i jego rodziny. Starali się odepchnąć od siebie złe myśli. Nie było jednak łatwo.

Rodzice Luki myśleli teraz o jednym: by dzieciaki były bezpieczne. Dlatego bardzo szybko podjęli decyzję o wyjeździe z zagrożonej okolicy. Udali się nad morze, do popularnego dziś kurortu Makarska. Tam pracował wujek Luki, Željko. Był kelnerem.

W Makarskiej było pięknie. Wokół rozciągały się wspaniałe widoki na morze, a za plecami człowiek miał wysokie góry. Luka jednak czuł się dziwnie w tej całej sytuacji. Był kilkuletnim dzieckiem. Nie do końca rozumiał, co dokładnie się wokół niego działo. Nie pojmował tej zawieruchy, która nagle rozpętała się nad jego rodziną. Nie wiedział wtedy do końca, że wyjazd do Makarskiej to była ucieczka przed wojną. Krótko po tym, jak rodzina Luki opuściła dawne strony, ich dom w górach został podpalony.

W Makarskiej było zdecydowanie bezpieczniej.

Luka bardzo lubił wujka Željko, który był bratem bliźniakiem ojca. Zostali u niego przez cztery miesiące. Potem przyszedł czas na kolejną przeprowadzkę.

Celem był wyjazd do miejsca, gdzie Luka się urodził 9 września 1985 roku - do Zadaru.

Świst zwiastuje wybuch

Tam zostali zakwaterowani w hotelu Kolovare. Na początku przydzielono im, jako uchodźcom wojennym, jeden pokój na parterze. Luka zapamiętał, że on, siostra Jasmina, mama i tata mieli tam tylko jedno łóżko. Dopiero później dostali miejsce na trzecim piętrze. Wraz z siostrą ucieszyli się, bo tam już mieli osobny pokój. Mogli się bawić bez przeszkód i wreszcie wygodnie wyspać.

Luka czuł, jak mocno rodzice się o nich martwili. Mieli powody. Wojna w regionie nadal się bowiem nie skończyła. Dla nich również.

Bywało, że w okolicy eksplodowały pociski i granaty. Słychać było ten koszmarny, przeszywający powietrze świst, po którym następował wybuch. Tego mały Luka bał się najbardziej. W takich chwilach nauczył się szybko biec do schronu.

Gdy jednak sytuacja się uspokajała, życie wracało do normalniejszego rytmu. W okolicach hotelu było nawet miejsce, gdzie dało się pograć w piłkę. Trzeba było jednak pamiętać, żeby błyskawicznie ruszyć do schronu, gdy tylko słychać było w oddali pierwszy wybuch.

W kolejnych latach działania zbrojne w tamtym regionie miały różne natężenie. Trwały pokój zapanował dopiero w 1995 roku.

- Sytuacja Luki w dzieciństwie była specyficzna. Podczas wojny na Bałkanach był poddany dużej presji, stresowi. To zostawia pewne ślady, psychologiczne blizny - mówił po latach Vlatko Vučetić, wieloletni trener personalny Luki.

Samych szóstek nie miał

Jeszcze zanim na dobre uspokoiła się sytuacja wojenna w okolicach Zadaru, mały Luka zaczął chodzić do szkoły. Rodzice chcieli, by uczył się jak najlepiej. Bywało jednak różnie. W tych trudnych warunkach nie zawsze dało się skoncentrować na nauce.

Prawda była też taka, że nie ze wszystkich przedmiotów Luka był orłem. Najbardziej, oczywiście poza wychowaniem fizycznym, polubił historię. A już wtedy każdą wolną chwilę spędzał na grze w piłkę.

Nie było jednak łatwo znaleźć boisko w tych warunkach. Grało się więc wszędzie. Również na parkingu, co wspominał Luka w swojej autobiografii "Moja igra" (po chorwacku: "Moja gra"). Kiedyś wraz z najlepszym kumplem, Marko Oštriciem, tak łomotali tam futbolówką, że się doigrali. Uderzyli w jedno z aut. Wybiegł właściciel. Tym razem nie skończyło się na zwyczajowym:

- Zakaz gry w piłkę! Idźcie kopać gdzie indziej!

Ten facet tak się wściekł, że aż przedziurawił im piłkę! Tego było za wiele. Luka i jego przyjaciel poskarżyli się tacie - Stipe Modriciowi. A ten już sobie porozmawiał z jegomościem. Tak skutecznie, że ostatecznie mężczyzna odkupił im piłkę. I Luka wiedział po tej sytuacji - jak i po wielu innych - że na tatę zawsze może liczyć.

Nieśmiały dzieciak

Ojciec Luki widział, jak dobrze synowi idzie z piłką. Dlatego już w 1992 roku zapisał go do szkółki piłkarskiej klubu NK Zadar.

- Mały Luka był nieco wystraszonym, nieśmiałym dzieckiem, ale szybko dostrzegłem, jak mu się futbolówka klei do nogi - wspominał po latach w chorwackiej prasie jego były trener z tamtego okresu, Davorin Matošević.

Chłopak był wątły, niewysoki, więc w klubie z Zadaru ciągle zastanawiali się, czy coś z takiego szkraba w ogóle będzie.

Niczym Heidi

Wielu trenerów małych piłkarzy chce tylko jednego: by biegali najszybciej i kopali najlepiej. A do tego jeszcze, żeby słuchali poleceń. To im wystarcza. Trener pracujący z Luką i jego kolegami w zadarskiej akademii był jednak inny. Jemu to nie wystarczało.

Luka wspominał go jako wysokiego, postawnego człowieka, który wiecznie nosił ciemne okulary. Nazywał się Domagoj Bašić. I bardzo chciał, żeby jego podopieczni nie tylko prosto i mocno kopali piłkę. Chciał, by wyrośli na mądrych ludzi. Dlatego domagał się od nich, by dużo czytali. I to nie gazety w kawiarni czy komiksy. Młodzi chłopcy w akademii w Zadarze mieli czytać książki. Najlepiej jedną na tydzień.

A jak któryś nie czytał, to trener go wyrzucał z treningów. Zupełnie na poważnie odpytywał chłopaków z tego, co zapamiętali z przeczytanej książki. Jak nazywali się bohaterowie, co im się przydarzyło. On sam - tak się dziwnie składało - też znał te wszystkie książki. Tak przynajmniej wspomina Modrić w swojej autobiografii.

Mały Luka postanowił, że przeczyta Przypadki Robinsona Crusoe. W końcu tytułowy Robinson w książce znalazł się na bezludnej wyspie. A przecież skaliste tereny pod zboczami Velebitu, gdzie dorastał Luka, wiele nie różniły się od bezludnej krainy.

Najbardziej jednak bliska mogła mu być bohaterka kolejnej powieści, którą wybrał do czytania. Tym razem Luka zdjął z półki z książkami historię Heidi, czyli kilkulatki, która trafia do domu dziadka - do chaty na alpejskiej hali. Wysokie góry, szumiący wiatr i mała bohaterka, która bawi się na zboczach Alp. Kiedy obracał kolejne kartki książki, łatwo mu było przypomnieć sobie wczesne dzieciństwo.