not TRUE LOVE - Julia Cyran

Kup książkę

49.90 zł
29.94 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1.

11:11

Przeprowadzki zwykle bywają ciężkie. Ale nie dla mnie. Ja nie miałam niczego do stracenia. Nowy Jork był piękny, ale mieszkanie w nim - bardzo trudne. Moja przeszłość, przed którą uciekłam do Miami, była zbyt bolesna i pragnęłam jak najszybciej wymazać ją z pamięci. Jednak to wcale nie było takie proste, wspomnienia bombardowały moją głowę non stop.

Liczyłam na to, że w nowym mieście będzie lepiej, choć przestałam już mieć nadzieję na happy end. Po moim ostatnim epizodzie ojciec stwierdził, że zmiana, jaką jest przeprowadzka, wyjdzie mi na lepsze.

A dla mnie...

Była to szansa na rozpoczęcie nowego etapu w życiu. Odcięcia się od ciężkiej przeszłości, która doszczętnie zniszczyła każdą cząstkę mojego serca.

Jednak ani tata, ani starszy o rok brat tak naprawdę nie wiedzieli, z czym się zmagałam. Nie zdawali sobie nawet sprawy z tego, co przeżyłam w Nowym Jorku. A właśnie te wydarzenia skłoniły mnie do podjęcia tak radykalnych kroków.

Chciałam zniknąć. Zamknąć oczy i już więcej ich nie otworzyć.

Nazywam się Elizabeth Black i mam siedemnaście lat. Mam również swój sekret, który skrywam przed całym światem. Sekret, przez który wszystko się zmieniło. Ja się zmieniłam.

A może inaczej... To on mnie zmienił.

***

Siedziałam na ogromnym łóżku, które pokrywała czarna, satynowa pościel. Z niedowierzaniem rozglądałam się po swoim nowym pokoju. Był piękny. Totalnie w moim stylu. W kolorze mojej duszy i mroku moich pesymistycznych myśli. W kolorze czarnym. Moim ulubionym.

Ciemne, długie firanki z falbanami dodawały tajemniczości temu pomieszczeniu. Gobelin z jakimiś trzema twarzami, który wisiał nad łóżkiem, był nieco przerażający, ale klimat wnętrza łagodziło białe biurko i krzesło. Ogromny telewizor przymocowany do czarnej, matowej ściany wywołał szeroki uśmiech na mojej twarzy, bo wiedziałam, że będę zarywać noce, żeby oglądać swoje ulubione seriale na Netfliksie. Oczywiście nie mogło zabraknąć też lustra, przy którym na pewno spędzę godziny na malowaniu się. I toaletki, rzecz jasna. W końcu musiałam gdzieś pomieścić wszystkie swoje kosmetyki. Miałam też osobną, przestronną garderobę.

Wstałam z łóżka, a przy mnie od razu zjawił się mój czworonożny przyjaciel - Czarny. Tak, był czarny jak węgiel, stąd to imię. Nadałam mu je, gdy miałam trzynaście lat, najwyraźniej nie było mnie stać na nic bardziej kreatywnego. Ale pasowało do niego idealnie. Czarny rozpoczął poranny rytuał ocierania się o moje nogi. Przejechałam dłonią po jego lśniącej sierści. Lubił to, bo głośno mruczał i chciał więcej.

Podeszłam do okna, by podziwiać widok. Miami wyglądało pięknie. Podobało mi się dużo bardziej niż Nowy Jork, w którym zwykle było zbyt tłoczno i kolorowo. Okolica, w której zamieszkaliśmy, wywarła na mnie piorunujące wrażenie. Błękit i szum niedalekiego oceanu wzbudzał we mnie wewnętrzny spokój. Kochałam takie miejsca, zwłaszcza nocą lubiłam siedzieć nad brzegiem wody. Cieszyłam się, że przyjechaliśmy akurat tutaj. Zastanawiałam się, co będę dzisiaj robić, kiedy z zamyślenia wyrwało mnie wejście ojca.

- Jak ci się podoba, kochanie? - zapytał z troską w głosie, opierając się o framugę drzwi.

Jak zawsze prezentował się nienagannie w białej koszuli w połączeniu z czarnymi, eleganckimi spodniami. Mimo że był po czterdziestce, wśród jego ciemnych włosów nie dało się dostrzec ani jednej srebrnej nitki. Perfekcyjna fryzura i zadbany zarost idealnie pasowały do jego stylu.

- Jest cudownie! - Westchnęłam rozmarzona.

Podbiegłam do ojca, by go mocno przytulić. Odwzajemnił uścisk, szeroko się uśmiechając.

- Mam nadzieję, że tutaj w końcu będzie dobrze - odparł, próbując zarazić mnie dawką optymizmu.

Pragnęłam wreszcie zaznać szczęścia, jednak moja pesymistyczna natura kazała mi w to wątpić. Bycie pesymistą to naprawdę przerąbana sprawa.

- Chciałabym w to wierzyć - wyszeptałam.

Przywykłam do porażek, przez co na nic nie umiałam nastawiać się dobrze. Postanowiłam jednak spróbować zmienić tok myślenia. Chociażby dla ojca, który w remont tego domu włożył naprawdę sporo wysiłku i pieniędzy.

W moich oczach Joe Black był chodzącym ideałem. Kochał nas najmocniej na świecie i starał się zrobić, co w jego mocy, by mnie i mojemu bratu było w życiu jak najlepiej. Zwłaszcza że ojciec wychowywał nas sam.

Moja mama zmarła pięć lat temu na guza mózgu. Niestety za późno poszła się przebadać i kilka miesięcy po diagnozie lekarzy odeszła.

Wtedy moje szczęście zniknęło. Nie miałam siły, by żyć. Tak ją kochałam. Tak tęskniłam. Niewyobrażalnie.

Załamałam się. Czułam się taka samotna. Ojciec, biznesmen w dobrze prosperującej firmie, był zapracowany i często wyjeżdżał, zostawiając mnie i brata samych w domu. Po śmierci mamy byłam wrakiem człowieka. Zamknęłam się na nowych ludzi, siedziałam w domu i płakałam, nie umiejąc się pogodzić ze stratą.

Widząc mój stan psychiczny, tata stwierdził, że przyda mi się jakiś czworonożny przyjaciel, który wprowadzi odrobinę radości do mojego smutnego życia. Wzięliśmy ze schroniska małego kotka. Miał za sobą trudne chwile. Znaleziono go z przetrąconymi łapkami i mimo że przeszedł różne zabiegi, nie odzyskał pełnej sprawności. Na schodach radził sobie całkiem dobrze, ale nigdy nie wskakiwał na wyższe meble ani parapet. Nie musiałam się obawiać, że wyjdzie przez otwarte okno. Daliśmy zwierzęciu dom, a ono odwdzięczało się bezwarunkową miłością. Oczywiście odwzajemniałam to uczucie, Czarny był moim oczkiem w głowie.

Ojciec po dłuższej chwili wypuścił mnie ze swojego uścisku. Patrzył na mnie z szerokim uśmiechem, który w jakimś stopniu był zaraźliwy.

- Jakie plany na dziś, córciu?

- Pewnie się przejdę, żeby lepiej poznać okolicę.

- Wspaniale. Na pewno ci się spodoba - odparł. - A teraz czas na obiad.

Już wychodził z mojego pokoju, kiedy przypomniało mi się coś, o co chciałam zapytać już w samolocie.

- Tato? - Zatrzymał się i spojrzał na mnie pytająco. - Wiesz może, gdzie jest tutaj jakieś fajne studio z tatuażami?

Zaśmiał się i poklepał mnie po ramieniu.

- Kolejny tatuaż, skarbie?

- Tym razem ze znaczeniem.

Byłam uzależniona od tatuaży. Na swoim ciele miałam ich już przeszło dwadzieścia. Oczywiście chciałam więcej. Marzyłam o tym, aby być cała wydziarana. Uważałam, że to idealnie pasowało do mojej osobowości i mrocznego wyglądu. Ojciec akceptował moje wybory. Kiedy skończyłam szesnaście lat, wypisał pierwszą zgodę. Później kolejną i kolejną... Tylko co jakiś czas wspominał, żebym dobrze przemyślała kolejne tatuaże. W końcu kiedyś mogę ich żałować.

- Ze znaczeniem, czyli jaki?

Pomysł ten już od dłuższego czasu siedział w mojej głowie.

- Cztery jedynki. Jedenasta jedenaście. Czyli nowe początki - oznajmiłam. W końcu zaczynałam nowy etap w życiu i uznałam, że taka dziara będzie adekwatna do mojej obecnej sytuacji.

- Podoba mi się. Poszukam ci jakiegoś dobrego studia, a teraz chodź jeść. Obiad zaraz wystygnie.

***

Nie sądziłam, że rozpakowywanie się zajmie mi tyle czasu. Już się ściemniało, a ja wciąż nie wyjęłam wszystkiego z walizki. Postanowiłam zająć się tym później. Byłam już zmęczona perfekcyjnym układaniem wszystkiego w szafie. Potrzebowałam odsapnąć, a spacer po okolicy wydawał mi się świetną odskocznią.

Uwielbiałam długie spacery. Najbardziej te w samotności. Nakładałam na uszy słuchawki i nic mnie nie interesowało poza muzyką i widokiem otaczającej mnie przyrody. Czułam się wtedy tak, jakbym grała główną rolę w jakimś teledysku. I to było piękne.

Włożyłam czarne, o parę rozmiarów za duże dresy i do tego w tym samym kolorze przeogromną bluzę. Z pewnością dziewięćdziesiąt procent moich ubrań było właśnie w tej kolorystyce. W końcu nazwisko Black zobowiązywało.

Spojrzałam w lustro na swoją twarz. Pod toną tapety ukrywałam prawdziwe wnętrze. Nienawidziłam siebie bez makijażu, dlatego nawet na głupi spacer musiałam go nakładać. Moja cera... nie była zła, choć często przesuszona, co doprowadzało mnie do szału. Miałam bardzo jasną karnację, która nie do końca mi odpowiadała, dlatego często przyciemniałam ją bronzerem, by nie wyglądać jak śmierć. Chociaż przez długie, czarne włosy mogłam tak wyglądać. I jeszcze przez swoją wiecznie niezadowoloną minę. Najbardziej w sobie lubiłam oczy. Wielkie, zielone, kolorem przypominające tajemnicze lasy. Usta też w zasadzie miałam znośne, choć często lubiłam wyjeżdżać lekko konturówką, aby je powiększyć. Swój nos zaczęłam akceptować dopiero od momentu, kiedy zrobiłam sobie kolczyk. Septum. W końcu mój wielki nos nie grał pierwszoplanowej roli.

Jednak moim odwiecznym kompleksem była sylwetka. Nie mogłam na nią patrzeć. Miałam niecałe sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, więc do niskich osób się nie zaliczałam. Moje kształty były kobiece, choć uważałam, że za bardzo. Zdecydowanie za bardzo. Ciągle czułam, jakbym miała czegoś za dużo. Na każdym kroku obawiałam się, że z którejś strony wychodzi mi tłuszczyk. Nie lubiłam swoich nóg, uważałam, że są za grube, dlatego zawsze, nawet mimo potwornych upałów, musiały być zakryte czy to spodniami, czy długą aż po kostki sukienką.

Taka już byłam. Zakompleksiona.

Wyszłam. Włożyłam słuchawki i włączyłam swoją ulubioną playlistę. Pierwszą piosenką, jaką usłyszałam, była Star Shopping Lil Peepa. Uwielbiałam ją. Od razu podgłośniłam.

Pogoda była przepiękna, a że był wieczór, temperatura nieco spadła. I dobrze. Nie znosiłam upałów, teraz zrobiło się idealnie. Lekki wiatr podwiewał mi włosy.

Wszystko w Miami wydawało się takie... doskonałe. Przechadzając się po uliczkach miasta, czułam taki sam klimat, jak w moim ulubionym serialu Outer Banks. Niestety brakowało mi takiej zgranej paczki przyjaciół. Zawsze podziwiałam to, ile oni wszyscy tam dla siebie robili. Nie byli tylko przyjaciółmi, oni stanowili rodzinę.

Nie wiedziałam, dokąd zmierzam, mój spacer był raczej bez celu. Niektóre z mijanych osób krzywo się na mnie patrzyły, ale do tego byłam już przyzwyczajona. Szłam przed siebie, nie zwracając na nich uwagi. Tatuaże, mocny makijaż, kontrowersyjny wygląd. To zawsze sprawiało, że większość ludzi od razu wyrabiała sobie opinię na mój temat. Nienawidziłam tego. Nienawidziłam oceniania książki po okładce.

Zatrzymałam się przed ogromnym skateparkiem, gdzie dostrzegłam masę młodzieży. Wywijali na deskach jak profesjonaliści. Uwielbiałam ludzi z pasją. Postanowiłam przysiąść na ławeczce i popatrzeć.

Jak zahipnotyzowana obserwowałam ruchy pewnego blondyna w hawajskiej koszuli i białych szortach. Ten to miał dopiero talent. Był najlepszy z nich wszystkich. Ciekawe, jak długo musiał uczyć się tych wszystkich trików. Odwrócił się przodem do mnie, a wtedy ja miałam okazję dokładnie mu się przyjrzeć. Na szczęście był zajęty jazdą, więc nie zwracał na mnie uwagi.

Wydawał się drobniejszy i smuklejszy ode mnie, ale za to w miarę wysoki. Jasne, falujące włosy idealnie pasowały do jego delikatnego typu urody. Tak samo jak błękitne oczy, którymi z pewnością mógłby zaczarować niejedną dziewczynę. Usta miał raczej wąskie.

Nie dość, że bosko jeździł, to jeszcze jego uroda... Miał w sobie to coś. Coś, przez co nie umiałam w tamtym momencie oderwać od niego wzroku.

?Nie szukałam tutaj żadnych miłości. Chłopaków starałam się brać na dystans. Po tym, co zdarzyło się w Nowym Jorku, miałam blokadę, którą ciężko było przełamać, a na samą myśl o bliskości zbierało mi się na wymioty. Obiecałam sobie, że już nigdy się nie zakocham.

Miłość jest bolesna. Dla mnie była zdecydowanie za bardzo.

Sytuacja w moim starym miejscu zamieszkania zniszczyła mnie doszczętnie, ale wyniosłam z niej lekcję życia i nauczyłam się jednego... Nauczyłam się udawać.

I mimo że w środku czułam się wrażliwa i słaba, na zewnątrz starałam się pokazać swoje silne oblicze. Nie chciałam, by moja słabość po raz kolejny została wykorzystana. Nie miałam już na to pierdolonych sił.

Zamknęłam się na świat i ludzi, ale pragnęłam to odmienić, a w tej chwili nadarzyła się ku temu okazja. Złapaliśmy z blondynem kontakt wzrokowy. Dojrzałam w jego oczach jakieś dziwne iskierki i poczułam cholerne zakłopotanie. Zrobiłam się czerwona jak burak. Już chciałam stamtąd wiać, ale gdy zobaczyłam, że chłopak zmierza w moją stronę, stwierdziłam, że jeśli ucieknę, wyjdę na skończoną kretynkę.

Ja pierdolę. On tu chyba naprawdę szedł. Chyba na pewno...

Uśmiechał się szeroko. Wtedy na jego zaczerwienionej od wysiłku twarzy dostrzegłam urocze dołeczki, a w brzuchu poczułam jakieś dziwne ukłucie. Jednak musiałam przyznać, że jego uśmiech był zaraźliwy, bo z automatu pojawił się również na mojej buzi.

- Twój wzrok mocno mnie rozprasza, nieznajoma.

Jego głos... Był taki delikatny, zupełnie jak uroda. Na dodatek chłopak sprawiał wrażenie takiej cholernie pozytywnej osoby.

Przełknęłam głośno ślinę, zastanawiając się, co mogłabym odpowiedzieć. Rozmowa z ludźmi kosztowała mnie naprawdę wiele, chciałam w końcu przełamać tę blokadę, ale czułam, że to nie będzie łatwe zadanie.

- Wybacz, kolego. - Westchnęłam i założyłam nogę na nogę, by sprawiać wrażenie pewnej siebie dziewczyny. - Następnym razem powędruje za kimś innym.

Rozdział 2.

Pamiętaj, to jeszcze nie koniec

Po moich słowach blondyn zaśmiał się pod nosem, a deskę, którą jeszcze trzymał w ręce, położył na asfalcie. Miałam okazję, żeby dokładniej mu się przyjrzeć. Zauważyłam na jego twarzy delikatne piegi. Miał w sobie coś, co przyciągało uwagę. Mimo że raczej gustowałam w brunetach, trudno było mi oderwać od niego wzrok. Otrząsnęłam się dopiero wtedy, gdy ponownie się odezwał.

- Nigdy cię tutaj nie widziałem. Jesteś tu nowa, prawda? - zapytał zaciekawiony.

Pokiwałam twierdząco głową.

Niezręczność, jaką odczuwałam, była coraz wyżej na podium. Zwyciężała ze mną, szepcząc mi, że to jeszcze nie ten czas. Za dużo myślałam o przeszłości, bojąc się, że ponownie trafię na kogoś niewłaściwego. Po ostatniej porażce do teraz nie byłam w stanie się pozbierać.

Nieznajomy zamierzał jeszcze coś powiedzieć, ale zdążył tylko otworzyć usta, gdy mu przerwałam:

- A teraz wybacz. Muszę spadać. - Podniosłam się z ławki i więcej na niego nie patrząc, skierowałam się do wyjścia ze skateparku.

- Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy - usłyszałam za sobą.

Nic nie odpowiedziałam. Po prostu szłam przed siebie, a kiedy opuściłam to miejsce, odetchnęłam z ulgą.

Z ciężką głową wracałam do domu. Przeklinałam pod nosem, przez dłuższą chwilę męcząc się ze słuchawkami, które poplątały się gorzej niż lampki na choinkę. Nawet drobnostki powodowały, że moje ciśnienie sięgało zenitu. By poczuć chwilowe odprężenie, sięgnęłam do kieszeni dresów po czerwono-białą paczkę. Wyjęłam fajkę, odpaliłam ją i zaciągnęłam się nikotyną.

Tego mi było trzeba. To było moje kolejne uzależnienie. Marlboro.

***

- Jack, przestań. Nigdzie z tobą nie idę. - Westchnęłam poirytowana.

Przewróciłam oczami, kładąc się na łóżku. Najchętniej zatkałabym czymś uszy. Jack od dłuższej chwili nieudolnie namawiał mnie, bym poszła z nim na piątkową imprezę na plaży. Miałam już dość.

- No nie daj się prosić.

Robiąc słodkie oczka, z pewnością liczył, że to zadziała.

- Nie ma szans - powtarzałam znudzona.

Do niego nic nie docierało! Był uparty bardziej niż osioł i zawsze musiał postawić na swoim. Nigdy nie odpuszczał.

Różniliśmy się od siebie bardzo, nie tylko wyglądem. Jack z łatwością nawiązywał nowe znajomości. Niczego się nie bał, a jego ulubione słowo brzmiało "spontan". Momentami chciałam być taka jak on. Uwielbiałam jego poczucie humoru, nie raz potrafił rozbawić mnie do łez. Przystojny brunet o wielkich piwnych oczach, z nieziemsko wysportowaną sylwetką miał powodzenie u dziewczyn, które nie potrafiły się oprzeć jego urokowi osobistemu. Ale Jack to babiarz. Jego relacje z dziewczynami były krótkotrwałe, nigdy nie umiał zaangażować się w coś na dłużej.

Jako brat był najlepszy. Od maleńkości miałam w nim wielkie wsparcie. Na każdym kroku sprawiał, że czułam się bezpieczna. Nigdy mnie nie oceniał, zawsze starał się mnie zrozumieć. A teraz wiedziałam, że chce wyciągnąć mnie na tę imprezę, żebym w końcu wyszła do ludzi, przełamała się.

Ale była jedna rzecz, której o mnie nie wiedział. Nikt o niej nie wiedział. Wstydziłam się tego. A właśnie przez to zamknęłam się na wszystko.

Takie imprezy zazwyczaj wiązały się z ogromnymi tłumami, których nienawidziłam. Ostatnio stawałam się coraz bardziej aspołeczna. Nie było mi z tym dobrze. Chciałam to przełamać, chciałam w końcu korzystać z życia siedemnastolatki. Szczęśliwej siedemnastolatki. Ale to wcale nie było takie proste.

- A co, jeśli... - zaczął z malutką iskrą w oczach, jakby nadzieja jeszcze się w nim nie wypaliła. W sumie mówi się, że umiera zawsze jako ostatnia. - Pójdziemy na wspólny tatuaż? Oczywiście ja płacę.

Zaśmiałam się pod nosem. To już było przekupstwo. Owszem, Jack miał masę oszczędności, w Nowym Jorku dorabiał w sklepie z elektroniką, na której punkcie miał lekką obsesję. Był z tym tematem obeznany do perfekcji.

Mimo że dzięki pracy ojca byliśmy całkiem bogatą rodziną, Jack nie lubił prosić go o gotówkę. Chciał być niezależny, szczególnie teraz, gdy ojciec dużo pieniędzy włożył w remont domu. A ja obiecałam sobie, że kiedy tylko się lepiej poczuję, też sobie znajdę jakąś pracę.

- Ty i tatuaż? - zapytałam prześmiewczo.

Chłopak mdlał na samą myśl o pobieraniu krwi, której widoku się panicznie bał. Przecież jakby ktoś zaczął mu wbijać w skórę igłę z tuszem, to Jack umarłby na miejscu.

- Tak, a co? - Wzruszył ramionami, a uśmieszek nie schodził mu z twarzy nawet na chwilę.

- Już to widzę. Przecież ty tego nie przeżyjesz.

- Jeśli ty poświęcisz się dla mnie, ja poświęcę się dla ciebie.

Głośno westchnęłam. On nie odpuszczał.

- Jack, przecież dobrze wiesz, że nie lubię imprez.

- Polubisz, tak jak ja tatuowanie. - Puścił mi oczko.

Boże.

- Co cię wzięło na tatuaż? Uważasz, że dzięki dziarom wyrwiesz więcej lasek?

- A co, myślisz, że w dziarach będę przystojniejszy? Chyba się już nie...

- Przykro mi, Jack, ale tobie to już nic nie pomoże.

Chwycił moją poduszkę i uderzył mnie nią w twarz. Zrobiłam kwaśną minę.

- Zołza jesteś, nie siostra!

- Wybacz, jeśli uraziłam twoje męskie ego. - Zaśmiałam się, patrząc na brata, który udawał, że moje słowa zasmuciły go niemiłosiernie.

- Jego nie da się urazić. - Posłał mi uśmiech, a następnie, wstając z łóżka, przeskanował moją twarz. Teraz w jego oczach dominowała powaga. - Razem przełamiemy swoje lęki. Zaczniemy od imprezy, a skończymy na wspólnej dziarze.

- Jack... - spojrzał na mnie pytającym wzrokiem - pójdę, jak wytatuujesz sobie na czole wielki napis "idiota".

Chłopak na dłuższą chwilę zamilkł.

- A mogę na dupie?

- Na czole albo wcale. - Podałam ostateczny warunek.

- Pójdźmy na kompromis. Zrobię ten cholerny napis na czole, jak nie spodoba ci się ta impreza.

Otworzyłam szerzej oczy, wyobrażając sobie Jacka w jego nowej odsłonie. Sięgnęłam po telefon i wybrałam tryb nagrywania.

- Co ty robisz? - zapytał, bo nie umiał mnie rozgryźć.

- Jack Black oznajmił, że jeśli nie spodoba mi się impreza, na którą tak mnie namawia, to wydziara sobie na czole napis "idiota" - powiedziałam do kamery, a następnie skierowałam ją na twarz zdezorientowanego brata. Wyciągnęłam w jego stronę mały palec. - Obiecaj na paluszek, że tak będzie.

Przewrócił oczami, ale koniec końców złożył obietnicę.

- Wiesz, że na mały paluszek nie można kłamać? - Wbiłam w niego pytające spojrzenie, gdy zakończyłam nagrywanie. Jeśli później by się wymigiwał, szantażowałabym go do upadłego.

- Wiesz, że za trzydzieści minut wychodzimy?

Złapałam się za głowę, gdy zdałam sobie sprawę, że przez moje żarty faktycznie zgodziłam się z nim pójść.

- Niech ci już będzie - uległam.

W podskokach ruszył do swojego pokoju naprzeciwko. Dobrze, że już wcześniej się umalowałam. Musiałam się tylko uczesać i znaleźć coś ładnego do włożenia na siebie, a czas leciał nieubłaganie. Może Jack miał rację. Może powinnam się przełamać i w końcu wyjść do ludzi. On nie chciał dla mnie źle, a wiedziałam, że na imprezie będzie dokładał wszelkich starań, bym czuła się dobrze. No chyba że zostawi mnie samą, bo pozna jakąś panienkę na szybką bajerę. Wtedy to nawet napis "idiota" na czole nie będzie wystarczającą karą.

***

- Nie wierzę, że wyciągnąłeś mnie z domu - powiedziałam do brata, kiedy szliśmy na plażę.

Z każdą sekundą stresowałam się coraz bardziej, ale wmawiałam sobie, że dam radę. Stwierdziłam, że jak będzie tragicznie, to najwyżej zamówię Ubera i wrócę do domu. Droga bardzo mi się dłużyła. Jack był kłamcą. Mówił, że do dwudziestu minut będziemy na miejscu. A ja czułam, jakbyśmy szli już dobrą godzinę. Ubolewałam nad tym, że poza czarną, długą sukienką na ramiączkach nie wzięłam niczego więcej, bo zaczynało robić się chłodno. Włosy spięłam w kucyk, dzięki czemu wiatr nie rozwiewał mi ich na wszystkie strony, a dodatkowo widoczny był mój tatuaż węża z boku szyi.

Kochałam biżuterię, a zwłaszcza komplety z takimi samymi motywami. Dlatego srebrny naszyjnik z krzyżykiem i pasujące do niego kolczyki były moimi faworytami. Tak samo jak czarne conversy. Buty, których nie zamieniłabym na żadne inne.

Ja odstrzeliłam się jak szczur na otwarcie kanału, z kolei Jack wyglądał, jakby właśnie szedł na lekcję wuefu. W czarnych szortach i zwykłej białej koszulce z pewnością musiało być mu wygodnie, ale wypsikał się tak okropnymi perfumami, że aż musiałam zatkać nos. Fuj. Już wątróbka, której nie lubiłam, pachniała znacznie lepiej.

Zacisnęłam zęby, kiedy Jack oznajmił, że właśnie dotarliśmy na miejsce. W zasadzie, nie musiał mnie nawet informować, bo głośna muzyka i wrzaski pijanych ludzi już od dawna docierały do moich uszu. Żałowałam, że dałam się wyrwać na tę imprezę. Już marzyłam, żeby znaleźć się w domu. Zdecydowanie bardziej wolałabym teraz siedzieć z miską popcornu przed telewizorem i oglądając jakiś romantyczny serial, ubolewać nad tym, czemu moje życie nie jest takie jak na ekranie.

Spojrzałam na oświetlony, przeogromny namiot. Nie weszliśmy nawet do środka, a już przeciskaliśmy się przez tłumy nastolatków. Byli dosłownie wszędzie, każdy na każdego się pchał, a ja nie umiałam nawet odetchnąć.

Boże, Jack. Gdzie ty mnie zabrałeś...

Przewróciłam jedynie oczami, gdy jakaś pijana dziewczyna zatoczyła się i mocno uderzyła mnie w ramię. Fenomenalnie. Jack złapał mnie za rękę, żebym się nie zgubiła, a już po chwili udało nam się zobaczyć, co kryje się w namiocie. Poza budkami z jedzeniem i alkoholem mieściła się tam scena, na której urzędował DJ. Chyba dopiero zaczynał swoją przygodę z didżejką, bo szło mu tragicznie. Możliwe, że miasto nie przygotowało się na tylu gości, bo w zasadzie nie było nawet miejsca do tańca.

- Może piwo? - Z moich obserwacji wyrwał mnie głos brata.

Z zakupem alkoholu Jack nie miewał problemów, ponieważ wyglądał poważnie jak na swój wiek. Najczęściej też wybierał miejsca z żeńską obsługą. Za sprawą jego uroku osobistego barmanki nigdy nie prosiły o dokumenty.

- A może coś mocniejszego? - Zrobiłam słodką minkę.

Wiedziałam, że by przetrwać ten wieczór, potrzebuję dawki procentów. To Jack był tym bardziej imprezowym z rodzeństwa. Potrafił pić co weekend i nie miał dość. On nawet nie wiedział, co to kac. Ja wiedziałam. Dlatego w dużej mierze przez jego objawy rzadko sięgałam po alkohol.

- I to mi się podoba.

Brat zaciągnął mnie do budki, przy której kłębiły się tłumy ludzi. Gdy wreszcie nadeszła nasza kolej, złożył zamówienie:

- Whisky z colą, dwa razy.

Dostrzegłam, że Jack złapał kontakt wzrokowy z blondynką, która przygotowywała dla nas drinki. Poprosił, żeby dolała więcej whisky i uwodzicielsko się do niej uśmiechnął. Zaśmiała się, dolewając alkoholu do czerwonego kubeczka. Zwróciłam uwagę na jej słodkie dołeczki i wyraziste, błękitne oczy. Była naprawdę piękna. Jack najbardziej lubił jasnowłose, więc domyślałam się, że wpadła mu w oko.

No i miałam rację. Siostrzana intuicja nigdy nie zawodzi.

- Ale ona była śliczna... - Wzdychał zamyślony.

Odeszliśmy już od budki, a on zachowywał się tak, jakby dziewczyna go czymś zaczarowała. Może oczami.

- Widziałam, że nie mogłeś oderwać od niej wzroku.

Zaśmiałam się, przejmując drinka od brata. Gdy upiłam łyk, miałam ochotę zwymiotować. O, fuj. Praktycznie sam alkohol. Będzie kac jak nic.

- Muszę skołować od niej numer. Myślisz, że mi da? - Wbił we mnie pytające spojrzenie.

- Śmiem wątpić - prychnęłam.

Jego oczy jakoś dziwnie zalśniły.

- Nieważne, idę próbować szczęścia. - Dał mi do potrzymania swój kubeczek.

- Tylko wracaj szybko.

Pokazał mi kciuk w górę i bez słowa ruszył przed siebie. Wiedziałam, że tak się to skończy. Modliłam się tylko, by jego pogawędka z blondynką nie trwała wieki. Zostałam sama wśród tłumu i czułam się niezręcznie. Mimo że drink mi nie smakował, by poczuć się pewniej, jednym haustem wypiłam całą zawartość kubeczka. Skrzywiłam się, czując w ustach gorzki posmak.

Minuty mijały, a Jack nie wracał. Już miałam ochotę go zamordować. Źle się tutaj czułam, potrzebowałam brata obok, żeby było mi choć odrobinę raźniej. Niecierpliwiłam się, bo myślałam, że wróci dopiero za kilka godzin, gdy przypomni sobie, że zostawił siostrę na pastwę losu. Postanowiłam do niego zadzwonić. Wyciągnęłam z czarnej, skórzanej torebki telefon, ale po odblokowaniu go zamarłam.

Ktoś, przed kim uciekałam, dalej chciał wejść brudnymi buciorami w moje życie. Znowu chciał mnie wykończyć. Stałam jak osłupiała, gapiąc się na treść wiadomości, którą otrzymałam. Nie dowierzałam. Nie po to przeprowadziłam się z Nowego Jorku tutaj.

Chciałam w końcu spokoju.

Ale jak widać, on nie zamierzał mi go dać.

Od: Numer nieznany

Dokąd uciekłaś, słonko?

Pamiętaj, to jeszcze nie koniec, znajdę cię, ty mała dziwko.

Gdy przeczytałam trzecie słowo, od razu wiedziałam, to był on. Mój koszmar. Cholernie bałam się tego, że mnie tutaj znajdzie.

Tak bardzo tego nie chciałam. Nie odzywał się do mnie już kilka miesięcy. Byłam przekonana, że w końcu jego temat będzie zamknięty, ale nie. On nie dawał mi zapomnieć o sobie i o tym piekle, które mi zgotował pół roku temu.

A o tym, co zaszło, wiedziałam tylko ja.

To przez niego.

Przez niego próbowałam się zabić i wylądowałam w psychiatryku.

On mnie zniszczył.