Dzisiaj nie umrę.
Ocalę go.
Osobisty wpis Violet Sorrengail do Dziennika Brennana
ROZDZIAŁ PIERWSZY
Dwa tygodnie później
Latanie w styczniu powinno być naruszeniem zasad kodeksu. Przez szalejącą zamieć i nieustępliwą mgłę zza szkieł gogli niczego nie widzę w trakcie przebijania się przez burzę śnieżną nad górami niedaleko Basgiathu. Mając nadzieję, że najgorsze już przetrwaliśmy, mocno zaciskam dłonie w rękawiczkach na łęku siodła.
Śmierć w tym momencie byłaby dość niedogodna, zwracam się do Tairna i Andarny dzięki łączącej nas mentalnej więzi. Chyba że chcecie powstrzymać mnie przed udziałem w Senarium dziś po południu? Czekałam ponad tydzień na udający zaproszenie rozkaz od królewskiej rady, ale opóźnienie jest zrozumiałe, zważywszy na fakt, że są na etapie czwartego dnia bezprecedensowych rozmów pokojowych odbywających się na terenie uczelni. Poromiel publicznie zadeklarował, że siódmego dnia odejdą, jeśli warunki nie zostaną spełnione, a na razie na to się zapowiada. Mogę mieć tylko nadzieję, że łaskawie będą w pogodnym nastroju, kiedy się zjawię.
Chcesz zdążyć na spotkanie? To tym razem nie spadnij, odgryza się Tairn.
Po raz ostatni powtarzam, wcale nie spadłam, bronię się. Zeskoczyłam, żeby pomóc Sawyerowi...
Nawet mi nie przypominaj.
Nie możecie wiecznie wykluczać mnie z patroli, wtrąca Andarna, która właśnie znajduje się w ciepłym i chronionym Kotle.
To nie jest bezpieczne, przypomina jej Tairn chyba po raz setny. Pomijając pogodę, to nie wycieczka dla rozrywki, bo polujemy na władających mrokiem.
Nie powinnaś z nami latać, zgadzam się. Cały czas szukam śladów Ridoca i Aotroma, ale wszędzie widzę tylko ścianę bieli. Czuję ucisk w sercu. Jak którekolwiek z nas ma w tych warunkach zobaczyć topografię lub naszych kolegów z drużyny, a tym bardziej władających mrokiem znajdujących się setki metrów pod nami? Nie pamiętam, żeby uczelnię nawiedzały tak gwałtowne burze, jak przez ostatnie dwa tygodnie. Bez niej...
Mama. Tęsknota zanurza swoje ostre szpony w mojej klatce piersiowej, unoszę więc twarz, żeby poczuć na policzkach lodowaty śnieg. Skupiam się na czymkolwiek, byle oddychać dalej, byle brnąć dalej. Później będzie czas na opłakiwanie. Jak zawsze.
To tylko pobieżny patrol, jęczy Andarna, wyrywając mnie z zamyślenia. Potrzebuję praktyki. Kto wie, jaką zastaniemy pogodę podczas poszukiwań mojej rasy.
Te "pobieżne patrole" okazały się śmiertelnie niebezpieczne i nie mam zamiaru szukać okazji, żeby przetestować teorie o ogniu Andarny. Mroczni być może mają ograniczone moce wewnątrz barier, ale wciąż są groźnymi przeciwnikami. Ci, którzy nie uciekli bezpośrednio po bitwie, wykorzystali element zaskoczenia, żeby dodać kolejne nazwiska do listy poległych. Ucierpiały osoby z Pierwszego Skrzydła, Trzeciego i nawet z naszej Sekcji Szpona.
W takim razie ćwicz równomierne rozprowadzanie magii, aby utrzymać wszystkie kończyny w cieple podczas lotu, bo twoje skrzydła nie wytrzymają takiego zimna, warczy Tairn w zasypujący nas śnieg.
"Twoje skrzydła nie wytrzymają takiego zimna", Andarna przedrzeźnia go bezczelnie. A ty jakimś cudem jesteś w stanie udźwignąć ciężar własnego ego.
Idź, znajdź sobie jakąś owcę i pozwól dorosłym pracować. Mięśnie Tairna poruszają się pode mną nieznacznie w znajomy sposób, więc pochylam się na tyle, na ile pozwoli siodło, żeby przygotować się do nurkowania.
Żołądek podchodzi mi do gardła, gdy Tairn składa skrzydła i przecinamy burzę w drodze na dół. Wiatr szarpie za kaptur mojego zimowego munduru, skórzany pas siodła wpija się w moje zamarznięte uda, a ja modlę się do Zihnala, żebyśmy nie trafili na żaden wierzchołek góry.
Tairn wyrównuje lot, a mój żołądek się uspokaja. Przesuwam gogle na czoło i mrugam szybko, patrząc w prawo. Wraz z obniżeniem wysokości zmniejszyła się również siła zawieruchy na tyle, że widzę kamieniste szczyty tuż nad polem treningowym.
Chyba jest czysto. Oczy zachodzą mi łzami zarówno od wiatru, jak i śniegu, który bardziej przypomina małe igiełki niż płatki. Przecieram soczewki zamszowymi rękawiczkami i ponownie nakładam je na oczy.
Zgadzam się. Kiedy usłyszymy to samo od Feirge i Crutha, zakończymy na dzisiaj wycieczkę, burczy.
Mówisz tak, jakby nienapotkanie wroga przez trzy dni było czymś złym. Może naprawdę złapaliśmy i zabiliśmy ich wszystkich. Jako kadeci pozbyliśmy się trzydziestu jeden veninów na terenach otaczających Basgiath, podczas gdy nasi profesorowie oczyszczali resztę prowincji. Byłoby ich trzydziestu dwóch, gdyby ktokolwiek zaczął podejrzewać, że jeden z nich jest wśród nas, nawet jeśli dzięki Xadenowi mamy o siedemnaście potworów mniej.
Ta cisza nie napawa mnie opty... Nad nami rozlega się smagnięcie wiatru i Tairn gwałtownie podrywa głowę, a ja idę w jego ślady.
O nie.
To nie wiatr. Tylko skrzydła.
Moim oczom ukazują się szpony Aotroma i zalewa mnie panika. Burza popycha go prosto w naszą stronę.
Tairn!, krzyczę, ale on już skręca w lewo, zbaczając z kursu.
Świat się obraca, niebo i ziemia zamieniają się miejscami dwukrotnie w przyprawiającym o mdłości tańcu, a potem Tairn rozpościera skrzydła z nagłym łopotem. Ruch sprawia, że pęka gruba na niemal trzy centymetry warstwa lodu pokrywająca brzegi błony i jego kawałki osypują się w powietrzu.
Biorę głęboki, drżący oddech, kiedy Tairn z maksymalnym wysiłkiem wachluje skrzydłami i w ciągu kilku sekund wznosi się o trzydzieści metrów, a potem pędzi w stronę brązowego mieczogona związanego z Ridokiem.
Gniew pali powietrze w moich płucach, gdy emocje Tairna przelotnie zalewają mój organizm. Zaraz potem udaje mi się wznieść mentalne bariery, żeby wytłumić najsilniejsze doznania przyćmiewające naszą więź.
- Nie! - przekrzykuję wiatr, gdy wyłaniamy się po lewej stronie Aotroma, ale jak zawsze Tairn robi to, na co ma ochotę, i kłapie szczękami zaledwie kilka centymetrów od głowy smoka. - Przecież to był wypadek!
I zapewne dałoby się go uniknąć dzięki smoczej komunikacji.
Mniejszy brązowy smok skrzeczy, gdy Tairn powtarza ostrzeżenie. Po chwili Aotrom obnaża grdykę na znak uległości.
Ridoc patrzy w moją stronę zza ściany śniegu i wyrzuca ręce w powietrze, ale chyba nie zauważa mojego przepraszającego wzruszenia ramionami, bo jego smok odbija w bok i zmierza na południe w stronę pola treningowego.
Wygląda na to, że Feirge i Rhi zdążyły się zgłosić.
Czy to naprawdę było konieczne?, opuszczam bariery i więzi Tairna i Andarny zalewają mnie z pełną mocą. Lśniąca ścieżka prowadząca do Xadena wciąż jest jednak zablokowana, stanowi jedynie echo dawnej mocy. Utrata nieustannej więzi boli, ale wiem, że on jeszcze nie ufa sobie na tyle - albo temu, w co według niego mógł się zamienić - by ją ciągle utrzymywać.
Tak, odpowiada Tairn, przeświadczony, że jedno słowo wystarczy za odpowiedź.
Jesteś niemal dwukrotnie większy od niego i widać było, że to wypadek, powtarzam, kiedy gwałtownie nurkujemy w stronę pola treningowego. Śnieg na dnie wąwozu został wydeptany przez nieustannie krążące patrole drugiego i trzeciego roku tak, że utworzyły się błotniste kałuże.
To był przejaw nieuwagi, a dwudziestodwuletni smok powinien wiedzieć, że nie należy odcinać się od swojej jednostki tylko dlatego, że sprzecza się ze swoim jeźdźcem, oburza się Tairn. Jego gniew nieco traci na sile, gdy Aotrom ląduje przy Feirge, zielonym sztyletogonie Rhi.
Szpony Tairna uderzają w zamrożoną ziemię po lewej stronie Aotroma, wprawiając w drgania każdą kość w moim ciele. Plecy eksplodują mi bólem, a najbardziej obrywają lędźwie. Oddycham głęboko, starając się przeczekać najgorsze, z resztą sobie jakoś radzę, więc ruszam dalej.
O, cóż za gracja. Przesuwam gogle na czubek głowy.
Następnym razem ty będziesz lecieć. Otrzepuje się jak mokry pies, a ja zasłaniam twarz dłońmi, chroniąc się przed lodem i śniegiem opadającymi z jego łusek.
Kiedy się uspokaja, ciągnę za skórzany pas siodła, ale sprzączka zacina się o poszarpane, nierówne szwy, które nałożyłam po walce. Jeden z nich pęka.
Cholera. Nie doszłoby do tego, gdybyś pozwolił Xadenowi to naprawić. Z wysiłkiem wysuwam się z siodła, ignorując bolesne protesty zesztywniałych z mrozu stawów, i przemierzam ścieżkę oblodzonych łusek i kolców, które znam jak własną kieszeń.
Mroczny tego nie rozciął, odpowiada Tairn.
Przestań go tak nazywać. Kolana uginają się pode mną, rozkładam ramiona, żeby złapać równowagę, przeklinając swoje stawy na wysokości smoczego barku. Po godzinie w siodle w tych temperaturach trzeszczące kolano to nic. Cieszę się, że moje biodra wciąż działają.
Przestań wypierać prawdę. Tairn podkreśla każde słowo dosadnego rozkazu, gdy omijam kałużę lodu i próbuję zejść na dół. Jego dusza już nie należy do niego.
Nie dramatyzujesz za bardzo? Nie zamierzam kolejny raz wdawać się w tę kłótnię. Jego oczy znowu są normalne...
Ten rodzaj mocy jest uzależniający. Wiesz o tym, bo w przeciwnym razie nie udawałabyś w nocy, że śpisz. Obraca głowę w sposób kojarzący się z wężem i mierzy mnie złotym okiem.
Śpię. To nie do końca kłamstwo, ale najwyższa pora zmienić temat. Kazałeś mi naprawić siodło samej, żeby dać mi nauczkę? Kiedy ześlizguję się na dół, mój tyłek protestuje przy zetknięciu z każdą łuską, ale w końcu ląduję w świeżej warstwie śniegu. Czy dlatego, że już nie ufasz Xadenowi w kwestii mojego wyposażenia?
Tak. Tairn unosi głowę wysoko nade mną i puszcza strumień ognia wzdłuż skrzydła, topiąc pozostały lód, a ja odwracam się od żaru, który boleśnie kontrastuje z temperaturą mojego ciała.
Tairn... Z trudem formułuję dźwięki, patrząc na niego. Przed spotkaniem muszę wiedzieć, jakie masz zdanie w tej sprawie. Ze wsparciem Empireum lub bez nie jestem w stanie zrobić tego bez ciebie.
Innymi słowy, czy zamierzam poprzeć bezmiar sposobów na igranie ze śmiercią w imię uleczenia tego, dla którego nie ma już nadziei? Ponownie obraca łeb w moją stronę.
Przez więź z Andarną przetacza się napięcie.
On nie... Daruję sobie ten argument, skoro wydają się już trochę przekonani. W sumie to tak.
W jego piersi rozlega się niski pomruk.
Latam bez rozgrzania skrzydeł, przygotowując się do dźwigania znacznie większych ciężarów i to na dłuższe dystanse. Czy to nie stanowi odpowiedzi na twoje pytanie?
Ma na myśli Andarnę. Wzdycham z ulgą.
Dziękuję.
Z jego nozdrzy buchają kłęby pary.
Jednakże nie myl mojego niezachwianego wsparcia wobec ciebie, mojej towarzyszki oraz wobec Andarny z jakąkolwiek formą wiary w niego. Tairn unosi głowę, kończąc tym samym dyskusję.
Dotarło.
Ruszam wydeptaną ścieżką w stronę miejsca, gdzie czekają Rhi i Quinn. Ridoc okrąża Tairna szerokim łukiem. Niemal zdrętwiałymi palcami odpinam część zimowego kaptura i odsuwam od twarzy obszyty futrem materiał.
- Na waszej trasie wszystko w porządku?
Rhi i Quinn wyglądają na zmarznięte, ale są całe, dzięki niech będą bogom.
- Wciąż... alarmująco spokojnie. Nie widziałyśmy niczego podejrzanego. A palenisko wiwern wciąż wypełniają tylko popioły i kości. - Rhi wybiera grudkę śniegu z obszycia kaptura i ściąga go, odsłaniając sięgające ramion czarne warkocze.
- Przez ostatnie dziesięć minut gówno widzieliśmy. - Ridoc przeczesuje włosy dłońmi w rękawiczkach, a płatki śniegu zsuwają się z jego brązowych policzków, nawet nie topniejąc.
- Ty przynajmniej władasz lodem. - Wskazuję ręką na jego twarz, irytująco nietkniętą mrozem.
Quinn pospiesznie ściąga blond loki w kok.
- Używanie mocy pomogłoby ci się rozgrzać.
- Nie zamierzam ryzykować, kiedy nie wiem, gdzie mogę trafić. - Tym bardziej że straciłam w bitwie swój jedyny przewód. Zerkam na Ridoca, gdy za nim grupa smoków z naszej Sekcji Ogona przygotowuje się do patrolu. - A tak w ogóle, o co spierałeś się z Aotromem?
- Przepraszam za to. - Ridoc posyła mi zbolałą minę i dodaje szeptem: - On chce wrócić do domu. Do Aretii. Mówi, że tam możemy zacząć poszukiwania siódmej rasy.
Rhi kiwa głową, a Quinn zaciska usta w ciasną linię.
- Tak, rozumiem - odpowiadam. To popularna opinia wśród smoków naszej jednostki. A tutaj nie jesteśmy do końca mile widziani. Porozumienie między navarriańskimi a aretiańskimi jeźdźcami rozpadło się zaledwie kilka godzin po bitwie. - Ale jedyna droga do przymierza, które może pomóc uratować poromielskich cywili, wymaga naszej obecności tutaj. Przynajmniej na razie.
Nie wspominając już o tym, że Xaden nalegał, abyśmy tu zostali.
Woli tu zostać, ponieważ navarriańskie bariery chronią cię przed nim. Tairn wypuszcza kolejny strumień ognia, gdy go ignoruję. Rozgrzewa lewe skrzydło, a potem przykuca i wzbija się w powietrze razem z pozostałymi.
Dziedziniec jest niemal opustoszały, kiedy do niego docieramy i przechodzimy przez tunel biegnący pod łańcuchem górskim oddzielającym nas od pola treningowego. Przed nami śnieg pokrywa skrzydło koszar, środkową rotundę łączącą struktury kwadrantu oraz wszystko poza wysuniętą najbardziej na południe częścią dachu, gdzie ogień Maleka płonie jasno w najwyższej wieży, pochłaniając przedmioty należące do naszych zmarłych - zgodnie z jego życzeniem.
Może bóg śmierci przeklnie mnie za to, że zostawiłam sobie dziennik matki, ale z drugiej strony, gdybyśmy się jednak spotkali, i tak przekazałabym mu kilka dosadnych słów.
- Zdajcie raport - rozkazuje stojąca z lewej strony na podium Aura Beinhaven, której towarzyszy Ewan Faber, krępy, skwaszony dowódca tego, co zostało z navarriańskiego Czwartego Skrzydła.
- Och, dobrze, że wszyscy wróciliście. - Głos Ewana ocieka sarkazmem. Chłopak krzyżuje szerokie ramiona, z których osypuje się śnieg. - Strasznie się martwiliśmy.
- Przecież ten dupek był ledwie dowódcą Sekcji Szpona, gdy wylatywaliśmy - mamrocze Ridoc.
- Dzisiaj czysto - odpowiada Rhiannon. Aura kiwa głową, ale nie odpowiada. - Jakieś wieści z frontu?
Czuję skurcz w żołądku. Brak informacji jest nieznośny.
- Żadnych, którymi byłabym gotowa podzielić się z bandą dezerterów - prycha Aura.
Och, niech się wali.
- Bandą dezerterów, którzy uratowali ci dupę! - Quinn pokazuje środkowy palec, kiedy ją mijamy. Nasze buty skrzypią na żwirze pokrytym śniegiem. - Navarriańscy jeźdźcy, aretiańscy jeźdźcy... Nie możemy tak funkcjonować - zwraca się do grupy szeptem. - Jeśli oni nas nie zaakceptują, to lotnicy nie mają szans.
Kiwam głową na zgodę. Mira już zajmuje się tym problemem. Nie żeby dowództwo wiedziało lub miało wykorzystać to, czego się dowiedziała, nawet jeśli miałoby to uratować negocjacje. Nadęte dupki.
- Devera i Kaori powinni wrócić lada dzień. I uporządkują strukturę dowodzenia, gdy tylko koronowane głowy podpiszą porozumienie, które, miejmy nadzieję, usprawiedliwi nasze odejście. - Rhi przekrzywia głowę, gdy Imogen wychodzi z rotundy przed nami, różowe włosy muskają jej policzek wraz z każdym krokiem stawianym na schodach. - Cardulo, ominął cię patrol.
- Porucznik Tavis przypisał mnie do innego zadania - wyjaśnia Imogen bez wahania, zmierzając w naszą stronę. Jej wzrok przeskakuje na mnie. - Sorrengail, na słówko.
Kiwam głową. Pilnowała Xadena.
- Jutro masz być obecna. - Rhi wraz z pozostałą dwójką mija Imogen, a potem zatrzymuje się w połowie schodów i ogląda przez ramię, gdy reszta wchodzi do środka. - Chwila. Czy Mira nie miała dzisiaj wrócić?
- Jutro. - Niepokój ściska mnie w gardle niczym ciasno zawiązana wstążka. Wymyślenie planu to jedno, a wprowadzenie go w życie drugie, szczególnie jeśli konsekwencje mogą dotyczyć bliskich mi ludzi, którzy mieliby zostać zdrajcami... po raz kolejny.
Każda możliwa ścieżka, przypomina mi Andarna.
Każda możliwa ścieżka, powtarzam jak mantrę i prostuję ramiona.
- Dobrze. - Na twarzy Rhi powoli rozciąga się uśmiech. - Kiedy skończycie, będziemy w izbie chorych - obiecuje, a następnie pokonuje pozostałe stopnie i wchodzi do rotundy.
- Powiedziałaś drugorocznym, co knuje Mira? - szepcze oskarżycielskim tonem Imogen.
- Tylko jeźdźcom - odpowiadam równie cicho. - Jeśli zostaniemy przyłapani, zarzucą nam zdradę, ale jeśli przyłapią lotników, to...
- Będzie wojna - dokańcza Imogen.
- Ridoc, czy ty specjalnie zamroziłeś te drzwi, że nie da się ich otworzyć? - krzyczy Rhi u szczytu stopni, szarpiąc za klamkę rotundy i napierając na drzwi całym ciałem. Po chwili Ridoc wyłania się z jej lewej strony. - Wracaj tu natychmiast i to napraw!
- Jasne. Powiedzenie im było znakomitym pomysłem. - Imogen pociera grzbiet nosa, a Ridoc wybucha histerycznym śmiechem z wnętrza rotundy. - Wasza czwórka to jakaś pomyłka. To będzie cud, jeśli nam się to uda i nie zostaniemy straceni.
- Nie musisz się w to angażować. - Obcinam ją takim spojrzeniem, na które jeszcze półtora roku temu bym się nie odważyła. - Zrobię to z twoją pomocą lub bez niej.
- Ktoś tu się zrobił pyskaty, co? - Kącik jej ust się unosi. - Wyluzuj. I jeśli Mira wymyśli jakiś plan, oczywiście w to wchodzę.
- Ona nie wie, co to porażka.
- Zauważyłam. - Wiatr ciska śniegiem w nasze twarze, a wzrok Imogen się wyostrza. - Ale proszę cię, tylko mi nie mów, że zdradziłaś swojej nieustraszonej czwórce wszystkie powody, dla których to robimy.
- Oczywiście, że nie. - Wciskam rękawiczki do kieszeni. - On wciąż jest na mnie wkurzony, bo "obciążyłam cię" tą wiedzą.
- To powinien odpuścić sobie głupie wyskoki, które później trzeba odkręcać. - Rozciera zmarznięte dłonie i rusza za mną schodami. - Posłuchaj, chciałam porozmawiać z tobą sam na sam, bo gadałam z Garrickiem i Bodhim i...
- Beze mnie? - Cała sztywnieję.
- O tobie - prostuje bez skruchy.
- Jeszcze lepiej. - Wyciągam rękę do drzwi.
- Doszliśmy do wniosku, że musisz przemyśleć to, gdzie śpisz.
Mocno zaciskam dłoń na klamce i rozważam, czy nie przywalić jej drzwiami w twarz.
- A ja doszłam do wniosku, że możecie się pieprzyć. Nie ucieknę od niego. Nie skrzywdził mnie nawet w chwilach, gdy stracił kontrolę. I nigdy tego nie zrobi.
- Mówiłam im, że tak powiesz, ale nie zdziw się, jeśli będą pytać. Dobrze wiedzieć, że ty wciąż jesteś przewidywalna, nawet jeśli Riorson nie jest.
- A jak się on dzisiaj ma? - Żar zalewa mi twarz, kiedy wchodzimy do pustej rotundy. Zdejmuję kaptur. Bez zajęć, formacji czy jakiegokolwiek porządku skrzydło akademickie pozostaje opuszczone, ale sale i jadalnie pełne są snujących się bez celu zmartwionych i zestresowanych kadetów, mających nadzieję, że przetrwają kolejny patrol, i pragnących wyładowywać swoje frustracje na innych. Każdy z nas dosłownie zabiłby za lekcję analizy wojennej.
- Burkliwy i uparty jak zawsze - odpowiada Imogen, kiedy wchodzimy do koszar. Milkniemy, mijając grupy patrzących na nas spode łba drugoroczniaków z Pierwszego Skrzydła. W tym Caroline Ashton, co oznacza, że prawdomówcy ją sprawdzili. Na nasze szczęście schody prowadzące do Kwadrantu Medyków są puste. - Zamierzasz mu powiedzieć, co chcemy zrobić?
- Jest świadomy, że będziemy szukać pobratymców Andarny. A co do reszty? Nie chce wiedzieć. - Gdy docieramy do tuneli, kiwam głową nadchodzącej parze aretiańskich jeźdźców z Trzeciego Skrzydła, ale odzywam się dopiero, gdy znajdujemy się poza zasięgiem ich słuchu. - Boi się, że niezamierzenie zdradzi jakieś informacje. Co jest śmieszne, ale muszę uszanować jego życzenie.
- Nie mogę się doczekać, aż on odkryje, że przewodzisz własnej rebelii. - Uśmiecha się szeroko, kiedy przemierzamy most prowadzący do Kwadrantu Medyków.
- To nie jest rebelia, a ja jej nie... przewodzę. - Xaden, Dain, Rhi... oni są przywódcami. Potrafią natchnąć innych i dowodzić nimi, mając na uwadze dobro całej drużyny. A ja robię wszystko tylko po to, żeby uratować Xadena.
- Zaliczając do tego misję odnalezienia rasy Andarny? - Otwiera drzwi prowadzące do Kwadrantu Medyków, a ja podążam za nią do środka.
- To coś innego, a ja nie dowodzę, co najwyżej próbuję wyłonić dowódcę. O ile mi się uda. - Rozglądam się po zagraconym tunelu, omijam wzrokiem śpiących pacjentów ubranych w niebieskie koszule i zauważam kręcącą się między nimi grupę zakapturzonych skrybów, bez wątpienia wciąż starających się doliczyć rannych i poległych. - Brzmi jak jedno i to samo, ale tak nie jest.
- Jasne. - Jej głos ocieka sarkazmem. - Cóż, wiadomość przekazana, więc kończę tę rozmowę. Daj znać, kiedy wróci Mira. - Odchodzi w kierunku głównej części uczelni. - Pozdrów ode mnie Sawyera i powodzenia dzisiaj!
- Dzięki - wołam za nią, a potem odwracam się w stronę izby chorych. Gdy pokonuję dwuskrzydłowe drzwi, dociera do mnie zapach ziół i krwi. Macham Tragerowi stojącemu na prawo, który jako jeden z kilku przeszkolonych medycznie lotników robi wszystko, by się przydać.
Kiwa głową znad łóżka pacjenta, a potem sięga po igłę i nici.
Ruszam w pośpiechu w stronę najbliższego kąta, schodząc z drogi medykom, którzy biegają między osłoniętymi łóżkami chorych.
Gdy się zbliżam, zza ostatniej kotary dobiega śmiech Ridoca. Jasnoniebieskie zasłony zostały odciągnięte i pozwalają ujrzeć stos rzuconych w kąt zimowych kurtek oraz wszystkich drugorocznych z naszej sekcji ściśniętych przy łóżku Sawyera.
- Nie przesadzaj - odzywa się Rhiannon, siedząca na drewnianym krześle na wysokości głowy Sawyera. Kiwa palcem na Ridoca, który przysiadł na łóżku w miejscu, gdzie powinna się znajdować noga naszego kolegi z drużyny. - Ja tylko powiedziałam im, że to stolik naszej drużyny i mają...
- ...zapitalać w podskokach do Sekcji Pierwszego Skrzydła, gdzie ich miejsce - dokańcza za nią Ridoc, znowu wybuchając śmiechem.
- Nie wierzę, że to powiedziałaś. - Kącik ust Sawyera się unosi, ale daleko mu do prawdziwego uśmiechu.
- Powiedziała. - Lawiruję w ciasnej przestrzeni, starając się ominąć wyciągnięte nogi Cat, która siedzi na podłodze obok Maren. Rozpinam kurtkę lotniczą i rzucam ją na stertę innych.
- Jeźdźcy obrażają się o byle bzdurę. - Cat unosi ciemną brew i przerzuca kartkę książki od historii Markhama. - Mamy ważniejsze problemy niż stoliki.
- To prawda. - Maren kiwa głową, zaplatając ciemnobrązowe włosy w warkocz.
- A jak było na patrolu? - Sawyer podciąga się do pozycji siedzącej bez niczyjej pomocy.
- Spokojnie - odpowiada Ridoc. - Zaczynam myśleć, że dopadliśmy już wszystkich.
- Albo udało im się uciec - sugeruje Sawyer, światło uchodzi z jego oczu. - Ale wkrótce ich dopadniemy.
- Najpierw musimy ukończyć uczelnię. - Rhi krzyżuje nogi. - Szkoła nie wyśle kadetów za bariery.
- Poza oczywiście Violet, która będzie szukać siódmej rasy, żebyśmy mogli wygrać tę wojnę. - Ridoc patrzy na mnie z szelmowskim uśmiechem. - Nie martwcie się, będę jej pilnować.
Nie jestem pewna, czy tylko się droczy, czy mówi poważnie.
Cat prycha i przewraca kolejną stronę.
- Że niby tobie pozwolą lecieć? Gwarantuję ci, że dotyczy to tylko dowódców.
- Niemożliwe. - Ridoc potrząsa głową. - To jej smok i jej zasady. Prawda, Vi?
Wszystkie głowy odwracają się w moim kierunku.
- Zakładając, że wydadzą nam rozkazy, sporządzam listę osób, którym ufam na tyle, by ich posłać. - Listę, którą przekreślałam tyle razy, że już nawet nie wiem, czy mam właściwą.
- Powinnaś zabrać całą drużynę - sugeruje Sawyer. - Najlepiej działamy razem. - Nagle prycha. - Kogo ja chcę oszukać? Wy najlepiej działacie razem. Ja ledwie jestem w stanie wspiąć się po schodach. - Kiwa głową na kule stojące przy jego łóżku.
- Wciąż jesteś w drużynie. Nawadniaj się. - Rhi wyciąga rękę po cynowy kubek, nad stolikiem i nad liścikiem zapisanym pismem, które chyba należy do Jesinii.
- Woda nie sprawi, że odrośnie mi noga. - Sawyer przyjmuje naczynie, a ucho kubka syczy, odkształcając się pod wpływem dotyku. Patrzy na mnie. - Wiem, że to słabe mówić tak po śmierci twojej mamy...
- Ból to nie wyścigi - zapewniam go. - Każdy ma do niego prawo.
Wzdycha.
- Odwiedził mnie pułkownik Chandlyr.
Ogarnia mnie niepokój.
- Dowódca zwolnionych jeźdźców?
Sawyer kiwa głową.
- Co? - Ridoc krzyżuje ramiona na piersi. - Drugoroczni nie zostają zwolnieni ze służby. Czy umierają? Tak. Czy dostają wolne? Nie.
- Rozumiem - zaczyna Sawyer. - Po prostu...
Nagle w izbie chorych rozlega się donośny wrzask zarezerwowany dla czegoś gorszego niż ból - przerażenia. Cisza, która następuje, przeszywa mnie aż do szpiku kości, niepokój podnosi włoski na karku, gdy wyciągam dwa sztylety i odwracam się w stronę zagrożenia.
- Co to było? - Ridoc ześlizguje się z łóżka Sawyera, a gdy wychodzę zza zasłony i obracam się w stronę otwartych drzwi izby, pozostali ustawiają się za mną.
- Ona nie żyje! - Ubrany na niebiesko kadet medyków potyka się i upada na kolana. - Oni wszyscy nie żyją!
Nie da się pomylić szarego odcisku dłoni na boku jego szyi.
Venin.
Moje serce staje. Nie znaleźliśmy ich w trakcie patrolu poza uczelnią - a to dlatego, że oni już byli w środku.