ROZDZIAŁ PIERWSZY
CHŁODNE CIENIE zapraszająco otulają moją spoconą skórę, obiecując, że będą mnie ochraniać. Mogłabym napawać się tym mrokiem - beztrosko leżeć pod gwiazdami, pozwalając nocnej bryzie rozluźnić mi spięte, wyczerpane mięśnie. Ale nie, nie zmarnuję tej nocy na odpoczynek czy ulotne przyjemności. Te godziny należą do szpiegów i złodziei. Należą do mnie.
Do zamka wsuwam dwie spinki do włosów; szorstkimi palcami przebieram po nich niczym po strunach altówki. Wygrywam pieśń, którą ćwiczyłam tysiące razy, hymn, który grałam w najbardziej rozpaczliwych chwilach. Lepiej czcić zręczne palce, cienie i kamuflaż niż stare bóstwa. Lepiej kraść, niż umierać z głodu.
W oddali swą pieśń wyśpiewują żaby; ich chór niemal całkowicie maskuje napawający satysfakcją odgłos zamka ustępującego pod moimi manewrami. Drzwi dla służby wiodące do rezydencji Creightona Gorsta otwierają się na oścież.
Dziś wieczorem Gorst jest zajęty gdzie indziej. Już się o to postarałam. Mimo wszystko uważnie skanuję wzrokiem otoczenie, wypatrując jakiegokolwiek śladu po nim lub członkach personelu. Większość bogaczy zatrudnia strażników. Niektórzy jednak - tak jak Gorst - są do tego stopnia ogarnięci obsesją, że nawet najbliższym spośród własnych pracowników nie ufają na tyle, aby bez nadzoru dopuścić ich w pobliże skarbca. Takiej nocy jak ta wyczekiwałam miesiącami.
Cichutko skradam się do piwnicy po kamiennych schodach. Temperatura z każdym krokiem spada, ale policzki i tak mam zaczerwienione z powodu buzującej w żyłach adrenaliny i przeprawy przez mur na teren posiadłości, więc z radością witam orzeźwiający chłód pieszczący teraz skórę.
Świetlik u podstawy schodów wyczuwa moje ruchy i rozbłyska, słabą łuną oświetlając kamienną posadzkę. Wsuwam w miękki środek ostrze noża i jednym sprawnym ciachnięciem unieszkodliwiam źródło światła. Pomieszczenie spowija teraz mrok tak gęsty, że ledwo widzę własną dłoń tuż przed twarzą. Super. I tak wolę poruszać się po ciemku.
Rękami błądzę po ścianach na obrzeżach piwnicy, aż natrafiam na chłodną stal drzwi do skarbca. Badam je po omacku opuszkami palców - trzy zamki, nic szczególnie skomplikowanego. Łatwo poddają się spinkom i ostrzu noża. Nie mija nawet pięć minut, a skarbiec już stoi przede mną otworem; mięśnie rozluźniają mi się pod wpływem poczucia ulgi. Zdołam uiścić należność za ten miesiąc. Tym razem Madame Vivias nie będzie mogła nałożyć dodatkowych kar.
Triumfalny uśmiech szybko jednak znika mi z twarzy - oto u progu dostrzegam wyryte w kamieniu symbole. W jednej chwili obiecująca fala zwycięstwa zdaje się odpływać w niebyt.
Skarbiec Gorsta zabezpieczono zaklęciami.
No oczywiście.
Bogacz ogarnięty paranoją do tego stopnia, by zrezygnować ze straży, zbiedniałby w mgnieniu oka, gdyby nie zabezpieczył swoich skarbów odrobiną magii.
Dzisiejsza misja jest niebezpieczna i nawet na chwilę nie wolno mi o tym zapominać. Okradam wyłącznie tych, którzy mają więcej, niźli potrzebują. Z bogactwem jednak wiąże się też władza - zdolna wydać na stracenie takich złodziei jak ja, jeśli przyłapie się nas na gorącym uczynku.
Ostrożnie omijam więc wyryte oznaczenia i z kieszeni torby wyciągam gwieździka. Choć jego jedwabista, wilgotna skóra prześlizguje mi się między palcami, przekładam robaczka na nadgarstek, krzywiąc się lekko, gdy ten się weń wpija. W miarę jak wolno wysysa mi z żył nieco krwi, jego skóra nabiera blasku, oświetlając posadzkę na parę kroków przede mną. Utrata darowanej przez mrok osłony to okropność, ale muszę przyjrzeć się symbolom. Kucam, by prześledzić każdą linię i zawijas z osobna, upewniając się co do ich kształtu i intencji. Sprytna magia, naprawdę bardzo sprytna.
Te runy nie powstrzymałyby mnie od wejścia do skarbca. O nie, wręcz przeciwnie - wpuściłyby mnie tam, po czym uwięziły w środku aż do czasu, gdy pan dworu będzie mógł się ze mną rozprawić. Przeciętny złodziej szkolony wyłącznie w zakresie run obronnych mógłby łatwo popełnić taki błąd. Przeszedłby przez zaklęcia jak gdyby nigdy nic, sądząc po prostu, że są wadliwe. Przeciętny złodziej dałby się złapać w pułapkę. Całe szczęście, że we mnie nie ma nic przeciętnego.
Przeczesuję zakamarki umysłu w poszukiwaniu właściwego przeciwzaklęcia. Niestety, żadna ze mnie czarodziejka. Gdyby moje losy potoczyły się inaczej, a dni nie wypełniało od rana do wieczora szorowanie podłóg i sprzątanie po zepsutych do cna kuzynach, mogłabym nią zostać. Marzę o tym. Ale na szkolenia brak i czasu, i pieniędzy, więc nigdy nie będę swobodnie władać magią, sypiąc zaklęciami jak z rękawa, warząc eliksiry i odprawiając tajemne rytuały. I tak mi się nieźle poszczęściło, że znam kogoś, kto nauczył mnie wszystkiego, co sam potrafi. Dzięki bogom to wystarczy, by wydostać się dziś ze skarbca, kiedy wezmę już sobie to, co trzeba.
Wysuwam nóż zza pasa i mimowolnie przygryzam policzek, gdy zatapiam ostrze w skórze drugiej dłoni. Dotkliwy ból sprawia, że w głowie zaczyna mi wirować, a umysł zdaje się nagle zionąć pustką. Przez chwilę - nazbyt długą chwilę - balansuję na krawędzi; całe ciało błaga, abym ustąpiła i pozwoliła się ogarnąć przynoszącej wytchnienie utracie świadomości.
Abriello, tylko oddychaj. Musisz oddychać. Nie da się wymienić tlenu na odwagę.
Wspomnienie głosu matki przywraca mi powietrze w płucach. Co się dzisiaj ze mną dzieje? Krew i ból normalnie tak na mnie nie działają. Ale po całodziennej harówce jestem wyczerpana i straszliwie głodna - o odwodnieniu nie mówiąc.
A czas ucieka.
Koniuszek palca wskazującego maczam we krwi, która uzbierała się w drugiej dłoni, i na runach zabezpieczających skarbiec ostrożnie kreślę symbole odpowiednich przeciwzaklęć. Wycieram zakrwawioną rękę o nogawkę spodni, ale zanim wstanę, przyglądam się jeszcze uważnie swojemu dziełu.
Przekraczam próg, starając się nie mieć wygórowanych oczekiwań. Natychmiast przesuwam ręką nad poszczególnymi symbolami, aby się upewnić, że moje runy działają jak należy. Wchodzę do skarbca, oświetlając wnętrze gwieździkiem. Widok, który się przede mną rozpościera, autentycznie zapiera mi dech w piersiach.
Skarbiec Creightona Gorsta jest większy od mojej sypialni. Ściany zastawione są półkami uginającymi się pod ciężarem wypełnionych raqonami sakiewek, stosów klejnotów i stert lśniącej broni. Ręce aż mnie świerzbią, żeby zabrać tyle, ile tylko zdołam udźwignąć, ale muszę się hamować. Jeżeli pozwolę, by desperacja wzięła górę, Gorst odkryje, że ktoś tu był. Zresztą niewykluczone, że i tak się domyśli. Może nie doceniam tego pijaka i jego zdolności do kontrolowania stanu majątku, który zgromadził, handlując uciechami ciała i żywym towarem, ale przy odrobinie szczęścia nigdy się nie dowie, że ktoś złamał nałożone na skarbiec zabezpieczenia.
Wiedziałam, że Gorst jest obrzydliwie bogaty, ale nie spodziewałam się, że aż do tego stopnia. Na prostytucji i chlaniu można zbić fortunę, no ale żeby aż taką? Przebiegam wzrokiem po zawartości półek i dostrzegłszy jedyne możliwe wyjaśnienie tej zagadki, instynktownie wyciągam rękę. Przesuwam dłonią nad piętrzącym się stosem kontraktów na życie, ale cofam ją natychmiast przez promieniujący z nich magiczny żar.
Gdyby nie to, że przyszłam na świat w takich, a nie innych okolicznościach, bardzo, ale to bardzo chciałabym zostać potężną czarodziejką, już tylko ze względu na same kontrakty tego typu. Zniszczyłabym magię związującą te istnienia z takimi nikczemnikami jak Gorst. Za pomocą wszelkich dostępnych mi środków uwolniłabym tyle dziewczyn, ile by się tylko dało, zanim schwytano by mnie i stracono. Ale skoro wiem, że nie mam mocy, by odwrócić magię zaklętą w tych dokumentach, jedyne, co mogę zrobić, to zostawić je tam, gdzie leżą - nawet jeśli wszystko we mnie krzyczy, że powinnam choć spróbować.
Nie możesz ich ocalić.
Zmuszam się więc, aby odejść. Wybieram którąś ze szczególnie zagraconych półek - brak jednego woreczka z monetami powinien tu przejść niezauważony. Szukam wzrokiem magicznych symboli. Nic. Może Gorst powinien mi coś odpalić za lekcję, jak należy strzec dobytku. Biorę do ręki sakiewkę i zaglądam do niej, aby sprawdzić zawartość. Uff, tyle raqonów spokojnie wystarczy na płatność za ten miesiąc. Może nawet zostanie na kolejny.
Gorst ma tego wszystkiego aż tyle... Naprawdę zauważy, jeśli wezmę trochę więcej?
Ponownie przeczesuję wzrokiem półki i ostrożnie wybieram jeszcze dwie sakiewki ukryte za rozrzuconymi w nieładzie stertami klejnotów. Zawsze wiedziałam, że Gorst to nikczemnik, ale z takimi skarbami ludzie z Fairscape mają do czynienia tylko wtedy, gdy robią interesy z elfami. Świadomość tego faktu sprawia, że każdy z tych magicznych kontraktów nabiera nagle nowego znaczenia. Nie dość, że ten nikczemnik może zmuszać ludzi, by wykonywali jego rozkazy, by spędzili całe życie, spłacając dług niemożliwy do spłacenia, to jeszcze - jeśli faktycznie ma jakieś konszachty z wróżkami - szmugluje swoje ofiary do innego królestwa, w którym czeka ich los dożywotnich niewolników. Albo jeszcze gorszy.
Kontrakty leżą ułożone w trzech stosach. Nie mogę zaryzykować ich dotknięcia, ale zmuszam się, by popatrzeć przez chwilę na każdy z nich. Kiedyś nareszcie kupię sobie wolność, a gdy tylko siostra stanie się ode mnie niezależna, wrócę tutaj. Pewnego dnia znajdę na to sposób.
Mój wzrok pada na stertę najbliżej drzwi i nazwisko widniejące na pierwszym kontrakcie od góry. Odczytuję imię oraz termin uiszczenia pełnej zapłaty. Raz. Drugi. Trzeci. Za każdym razem ucisk w klatce piersiowej coraz bardziej się pogłębia. Nie wierzę w stare bóstwa, lecz na widok tego imienia mimo wszystko ślę błagalne modły. Imię nabazgrane przez dziecko - imię z widniejącą obok, przypieczętowaną własną krwią, jutrzejszą datą.
Wtem gdzieś z góry dobiega odgłos kroków - przytłumione dudnienie ciężkich buciorów. Po chwili odzywa się też niski, męski głos. Stojąc w piwnicy, nie jestem w stanie rozszyfrować słów, ale nie muszę ich rozumieć, aby wiedzieć, że czas stąd zwiewać.
Skradzione złoto ciąży mi w torbie; przyciskam ją do boku, żeby nie brzęczała, gdy w pośpiechu opuszczam skarbiec. Podnoszę gwieździka z nadgarstka, na co robaczek natychmiast zaczyna ze mną walczyć, próbując uszczknąć jeszcze trochę krwi.
- Cierpliwości - szepczę, odstawiając go na posadzkę. Gwieździk pełznie przez próg, maleńkim języczkiem zlizując ślady mojej krwi.
Z góry znów dochodzą odgłosy kroków. Po chwili dołączają do nich śmiech i brzęk kieliszków. Gorst nie jest sam, ale jeśli mi się poszczęści, wszyscy na górze okażą się na tyle pijani, że nikt nie zauważy, jak się wymykam.
- Szybciej, pospiesz się! - szepczę do gwieździka. Muszę zamknąć za sobą skarbiec, ale jeśli zostawię ślady krwi, Gorst może się domyślić, że ktoś tu był. Albo, co gorsza, pobierze próbkę i zaniesie ją do maga, a wtedy się wyda, że to ja.
Głosy stają się coraz głośniejsze, a po chwili kroki słychać już na schodach.
Nie mam wyboru. Odrywam gwieździka od krwawej uczty i pospiesznie wsuwam do kieszeni torby.
Na kamienną posadzkę rozbryzguję nieco wody z manierki i zamykam skarbiec.
- Przyniosę następną butelkę! - krzyczy Gorst ze szczytu wiodących do piwnicy schodów. Znam ten jego głos aż za dobrze. Kiedyś sprzątałam w jego burdelu. Jeszcze miesiąc temu myłam mu podłogi i szorowałam toalety, aż próbował mnie zapędzić w kozi róg i zmusić do pracy w całkiem innym charakterze.
Ostatnich dziewięć lat spędziłam, kierując się dwiema zasadami: nie okradam tych, którzy zapewniają mi uczciwą pracę, i nie pracuję dla tych, którzy okradają mnie. Tamtej nocy dopisałam do tej listy jeszcze trzecią: nie pracuję dla tych, którzy szantażem usiłują nakłonić mnie do prostytucji.
Każde szurnięcie ciężkich buciorów coraz bardziej go do mnie przybliża, sama jednak staram się poruszać płynnie i miarowo.
Zatrzaskuję pierwszy zamek. Klik-klik.
Szur-szur.
Drugi zamek. Klik-klik.
Szur-szur.
Trzeci...
- Co, do diabła?!
Klik-klik.
- Te świetliki są do bani - rozlega się gderanie u podnóża schodów.
Oddycham najciszej jak się da i przywieram plecami do ściany w miejscu, w którym mrok jest najgęstszy.
- Creighton, no idziesz ty czy nie? - dobiega z góry kobiecy głos, a wraz z nim pijacki chichot. - No chodźże już, znaleźliśmy tę flaszkę tutaj.
- Dobra, to idę, idę - stęka Creighton, gramoląc się z powrotem. Ja zaś, uważnie licząc jego kroki, przysuwam się dyskretnie bliżej schodów. Facet jest zalany. Być może dziś wieczorem szczęście jest po mojej stronie.
Nasłuchuję uważnie dłuższą chwilę... Odgłosy kroków z wolna słabną i wreszcie w kwaterach służby, znajdujących się nade mną, zapada cisza. Jedyne hałasy dobiegają teraz od frontu. Nie mogę zaryzykować ponownego otwarcia skarbca, aby usunąć resztki śladów krwi. Nie, dziś w nocy nie ma już na to szans.
Bezszelestnie ruszam schodami w górę, tą samą drogą, którą przyszłam.
Dopiero na zewnątrz zauważam, że mam zesztywniałe z napięcia mięśnie. Pod chłodnym nocnym niebem zalewa mnie fala wyczerpania. Nie zamierzam poddać się w tej chwili, ale fakt faktem, w tym tygodniu narzuciłam sobie za ostre tempo i nie dam rady dłużej oszukiwać organizmu.
Muszę się wyspać. Zjeść. A rano może nawet bezmyślnie pogapić się na Sebastiana trenującego na dziedzińcu za posiadłością Madame Vivias. To ostatnie może się okazać nawet lepsze i od jedzenia, i od snu.
Ta myśl działa niczym zastrzyk adrenaliny. Dzięki niej zmuszam się, by dokończyć dzisiejszą misję. Posiadłość Gorsta opuszczam w towarzystwie cieni. Wiodą mnie labiryntem między drzewami i krzewami. Ze światłem księżyca gram w chowanego.
Brama od frontu stoi otwarta na oścież i choć zmęczone mięśnie błagają o skorzystanie z nadarzającej się okazji, ryzyko jest za duże. Wyciągam z torby linę i przerzucam przez mur trochę dalej. Włókna wpijają mi się w spierzchniętą skórę dłoni, a ramiona zdają się krzyczeć z każdym podciągnięciem w górę.
Wreszcie zeskakuję po drugiej stronie i ląduję miękko na kolanach. Siostra mawia, że tym bezurazowym skakaniem z drzew i dachów przypominam kota. Sama myślę o sobie bardziej jak o cieniu - niedostrzeganym przez nikogo, a jednocześnie znacznie bardziej użytecznym, niż ludziom się wydaje.
Od domu dzieli mnie zaledwie dziesięć minut drogi. Prawie uginam się pod ciężarem dzisiejszego łupu. Tak łatwo byłoby po prostu wręczyć Madame Vivias należną płatność, wskoczyć do łóżka i spać przez bitych dwanaście godzin.
Ale tak nie mogę zrobić. Nie po tym, co zobaczyłam na ostatnim stosie kontraktów.
Zamiast w stronę domu ruszam więc uliczką prowadzącą obok butiku, w którym pracuje moja siostra Jas. Za rogiem, między tawerną Gorsta a śmietnikiem, z którego wszystko aż się wysypuje, mijam pospiesznie wejście do bloku "mieszkań socjalnych". Śmiechu warte. Czteropiętrowy budynek z dwunastoma dwupokojowymi mieszkankami. Kuchnie i łazienki wspólne, po jednej na każdym piętrze. To schronisko - fakt, lepsze od wielu, ale kontrast z olbrzymią posiadłością Gorsta jest tak uderzający, że na tę niesprawiedliwość bierze mnie obrzydzenie.
Drzwi do mieszkania mojej przyjaciółki Nik są uchylone, a ze środka dobiega szloch. Przez wąską szczelinę widzę jej córkę, Fawn, zwiniętą w kłębek pod ścianą. Z ramionami owiniętymi wokół kolan kołysze się lekko w tył i w przód. Ciemną karnację i loki ma po matce. Pewnego razu Nik wyznała mi, że po urodzeniu córki wszystko uległo dla niej diametralnej zmianie - od tamtej pory liczyło się tylko to, żeby być jak najlepszą matką dla Fawn. Nawet jeśli miałoby to oznaczać przekraczanie granic, których przekroczenia w przypadku córki absolutnie by sobie nie życzyła.
Wchodzę do środka; Fawn niemal wpada w popłoch.
- Ćśśś, to tylko ja, kochanie - szepczę, kucając obok. - Gdzie twoja mama?
Fawn unosi głowę, a po policzkach spływają jej łzy. Szloch przybiera na sile; dziewczynka trzęsie się na całym ciele, jakby rozpaczliwie próbowała zachować równowagę na falach niewidzialnego sztormu.
- Skończył mi się czas - mówi, a ja nie muszę nawet pytać, o co chodzi. Wiem. Słyszę kroki i odwracam się; Nik staje tuż za mną, ze skrzyżowanymi ramionami i malującym się na twarzy przerażeniem.
- Zrobiła to, żeby mnie ocalić - odzywa się chrapliwie, jakby dopiero co skończyła płakać i osuszyła łzy czystą siłą woli. - Dostała pieniądze od Gorsta, żeby kupić dla mnie lekarstwo od uzdrowiciela.
- Byłaś o krok od śmierci - przypomina Fawn, gniewnie ocierając łzy, po czym przenosi spojrzenie na mnie. - Nie miałam wyboru.
- Owszem, miałaś. Powinnaś mi powiedzieć. Nie pozwoliłabym ci podpisać tego kontraktu.
Biorę przyjaciółkę za dłoń i ściskam mocno. Desperacja - to ona odbiera możliwość dokonania właściwego wyboru z listy dostępnych opcji. W tym problem. Nik zdaje sobie z tego sprawę równie dobrze, jak wszyscy inni.
- Idę zamiast ciebie, rozumiesz? - mówi do córki, a stanowczość widoczna na jej twarzy łamie mi serce.
- A ze mną co się stanie? - pyta Fawn.
Żałuję, że dorosła już na tyle, by rozumieć, o co chodzi. Nik, ofiarowując się w jej miejsce, skazuje ją na los, którego trudno pozazdrościć. W Fairscape nikt nie chce dodatkowej gęby do wykarmienia. Jedyni ludzie, których stać na dobroczynność, są zbyt chciwi i pazerni, by w ogóle było sens zawracać im głowę.
- Brie, weźmiesz ją do siebie, dobrze? - prosi Nik. - Wiesz, że nie prosiłabym cię o to, gdybym miała jakikolwiek wybór. Weź ją.
Kręcę bezradnie głową. Chciałabym to zrobić, lecz gdyby Madame Vivias odkryła, że Fawn mieszka z nami w tej piwnicznej klitce, konsekwencje byłyby przerażające.
Nie tylko dla nas dwóch, lecz także dla Fawn.
- Na pewno kogoś macie.
- Nikogo innego nie ma i dobrze o tym wiesz - odpowiada Nik bez cienia zgryźliwości w głosie. Słychać tylko rezygnację.
- Ile jest winna?
Nik krzywi się i odwraca wzrok.
- Za dużo.
- Ile. Jest. Winna.
- Osiem tysięcy raqonów.
Wysokość kwoty sprawia, że aż się wzdrygam. Tyle wynoszą opłaty dla Madame Vivias za dwa miesiące, łącznie ze wszystkimi jej "karami". Nie wiem, ile dokładnie udało mi się buchnąć ze skarbca Gorsta, ale istnieje spora szansa, że to, co mam w torbie, wystarczy na pokrycie należności.
Fawn patrzy na mnie tymi swoimi olbrzymimi oczami, od których wziął się jej przydomek, Sarenka. Wzrokiem błaga o ratunek. Brak pomocy z mojej strony oznaczać będzie koniec życia Nik, a może też jej córki. W najlepszym przypadku Fawn skończy jako służka bogatej szlachcianki. W najgorszym? O najgorszym nie chcę nawet myśleć.
Nik pragnęła dla córki czegoś więcej. Szansy, by się jakoś wybić, szansy na lepszy los. Jeżeli ja nie ureguluję najbliższej płatności należnej Madame V, naszej sytuacji to nie zmieni. W długach i tak siedzimy aż po uszy. Nasze życie jest zbyt mocno splątane z wiedźmą, na której łasce znalazłyśmy się po śmierci wujka Devlina. Mnie i Jas dzisiejsza zdobycz nie ocali, ale Fawn i Nik - owszem.
Sięgam więc do torby i wyciągam dwie sakiewki.
- Proszę.
Oczy Nik omal nie wychodzą z orbit.
- Skąd to wzięłaś?
- Nieważne, bierz.
Nik z wytrzeszczonymi oczami i szczęką w okolicach podłogi zagląda do środka i z niedowierzaniem potrząsa głową.
- Brie, nie możesz tego zrobić.
- Mogę i właśnie robię.
Nik przez dłuższą chwilę wpatruje się we mnie, a w jej oczach rozgrywa się walka między strachem o mnie a czystą desperacją. Wreszcie łapie mnie w objęcia i mocno przytula.
- Odwdzięczę ci się. Kiedyś w jakiś sposób ci się za to odwdzięczę. Przysięgam.
- Nie jesteś mi nic winna - zapewniam i wyślizguję się z jej uścisku. Marzę już tylko o tym, żeby wrócić do domu i doprowadzić się do ładu. Rozpaczliwie potrzebuję snu. - Gdybyś mogła, dla mnie i Jas zrobiłabyś to samo.
Oczy Nik wypełniają się łzami. Patrzę, jak jedna spływa wolno po policzku, rozmazując makijaż. Ale gdy wzrok przyjaciółki pada na moją zakrwawioną rękę, wdzięczność natychmiast zastępuje troska.
- Co się stało?
Zaciskam pięść, aby ukryć poharataną dłoń.
- Nic takiego, zwykłe skaleczenie.
- Zwykłe skaleczenie, co? Tylko patrzeć, aż wda się infekcja.
Skinieniem głowy wskazuje na sypialnię.
- Chodź, opatrzę cię.
Wiedząc, że nie ma co się szarpać, idę za nią do maleńkiego pokoiku - stoją w nim rozklekotana komoda i łóżko, na którym śpi z córką. Siadam na jego brzegu i patrzę, jak Nik najpierw starannie zamyka drzwi, a potem zaczyna znosić wszystko, co potrzebne.
Kuca przede mną i rozprowadza maść po ranie.
- Skaleczyłaś się, zdobywając te pieniądze. - To stwierdzenie, nie pytanie. Nawet się nie trudzę, żeby skłamać. - Wszystko w porządku? - pyta z troską.
Staram się siedzieć prosto, gdy maść wnika w skórę. Swędzi w miejscu, w którym ściąga poszarpaną ranę.
- Tak. Muszę po prostu coś zjeść i się zdrzemnąć.
Momentalnie ląduje na mnie sceptyczne spojrzenie ciemnych oczu.
- Zdrzemnąć? Brie, jesteś tak wyczerpana, że wątpię, czy cokolwiek z wyjątkiem śpiączki przywróci ci siły.
Śmieję się - a w każdym razie próbuję. Dźwięk, który wydobywa się z moich ust, przypomina raczej żałosne miauczenie. Jestem tak potwornie, potwornie zmęczona.
- Znów zbliża się termin płatności ciotce, co? - zgaduje Nik.
- Jutro.
Czuję, jak na samą myśl w gardle rośnie mi gula. Chociaż mam dopiero siedemnaście lat, jestem związana magicznym kontraktem. Zważywszy na tempo, w jakim się wydłuża, nie wypłacę się z niego Madame Vivias do końca życia. Niewolniczy kontrakt podpisałyśmy z siostrą dziewięć lat temu, po tym, gdy wujek Devlin zmarł, a mama nas zostawiła. Płatności, których Madame V oczekiwała w tamtym czasie, wydawały się rozsądne - bijąc na głowę niepewny los, jaki czekałby sieroty - ale jako małe dziewczynki nie rozumiałyśmy takich zawiłości jak procent składany czy podstępna pułapka, jaką stanowiły te jej kary. Podobnie jak i Fawn nie w pełni zdawała sobie sprawę z tego, jaki kontrakt podpisała z Gorstem.
- I przez nas - mówi Nik, sięgając po gazę - znów ci nie wystarczy.
- Warto było to zrobić - zapewniam ją szeptem.
Nik zamyka oczy.
- Co za popieprzony świat. - Fawn nie ma szans usłyszeć naszej rozmowy, jeśli nie podsłuchuje tuż pod drzwiami, lecz Nik i tak ścisza głos. - Mam znajomego, który mógłby załatwić ci pracę.
Marszczę brwi.
- W jakim charakterze? - Nie ma takiej pracy, w której mogłabym zarobić tyle, ile nam potrzeba. Po prostu nie ma. Z wyjątkiem... - Gdybym miała pójść na taki układ, równie dobrze mogłabym pracować dla Creightona Gorsta - stwierdzam ponuro.
- Creighton zabrałby ci połowę zarobku. - Nik ujmuje mnie za dłoń, smutno się przy tym uśmiechając. - Są fae skłonni płacić ekstra za towarzystwo pięknej przedstawicielki rodzaju ludzkiego, a jeszcze więcej, jeśli zgodzi się zostać dla nich na wyłączność. Mówimy o kwotach znacznie większych niż to, co mógłby ci zaoferować Creighton.
- Fae? - Kręcę głową. Już szybciej zgodzę się na tych obłapywaczy Creightona, niż oddam w ręce fae.
Mój lud wierzył niegdyś, że fae są naszymi opiekunami. Zanim podzielili niebo i otworzyli portale, odwiedzali nas o zmierzchu w swych duchowych formach - jako cienie lub niewyraźne kształty między drzewami, wyglądające na coś żyjącego.
Mój lud zwał je aniołami. Ludzie modlili się do nich, na klęczkach prosząc je o opiekę. Błagając, by przybyły, by czuwały nad chorymi dziećmi. Kiedy jednak portale się otworzyły i "anioły" zjawiły się na ziemi, okazało się, że z ochrony nici.
Fae bowiem bynajmniej nie są aniołami. O nie, to demony, które przybyły, aby nas wykorzystywać. Aby wykradać dzieci i zrobić z nas niewolników i stado hodowlane. Podstępem zmusiły tysiące śmiertelników, aby poświęcili życie, walcząc w ich wojnach.
Dopiero gdy Magiczna Siódemka Elory - siedmiu najpotężniejszych magów naszego świata - połączyła siły, udało nam się zabezpieczyć przed nimi portale. Teraz mogą przejąć ludzkie życie wyłącznie w przypadku, gdy zostało uczciwie kupione lub dobrowolnie darowane. Miało to stanowić pewien rodzaj magicznego zabezpieczenia, które jednak sprytni fae szybko nauczyli się obchodzić na setki sposobów. W praktyce chroni więc tylko bogatych i tych, którzy mają władzę.
"Lepsze to niż nic", powtarzają zwolennicy Magicznej Siódemki. "Zawsze to jakiś początek". Albo jeszcze gorzej: "Jeśli nie chcesz, żeby cię sprzedano fae, nie zaciągaj niespłacalnych długów".
- Ale czemu w ogóle płacą, skoro mogą po prostu nałożyć na kobietę czar, żeby dostać wszystko, czego zechcą? - pytam przyjaciółkę.
- Ciszej! - upomina mnie Nik, wykręcając szyję, żeby się upewnić, czy drzwi za nią nadal są zamknięte. - Nie wszystko, co o nich słyszysz, jest prawdą. A mój znajomy naprawdę może...
- Nie ma mowy - oponuję twardo. - Znajdę inny sposób.
Jeśli jest coś, czego jestem absolutnie pewna, to fakt, że nigdy nie zaufam fae.
- Martwię się o ciebie - mówi Nik. - Jedyną siłą, jaką mamy na tym świecie, jest nasza autonomia. Nie pozwól nikomu zapędzić się w kozi róg. Nie pozwól, aby to desperacja podejmowała decyzje za ciebie.
Tak jak się to stało w przypadku Fawn.
- Dobrze - obiecuję, co brzmi płytko, jakby mój głos z góry wiedział, że to kłamstwo. Pracuję przecież bez wytchnienia i kradnę na tyle dużo, na ile tylko może ujść mi płazem, a i tak kompletnie nie wyrabiam.
Nawet gdybym nie miała nic przeciwko handlowaniu własnym ciałem - a tak nie jest - nie chcę mieć do czynienia z fae. Nie obchodzi mnie, ile pieniędzy mogą mi zaproponować. W życiu są ważniejsze rzeczy niż pieniądze. A nawet ważniejsze niż wolność i swoboda. Jak na przykład opieka nad dwiema małymi dziewczynkami. Opieka, a nie porzucenie ich na rzecz kochanka fae.
- Abriello, słyszę, że to ty - woła śpiewnie Madame Vivias dokładnie w tej samej chwili, w której moja dłoń pada na klamkę drzwi prowadzących do piwnicy.
Mocno zaciskam oczy. Trzeba było wejść przez drzwi piwniczne. Jest już po północy, a ja nie mam ani grama siły na jakiekolwiek zadanie, jakie ciotka mi niechybnie zleci. Spuszczając głowę, odwracam się do niej i kłaniam jak należy.
- Dobry wieczór, ciociu V.
- Dobry wieczór. Jutro pełnia - przypomina.
- Tak, ciociu.
- Masz pieniądze? - pyta, biorąc się pod boki.
Zerkam na jej upierścienioną dłoń. Każdy z tych pierścieni spokojnie wystarczyłby na uiszczenie należności za ten miesiąc. Nie podnoszę głowy. Nie zamierzam dać jej satysfakcji z dostrzeżenia w moich oczach strachu.
- Jutro będę miała.
Madame V milczy tak długo, że w końcu ośmielam się podnieść wzrok. Ciotka patrzy na mnie groźnie i poprawia grube sznury lśniących klejnotów zdobiące szyję.
- Skoro nie masz dzisiaj, to jakie są szanse, że będziesz miała jutro?
Niezbyt duże. Ale dopóki termin oficjalnie nie upłynął, nie zamierzam przyznać tego na głos. Za każdym razem, gdy nie mamy tyle, ile trzeba, kontrakt się wydłuża, a należność rośnie. Błędne koło, z którego nie sposób się wyrwać.
- Zapłacę jutro - powtarzam.
- Abriello! - Ze szczytu schodów dobiega tymczasem piskliwy głos mojej kuzynki Cassii. Siłą woli powstrzymuję się przed wzdrygnięciem. - Trzeba mi wyprać sukienki!
- Masz w pokoju czyste kreacje, uprasowałam je dziś rano.
- Żadna z nich się nie nadaje. Nie mam nic odpowiedniego na jutrzejszą kolację!
- Trzeba sprzątnąć u mnie w pokoju - woła w międzyczasie jej siostrunia Stella, bo przecież uchowajcie bogowie, żebym poświęciła jednej więcej uwagi niż drugiej. - Ostatnim razem tylko wpadła i wypadła - skarży się matce - i już się zaczyna robić brudno.
Madame V marszczy czoło i odwraca się do mnie na pięcie.
- Słyszałaś je, dziewucho. Bierz się do roboty.
Sen będzie musiał poczekać jeszcze parę godzin. Prostuję się i ruszam do kuzynek.