Odegaard. Najlepsi piłkarze świata - Matt Oldfield, Tom Oldfield

Kup książkę

29.90 zł
17.94 zł (17,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1. Legenda derbów północnego Londynu

15 stycznia 2023 roku, stadion Tottenham Hotspur

Jest tylko jeden Martin ?degaard!

Martin rozgrzewał się z kolegami z drużyny i dryblował z piłką w kierunku chorągiewki narożnej, podczas gdy fani Arsenalu skandowali jego imię. Kiedy do nich pomachał, ryknęli jeszcze głośniej.

To był mecz wyjazdowy, więc większość zebranych na trybunach kibiców zupełnie inaczej reagowała na piłkarzy Arsenalu. Martin wiedział, że był to jeden z największych sprawdzianów w tym sezonie - mierzyli się ze swoim zaciekłym rywalem, zespołem Tottenhamu, marzącym o odebraniu punktów Kanonierom, którzy już od dobrych kilku miesięcy znajdowali się na szczycie tabeli.

Menedżer Arsenalu, Mikel Arteta, przygotował swoich zawodników na ogłuszający doping i ryzyko brutalnych starć.

- Tottenham ostrzy sobie na nas zęby - powiedział Mikel. - Przede wszystkim więc musimy przeciwstawić im taką samą energię. Jeśli nam się to uda, talent zapewni nam przewagę.

Nadzieje Tottenhamu opierały się na kiepskim bilansie wyjazdowym Arsenalu w derbach północnego Londynu, ale Martin postanowił wykorzystać ten fakt jako dodatkową motywację dla swoich kolegów.

- Gdybyście nie wiedzieli, to nasze ostatnie zwycięstwo na wyjeździe z Tottenhamem miało miejsce w 2014 roku - powiedział, choć doskonale wiedział, że jego koledzy już od dobrego tygodnia rozmawiają o tej mało chwalebnej statystyce. - Najwyższy czas, żebyśmy wygrali na ich terenie.

Bukayo Saka i Martin razem biegali wokół pachołków, żeby rozgrzać mięśnie.

- Ty chyba lubisz grać przeciwko Tottenhamowi - zauważył Bukayo, przypominając koledze, że w poprzednim sezonie strzelił bramkę temu rywalowi. - Wbiegaj w pole karne, a ja będę szukał cię podaniami do tyłu.

Po powrocie do szatni Martin założył biało-czerwoną koszulkę Arsenalu i wziął głęboki oddech. Następnie naciągnął opaskę kapitańską i skręcił szyję najpierw w jedną, potem w drugą stronę. Nawet teraz, będąc już tak doświadczonym graczem, podczas tych ostatnich przygotowań przed wejściem na boisko czuł w żołądku nieprzyjemny ciężar. Ulgę przynosiło dopiero pukanie do drzwi i wezwanie, by piłkarze przeszli już do tunelu.

Kibice Tottenhamu głośno powitali swoich piłkarzy i Martin wiedział, że każde zagranie Arsenalu zostanie przez nich wybuczane. Częścią jego pracy jako kapitana było uspokojenie wszystkich i przejęcie kontroli nad grą w środku pola.

Już na początku meczu wysokie podanie uruchomiło Bukaya na prawym skrzydle, a Martin pobiegł sprintem za rozkręcającą się akcją. Tym razem jednak Bukayo go nie potrzebował - był na pozycji dogodnej do dośrodkowania, ale uderzył piłkę w kierunku bliższego słupka. To zaskoczyło bramkarza Tottenhamu, który niefortunnie skierował futbolówkę do własnej siatki.

Stadion zamilkł, a Martin podbiegł do Bukaya. Obaj w ramach cieszynki udawali, że grają w koszykówkę i rzucają do kosza.

Ten pierwszy gol wytrącił piłkarzy Tottenhamu z równowagi. Niektóre zespoły w tej sytuacji cofnęłyby się i broniły korzystnego wyniku, ale Arsenal nie miał takiego zwyczaju, a Martin zagrzewał kolegów do walki.

Bukayo przeprowadził kolejny atak prawym skrzydłem, a kiedy obrońcy ruszyli w jego stronę, podał do środka, gdzie czekał już Martin. Norweg miał miejsce, by zrobić jeszcze kilka kroków do przodu, po czym oddał niski strzał. Piłka zmierzała w światło bramki, ale bramkarz zdołał ją wybić.

Kilka minut później Martin miał niemal identyczną szansę. Ponownie oddał mocny, niski strzał lewą nogą, lecz tym razem uderzenie było lepsze. Piłka skozłowała od murawy i wpadła w dolny róg bramki. 2:0!

Gooooooooooooooooooooooooooollllllllllllllllllllllll!!!

- Po prostu Martinowi ?degaardowi nie można dać tyle miejsca - powiedział Bukayo tonem komentatora sportowego, gdy obaj wracali na swoją połowę boiska. - Ale tak na poważnie: zachowywali się, jakby nigdy wcześniej nie widzieli twoich strzałów!

Arsenal dążył do kolejnego ważnego zwycięstwa i nieustannie udowadniał wątpiącym, że się mylą. Niektórzy spodziewali się, że Kanonierzy w końcu się potkną. Oczywiście do końca wyścigu o tytuł mistrza ligi było jeszcze daleko, ale Martin był dumny z gry swojego zespołu.

Gdy Martin dołączył do kolegów z drużyny, aby oklaskiwać fanów Arsenalu przed zejściem do szatni, nie mógł przestać się uśmiechać. Miał zaledwie 24 lata, a jego dotychczasowa kariera piłkarska była niezwykle intensywna: na scenę wszedł już jako nastolatek, jednak później musiał walczyć, aby udowodnić, że spełnia pokładane w nim nadzieje. Ale to dopiero w Arsenalu poczuł się jak w domu.

Rozdział 2. Największy kibic taty

Zapach frytek i kiełbasek unosił się w powietrzu, a Martin strzelał oczami naokoło, aby niczego nie przegapić. Miał zaledwie 5 lat i odliczał dni do tego wyjątkowego święta, odkąd tylko o nim usłyszał.

Podążał za mamą, Lene, i starszym bratem, Kristofferem, przedzierając się przez dużą grupę mężczyzn i kobiet z niebiesko-białymi szalikami.

I wtedy mu to mignęło: plama zieleni między dwoma znakami. Boisko Sandefjordu! Ojciec Martina, Hans Erik, grał w Sandefjordzie i dziś po raz pierwszy Martin miał zobaczyć go w akcji.

- Chodź, Martin - zawołał Kristoffer. - Tędy!

Martin ocknął się nagle. Uświadomił sobie, że stoi jak wryty na środku chodnika i blokuje drogę innym - dwóch kibiców ominęło go w ostatniej chwili, aby na niego nie wpaść.

Szybko dogonił brata i wszyscy już razem skręcili za róg. Na końcu korytarza stał wysoki mężczyzna o przyjaznej twarzy. Pomachał do nich na powitanie. Przywitał Lene i poklepał Kristoffera po ramieniu, po czym odwrócił się do Martina i podał mu wejściówkę. Martin zauważył naszywkę Sandefjordu na jego kurtce.

- Ty musisz być Martin - powiedział mężczyzna, wyciągając dłoń w stronę chłopca. - Jesteś gotowy, by obejrzeć boisko z bliska?

- Tak! - wykrzyknął Martin, z ekscytacją przeskakując z nogi na nogę.

Całą trójką poszli za owym mężczyzną i skręcili w boczne drzwi, które prowadziły wprost na najbardziej zielone z zielonych boisk.

- O rany! - jedynie tyle Martin był w stanie teraz powiedzieć. Oczy miał szeroko otwarte ze zdumienia. Widział boks dla zawodników, tablicę wyników i kilku rozgrzewających się piłkarzy.

- Idealne wyczucie czasu! - powiedział ktoś nagle za ich plecami.

Wszyscy się odwrócili i zobaczyli podbiegającego do nich Hansa Erika. Miał już na sobie strój do rozgrzewki. Przeszedł pod barierką i wspiął się na trybunę, obok pierwszego rzędu siedzeń.

- I co o tym myślisz? - zapytał Martina, obejmując go ramieniem.

- Jest niesamowicie! - odpowiedział chłopiec. - Nie mogę się doczekać meczu.

Hans Erik się uśmiechnął.

- Świetnie! No nic, chciałem się tylko z wami przywitać. Muszę wracać, żeby się przygotować, ale zobaczymy się później. Pamiętaj, żeby głośno nam kibicować!

- Powodzenia! - krzyknęli razem Martin i Kristoffer, podczas gdy Hans Erik przytulił Lene i dołączył do kolegów na boisku.

Po chwili wrócił do nich tamten wysoki mężczyzna. Miał dla nich dobrą wiadomość:

- Mamy dla was VIP-owskie miejsca - oświadczył z wyraźną dumą w głosie. - Chodźcie za mną.

Poprowadził ich do trzech wolnych siedzeń tuż przy linii środkowej, skąd mieli doskonały widok na całe boisko. Martin nie mógł usiedzieć i zaczął na stojąco podskakiwać z ekscytacji jeszcze przed rozpoczęciem meczu, ale na szczęście był na tyle mały, że nie zasłaniał nikomu widoku.

- To boisko jest takie duże, że pomieściłoby się na nim stu graczy! - krzyczał, ciągnąc brata za rękaw. - I te bramki też są takie ogromne! Jak bramkarze mają ich bronić?

Lene się roześmiała.

- Kristoffer, gdy pierwszy raz byłeś na meczu, zachowywałeś się dokładnie tak samo jak twój brat!

Kilka minut później Kristoffer szturchnął Martina i wskazał drugą stronę stadionu, miejsce, w którym drużyny właśnie wchodziły na murawę. Martin wciąż podskakiwał, chłonąc wszystko z entuzjazmem. Na widok taty zaczął głośno wiwatować.

Trybuny były niebiesko-białe. Wydawało mu się, że całe miasto przyszło na mecz, w którym grał jego ojciec!