Rozmowa 1
Kiedy wybuchnie III wojna światowa?
Piotr Zychowicz: Kiedy i gdzie wybuchnie III wojna światowa?
Jacek Bartosiak: Ona już wybuchła. Choć słowo "wybuchła" nie do końca
jest precyzyjne. Zastanówmy się, kiedy wybuchła II wojna światowa. W Polsce w roku 1939 czy może znacznie wcześniej w Mandżurii?
PZ: Właśnie, Japończycy i Chińczycy
uważają, że zaczęła się 18 września 1931 roku, gdy doszło do incydentu
mukdeńskiego - prowokacji będącej wstępem do aneksji Mandżurii przez
Japonię.
JB: Sowieci z kolei utrzymują, że ta
wojna wybuchła w czerwcu 1941 roku.
PZ: Czesi - że w 1938 roku.
JB: Amerykanie - że w grudniu 1941 roku.
PZ: Tak, różne narody - różne
perspektywy.
JB: Rewizjonistyczne mocarstwa - w szczególności Japonia i Niemcy - postanowiły w latach trzydziestych
zmienić panujący ład małymi kroczkami. Oczywiście dla Chińczyków,
Austriaków czy ludności Czechosłowacji to były dość duże kroki. A Polska
postanowiła sprawdzić ten blef Hitlera. I tu na symetrycznym polu walki
rozegrało się prawdziwe zderzenie między dwiema armiami i ich państwami.
Wcześniej Hitler osiągał swoje cele metodami asymetrycznymi, czyli - jak
bym powiedział współczesnym językiem - metodami wojny nowej generacji.
Poprzez wymuszenie siłowe.
PZ: Tak, nasz minister spraw
zagranicznych, Józef Beck, postanowił sprawdzić, czy Hitler rzeczywiście
blefuje. Niestety okazało się, że nie.
JB: III wojna światowa już więc trwa.
Stany Zjednoczone do niedawna gwarantowały ład światowy. Ich rola w Eurazji jest teraz jednak kwestionowana przez Chiny i przez Rosję.
PZ: Wydaje się, że III wojna światowa,
przynajmniej w pierwszej fazie, będzie się toczyła daleko od naszych
granic. Punktem zapalnym będzie Azja, rejon Pacyfiku. Amerykańska opinia
publiczna - bo oczywiście nie ludzie, którzy decydują w Waszyngtonie o polityce - wierzy, że międzynarodowa gra to starcie dobra ze złem.
Polacy, nawiasem mówiąc, również w to wierzą. W rzeczywistości jednak
chodzi o współzawodnictwo mocarstw. Kluczem jest równowaga sił, której
Ameryka stara się być strażnikiem. Za każdym razem, gdy pojawia się
mocarstwo, które pretenduje do roli lokalnego hegemona, czyli zagraża
równowadze sił w Eurazji, Ameryka to mocarstwo próbuje powstrzymać, a potem je niszczy. Cztery przykłady: Wilhelmińskie Niemcy podczas I wojny
światowej, III Rzesza, Cesarstwo Japonii i Związek Sowiecki. W tym
ostatnim wypadku zimna wojna nie przeszła w gorącą, ale doprowadziła do
upadku sowieckiej gospodarki i państwo, które rzuciło wyzwanie Stanom
Zjednoczonym, zostało wyeliminowane. Teraz pretendentem do lokalnej, a być może globalnej, hegemonii są Chiny. Czy są one silniejsze, czy
słabsze niż poprzednicy? Jak twardy jest orzech, który musi zgryźć nowy
prezydent Stanów Zjednoczonych?
JB: Chiny są najsilniejszym w dziejach
państwem aspirującym do obalenia hegemonii Ameryki. Zaraz o tym powiem,
ale chciałem dodać, że wcześniej było cztery i pół takich prób. W latach
osiemdziesiątych Japonia gospodarczo, mimo że w zakresie bezpieczeństwa
była zależna od Stanów Zjednoczonych, też znalazła się na takiej
trajektorii. Amerykanie poważnie się obawiali, że zdominuje ona rejon
Pacyfiku, przejmie kontrolę nad cyklami technologicznymi, innowacyjnymi
i kapitałowymi. I tym samym gospodarka Stanów Zjednoczonych straci
konkurencyjność. Wówczas Amerykanie bezwzględnie wykorzystali swój
status eksportera bezpieczeństwa i właściwie pana lennego Japonii.
Zmusili Tokio w porozumieniu podpisanym w 1985 roku w nowojorskim hotelu
Plaza do zmiany parametrów makroekonomicznych gospodarki. Od tej pory
datuje się stagnacja japońskiej gospodarki. Na tym właśnie polega władza
w systemie międzynarodowym, którą Amerykanie dzierżą, a Chińczycy
starają się im odebrać. Wojna już się toczy. Jest to wojna o przepływy
strategiczne. Chiny są największym konkurentem, najpotężniejszym, z jakim Amerykanie musieli się kiedykolwiek zmierzyć.
PZ: Dlaczego?
JB: Wojna to w dużej mierze starcie
potencjałów gospodarczych. Chiny pod względem siły nabywczej PKB mają
większą gospodarkę od amerykańskiej i bardzo szybko odjeżdżają
Amerykanom. Niedługo, a pandemia covidu na razie to przyspiesza, będą
mieli większą gospodarkę pod względem wartości nominalnej. Amerykanie
nigdy nie mieli takiego przeciwnika. Przeciwnika, który produkuje
znacznie więcej niż oni. Przeciwnika, który ma większą liczbę obywateli.
W dotychczasowych starciach to Amerykanie byli silniejsi demograficznie,
produkowali więcej, mieli więcej kapitału, mieli większą bazę
przemysłową. A Chiny na wszystkich tych polach górują nad USA.
PZ: Czyli są znacznie silniejsze, niż
niegdyś były państwa Osi?
JB: PKB Niemiec hitlerowskich i Japonii
imperialnej na początku lat czterdziestych XX wieku wynosiło łącznie
mniej niż 40 procent amerykańskiego.
PZ: No tak, to mówi wszystko.
JB: A Amerykanie mieli jeszcze po swojej
stronie imperium brytyjskie i Związek Sowiecki. Mieli potężnych
sojuszników.
PZ: Te dwie pary rywali: Stany
Zjednoczone i Japonia w roku 1941 oraz Stany Zjednoczone i Chiny w roku
2021, to narzucająca się analogia. Władysław Studnicki powtarzał, że
każdy kraj ma "czynniki siły" i to one - a nie same armie na polach
bitew - decydują o tym, kto zwycięży w nowoczesnej wojnie totalnej.
Chodziło oczywiście o wskaźniki gospodarcze: produkcję stali i aluminium, możliwości wytwórcze fabryk, maszyny, potencjał ludnościowy.
Admirał Yamamoto, geniusz wojny oceanicznej, który poprowadził
Japończyków do triumfu pod Pearl Harbor, również zdawał sobie z tego
sprawę. Na jedną z narad poprzedzających decyzję o ataku na Stany
Zjednoczone przyszedł z neseserem. Położył go na stole, wyciągnął z niego zestawienia statystyczne i zaczął czytać: przemysł chemiczny -
przewaga amerykańska tyle a tyle procent. Surowce - przewaga amerykańska
tyle a tyle procent. Przemysł mechaniczny - przewaga amerykańska tyle a tyle procent. Potem to podsumował: Ameryka ma dziesięciokrotnie większy
potencjał niż Japonia. Panowie - powiedział - jeśli pójdziemy na to
zderzenie, to oni nas zmiażdżą. Ani duch walki, ani element zaskoczenia
nic nam nie dadzą. Tę wojnę musimy przegrać. Gdyby teraz zrobić takie
porównanie między potencjałem Chin i Stanów Zjednoczonych, to nie
wyglądałoby ono dla Amerykanów już tak różowo.
JB: Tak, ale czasy się jednak zmieniły.
Japończycy mieli swój plan zwycięstwa na Pacyfiku. Wynikało to ze
specyfiki wojny morskiej. Otóż wojna taka ma to do siebie, że łatwo
można zablokować przeciwnika, wykorzystując wąskie cieśniny i przesmyki.
Można go pozbawić portów. Plan Japończyków był taki, że zniszczą
amerykańską flotę stacjonującą w Pearl Harbor, a potem pozostałe bazy i okręty aż do Kanału Panamskiego i Kalifornii. W ten sposób zablokujemy
zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych - planowali - zablokujemy Kanał
Panamski, sparaliżujemy przeciwnika i Amerykanie będą musieli się
poddać. Mimo że mają taki wielki przemysł i potężną flotę.
Jest taka słynna książka oficera japońskiego wywiadu o planie, zgodnie z którym Japonia miała zamiar wojować. Znalazłem ją kiedyś w starym
antykwariacie w Stanach Zjednoczonych i napisałem jej recenzję, którą
zamieściłem na moim portalu Strategy&Future. Książkę tę w 1941 roku,
jeszcze przed atakiem na Pearl Harbor, wykradł koreański ruch oporu.
Dostarczono ją Amerykanom, którzy przetłumaczyli ją w grudniu 1941 roku.
Wszystko zostało w niej opisane.
PZ: Hmm, plany snuje się różne. Nawet
bardzo nierealne, oderwane od rzeczywistości.
JB: To prawda, Japończykom nie wyszło.
Ale to była ich jedyna nadzieja - to, że bardzo szybko zadadzą
decydujący cios Amerykanom w wojnie morskiej, wypchną ich z Pacyfiku i zamkną na Atlantyku. A wtedy Amerykanie poproszą o pokój. Oczywiście
Japończycy się przeliczyli.
PZ: Bo za każde pięć zatopionych
amerykańskich okrętów stocznie w USA wodowały dziesięć nowych. Za każde
pięć strąconych samolotów z fabryk wyjeżdżało piętnaście nowych.
Japońska gospodarka nie miała takich możliwości produkcyjnych. Różnica
potencjałów - jak ostrzegał Yamamoto - była zbyt duża.
JB: Lata czterdzieste to były czasy
industrialne, wojna miała charakter przemysłowy. W związku z tym moce
produkcyjne, ilość wytwarzanej stali, aluminium to były decydujące
czynniki zwycięstwa. Amerykanie mieli większy przemysł niż Japonia. I wygrali wojnę na wyczerpanie. Ostrzegam jednak przed prostą analogią z obecnym konfliktem amerykańsko-chińskim. Nie żyjemy już w epoce
przemysłowej, lecz postprzemysłowej. Nie chodzi o to, że państwa mają
mniejsze moce produkcyjne - bo na niektórych polach są one nawet
większe. Po prostu powszechna informatyzacja doprowadziła do tego, że na
okrętach są miliony, setki milionów kilometrów kabli. Nie można już tak
szybko wodować nowych okrętów jak w czasie II wojny światowej, bo trzeba
je wyposażyć w całą niezbędną elektronikę, zgrać software... W związku z tym III wojna światowa będzie toczona w inny sposób niż II wojna
światowa. Nie da się produkować w trakcie wojny tyle sprzętu co kiedyś.
Wojna będzie prowadzona raczej tym, co już jest w arsenałach i bazach
wojskowych. To osłabia Amerykę. Chiny wodują bowiem dużo więcej okrętów.
Mają dużo większy przemysł stoczniowy niż USA. Czyli czas w tym wypadku
pracuje dla nich. To pierwsza zmiana.
Po drugie - obecnie istotą wojny jest obezwładnienie dalekosiężnego
systemu świadomości sytuacyjnej przeciwnika. Oślepienie go. Gdy uda się
to zrobić - natychmiast osiąga się gigantyczną przewagę. Amerykanie
mówią o tym od wielu lat.
PZ: Czyli w przemyśle stoczniowym Chiny
są górą. A jakie atuty mają Amerykanie?
JB: Generalnie Chińczycy mają większy
przemysł niż Amerykanie, nie tylko morski. I rzeczywiście budują
znacznie większą flotę. Mogą być nie do zatrzymania. To poprzedni
prezydent USA podjął działania zmierzające do zatrzymania szalonego
rozwoju Chin. Gdyby nie on, Chińczycy produkowaliby jeszcze więcej i mieliby jeszcze większe stocznie. Oczywiście Cesarstwo Japonii nigdy nie
zdołałoby tego osiągnąć. Słabe strony Pekinu? Otóż Chiny - podobnie jak
Japonia w latach czterdziestych - są uzależnione od importu surowców z zagranicy. W przeciwieństwie do Amerykanów.
Chiny, jak niegdyś Japonia, mają swój pomysł na wojnę z USA, koncepcję
tak zwanej buławy zabójcy, w której stawiają głównie na lądowe systemy
rakietowe, minowanie i okręty podwodne. Amerykanie z kolei mają
koncepcję wojny powietrzno-morskiej na zachodnim Pacyfiku. Obie strony
szykują się do konfrontacji. Celem Chin będzie pozbawienie amerykańskiej
floty zdolności do dominacji na wodach zachodniego Pacyfiku. Z kolei
Amerykanie muszą nałożyć blokadę morską na Chiny, żeby pozbawić je
dostępu do surowców. Ta wojna wisi w powietrzu. Dobrze, żeby nasi
czytelnicy zdawali sobie z tego sprawę, nie byli zaskoczeni. To tak jak
z covidem. Jego też się nie spodziewaliśmy, a żyjemy z nim od wielu
miesięcy. Z III wojną światową może być tak samo.
PZ: Tak, ten scenariusz to nie jest
science fiction, to realna możliwość. Wcale nie żyjemy w epoce końca
historii. Wielu ludzi na początku XX wieku uważało, że ze względu na
nowoczesne środki masowego zadawania śmierci wojna między mocarstwami
jest niemożliwością. A potem przyszły dwa światowe konflikty. Profesor
John Mearsheimer w książce Tragizm polityki mocarstw dokładnie
przeanalizował rywalizację chińsko-amerykańską i doszedł do wniosku, że
ryzyko wojny na Pacyfiku jest obecnie znacznie większe niż wojny
sowiecko-amerykańskiej w czasie zimnej wojny. Przewiduje on, że Ameryka
zbuduje antychińską koalicję. Jej celem będzie otoczenie i zablokowanie
Chin.
Spójrzmy na mapę przyszłego teatru działań wojennych.
Wyraźnie widać, że Chiny od strony morza są otoczone półkolem
amerykańskich państw sojuszniczych. Japonia, Korea Południowa, Tajwan,
Filipiny...
JB: ...Australia, Wietnam.
PZ: Wszystkim tym mniejszym graczom
zależy oczywiście na powstrzymaniu Chin przed narzuceniem swej hegemonii
w rejonie Pacyfiku. Trudno jednak nie zauważyć, że aby domknąć to
okrążenie od północy, należy pozyskać Rosję. Amerykańskim strategom bez
wątpienia bardzo zależy na tym, żeby wciągnąć Rosję do koalicji
antychińskiej. Po pierwsze, to kwestia geografii. Po drugie - surowców.
Gdyby Moskwa w III wojnie światowej wystąpiła jednak po stronie Pekinu,
Chiny mogłyby drogą lądową, przez Syberię, czerpać z Rosji
nieograniczone ilości surowców strategicznych. I Amerykanom nie udałoby
się nałożyć na nie blokady. Cała koncepcja wojny ległaby w gruzach.
Wygląda na to, że bez wciągnięcia Rosji do koalicji antychińskiej Stany
Zjednoczone nie mają szansy wygrać wojny z Chinami.
JB: To jak wojna Behemota z Lewiatanem.
Lewiatanem jest potęga morska USA, blokująca usta i nos, przez które
oddychają Chiny. Przecinająca główne arterie morskie, którymi obecnie do
Chin płyną surowce. To starcie słonia z wielorybem, jak ujął to kanclerz
Bismarck w rozmowie z królem Wielkiej Brytanii. Niemcy są słoniem,
potęgą lądową, a Wielka Brytania wielorybem - potęgą morską. Wieloryb
może zablokować morskie przepływy strategiczne.
PZ: Ale na powodzenie inwazji lądowej nie
ma większych szans.
JB: Racja, nie da się okupować Chin.
PZ: A propos Bismarcka. Kiedyś zapytano
go: "Co by pan zrobił, panie kanclerzu, gdyby brytyjscy żołnierze
wylądowali na plażach Niemiec?". "Jak to co? - odpowiedział. - Wezwałbym
najbliższego policjanta i kazał ich aresztować".
JB: Ta anegdota dobrze oddaje słabość
mocarstw morskich w wojnach lądowych. Ale nowoczesnej wojny nie wygrywa
się przez podbój terytorium rywala i okupację. Wygrywa się, łamiąc jego
wolę walki. Kajzerowskie Niemcy zostały przecież pokonane za pomocą
blokady morskiej, którą nałożyła na nie Wielka Brytania. Anglosasi
doskonale stosują tę strategię.
PZ: To stara tradycja. Już na początku
XIX wieku Anglia próbowała w ten sposób rzucić na kolana Napoleona.
JB: Na co Napoleon odpowiedział blokadą
kontynentalną. A państwa morskie są w tym bardzo dobre.
PZ: Żeby daleko nie szukać. Również
poprzednia wojna na Pacyfiku - z Cesarstwem Japonii - została wygrana za
sprawą blokady morskiej. To blokada pozbawiła Tokio możliwości dalszej
walki.
JB: Z Chinami jest inaczej, bo Chińczycy
to wytrawni gracze, którzy doskonale rozumieją, na czym polega
rywalizacja o światową dominację. Dlatego chiński przywódca Xi Jinping
ogłosił w Astanie - stolicy najbardziej oddalonego od oceanu światowego
Kazachstanu - koncepcję Pasa i Szlaku. Chodzi o zbudowanie potęgi
kontynentalnej, o jakiej marzył słynny niemiecki geopolityk Karl
Haushofer. Tylko że teraz nie budują jej Niemcy, lecz Chińczycy. Potęga
gospodarcza, finansowa i demograficzna dużo większa niż Niemcy. Chodzi o zbudowanie infrastruktury transportowej poprzez masy lądowe Eurazji,
żeby ominąć panujących na morzach i oceanach Amerykanów. Nie chodzi
tylko o Rosję, o dostęp do jej surowców energetycznych. Gra toczy się o większą stawkę. Chodzi o połączenie z Pakistanem, Iranem, Azją Środkową.
Chińczycy budują korytarze transportowe do wszystkich tych krajów. To
jest istota ich ekspansji. Mao Zedong mawiał, że budzi się w nocy i myśli o Malakce. Spędzała mu ona sen z powiek. Malakka to cieśnina
nieopodal Singapuru, wąskie gardło, którym wychodzi w świat - do Europy,
Afryki, Bliskiego Wschodu i innych miejsc na świecie - cała produkcja
Chin. Z kolei w drugą stronę płyną surowce energetyczne. Zablokowanie
tej cieśniny to dla Chińczyków koszmar. Amerykanie, korzystając z pierwszego łańcucha wysp - Japonii, Tajwanu, Filipin - mogą nałożyć na
Chiny blokadę. Odciąć im tlen. Odpowiedzią Chińczyków na taką
ewentualność jest właśnie koncepcja Pasa i Szlaku. Bo tylko ona może
spowodować, że blokada ich nie zadusi. Amerykanie - jak już
wspomnieliśmy - szykują się właśnie do tej blokady. Do wojny morskiej.
Nie mają planów inwazji i okupacji Chin. To nierealne.
PZ: Musieliby oszaleć, żeby tego
próbować.
JB: Sytuacja Zachodu, Stanów
Zjednoczonych, jest dużo trudniejsza niż podczas II wojny światowej i zimnej wojny. Ani hitlerowskie Niemcy, ani imperialna Japonia, ani
Włochy, a szczególnie Sowiety, nie znajdowały się w systemie globalnego
łańcucha dostaw, w zglobalizowanej gospodarce. Chiny tymczasem są
centrum, sercem całego systemu światowego. I podczas III wojny światowej
trzeba będzie wyrwać to serce. Przyczyną wojen są zmiany. Tak, to
zmiany, a nie bieda, prowadzą do wybuchu wielkich konfliktów zbrojnych.
Zmiany w układzie sił. Gdy Sowieci w 1945 roku zatrzymali się na Łabie,
w Jałcie ustalono strefy wpływów. Zarówno w Azji, jak i w Europie
Sowieci zostali zatrzymani na określonym perymetrze. Nie doszło do tak
zwanego rollbacku, czyli Amerykanie nie próbowali wypierać Stalina z zajętych przez niego terenów. Gdy w 1956 roku doszło do powstania w Budapeszcie, Amerykanie zareagowali zachowawczo, to samo było w 1968
roku, kiedy wybuchła rewolucja w Pradze. A potem w 1981 roku, gdy
generał Jaruzelski wprowadził w PRL-u stan wojenny. "Spokojnie, panowie,
to sowiecka strefa wpływów i nie będziemy tam interweniować". Ustalenia
z Jałty obowiązywały. Obie strony ich przestrzegały. Jedyne
nieporozumienie było wtedy, gdy w roku 1950 ówczesny sekretarz stanu USA
Dean Acheson zapomniał w przemówieniu zaznaczyć, że Korea znajduje się w amerykańskiej strefie wpływów. Nie wymienił tego kraju, bo po prostu o nim zapomniał. Wtedy Stalin dał sygnał komunistom z Korei Północnej, że
mogą atakować. Efektem była wojna i destabilizacja. Później natomiast
oba mocarstwa bardzo pilnowały tej sprawy i respektowały swoje domeny.
Sowiety, odcięte żelazną kurtyną, mające gospodarkę socjalistyczną, nie
należały do globalnego systemu gospodarczego. Obecnie jest zupełnie
inaczej. Teraz - tak jak mówiłem - Chiny są w centrum systemu i Amerykanie muszą zrobić bardzo agresywny "rollback". Blokowanie
ekspansji chińskich technologii, takich jak 5G. Sankcje na eksport
mikroprocesorów, odcięcie dostępu do dolara, odbieranie rynków
Chińczykom. To wszystko zostanie zapewne wprowadzone, jeśli Amerykanie
chcą marzyć o zachowaniu swojej globalnej hegemonii. Dla Chińczyków jest
to oczywiście nie do zaakceptowania. I to jest punkt zapalny.
PZ: Blokada na chińskie produkty? To
przecież niewykonalne. Dobre parę lat temu widziałem - chyba w "New
Yorkerze" - świetną karykaturę. Dwóch Amerykanów siedzi w biurze.
"Musimy wprowadzić sankcje na chińskie produkty" - postanawiają. I na
kolejnym obrazku wszystko, co zostało wyprodukowane w Chinach, znika z tego biura. Widzimy puste ściany, a obaj panowie stoją w samych gaciach.
Przecież obecnie niemal wszystko jest Made in China. Sprawy zaszły chyba
zbyt daleko, żeby uruchomić na Zachodzie produkcję wszystkich rzeczy,
które produkują Chińczycy.
JB: O tym właśnie mówiłem. To jest ta
różnica między Chinami a dotychczasowymi rywalami Ameryki. To czyni
próbę powstrzymania dalszego rozwoju Chin tak bardzo trudną.
PZ: Wróćmy do Rosji, bo uciekła nam ta
sprawa. Jeżeli Ameryka chce założyć podwójnego nelsona na kark
Chińczyków - czyli wprowadzić skuteczną blokadę morską - będzie się
musiała porozumieć z Rosją. Z Waszyngtonu docierają sygnały, że wielu
tamtejszych analityków to rozumie. Wygląda więc na to, że Rosja będzie
kluczem do sytuacji. Od tego, po czyjej stronie się opowie, może zależeć
wynik konfrontacji między USA a Chinami. Co mogliby Moskwie zaproponować
Amerykanie, a co Chińczycy? Jaką decyzję podejmie Putin lub jego
następca? Po czyjej stronie Rosja przystąpi do III wojny światowej?
JB: Już przystąpiła - na razie po stronie
Chin. Rosja zajmuje w globalnej rywalizacji stanowisko rewizjonistyczne.
PZ: Czyli złe wiadomości dla Białego
Domu.
JB: Sytuacja przypomina rok 1939, gdy
doszło do porozumienia Związku Sowieckiego z Niemcami. Porozumienie to,
jak wiadomo, doprowadziło do wybuchu II wojny światowej.
PZ: Ta analogia ma określony podtekst.
Rozumiem, że sytuacja jest dynamiczna i w dalszej fazie wojny może dojść
do spektakularnego odwrócenia sojuszy. Jak w czerwcu roku 1941.
JB: Oczywiście. Na szczęście wygląda na
to, że punkt zapalny znajduje się na kierunku azjatyckim, a nie naszym.
Aczkolwiek Europejczycy, zwłaszcza Francuzi, rozumieją tę grę. I dlatego
prezydent Emmanuel Macron tak pielgrzymuje do Moskwy. On chce przekonać
Rosjan, żeby połączyli siły z Europą. Oczywiście z tą nową Europą
Macrona, czyli francuską, bez Amerykanów. Zabiegając o to, oczywiście
nie liczy się z państwami Europy Środkowo-Wschodniej, traktuje je jako
przedmioty w grze mocarstw. Jego propozycja sprowadza się do tego, że
Rosjanie staną się quasi-ekspedycyjną siłą wojskową Europy w nowej
Eurazji. Razem stworzymy obszar, który będzie równoważył potężne Chiny.
Ludziom na Kremlu oczywiście bardzo się to podoba. Ale ten plan,
nazwijmy go scenariuszem małej Jałty, nie jest planem amerykańskim. Nie
chcą go też Niemcy, które niedawno jakby opowiedziały się po stronie
Amerykanów. Mam oczywiście na myśli propozycję, którą Stanom
Zjednoczonym złożyła w październiku 2020 roku minister obrony Annegret
Kramp-Karrenbauer: Niemcy ściśle związane z Ameryką, inwestujące więcej
w wojsko i biorące na siebie funkcję policjanta Europy. Dzięki temu
Ameryka zostałaby odciążona w tej części globu i mogłaby się skupić na
innych wyzwaniach.
PZ: To potwierdza, że sytuacja jest
dynamiczna. Bo wcześniej wydawało się, że Niemcy ciążą raczej ku Chinom.
JB: Myślę, że Niemcy zrobili kilka analiz
polityczno-wojskowych i zobaczyli, w jakim stoją miejscu. To jest
zresztą bardzo dobra wiadomość dla Polski, bo można będzie połączyć
opcję kontynentalną (czyli politykę proeuropejską) z opcją atlantycką
(czyli polityką proamerykańską).
PZ: Jeżeli rzeczywiście dojdzie do nowego
otwarcia między Niemcami a Stanami Zjednoczonymi, te dwa kierunki naszej
polityki nie będą ze sobą sprzeczne. Gdyby jednak drogi Niemiec i Stanów
Zjednoczonych zaczęły się na poważnie rozchodzić, Polska stanęłaby przed
bardzo poważnym dylematem: Za kim się opowiedzieć?
JB: Amerykanie też sondują rozmaite
możliwości. Problem polega na tym, że rozpiera ich pycha, narcyzm
strategiczny. Uważają, że cokolwiek by się działo, i tak dadzą radę.
Damy radę! Bo zawsze dawaliśmy.
PZ: Czyli Ameryka gotowa byłaby
zaryzykować konflikt na dwa fronty? Jednoczesną konfrontację z Chinami i Rosją? Obawiam się, że to byłaby prosta droga do klęski.
JB: Są ludzie w Waszyngtonie, którzy
wierzą, że poradziliby sobie z oboma tymi mocarstwami naraz. Ale życie
szybko by to zweryfikowało. Gdyby jeden z tych przeciwników zadał Stanom
Zjednoczonym jakiś bolesny cios, zapewne postarałyby się zamknąć któryś
z tych frontów. Amerykanie są bardzo elastyczni.
PZ: Jak kalkuje Putin?
JB: Stoi przed poważnym dylematem.
Generalnie Rosjanie uważają, że Chiny zwyciężą. W związku z tym nie chcą
być po stronie Zachodu, po stronie przyszłych przegranych. Ale z drugiej
strony wiedzą, że jeśli Chińczycy wygrają, to potem dobiorą się do nich.
PZ: No tak, Syberia, kość niezgody...
Łakomy kąsek dla Chin.
JB: Rosjanie mają więc twardy orzech do
zgryzienia. To trochę jak z Adolfem Hitlerem. Wygrał wojnę w Europie.
Zajął Czechosłowację, Polskę, Francję, Danię, Norwegię, Holandię,
Belgię, Luksemburg i Bałkany. Ale z uwagi na zagrożenie własnego kraju
zaatakował jeszcze dotychczasowego sojusznika - Związek Sowiecki, bo on
nie dał mu się zwasalizować. A Hitler bardzo potrzebował sowieckich
surowców i bał się sojuszu Stalina z Brytyjczykami.
PZ: Aby zrozumieć sprzeczność interesów
Rosji i Chin, wystarczy sprawdzić, jaka jest gęstość zaludnienia
Syberii. Te dzikie, słabo zasiedlone pustkowia obfitujące w surowce
strategiczne. Tymczasem Chiny mają obecnie ponad 1,4 miliarda obywateli,
głód surowców i apetyt na ekspansję. Wiktor Suworow powiedział mi
kiedyś, że Rosjanki na Syberii marzą o chińskim mężu. Bo Chińczycy nie
piją, nie biją, żyją dłużej niż czterdzieści lat i ciężko harują na
rodzinę. Oczywiście przykład ten podaję półżartem, ale chińskie parcie
na Syberię bez wątpienia przyprawia Kreml o silny ból głowy.
Teraz jednak chciałbym przejść do sprawy najważniejszej dla wielu
naszych czytelników. Czyli - słoń a sprawa polska. O tym jeszcze nie
mówiliśmy. Choć Pacyfik jest od nas daleko, widzę dwa zagrożenia dla
Polski wynikające z wybuchu wojny między Chinami a USA. Pierwsze:
Amerykanie zrozumieją, że aby pokonać tak potężnego przeciwnika, muszą
skupić wszystkie swoje siły i opuścić Europę. Porzucą ją wojskowo i politycznie. Przestaną się interesować tym, co się tu dzieje, a już na
pewno przestaną się interesować Europą Środkowo-Wschodnią. Wówczas w próżnię, która pojawi się po ich wyjściu, zapewne będzie próbowała wejść
Rosja. Drugie zagrożenie to widmo nowej Jałty. W lutym 1945 roku na
konferencji jałtańskiej prezydent Franklin Delano Roosevelt robił
wszystko, by skłonić Stalina do zaatakowania Japonii. Stalin się zgodził
i obiecał, że w trzy miesiące po zwycięstwie nad Niemcami Armia Czerwona
wejdzie do akcji na Pacyfiku. I rzeczywiście 9 sierpnia 1945 roku
Sowieci zaatakowali japońską Armię Kwantuńską w Mandżurii, dokonali
desantu na Kuryle, uderzyli na południowy Sachalin, ruszyli na Koreę.
JB: To był spektakularny sukces.
PZ: Tak, Armia Kwantuńska się po prostu
rozsypała. Amerykanie powtarzają, że to bomby atomowe skłoniły Japonię
do kapitulacji. Tymczasem cesarstwo zdecydowało się poddać, kiedy w Tokio dowiedziano się, że do akcji wkroczyły Sowiety.
W 1945 roku Ameryka za udział w wojnie z Japonią zapłaciła Moskwie
Polską i całą Europą Środkowo-Wschodnią. Czy jest możliwe, że teraz - w zamian za udział w koalicji antychińskiej - zapłaci jej tę samą cenę?
Czy taki scenariusz jest w orbicie twoich analiz?
JB: Myślę o tym codziennie.
PZ: Kolejna rzecz, która nas łączy.
JB: Na to jest tylko jedna odpowiedź:
należy mieć siłę, być podmiotem, a nie przedmiotem polityki. Dzięki tej
sile można samemu wypełnić próżnię, która powstanie, jeśli Amerykanie
opuszczą Europę. Musimy być na tyle silni, żeby nasi sąsiedzi musieli
się z nami liczyć, żebyśmy byli brani pod uwagę w układzie sił. Innymi
słowy: musimy być przy każdym stole, czyli inaczej niż w roku 1944 czy
1945.
PZ: No tak, ale wielu ludzi uważa, że - w razie poważnego zagrożenia ze Wschodu - bez Amerykanów sobie nie
poradzimy.
JB: Wręcz przeciwnie. Jestem zdania, że
moglibyśmy sobie poradzić. Wiem, że to brzmi rewolucyjnie. Ale należy
zmienić mapę mentalną Polaków. Rosja jest państwem upadającym, o tragicznej demografii. Ma PKB naprawdę nie tak znacząco większy od PKB
Rzeczypospolitej. A my mamy regionalny potencjał sojuszniczy: Szwecję,
Ukrainę, Rumunię. Pas państw rozciągający się na zachodnim pograniczu
Rosji jest znacznie od niej potężniejszy. Problem jest tylko z bronią
jądrową. Ale w drabinie eskalacyjnej nie trzeba mieć broni jądrowej,
żeby podnieść przeciwnikowi poprzeczkę wystarczająco wysoko. Pokazuje to
choćby Turcja w Syrii, Libii czy Górnym Karabachu. Turcja, mimo że nie
ma głowic jądrowych, potrafi być górą w konfrontacji z Rosją. Już
obecnie wydajemy na wojsko niewiele mniej niż Turcja. PKB mamy znacznie
większe od Izraela, który ma świetną armię. Stać nas na to, żebyśmy na
zbrojenia wydawali jeszcze więcej. Jesteśmy już krajem stosunkowo
zamożnym. Problemem są nasze mapy mentalne, które mówią, że Rosjanie
mają po 100 metrów wzrostu i są ich setki milionów. Nakryją nas
czapkami. To nieprawda. Rosja ma problem z nasyceniem żołnierzem
wszystkich kierunków operacyjnych. Ma archaiczną gospodarkę. Innymi
słowy, możemy wystawić siły zbrojne - nowoczesne, mobilne, kompetentne -
które obronią Rzeczpospolitą. Trzeba w to tylko uwierzyć.
PZ: To rzeczywiście brzmi rewolucyjnie.
Proponuję ten pasjonujący wątek podjąć w kolejnej rozmowie. A tymczasem
wróćmy do naszego tematu przewodniego, III wojny światowej. Gdybyś
musiał teraz obstawić u bukmachera, kto ją wygra - Ameryka czy Chiny -
kogo byś wybrał?
JB: Czy odpowiedź może być trochę
dłuższa?
PZ: Oczywiście.
JB: Gdy w latach 2015-2016 pisałem swoją
pierwszą książkę, Pacyfik i Eurazja. O wojnie, byłem przekonany, że
Amerykanie przegrają. W czasach rządów Baracka Obamy byłem pewny, że w ogóle nie podejmą rękawicy rzuconej przez Pekin. Że wyzwanie jest tak
ogromne, że odpuszczą. Gdy Donald Trump został prezydentem i pisałem
moją drugą książkę, Rzeczpospolita między lądem a morzem, Amerykanie
okazali chęć do podjęcia wyzwania. Uważałem jednak, że nie dadzą rady i szybko zrezygnują. Dlatego byłem w ogromnym szoku, że Trump na poważnie
zabrał się do powstrzymywania Chin. Stworzenie sił kosmicznych, próba
reformy marynarki wojennej, zakończenie wojny na Bliskim Wschodzie,
próba blokady Chińczyków w kluczowych sektorach (ropa, układy scalone)...
Wszystko to skłoniło mnie do zmiany zdania. Oczywiście wciąż uważam, że
Amerykanie nie zdają sobie sprawy, z czym się mierzą. Ale tak jak trzy
lata temu myślałem, że przegrają z Chińczykami, to teraz nie jestem już
tego taki pewien. Problem polega na tym, że nie wiem, jak zamierzają
pokonać Chiny. Obawiam się, że strategia, którą przyjęli, nie jest
wystarczająca.
PZ: Co mogliby zrobić więcej?
JB: Na miejscu Amerykanów odpuściłbym
wojnę handlową. Nie można w ten sposób złamać Chin. Chiny wygrywają
wojnę handlową już teraz, o czym w Polsce się zupełnie nie mówi.
Odpuściłbym to. Skoncentrowałbym się na odbudowie kompleksu
przemysłowo-zbrojeniowego w Stanach Zjednoczonych, stworzył ogromne
ośrodki badawcze i włożył w to bardzo dużo pieniędzy z prywatnej
kapitalizacji. Bo w Stanach Zjednoczonych jest naprawdę bardzo dużo
kapitału. Poza tym rozwijałbym siły kosmiczne, skróciłbym front
zobowiązań w Eurazji, starał się wyprzedzić Chiny innowacyjnością. I nie
odwlekałbym konfrontacji wojskowej.
PZ: Kiedy obecna rywalizacja
amerykańsko-chińska może się zamienić w gorącą, prawdziwą wojnę?
JB: Obawiam się, że do roku 2030. W ciągu
niecałej dekady możemy mieć kolejną wojnę.
PZ: Brzmi szokująco.
JB: Być może nawet wcześniej. W sierpniu
2020 roku były premier Australii Kevin Rudd wyraził obawę, że wojna z Chinami może wybuchnąć przed amerykańskimi wyborami prezydenckimi.
Przypomnę: te wybory odbyły się w listopadzie zeszłego roku. Tak więc
sytuacja jest napięta.
PZ: To już nie będzie wojna, jakie
oglądaliśmy w telewizji. Taka jak interwencje w Iraku czy Afganistanie.
Czyli starcie przeciwników o całkowicie innych siłach i możliwościach.
JB: Tak, to będzie wojna symetryczna.
PZ: Zewrą się ze sobą dwa wielkie
światowe mocarstwa posiadające olbrzymie zasoby, wielkie armie,
nowoczesne technologie militarne. Dwa giganty. Olbrzymi będzie również
teatr działań, rozmiary zaangażowanych sił i środków. Do konfliktu
zostaną wciągnięte inne państwa. Czegoś takiego świat nie oglądał od II
wojny światowej. A więc od blisko ośmiu dekad. Czy można przewidzieć,
jak konkretnie będzie przebiegał ten konflikt?
JB: Chińczycy odniosą spektakularne
sukcesy w pierwszym tygodniu. Tak jak Japończycy po zbombardowaniu Pearl
Harbor. Potem wszystko będzie zależało od woli Amerykanów co do powrotu
na Pacyfik.
PZ: A gdzie taka wojna mogłaby się
zacząć? Co byłoby pretekstem? Na ogół mówi się, że Gdańskiem III wojny
światowej może się okazać Tajwan.
JB: Pekin może ogłosić strefę zakazu
lotów nad Tajwanem i selektywną chińską blokadę na komunikację morską na
wyspę i z niej. Chińczycy mogą przepuszczać na przykład Japończyków,
Koreańczyków i Niemców, ale nie Amerykanów. Wtedy Amerykanie muszą się
zastanowić, czy przełamywać blokadę i rozpocząć wojnę, na co apetytu
może nie mieć z kolei świat i sojusznicy, którzy będą błagali o negocjacje. Solidarność świata z Tajwanem legnie wtedy w gruzach.
PZ: Tajwan zbroi się na potęgę. Jego
przyszłoroczny budżet wojskowy wynosi... 17 miliardów dolarów. Wyspa
zamienia się w najeżonego lufami i rakietami obronnego jeża. Czy bez
wsparcia USA Tajwan mógłby odeprzeć inwazję komunistycznych Chin?
JB: Mógłby, gdyby mądrze wydawał te
pieniądze, lecz wydaje je teraz źle. Nie na te systemy walki i nie na
taką organizację walki, jak powinien. Myśląc, że kupi sobie
bezpieczeństwo w Stanach Zjednoczonych, kupując drogi amerykański
sprzęt, popełnia błąd. Tak więc można wydawać pieniądze dobrze lub źle.
PZ: Wszystko to brzmi bardzo groźnie. Mam
tylko dwie nadzieje. Po pierwsze, że w III wojnie światowej nie zostanie
użyta broń jądrowa przeciwko celom cywilnym. A po drugie, że tym razem
wichry wielkiej wojny ominą naszą udręczoną ojczyznę. Nie stać nas na
powtórkę z koszmarnego XX wieku.
JB: Wszystko zależy od Rosjan. Gdyby
zdecydowali się pójść na wojnę u boku Chińczyków, to stalibyśmy się
wysuniętą kasztelanią, ostatnim bastionem Zachodu sięgającym pod Bug. A za Bugiem kolosalne rosyjsko-chińskie imperium lądowe rozciągające się
na wielkich przestrzeniach Eurazji, od Brześcia po Szanghaj. Imperium,
które jest głównym producentem dóbr na świecie i największym posiadaczem
surowców energetycznych. Rosja jest bardzo blisko nas, a Stany
Zjednoczone - bardzo daleko. To byłby dla nas koszmarny scenariusz.
PZ: Ja chciałem zakończyć tę rozmowę
optymistycznie, a ty zdecydowałeś się na puentę pesymistyczną.
JB: Musimy się na to szykować. Nie możemy
chować głowy w piasek.
PZ: Oczywiście. Zawsze należy się
szykować na najgorszy scenariusz.
Źródło: "Historia Realna" 10 listopada 2020
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki