Od marzeń do konkretów
Dlaczego warto podróżować?
Nie trzeba tłumaczyć tego tym, którzy choć raz wybrali się na samodzielnie zorganizowany wyjazd. Każdy ma inną motywację: przeżycie przygody, zobaczenie na własne oczy słynnych zabytków czy cudów przyrody, poznanie innych kultur i sposobów życia lub zwyczajne oderwanie się od codzienności. Przemierzając kilometry, można poczuć wolność płynącą z włóczęgi po świecie bez planu, oczekiwań i grubego portfela. Można poznać ludzi z "końca świata" i zobaczyć następną porcję widoków z kategorii "wbija w ziemię". Ruszamy w podróż, żeby:
się nie spinać niczem, się cieszyć wszystkiem, się wysypiać, jak Pan Bóg przykazał, nternetu nie zgłębiać, miejscowych przysmaków jak najwięcej zjadać, niesamowitych miejsc jak najwięcej zobaczyć, zdjęć pięknych tamże narobić, dzieciom potem kawałek świata pokazać.
Niestety, większość ludzi ma w sobie wewnętrznego lenia, który bardzo nie lubi zmian. I nawet jeśli marzą o dokonaniu wielkich rzeczy, to kiedy przychodzi co do czego, wydaje im się, że nie dadzą rady, że przeciwności jest za dużo. Kiedy w głowie zaświta im myśl, żeby gdzieś pojechać, wewnętrzny leń szybko przedstawia listę argumentów, które mają do tego zniechęcić. Oto najpopularniejsze wymówki:
Nie mam czasu
W twojej głowie: Przecież chodzę do szkoły i mam sprawdzian w tym tygodniu. A na wakacjach? Korki mam, przecież matura w przyszłym roku, lepiej się nie rozpraszać.
Rzeczywistość: Wakacje są po to, żeby nauczyć się życia poza szkolną ławką i książkami, a dwa miesiące spokojnie wystarczą, żeby gdzieś pojechać i jeszcze się polenić. Całe trzy lata w szkole średniej człowiek przygotowuje się do matury, nie musi tego robić w wakacje.
W twojej głowie: Mam dużo zajęć na uczelni. Ćwiczenia są obowiązkowe, można mieć tylko jedną nieobecność, a jak opuszczę wykład, nie będę wiedział, o co chodzi. Wiem, że mam trzy miesiące wakacji. Ale w lipcu chcę w końcu odpocząć i nic nie robić, a potem będę pracować w pubie, żeby mieć za co imprezować od października.
Rzeczywistość: Nie ma takich studiów i zajęć (z małymi wyjątkami), których nie dałoby się na jakiś czas opuścić. Pojawiła się okazja na podróż życia w trakcie studiów? Najlepiej powiedzieć to prowadzącemu wprost. Wykładowcy to też ludzie! Poza tym student przez pięć lat ma trzy miesiące wakacji! W tym czasie można zrobić niemal wszystko! Nie ma grosza na koncie? Trzeba więc popracować miesiąc lub dwa, a potem - ruszać w drogę. Z podróży można przywieźć pomysł na biznes życia. Podróż zapewni też doświadczenia, obycie z obcym językiem i wpis do CV, na który na pewno zwróci uwagę przyszły pracodawca.
W twojej głowie: Praca, praca. Nie ma lekko. Nie, nie urwę się, nie ma opcji. Urlopu mam ledwie miesiąc, jeszcze nie wiem, jak go wykorzystam, ale na razie wolę mieć go w zanadrzu. Wiem, że jest długi weekend, ale wybieram się ze znajomymi do kina w sobotę akurat. No tak, jakbym mógł pracować zdalnie w piątek, to zebrałby się tydzień wolnego, ale wolę nie pytać szefa, bo jeszcze pomyśli, że się migam od roboty.
Rzeczywistość: Z szefami różnie bywa, wiadomo. Ale co szkodzi zapytać, czy danego dnia byłaby możliwość pracy zdalnej? Albo czy wchodzi w grę zostawanie w pracy godzinę dłużej przez tydzień, żeby potem móc się urwać na jeden dzień? A jeśli z układów nici, to zawsze ma się do dyspozycji przynajmniej urlop. Chcesz odpocząć? Podróż to najlepszy sposób na odpoczynek. Wyłącza się telefon, odcina od internetu, robi się, co i kiedy się chce. Czas w podróży mija dużo wolniej niż na oglądaniu telewizji i nie ma się poczucia, że się go zmarnowało. A do pracy wraca się z naładowanymi akumulatorami.
Nie mam z kim
Faktycznie, czasami znalezienie towarzystwa na wyjazd nie jest łatwą sprawą. W końcu z daną osobą czy osobami będzie się musiało wytrzymać 24 godziny na dobę przez kilka tygodni. Jednak tak naprawdę podstawą szukaniu kompana jest CHĘĆ PODRÓŻY. Kiedy chce się przeżyć prawdziwą przygodę, inne cechy stają się tylko dodatkiem. Jak poznać, czy dany człowiek naprawdę chce wyruszyć w świat? To proste: nie pyta: "jak?", "gdzie?", "czym?", tylko: "kiedy?". Czasem może okazać się, że kompanem w podróży nie będzie najbliższy przyjaciel czy przyjaciółka, ale kolega z pracy lub z uczelni, którego też coś ciągnie w drogę. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał dołączyć do wyprawy. Poza tym, samotne podróże też mają swój urok.
Nie znam języka
Znajomość języka obcego w zagranicznej podróży wydaje się rzeczą podstawową i wiele osób rezygnuje z wymarzonych wyjazdów ze względu na niemożność swobodnego porozumiewania się w danym kraju. Jednak bariera językowa istnieje tak naprawdę tylko w głowie, bo język mówiony to niejedyny sposób komunikowania się. Do porozumiewania się w codziennych sytuacjach wystarczy trochę sprytu i elementarny zakres słownictwa. Bez znajomości języka, chociażby angielskiego, także można podróżować z satysfakcją i bez kłopotu.
O porozumiewaniu się za granicą przy pomocy mowy ciała
Turcja. Wracamy do domu z Gruzji po tym, jak w Poti napadli na nas i ukradli plecak. Jedziemy z prześmiesznym gościem. Nie rozumiemy ani sylaby z tego, co do nas mówi. Jedyne, co udało nam się pojąć, to to, że uwielbia maratony. Będziemy go więc nazywać Maratończykiem. Podrzucił nas kilkanaście kilometrów i jako jeden z niewielu kierowców podczas tej podróży zostawił wizytówkę. Wysiadka.
- Dzięki, do zobaczenia następnym razem!
Uśmiech za uśmiech. Maratończyk zjechał z autostrady do jakiegoś nigdy nieodwiedzanego przez turystów miasta, a my dalej stoimy na drodze. Chcę sprawdzić, która godzina. Sięgam do kieszeni po telefon... a tam go nie ma. Proste, włożyłem komórkę do drugiej kieszeni. Ups, tu też jej nie ma. To może w tylnych kieszeniach? Bartek, przestań się oszukiwać - myślę. Znowu zgubiłeś telefon. Nie ma innej możliwości - komórka musiała zostać na tylnym siedzeniu auta Maratończyka. Szczęście w nieszczęściu. Mam jego wizytówkę, a więc mam numer jego telefonu. Pytanie: jak się dogadać i skąd zadzwonić? Mam farta, bo 100 m od nas jest stacja benzynowa. Idę działać, bez telefonu na pewno nie wracam.
Wpadam na stację i "atakuję" wyglądającego na w miarę bystrego pracownika zajmującego się zalewaniem baków.
- Do you speak English?
- A little.
Po napadzie w Poti Patrykowi została tylko reklamówka i ubranie, które miał na sobie. Nie przeszkodziło mu to pokonać 4000 km do domu w dobrym humorze
Pierwsze koty za płoty.
Jak się dogadać w takiej sytuacji? Nie ma sensu wysilać się na jakieś składne opowiadanie historii. Trzeba wybrać słowa-klucze, które wypowiadane raz po raz w różnych kombinacjach muszą w końcu dotrzeć do delikwenta. Mobile phone, car, lost, this number, call, ask, come back, here, mobile phone, ask, call this number, lost in car, tell him come back itd., itp. Ważne, żeby mówić powoli, utrzymywać kontakt wzrokowy i sugestywnie gestykulować. Po tym, jak rozmówca reaguje, widać, czy rozumie, co się do niego mówi, czy nie.
Nowo poznany Turek dzwoni na numer z wizytówki. W niebiańskim skupieniu i z wyrazem niezmierzonej cierpliwości na twarzy tłumaczy rozmówcy mój casus. Kończy, uśmiecha się do mnie i potakująco kiwa głową.
- I co, przyjedzie? Tfu! He comeback?
- Ya, ya.
Świetnie! Wyluzowany czekam przed stacją, zaraz białą toyotą przyjedzie moja ukochana Nokia. Pięć minut, dziesięć... Jeeest! Maratończyk zajeżdża. Ucieszony robię pierwszy krok w jego stronę. Niepokoi mnie jednak trochę to, że przyjechał innym samochodem. Zaczynamy gadać. Mówi do mnie perfekcyjną turecczyzną, wygląda, jakby bardzo chciał mi pomóc, domyślam się więc, że pyta: "O co ci chodzi, mój drogi przyjacielu?"
Kolejny etap odzyskiwania telefonu: jak się dogadać, gdy ktoś w ogóle nie zna angielskiego?
A raczej, jak się dogadać, gdy nie znamy jedynego języka, którym posługuje się nasz rozmówca?
Przede wszystkim ruchy. Pokazać telefon jest bardzo łatwo. Pokazać samochód tak samo. Do tego postanowiłem w kółko powtarzać: "My Nokia, your Toyota! Your Toyota, my Nokia". Ten sposób jednak zawiódł. Maratończyk tylko przytakiwał z uśmiechem charakterystycznym dla psa, który czeka aż ktoś mu rzuci patyk. Krew coraz szybciej krążyła mi w żyłach, a on - jakby na złość - jeszcze szerzej się uśmiechał. Pora na zagrywkę z wyższego poziomu. Trzeba odegrać scenkę. Zrobić symulację zdarzenia, również opierającą się na gestach i mowie ciała. Wyjmuję mu z ręki telefon i symuluję jego wypadnięcie z mojej kieszeni w samochodzie (w tle cały czas: "my Nokia, your Toyota"). Wreszcie:
- Aaaaaaaaaaaaaa! Your Nokia, my Toyota!
- Yes, yes, yes!!!
Teraz tylko wspólna przejażdżka do drugiego samochodu i sprawa załatwiona.
Jaki z tego morał? Sytuacja często wymusza na nas odpowiednie zachowania, które w końcu doprowadzą do porozumienia.
Co powiedział Mohammed?
Oto przykład rebusu sytuacyjnego. Znaczy on: "Mohammed powiedział, że herbata jest darmowa". Prawda, że nie da się tego nie zrozumieć? Rysunek powstał w marokańskim domu, który wynajmowaliśmy. Właścicielka chciała od nas dodatkowych pieniędzy za zaparzoną herbatę, a umawialiśmy się inaczej. Mimo że jedynym językiem, jakim posługiwała się gospodyni, był berberyjski, dzięki temu rebusowi szybko zorientowała się, że nie dostanie od nas za herbę ani grosza.
A co robić, jeśli nie można swobodnie rozmawiać? Po pierwsze: do znudzenia powtarzać słowa-klucze. Po drugie: gestykulować (niemal) bez ograniczeń, jeśli trzeba - odegrać pantomimę. Po trzecie: zachować spokój i nie rezygnować po pierwszym niepowodzeniu.
Zdarza się jednak, że ani słowa, ani gesty nie pomagają i dogadanie się zdaje się być niemożliwe. Wtedy przychodzi czas na tajną broń - rebusy. Poprawnie przygotowany rysunek zrozumie każdy. "Dom" po mongolsku wygląda na kartce tak samo jak "dom" po kolumbijsku, a "samochód" po chińsku tak samo jak "samochód" po portugalsku. Ten patent przydaje się przy robieniu zakupów czy tłumaczeniu ludziom, że się im nie zapłaci.
Podsumowując: znajomość języka obcego nie jest potrzebna do załatwiania najprostszych spraw. Około 80% informacji człowiek jest w stanie przekazać za pomocą gestów i mowy ciała. Jeśli nie chce się rozmawiać z tubylcami o zjawisku fotosyntezy czy krucjacie Ryszarda Lwie Serce, to taki sposób porozumiewania się powinien wystarczyć. Gdy ktoś chce coś sprzedać, a my chcemy to kupić, oczywiste jest, że uda się dogadać. Pytając o drogę, wystarczy kilka razy rzucić nazwę szukanego miejsca, aby rozmówca zorientował się, o co chodzi. Mowa ciała jest prosta, nie ma sensu się martwić na zapas. Lepiej ruszyć w drogę.
Jestem za stary
Nie ma wieku, który w jakikolwiek sposób uniemożliwiałby samodzielne podróżowanie. Dopóki starcza sił i energii, cały świat jest w zasięgu ręki. To nie slogan. Jest coraz więcej ludzi 40+, 50+, 60+, którzy zwiedzają świat z młodzieńczym zapałem. Mają rodziny, pracę i inne obowiązki, ale znajdują czas na realizację swojej pasji. Wystarczy chcieć.
Nie mam pieniędzy
O tym, że do podróżowania nie potrzeba wiele pieniędzy, opowiada cała niniejsza książka, więc ktoś, kto trzyma ją w dłoni, raczej nie będzie używał tego argumentu, wymigując się od ruszenia się z domu.
Wczasy z biurem podróży czy wyjazd na własną rękę?
Przeprowadziliśmy prosty test. Wrzuciliśmy w wyszukiwarkę hasło "wycieczka do Indii", chcąc porównać sobie warunki takiego wyjazdu z tym, czego doświadczyliśmy, jeżdżąc miesiąc po tym kraju bez organizatora. Przeanalizowaliśmy propozycje czterech biur podróży i oto wniosek: Podróżowanie na własną rękę, to najlepszy sposób podróżowania, jaki istnieje.
Jest kilka czynników, o których myślą ludzie wybierający się na wakacje. Przede wszystkim są to: cena, bezpieczeństwo, możliwość zobaczenia ciekawych miejsc i szansa na przeżycie przygody.
Na południu Nepalu, w Parku Narodowym Bardia, poszukiwaliśmy tygrysa. Cherlawe mosty tworzą klimat filmu przygodowego
64-letni autostopowicz
Pana Andrzeja poznaliśmy przez Internet. A w zasadzie to on poznał nas. Regularnie czytał naszego bloga i wysyłał nam elektroniczne kartki z pozdrowieniami z rożnych miejsc na świecie. Koniec końców w maju 2013 r. wylądowaliśmy w berlińskim mieszkaniu pana Andrzeja i wreszcie dowiedzieliśmy się, co skłoniło 64-latka z Piły do podróżowania po świecie. Jego historia brzmiała jak baśń albo scenariusz hollywoodzkiego filmu, a zdarzyła się naprawdę i to całkiem niedawno. Posłuchajcie.
Lata 90. dla Polaków nie były łatwe. Wielu straciło dotychczasową pracę, wielu po otwarciu granic ruszyło za chlebem na zachód. Podobnie było z panem Andrzejem. Żeby utrzymać dom i rodzinę wyjechał do pracy za granicę. Prowadził stołówkę w Moskwie i pasł świnie w Grecji. W końcu trafił do Niemiec, na budowę, ale jako technik żywienia lepiej posługiwał się nożem aniżeli kielnią, dlatego wkrótce został na lodzie.
Pewnego dnia, będąc w totalnej depresji i nie mając pomysłu na kolejny ruch, włóczył się po Berlinie. Zobaczył starszego, zagubionego mężczyznę w długim płaszczu i kapeluszu, z siatkami na zakupy w rękach. Mężczyzna był niewidomy i poprosił o pomoc w przejściu na drugą stronę ulicy, a potem o podprowadzenie na przystanek. Tam okazało się, że z powodu remontu rozkład jazdy został tymczasowo zmieniony i wprowadzono linie zastępcze. W normalnych warunkach Rudi, bo tak miał na imię niewidomy mężczyzna, sam wiedział do jakiego autobusu ma wsiąść i kiedy wysiąść, ale w tej sytuacji był bezradny, dlatego pan Andrzej zaoferował mu pomoc i odwiózł go do jego mieszkania.
Mieszkanie Rudiego było w opłakanym stanie. Na podłodze walały się śmieci, ściany lepiły się od brudu, a wśród rzeczy panował totalny chaos. Okazało się, że Niemiec mieszka sam, wszyscy członkowie jego rodziny już nie żyją i nikt nie przychodzi mu pomagać. W rozmowie szybko wyszło, że pan Andrzej właśnie szuka pracy, więc Rudi zaproponował mu dobrą stawkę za doprowadzenie mieszkania do porządku. Pracując po kilka godzin dziennie, pan Andrzej porządkował mieszkanie przez prawie trzy miesiące. To sporo czasu, więc mężczyźni dobrze się poznali. A że przypadli sobie do gustu, Rudi zatrudnił pana Andrzeja na stałe. Kilkanaście godzin w tygodniu pan Andrzej spędzał w mieszkaniu Rudiego: sprzątał, gotował mu obiady i dotrzymywał towarzystwa.
Po jakimś czasie Rudi wylądował w szpitalu, z jego zdrowiem było coraz gorzej i od tego czasu wymagał stałej opieki. Zaproponował panu Andrzejowi pokój w swoim mieszkaniu, a tym samym rolę pomocnika w większym wymiarze czasowym. Wkrótce udało się zarejestrować pana Andrzeja jako prawnego opiekuna Rudiego, co oznaczało legalną pracę i stałą pensję.
Kim był Rudi? W przeszłości zajmował się rachunkowością. Zwykle zanim pan Andrzej zdążył przeczytać mu dostarczony przez pocztę wyciąg z banku, Rudi już sam zawczasu wyliczał wszystko w głowie i podawał prawidłowe liczby. Fascynował się też fotografią, miał dziesiątki aparatów fotograficznych, obiektywów, filtrów i innych gadżetów. Wzrok stracił prawdopodobnie przez lampy magnezjowe. Może był to jednorazowy wypadek przy pracy, może stopniowy zanik widzenia z powodu zbyt częstego naświetlania, do końca nie wiadomo. Tak czy siak, żył bardzo skromnie, w niewielkim, zapuszczonym mieszkaniu na przedmieściach Berlina.
Kilka lat później Rudi zmarł. Pan Andrzej był dla niego najbliższą osobą, dlatego zapisał mu w testamencie wszystko, co posiadał. I chociaż nikt, kto widział Rudiego, na pewno by się tego nie spodziewał, okazało się, że był on bardzo bogatym człowiekiem. Zostawił panu Andrzejowi w spadku... 800 tys. euro i dom letniskowy w okolicach Berlina.
Pan Andrzej z dnia na dzień stał się milionerem. Wydawałoby się, że powinien kupić sobie willę, ogromny telewizor i pławić się w luksusach. Nic bardziej mylnego. Przez kilka kolejnych lat nadal opiekował się chorymi, mieszkając w tym samym berlińskim mieszkaniu, a kiedy i ten etap w jego życiu się skończył, postanowił podróżować. W wieku sześćdziesięciu kilku lat i z mnóstwem euro na koncie, pan Andrzej zacząć jeździć na stopa, nocować w parkach i na dworcach, szwędać się po stolicach europejskich i czerpać z tego ogromną radość. Kiedy był w Paryżu i nie miał gdzie spać, kupił sobie całodobowy bilet na komunikację miejską i jeździł przez całą noc od pierwszego do ostatniego przystanku nocnym autobusem, drzemiąc na tylnym siedzeniu. Zagadywał tirowców na stacjach benzynowych i stawał przy drogach z kartonem z nazwą miasta, łapiąc okazję. A w czasie tegorocznych wakacji, mając 65 lat, rusza w podróż swojego życia: rowerem dookoła Morza Śródziemniego.
Cena
"Możemy pojechać do Hiszpanii i Egiptu, ale do Tajlandii i Indii już nie, bo nas na to nie stać". Normalka. Większość ludzi wybiera kierunek podróży podług swoich możliwości finansowych. W niektórych kręgach wykształciło się nawet przekonanie, że im dalej się pojedzie, tym lepsze będzie się miało wakacje i ogólnie będzie się fajniejszym. Na przykład: ludzie wybierają wakacje na Zanzibarze. I leżą tam przez tydzień na plaży, płacąc za to 10 tys. zł. Natomiast ich znajomi z niekierowniczego stanowiska lecą już tylko do Egiptu. I choć tak samo spędzają czas - leżąc plackiem na plaży przy swoim pięciogwiazdkowym hotelu - to mają gorzkie uczucie niedosytu. Że jednak Zanzibar to by było coś, a nie tylko ten oklepany Egipt. Ci z Zanzibaru dumnie opowiadają później o swych egzotycznych wojażach, wywołując zazdrość tych "tylko" z Egiptu. Tymczasem plaża jest plażą niezależnie od lokalizacji w jednym lub drugim kraju i jedyne czynniki, które się tu liczą, to żeby było gorąco i czysto. A wybierając plażę ciut bliżej, można zaoszczędzić pieniądze na kolejną podróż.
Samodzielny wyjazd do Indii
W Polsce nie było nas 50 dni. Wydaliśmy mniej więcej po 4000 zł. Wychodzi 80 zł za dzień pobytu. To nie jest mała kwota, ale nie było nas w domu dwa miesiące, a żyjąc w Polsce też wydajemy pieniądze. Mieszkanie, jedzenie, transport, rozrywka i inne wydatki to przynajmniej 1000 zł miesięcznie. Odliczając tę kwotę, na wyjazd do Indii musieliśmy "dopłacić" 2000 zł. A biorąc pod uwagę to, co przeżyliśmy (na wakacje jeździmy przecież po przygodę), i to, czego się nauczyliśmy (bo zawsze będziemy się trzymać tego, że podróże kształcą), wyszliśmy na tym dużo, dużo lepiej niż gdybyśmy kupili wycieczkę. Krótko podsumowując: jadąc samodzielnie do Indii, byliśmy tam ponad trzy razy dłużej i wydaliśmy ponad dwa razy mniej niż na wyjeździe z klasycznym biurem podróży.
Durbar Square. Według wielu najpiękniejsze miejsce w Nepalu. Dla turystów cena biletu jest dyskryminująca, ale ruszając głową, można wejść na jego teren za darmo
Przeanalizowaliśmy cztery oferty wycieczki do Indii z czterech różnych biur podróży. Średnia cena 15-dniowego wyjazdu to 9766 zł i 26 gr. Czyli 651 zł i 75 gr za jeden dzień. Za te prawie 10 tys. zł można opłacić wynajmowane mieszkanie na rok, kupić porządny używany samochód czy jeść codziennie dwa solidne posiłki w niezłej restauracji przez 244 dni. To naprawdę sporo kasy. A porównując informacje o średniej krajowej i dane z różnych statystyk dotyczących poziomu bezrobocia i podobnych nieprzyjemnych zjawisk, dochodzi się do wniosku, że wielu ludzi nie stać na taki zorganizowany wyjazd. A przecież mnóstwo osób chciałoby pojechać do Indii. Jak więc to zrobić, jeśli nie ma się pieniędzy na wycieczkę z biurem podróży? Znaleźliśmy sposób - zrobić to samemu.
Bezpieczeństwo
Ludzie nie jeżdżą po świecie samodzielnie, bo się boją, że sobie nie poradzą: nie będą potrafili kupić biletu na dworcu, zachorują, nie dogadają się, bo nie znają języka itd. A przede wszystkim boją się kontaktu z innymi ludźmi. Większość informacji o dalekich krajach ma się z mediów, które trąbią przede wszystkim o tym, co negatywne i niebezpieczne. Pierwsza rzecz, jaką trzeba zrobić, żeby poznać "jasną stronę turystyki", to wyrzucenie z głowy podejścia "tam przecież dzicy ludzie mieszkają i coś mi się stanie". Żeby zyskać prawdziwe informacje o danym miejscu, o tym, co się tam dzieje, wystarczy zapytać kogoś, kto już tam był, albo kogoś, kto tam mieszka (chociażby przez www.couchsurfing.org). To nie jest trudne, trzeba tylko chcieć.
I oczywiście nie ma się czego bać. Trzeba brać jedynie odpowiedzialność za to, co się robi. Jeśli ktoś dostaje rozstroju żołądka po posiłku w lokalnej restauracji, to obecność przewodnika go nie uleczy. Jeśli ktoś zostanie okradziony w metrze, to stanie się to przez jego własną nieuwagę, a nie brak roztropności biura podróży. Choć oczywiście w towarzystwie przewodnika szansa na trafienie do trefnej knajpki lub niezauważenie manewrów złodzieja jest trochę mniejsza...
Kłopoty z porozumiewaniem się też obniżają poczucie bezpieczeństwa. Ale brak znajomości języka urzędowego danego kraju zdecydowanie nie jest powodem, aby zrezygnować z podróży na własną rękę. Jeśli człowiek potrzebuje się dogadać, to zawsze się dogada. Zresztą podróż to przecież świetna okazja do liźnięcia danego języka, bo nie od dziś wiadomo, że rozmowy z mieszkańcami obcych państw to najlepszy sposób na naukę obcych mów. Podróżując na własną rękę, łatwiej też nawiązywać jakiekolwiek więzi z miejscowymi, niż będąc gdzieś z wycieczką.
Odwiedzane miejsca
Wszystkie oferty zorganizowanego wyjazdu do Indii, które przejrzeliśmy, proponowały zwiedzanie tych samych miejsc:. Delhi, Jaipur, Agra, Varanasi, nepalskie Bhaktapur i Katmandu... Czyli sztandarowe atrakcje. Jeśli ktoś faktycznie marzy o zobaczeniu tych wszystkich miejsc, wtedy warto się zgodzić na narzuconą przez organizatora sztampę. Jeśli jednak ktoś leci 10 tys. km i wydaje 10 tys. zł, żeby przez 15 dni jeździć po najpopularniejszych zakątkach kraju, bo "inni tam byli", to szkoda słów.
I właśnie podejście do kwestii odwiedzanych miejsc, obok pieniędzy, stanowi największą różnicę pomiędzy wyjazdami na własną rękę a turystyką zorganizowaną. Jadąc gdzieś samemu, w każdym momencie można dowolnie zmienić plan podróży. W Jaipurze jest wspaniale? To można w nim zostać jeszcze dzień czy dwa. Miał być Bhaktapur, ale spotkani po drodze ludzie polecili ciekawsze miejsce? Można spakować manatki i tam pojechać. Miejscowi zapraszają wieczorem na regionalną imprezkę? Dlaczego nie, to ciekawsze niż kolejna noc w autobusie. Jeżdżąc po świecie na własny rachunek, nie trzeba się nikomu podporządkowywać, i to jest piękne, na tym polega prawdziwy wypoczynek.
Przygody
Nie ma prawdziwej zabawy, jeśli z góry wiadomo, czego się spodziewać. Z opowieści osób, które podróżują z biurami podróży, wynika, że najbardziej emocjonujące były te momenty, kiedy autobus zepsuł się na środku pustyni, przewodnik popełnił gafę albo kelner w restauracji nie wytarł porządnie sztućców. Jeśli chodzi się krok w krok za przewodnikiem, trudno o przeżycie czegoś naprawdę niecodziennego, co zapadnie w pamięć.
Krótki epizod motywacyjny
Sporo ludzi jeździ po Polsce. I zdecydowana większość robi to na własną rękę. Bo przecież jedyne, co trzeba zrobić, to zarezerwować sobie hotel czy kwaterę, kupić bilet na pociąg albo zatankować samochód do pełna. Każdy to potrafi, a dzięki temu ma się swobodę podejmowania decyzji, nie ciągnie się za sobą grupy.
Więc o co chodzi? Dlaczego nie można by podróżować tak poza granicami Polski? W Indiach na przykład nawet hotelu rezerwować nie trzeba, bo do właściwego zaprowadzi turystę ktoś z ulicy. A oferty promocyjnych lotów po prostu atakują człowieka z ekranu komputera. Z reguły samodzielne podróżowanie jest naprawdę proste, trudniej jest przestawić sobie właściwą klepkę w głowie.
Wiadomo, że są ludzie, którzy będą woleli zapłacić krocie, żeby mogli, nie martwiąc się o jakiekolwiek kwestie organizacyjne, po prostu pojechać na wakacje. Ale nie znamy ani jednej osoby, która wróciłaby do wycieczek z biurami podróży, jeśli choć raz zakosztowała smaku wypraw na własną rękę.
Zrównoważone tanie podróżowanie
To jedna z metod taniego podróżowania, zakładająca zobaczenie możliwie jak największej liczby interesujących miejsc w jak najkrótszym czasie przy możliwie jak najmniejszych nakładach finansowych. Kluczem do jej zastosowania jest optymalizacja planu podróży pod kątem możliwości przemieszczania się autostopem, pociągiem, noclegów na dziko, w hostelach itp.
Przykład zrównoważonego taniego podróżowania
Miejsce. Północne Włochy
Czas. Listopad 2013
Środki. Bilety Kraków - Bergamo - Kraków, 240 godzin do dyspozycji, namiot, plandeka, plecak, mapa, latarka, spodnie, dwie koszulki, aparat, dobry humor i determinacja.
Noclegi. Dwa na lotnisku w Bergamo. Jeden w hostelu we Florencji (7 euro), w środku wyjazdu, w celu zwiększenia skuteczności w łapaniu stopa poprzez usunięcie nieprzyjemnego zapachu. Reszta na dziko, w namiocie, tam gdzie akurat mieliśmy ochotę iść spać.
Transport. Najtańsze pociągi regionalne oraz autostop. Z dużych miast wyjeżdżaliśmy na noc, żeby kilka stacji kolejowych dalej, w jakiejś małej wiosce szybko znaleźć miejsce do rozbicia namiotu, a rano mieć możliwość łapania stopa na podrzędnych drogach do następnego dużego miasta. W przypadku zbyt długiego oczekiwania na okazję wsiadaliśmy do pociągu.
Żywność. Wyzwanie: jeść tanio (dlatego zakupy robiliśmy w hipermarketach), ale po włosku. Jedliśmy głównie mozzarellę (0,65 euro), ricottę i inne włoskie serki, pesto genovese (z orzeszkami pinii i parmezanem; 2,5 euro za słoik na dwa dni), świeży chleb z piekarni, owoce kaki (raz kupiliśmy dwukilogramową skrzynkę za 2 euro) czy rago?t. Raz zjedliśmy pizzę w najlepszej pizzerii w Bergamo, a raz pełnowymiarowy obiad w restauracji (12 euro).
Efekt. W ciągu 10 dni, wydając kilkaset złotych na głowę, udało nam się przeżyć prawdziwą przygodę, odpocząć, poznać wielu fantastycznych ludzi i zobaczyć m.in. Mediolan, Genuę, Portofino, San Fruttuoso, Rapallo, Monterosso, Vernazzę, Corniglię, Manarolę, Riomaggiore, La Spezię, Pizę, Sienę, Florencję, Bolonię, Weronę i Bergamo.