2. Vivienne
~ PIĘTNAŚCIE GODZIN WCZEŚNIEJ ~
Rozglądam się po małym salonie, żeby się upewnić, czy o niczym nie zapomniałam. Przyczepa z lat siedemdziesiątych może i jest stara, głośna i dziwnie pachnie, ale to mój dom. Nie zauważam nic, co zapomniałabym spakować, więc piszę krótki liścik do brata i wieszam go na lodówce. Kretyn nie odzywał się od ponad dwudziestu czterech godzin, a na czas wyjazdu muszę zostawić mu szczegółowe instrukcje. Rikkon jest ode mnie starszy o pięć lat, ale w tej dysfunkcyjnej rodzinie to ja odgrywam rolę rodzica.
Wzdycham i jeszcze raz sprawdzam telefon. Żadnych informacji od niego. Mimowolnie ściska mnie w piersi. Rikkon przyciąga do siebie problemy jak magnes i jeśli w wieku osiemnastu lat mam już przedwczesne zmarszczki mimiczne, to właśnie przez niego.
Gdzie on jest, do diabła?
Pukanie do drzwi przywołuje mnie do rzeczywistości.
- Vivi, jesteś gotowa? - pyta Karl, jeden z członków mojego zespołu.
- Taa, już idę.
Zarzucam worek marynarski na ramię, biorę torebkę i wychodzę. W porannym słońcu rude włosy Karla są bardziej płomienne i najwyraźniej przybyło mu piegów. Nigdy nie spotykamy się tak wcześnie. Pomimo zarostu na szczęce wydaje się młodszy.
Pozostali członkowie zespołu, Cheryl i Vaughn, są już w vanie. Pewnie śpią, w końcu ćwiczyliśmy do drugiej w nocy.
- Wzięłaś wszystko? - Karl bierze ode mnie worek.
- Mam nadzieję.
W połowie drogi do samochodu oglądam się na przyczepę. Karlowi to nie umyka.
- Coś się dzieje?
- Nie, wszystko w porządku. - Kręcę głową.
Nie ma sensu opowiadać mu o Rikkonie. Nikt z zespołu nie może zrozumieć, dlaczego znoszę kolejne wyskoki brata. Uważają go za samolubnego ćpuna, który mnie nie docenia. Nie przeczę, że przez większość czasu tak nie jest. Ale nie wiedzą, że ryzykował życie, żeby mnie ocalić. Dlatego nie mogę się na niego wypiąć, mimo że czasami bardzo bym chciała.
Tak jak podejrzewałam, Cheryl i Vaughn drzemią już na tylnym siedzeniu. Zajmuję miejsce obok kierowcy i zapadam się w znajome, wysłużone obicie. Zaczynam ziewać, więc zasłaniam usta dłonią.
- Masz. - Karl wręcza mi kubek parującej kawy. - Wypij. Nie możesz zapaść w sen jak ci idioci z tyłu. Ktoś musi mnie zagadywać, żebym sam nie zasnął.
- Dzięki. Jestem zmęczona, ale raczej teraz nie zasnę.
- To podniecające, nie? Nie mogę uwierzyć, że załapaliśmy się na konkurs zespołów w Nowym Jorku.
- Ja też. Mam wrażenie, że to sen. - Ostrożnie upijam łyk kawy i parzę sobie język.
- To nie sen, Vivi. Dobre rzeczy będą się nam przytrafiać.
Uśmiecha się tak otwarcie i szczerze, że zaczynam mu wierzyć. Życie nigdy nie było dla mnie łatwe, dlatego zwykle nie pozwalam sobie na marzenia. Ojciec się zmył, a matka miała dwubiegunówkę, więc musieliśmy z bratem szybko dorosnąć. W naszym świecie nigdy nie było tęczowych jednorożców. Był tylko ból, walka i krew. Przeszywa mnie dreszcz, gdy z zakamarków umysłu wypełzają mroczne wspomnienia. Spycham je z powrotem najdalej, jak tylko się da.
Karl włącza radio i na maksa podkręca głośność.
Natychmiast obrywa butem rzuconym przez swoją siostrę.
- Wyłącz to, ośle, muszę się wyspać - nakazuje Cheryl.
Vaughn nawet nie drgnie. Nigdy nie znałam nikogo innego, kto potrafiłby zasnąć tak, jak stoi. A on przespałby nawet huragan.
Przyciszam radio, żeby zapobiec kłótni.
- Jesteś zbyt miła. - Karl wybucha śmiechem.
- Nie zapominaj o tym. - Uśmiecham się złośliwie i podnoszę kubek do ust, żeby ukryć rozbawienie.
Uwielbiam śpiewać w zespole, ale to dzięki Karlowi wszystko jest lepsze. Nie wiem, jak to robi, lecz pomaga mi na chwilę zapomnieć o problemach. Po dołączeniu do Nocturnalu nieźle się w nim zabujałam. Miałam wtedy piętnaście lat, a on dziewiętnaście. Cheryl nazywała mnie lolitką. Z oczywistych względów uczucie nie było odwzajemnione. Karl traktował mnie jak młodszą siostrę, a ja z czasem wyleczyłam się z miłości i zaczęłam go postrzegać jak starszego brata, jakiego powinnam mieć.
Za każdym razem, gdy żałuję, że Karl nie jest moim prawdziwym bratem, w sercu odzywa mi się poczucie winy. Rikkonowi zależy na mnie w jego upośledzony sposób. Inaczej nie zrobiłby tego, co zrobił. Życie zgotowało nam okrutny los i podczas gdy moim mechanizmem radzenia sobie z nim była muzyka, Rikkon zatracał się w imprezach i dragach.
- O czym myślisz? - pyta Karl.
- O niczym takim.
- Marszczyłaś brwi, więc domyślam się, że myślałaś o bracie. Co zrobił tym razem?
- Nic, co dziwne.
Gdy tylko to wypowiadam, rozdzwania się mój telefon. Dzwonkiem przypisanym bratu. Wreszcie!
- Najwyższa pora. Gdzieś ty się podziewał? - pytam.
- Vivi, musisz mi pomóc - odpowiada bez tchu, jakby biegł.
Znowu ściska mnie w piersi. Wiedziałam, że wydarzy się coś niedobrego.
- Co się stało? - W tle słyszę odgłosy szamotaniny i krzyk. - Rikkon! Mów, co się dzieje!
- Rikkon nie może teraz rozmawiać - odpowiada mi inny męski głos. Zimny. Szorstki.
- Kto mówi?
- Ktoś, kogo wnerwił twój brat. Jeżeli chcesz, żeby przeżył, przyjdź do Ember Emporium. Sama.
Połączenie zostaje przerwane.
Upuszczam telefon na kolana, przed oczami robi mi się ciemno.
- Vivi, co się stało? - pyta zaniepokojony Karl.
- Chodzi o Rikkona. Wpadł w kłopoty. Muszę mu pomóc.
- Co tym razem odwalił ten palant? - Między przednimi fotelami pojawia się twarz Cheryl.
- Nie wiem. Ale muszę iść do Ember Emporium, teraz, sama, żeby mu pomóc.
- To terytorium zmiennokształtnych - zauważa Cheryl. - Co twój brat robi u smoków?
- Nie wiem. - Słyszę napięcie w swoim głosie. Nie płaczę tylko dlatego, że nie chcę dać po sobie znać, jak bardzo jestem przerażona.
- Nie możesz iść tam sama - stwierdza Karl. - Ember Emporium to siedziba Larssona. A on jest najbardziej bezlitosnym bossem smoków, jaki kiedykolwiek zjawił się w Salem.
- Myślisz, że nie wiem? - warczę. - Ale jeśli tam nie pójdę, to mogę już nigdy nie zobaczyć Rikkona.
- I dobrze - mamrocze pod nosem Cheryl.
- Cheryl! Nie mów tak - upomina ją Karl.
Zaciskam pięści i wyglądam przez okno.
- Nie proszę, żebyście mnie zrozumieli ani poparli moją decyzję. Ale muszę mu pomóc. To mój brat.
- No to pójdziemy tam wszyscy - decyduje Karl.
- Nie! - Gwałtownie się do niego odwracam. - Powiedzieli mi, że mam przyjść sama. Nie chcę wkurzyć porywacza.
- Koleś, to naprawdę zły pomysł - dorzuca swoje trzy grosze Vaughn. Najwyraźniej moje kłopoty obudziły Śpiącą Królewnę.
- Nie możemy startować w konkursie bez wokalistki - przypomina Cheryl.
Poczucie winy sięga zenitu. Durny, durny Rikkon. Nie wierzę, że znowu stawia mnie w takiej sytuacji. W tej chwili go nienawidzę.
- Przepraszam - wyszeptuję.
- Daruj sobie, Vivienne. Wszyscy wiemy, że trzymasz się tego przegrywa tylko dlatego, że boisz się zaryzykować - odparowuje Cheryl.
- To nieprawda. Nic nie wiesz - syczę przez zęby.
Cofa się z powrotem na swoje miejsce i odwraca ode mnie twarz.
- Uważam, że najwyższy czas rozejrzeć się za nową wokalistką.
- Mam wybierać między życiem brata a zespołem? - pytam piskliwie.
- Tak.
Jej odpowiedź jest jak cios prosto w serce. Czuję szczypanie w oczach i gdy obserwuję Karla, trudno mi powstrzymać łzy. Widzę, jak zaciska zęby i marszczy brwi.
- Myślisz to samo, co twoja siostra? - pytam go.
- Nigdy nie kazałbym ci wybierać między życiem brata a zespołem, ale... Nie mogę powiedzieć, że się z nią nie zgadzam. Zawsze wszystko rzucasz, gdy chodzi o Rikkona. Dzisiaj wkurzył bossa smoków. A co zrobi jutro? Zabije jakiegoś wampira z królewskiego rodu?
Krzywię się mimowolnie. Pospiesznie odwracam głowę z nadzieją, że Karl nie zauważy mojej reakcji. Nie ma pojęcia, jak prawdziwe są jego słowa.
Wzdrygam się i mówię:
- Możesz zatrzymać samochód, żebym mogła wysiąść?
- Zaraz, naprawdę idziesz tam sama? - dopytuje Vaughn. - Zwariowałaś?
- Może i tak. Ale muszę to zrobić.
Karl wzdycha z rezygnacją.
- Podrzucę cię tam. Nie będziesz iść do centrum na piechotę. - W jego głosie słyszę życzliwość i zrozumienie, ale też pewną nieodwracalność.
Zawiodłam zespół już zbyt wiele razy, a to jest pewnie ostatnia kropla goryczy. Cheryl chyba ma rację. Może faktycznie wykorzystuję brata do tego, żeby nic w swoim życiu nie zmienić. Skoro nigdy nie spróbuję, nie będę musiała się mierzyć z porażką.
Karl zostawia mnie przed Ember Emporium i odjeżdża, nawet nie patrząc w moją stronę. O tej porze bar jest zamknięty, a ulica pusta. Smoki zaczynają swój dzień po południu, a jeszcze nie ma dziewiątej.
Naciskam klamkę, mimo że w oknie wisi tabliczka "Zamknięte". Drzwi ustępują. Otwieram je powoli, przerażona wizją tego, co mogę zobaczyć w środku. Nigdy wcześniej nie odbiło mi na tyle, żeby się zapuścić na terytorium istot nadnaturalnych. Można powiedzieć, że współżyjemy w pewnego rodzaju pokoju, ale nie ma co ukrywać - większość z nich widzi w nas ofiary.
Salem to jedyne miasto na świecie, w którym istnienie nadnaturalnych nie jest tajemnicą. Gdybyśmy pojechali dzisiaj do Nowego Jorku, mój zespół całkowicie by o nich zapomniał. Miasto jest otoczone zaklęciem, które uniemożliwia wszystkim ludziom chlapnięcie czegoś przez przypadek, gdy znajdą się poza granicami Salem. No, prawie wszystkim.
Wydaje się, że Rikkon i ja jesteśmy jedynymi ludźmi, na których ono nie działa. Może odporność zapewnia nam coś, co matka brała w czasie ciąży. To po niej brat odziedziczył skłonność do nałogów.
Wewnątrz uderza mnie mieszanina mocnych zapachów. Zwietrzałe piwo i pot nie stanowią zbyt zachęcającej woni.
- Halo! - wołam. - Przyszłam po brata.
Mój głos odbija się echem od ścian pustego, ciemnego pomieszczenia. Coraz częściej przebiega mnie dreszcz, a serce wybija rytm staccato niczym zegar. Tik, tak. Tik, tak.
Drzwi po drugiej stronie baru otwierają się z hukiem i w wielkim stylu wchodzą trzej rośli zmiennokształtni. Są wysocy i szerocy w barach. Ramiona mają wielkie jak pnie drzew, aż rozciąga się na nich materiał marynarek. Trudno powiedzieć, który z nich to Larsson. Od wszystkich bije potęga.
- Gdzie mój brat? - pytam, starając się, żeby głos mi nie drżał.
- Zatrzymaliśmy go - odpowiada wysoki blondyn stojący pośrodku.
Mam wrażenie, że zamarza mi serce. W sumie nawet mnie to nie dziwi, gdy patrzę na ostre rysy smoka, które mogłyby ciąć jak nóż, i zimne spojrzenie kogoś pozbawionego duszy.
- Chcę go zobaczyć - rzucam stanowczo.
- Nie masz nic, co pozwalałoby ci na wysuwanie jakichkolwiek żądań wobec mnie. Twój brat został przyłapany na handlu crackiem na moim terenie. Ma szczęście, że moi wspólnicy nie zabili go na miejscu.
A więc to jest Larsson.
- Powiedziałeś, że jeśli chcę, by przeżył, to mam tu przyjść - odpowiadam gniewnie, bo na chwilę zapominam, z kim mam do czynienia.
- Owszem, mam dla ciebie propozycję. Puszczę twojego brata wolno, jeżeli coś dla mnie zrobisz.
Przerażenie ściska mi pierś i zgniata niczym imadło.
- Co takiego? - pytam cicho.
- Coś dla mnie ukradniesz. - Larsson przeszywa mnie intensywnym spojrzeniem żółtych oczu.
To nie może być nic dobrego.
- Co mam ukraść, a najważniejsze: komu?
- Jest taki naszyjnik, antyk, którego pożądam. Należy do pewnego wampira, który nigdy go nie zdejmuje.
"Wampir" - to słowo, którego obawiam się najbardziej.
Serce natychmiast zaczyna mi bić w szaleńczym tempie. Krew dudni w uszach. Zaczerpnięcie powietrza robi się jeszcze trudniejsze.
Larsson, niepomny ogarniającej mnie paniki, ciągnie:
- Wampir ten nazywa się Lucca Della Morte.
Della Morte. Znam to nazwisko. Kurwa. Oczywiście, że to nie mógł być żaden zwykły wampir.
- Mam okraść spadkobiercę rodu Blueblood? - pytam piskliwym tonem.
- Według moich źródeł właśnie przebudził się z hibernacji. Biorąc pod uwagę funkcjonowanie tych nadętych krwiopijców, będzie dziś świętował to wydarzenie z pompą.
Nie wiem nic na temat hibernacji, ale nie trzeba być geniuszem, by się domyślić, że taki wampir będzie wygłodniały. Nie powinnam się znaleźć w jego pobliżu.
- Nie mogę tego zrobić.
Larsson unosi brew.
- Czyli twój brat kłamał, gdy twierdził, że zrobisz dla niego dosłownie wszystko?
Wzdrygam się i na ułamek sekundy zamykam oczy.
- Nie, nie kłamał.
- Nie martw się. Nie będzie to takie trudne. Jesteś ładną osóbką, a Lucca właśnie takie lubi. Musisz tylko dopilnować, żeby wypił to. - Na stoliku przed sobą stawia szklaną buteleczkę. - Wtedy będziesz mogła z nim zrobić, co tylko zechcesz.
Podchodzę do stolika niepewnie. Ręce mi się trzęsą, gdy chwytam fiolkę.
- Co to jest?
- Wampomor.
Brwi podjeżdżają mi aż pod sufit.
- Myślałam, że to mit.
Na twarz smoka powoli wypływa złośliwy uśmiech.
- Ależ nie, moja droga. Istnieje naprawdę, ale jest rzadki i kosztowny. - Mruży niebezpiecznie oczy. - Więc go nie zmarnuj.
Mocniej zaciskam palce na buteleczce.
- Gdzie znajdę tego wampira?
- Będzie wieczorem w Havocu.
- To ekskluzywny klub. Nigdy mnie do niego nie wpuszczą.
Poza tym powstał po to, żeby zaspokajać potrzeby wampirów. Nie wydaje mi się, abym zdołała powstrzymać panikę, kiedy znajdę się wśród nich.
- Włóż obcisłą małą czarną i szpilki. Upewnię się, że twoje nazwisko znajdzie się na liście.
Nie mam już więcej wymówek. Wygląda na to, że naprawdę muszę to zrobić.
Wcześniej nie potrafiłam sobie wyobrazić, że kiedykolwiek powiem bratu, iż mam go dość. Ale jeżeli przeżyję dzisiejszy wieczór, to już nigdy nie chcę go widzieć.