Pastwisko Jak przeszłość, strach i bezwład rządzą polskim Kościołem - Ignacy Dudkiewicz

Kup ebooka

59.99 zł
53.99 zł (53,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 

Czym dzisiaj jest Kościół katolicki w Polsce? Ignacy Dudkiewicz zadaje to pytanie, a odpowiedź, pozornie oczywista, z każdym słowem jego rozmów-ców staje się trudniejsza. Wspólnotą? Hierarchią? Instytucją? Żadną z nich? Więc czym jest ta największa siła, której hegemonia, choć zachwiana, nadal rzuca potężny cień na życie każdego i każdej z nas? Bezładem? Emanacją dzielnicowego rozbicia w nowożytnym państwie? Ostatnią wspólną sprawą Polaków? Napisana z wewnątrz, z bólem, twarda, a jednocześnie czuła, ta książka winna stać się lekturą każdego, kto zadaje sobie pytania o Polskę z Kościołem i Polskę bez niego. Dla ateistów zaś, jak autor tych słów - przewodnikiem po tym zadziwiającym świecie.

Andrzej Leder, filozof, praktykuje też psychoterapię

 

Ignacy Dudkiewicz to człowiek bardziej szczery niż dyplomatyczny i taka też jest ta książka. Porusza on trudne tematy, pozostając na tyle neutralny, na ile pozwala na to dziennikarska uczciwość. Ta lektura pomoże zrozu-mieć to, jak, gdzie i dlaczego system przestał działać, a my wszyscy stali-śmy się tego ofiarami. To książka także o nadziei i tych, którzy w Kościele nie tyle ją widzą, ile ją tworzą.

Izabela Mościcka, założycielka Centrum Pomocy Siostrom Zakonnym

 

Ignacy Dudkiewicz stworzył studium rozkładu polskiego Kościoła, który mentalnie wciąż tkwi w czasach przedsoborowych, a niekiedy nawet w średniowieczu. Nikt przed nim nie opisał tego zjawiska tak trafnie, fachowo i kompleksowo. To encyklopedia grzechów naszego katolicyzmu. To diagnoza skostniałej i niedającej się zreformować instytucji w przed-dzień upadku w przepaść lub zderzenia ze ścianą. Dla wszystkich, którzy zamierzają Kościół atakować, opuszczać, bronić go albo naprawiać - lektura obowiązkowa!

Mirosław Wlekły, reporter

 

To książka dla wszystkich. Dla tych, którzy kochają Kościół, bo powinni rozu-mieć, jak działa. Tym, którzy go krytykują, też dostarczy wielu argumentów. Niezbędna jest też walczącym o zmiany, żeby wiedzieli, z czym się mierzą.

Zuzanna Radzik, publicystka, teolożka i działaczka społeczna

 
 
 

Tym, którzy obiecali, że przeczytają moją książkę, nie spytawszy o liczbę stron

 
 
 

Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami.

 

EWANGELIA WEDŁUG ŚWIĘTEGO MARKA 10,42-43 (BIBLIA TYSIĄCLECIA)

 
 
KURIA 1
W sprawie Kani "niczego sobie nie zarzucam"

Na dużym stole stoi sernik. Obsługująca nas siostra zakonna proponuje kawę. W jadalni wiszą obrazy oraz zegar z wahadłem bijący w pełne godziny głębokim tonem.

Rezydencja emerytowanego arcybiskupa metropolity wrocławskiego Mariana Gołębiewskiego mieści się w willi na Ostrowie Tumskim we Wrocławiu, tuż obok katedry. Dom jest piękny, piętrowy, jadalnia obszerna. Arcybiskup jest ubrany skromnie. Wymieniamy uprzejmości. Gdy mówię, że uczę w szkole, komentuje: - Tyle jest gadania o katechezie, ale głównie gadają ci, co ani godziny nie spędzili na uczeniu religii. Tylko siedzą i piszą.

- Jak się księdzu mieszka we Wrocławiu?

- Można Wrocław polubić.

* * *

Gołębiewski urodził się krótko przed II wojną światową. 24 czerwca 1962 roku został księdzem, ale na parafiach spędził tylko cztery lata. Biskup wysłał go na studia, najpierw na Katolicki Uniwersytet Lubelski, potem do Rzymu i Paryża. Po powrocie Gołębiewski wszedł w struktury diecezji włocławskiej jako członek rady kapłańskiej, sędzia sądu biskupiego, wykładowca oraz rektor seminarium.

Studia w Rzymie, doktorat, praca w kurii i seminarium - to droga często prowadząca do biskupstwa.

20 lipca 1996 roku została ogłoszona jego nominacja na biskupa diecezji koszalińsko-kołobrzeskiej. Na biskupie zawołanie wybrał słowa: Ad imaginem Tuam.

Na obraz i podobieństwo Twoje.

* * *

To jedna z najbardziej wstrząsających ujawnionych spraw dotyczących pedofilii w Kościele oraz jej ukrywania przez hierarchów. To również jedna ze spraw najdokładniej opisanych przez media. By zrozumieć wydźwięk słów arcybiskupa z naszej rozmowy, trzeba ją jednak przypomnieć. W tym celu bazuję przede wszystkim na materiałach Jacka Harłukowicza i Marcina Kąckiego[1].

Były już ksiądz Paweł Kania w kilku procesach został skazany za posiadanie i tworzenie dziecięcej pornografii, molestowanie seksualne dzieci oraz gwałty. Wykorzystał wielu chłopców w kilku parafiach w dwóch diecezjach, także poza Polską. O stawianych mu zarzutach wiedziało co najmniej czterech biskupów ukaranych po latach przez Watykan. Wśród nich jest Marian Gołębiewski.

* * *

- Koszalin? To była trudna diecezja - wspomina Gołębiewski. - Upadły PGR-y, ludzie byli biedni. Wcześniej dużo było ludności napływowej. Po wojnie jednej pieśni nie mogli razem zaśpiewać, bo każdy znał inną melodię. Było też trochę nieciekawego elementu, bo tam jak na Dziki Zachód jechali, żeby się zagubić: rozwodnicy, kryminaliści...

Pytam, gdzie łatwiej było mu budować relacje z księżmi: w Koszalinie czy we Wrocławiu, do którego trafił jako arcybiskup metropolita w 2004 roku.

- We Wrocławiu diecezja była ugruntowana, były struktury. A tam ani kurii nie było, ani katedry, ciasnota straszna. Tu były budynki i warunki.

- A jak to się przekłada na relacje z księżmi? - wracam do tematu.

- We Wrocławiu kontakt z biskupem był rzeczą oczywistą. Były dekanaty, instytucje kurialne, w Koszalinie cały czas wszystko w stanie stawania się. Poszedłem do piwnic, a tam akta na szafach, na krzesłach, na stole. Pytam, co to jest. "Akta, które oddaje się do archiwum, ale nie mamy archiwum". Tak nie może być! Zamówiłem firmę, zamontowała regały i się zrobiło miejsce. To niby rzeczy drugorzędne, ale odgrywają rolę.

- Księże arcybiskupie, struktury, archiwum, budynki... Ale co jest najważniejsze w relacji między ordynariuszem a księżmi? - dopytuję.

- Dla biskupa to jest najważniejsza sprawa! - odpowiada Gołębiewski, niepomny, że przed chwilą opowiadał o aktach w piwnicy i kurialnych instytucjach. - Jak biskup nie będzie miał dobrych relacji z księżmi, to cóż sam znaczy?

* * *

Paweł Kania zostaje księdzem w 1996 roku, trafia na parafię w Oławie, a w 2002 roku do parafii pod wezwaniem Ducha Świętego we Wrocławiu. Opiekuje się ministrantami i uczy religii. To prawdopodobnie wtedy po raz pierwszy wykorzystuje seksualnie dziecko. Dwunastoletniego Karola zaprasza na plebanię, pozwala chłopcu grać na komputerze, wozi go samochodem, daje mu prezenty. Posuwa się coraz dalej - od sprośnych uwag przechodzi do niby przypadkowych dotknięć, by po kilku miesiącach ściągnąć mu majtki i włożyć sobie do ust jego penisa.

* * *

- Biskup musi przestrzegać prawa kanonicznego, musi wymagać od księży. Ale jednocześnie muszą czuć ojcostwo biskupa - mówi Gołębiewski. - Można nieraz księdza upomnieć, nawet ostro, niektórzy by ocenili, że wręcz po dyktatorsku. Ale jeśli księża wiedzą, że jest to umotywowane ich dobrem, to się nie obrażą. Raczej powiedzą: "Ale nam ksiądz biskup powiedział, aż nam poszło, ale to była prawda".

I dodaje: - Księża przeżywają krzywdę ze strony biskupa. Jak się kogoś za mocno potraktuje, to trzeba przeprosić, wziąć, żeby usiadł koło ciebie, żeby inni widzieli, że go nie odrzucasz.

* * *

Pierwszy raz Kania zostaje zatrzymany w 2005 roku. Przed sklepem spożywczym nagabuje kilku chłopców, proponując "łatwy zarobek". Chłopcy podejrzewają, że chodzi o seks. Dzwonią na policję. Funkcjonariusze skuwają Kanię i zawożą na komisariat. Podczas przeszukania we wrocławskiej parafii, gdzie pracuje, znajdują materiały z pornografią dziecięcą. Proboszczowi mówi, że został wrobiony. Ten mu nie wierzy - już wcześniej starał się izolować go od ministrantów. Informuje kurię o tym, co znalazła policja.

Wrocławska kuria kierowana przez Gołębiewskiego nie wszczyna postępowania. Nie informuje o sprawie Stolicy Apostolskiej, w ten sposób łamie watykańskie przepisy obligujące ją do tego od 2001 roku. Kania nie trafia do aresztu - poręcza za niego kardynał Henryk Gulbinowicz, wówczas już emerytowany biskup wrocławski, potężna postać polskiego Kościoła i życia publicznego.

Kania zamiast za kratki jedzie na urlop.

Kiedy w 2006 roku zaczął się proces związany z zatrzymaniem pod sklepem, ksiądz Paweł trafia do diecezji bydgoskiej. Biskupem diecezjalnym od 2004 roku jest tam Jan Tyrawa, wcześniej biskup pomocniczy diecezji wrocławskiej. Nie tylko zgadza się przyjąć znanego sobie księdza do diecezji mimo ciążących na nim zarzutów, lecz także kieruje go do opieki nad ministrantami w parafii pod wezwaniem Opatrzności Bożej oraz do uczenia religii w gimnazjum. W przeniesieniu istotną rolę odgrywa biskup Edward Janiak, wówczas biskup pomocniczy we Wrocławiu, później rządca diecezji kaliskiej.

* * *

Gołębiewski: - Przenoszenie księży to zawsze trudny moment. Ale nieraz przychodzą informacje z parafii, że tak dalej być nie może. Reakcja księdza będzie negatywna: "Jak tak można?". Ale jak jest winien, to się uspokoi.

- Czego winien?

- A że za dużo popija albo jakaś kobieta za bardzo opanowała parafię. Ludzie rozumieją, że ksiądz musi mieć pomoc na plebanii, ale w biurze chcą rozmawiać z proboszczem, nie z gospodynią. Ale czasem mogą przyjść kierowani impulsem, a nie mieć racji.

* * *

W Bydgoszczy Kania dalej "poluje". Rzuca jednoznacznie nacechowane uwagi w stronę ministrantów. Znów otacza troską chłopców, którym w domu brakuje uwagi i których rodziny znajdują się w trudnej sytuacji finansowej. Wielokrotnie zgwałcony przez niego Arek tak opowiada Harłukowiczowi: "Zawsze miał czas, żeby pogadać. Gdy słuchał, to z zainteresowaniem. W domu mi tego brakowało. Moi rodzice nigdy nie byli zbyt wylewni ani zainteresowani. (...) Nie widziałem nic złego w tym, że komplementował mój wygląd. Że zauważał, że rosną mi mięśnie. To mi imponowało"[2].

Kania bywa bardziej niż wcześniej cierpliwy. Pierwszy raz krzywdzi Arka po trzech latach.

* * *

Gołębiewski: - Trzeba być ostrożnym. Zajechałem do Koszalina, poszedłem pierwszy raz do biura, a tu czeka ogonek księży do rozmowy ze mną. Ja nowy, niezorientowany. Kanclerz tylko mi szepnął, że wszyscy żyją w konkubinatach. Więc mówiłem im: "Zbadam księdza prośbę i dam odpowiedź". Okazywało się, że nie można tych księży promować, bo ciągną się za nimi sprawy.

- To kogo warto promować?

- Jak ksiądz jest nawet na małej parafijce, ale z ludźmi żyje dobrze, pomagają mu, przynoszą jedzenie, ma pełną lodówkę. Takich warto. Ale oni często nie chcą iść do innej parafii.

* * *

Dorosły dziś Arek wspomina: "Zadzwonił, że jest ze znajomymi nad jeziorem. Że są tam dzieci, więc nie będę się nudził. Mama nie widziała w tym nic złego, ja też bardzo się ucieszyłem. (...) Na miejscu przez cały dzień bawiłem się z innymi dziećmi, dorośli siedzieli w swoim gronie. Był grill, jakiś alkohol. Do spania mieliśmy przyczepę kempingową. Było tylko jedno łóżko. Już pierwszej nocy poczułem, że mnie dotyka. Najpierw nieśmiało: to było jakieś delikatne smyranie po włosach, po plecach, potem po pośladkach. Spróbował dotykać mojego penisa, ale był jakby trochę przestraszony. Szybko zrezygnował. Nie wiedziałem, jak zareagować. Nie wiedziałem, co się dzieje. Rano - jak gdyby nigdy nic. A kolejnej nocy znowu to samo. Nie wyszedł wtedy jednak poza dotykanie. (...) Prosił, żeby o tym nie rozmawiać. "Tylko nie mów nikomu", mówił"[3].

* * *

Gołębiewski: - To Pan Bóg tym kieruje, ale posługuje się ludźmi. Są księża, którzy nawet na biednych parafiach potrafią zorganizować trochę grosza, wszystko dobrze działa, posługa duszpasterska też, ludzie dobrze o nich mówią. To chcę takiego dać gdzie indziej, żeby tam też to zrobił. A są parafie większe, zgrabne, a niemrawe, gdzie jest marazm. Dopiero jak się proboszcz zmieniał, to życie powstawało.

Dodaje: - Ale też trzeba zmieniać, żeby ktoś z małej parafii trafił do dużej, żeby nie mówili, że ci, co krążą między dużymi parafiami, mają względy u biskupa. Trzeba zauważyć zwykłego księdza i go wypromować: jako przykład, że warto.

* * *

Na Kanię narzekają rodzice w szkole. W bydgoskiej kurii skarży się dyrektorka gimnazjum. Interweniuje proboszcz parafii.

Paweł Kania wykorzystuje w tym czasie Klaudiusza, czternastolatka, którego samotnie wychowuje matka. Znów: kupuje mu prezenty, wzbudza zaufanie, zabiera na wycieczki. Wchodzi w rolę zastępczego ojca. Manipuluje. Krzywdzi.

W 2009 roku Tyrawa odsyła Kanię do archidiecezji wrocławskiej. Tam trafia na jedną z wrocławskich parafii, a później zostaje przeniesiony do kościoła pod wezwaniem Świętego Andrzeja Boboli w Miliczu.

* * *

Gołębiewski: - Kanclerz kurii to musi być prawnik, bo dokumenty muszą być dopracowane. Nie może ulegać sugestiom, być niezrównoważony w sądach, musi być stateczny.

- Trudniejszy jest wybór rektora seminarium: tam musi być ktoś, kto ma wewnętrzny autorytet, żeby oddziaływał pozytywnie na kleryków. Ktoś może mieć wysoki stopień naukowy, ale trudny charakter, i się nie nadaje.

- A kto zostaje biskupem? - dopytuję.

- To musi być ksiądz, który rokuje, że będzie miał dobry odbiór u księży. Musi mieć dobre zdrowie fizyczne i psychiczne. Często biskupem zostaje rektor seminarium, ale teraz to się zmienia. Papież Franciszek powołuje też proboszczów czy nawet wybijających się wikariuszy.

* * *

W Miliczu Kania znów uczy religii w szkole. Ciągnie się za nim fama pedofila przeniesionego na kolejną parafię. Po kilku dniach próbuje wykorzystać szesnastoletniego Janka, opiekuna ministrantów. Ten idzie do księdza Radosława Bariasa, wikarego w tej samej parafii, który sprawdza, że na Kani ciąży nieprawomocny wyrok za posiadanie pornografii dziecięcej (to wspomniana sprawa z 2005 roku). Kania zaprasza ministrantów do siebie, kupuje im prezenty. Zarówno Janek, jak i ksiądz Barias interweniują u proboszcza. Bez skutku. Udają się do biskupa Edwarda Janiaka, który odpowiada w diecezji za sprawy kadrowe.

Proboszcz sztorcuje ich za robienie afery. W samochodzie księdza Radosława ktoś przebija oponę.

Kania zostaje w parafii. Ksiądz Barias zostaje przeniesiony.

* * *

Gołębiewski: - Zdarza się też, że ktoś coś załatwia za pomocą oskarżeń. Przyszedł raz ksiądz i gadał na dziekana. Niestworzone rzeczy: że ma syna, że był jego chrzest w Krakowie, że ma mieszkanie dla partnerki. Powiedziałem tylko: "Wszystko to sprawdzę". Zadzwoniłem do wójta w parafii, w której był ksiądz dziekan, i mówię: "Macie w komputerach wszystko, całą gminę, proszę sprawdzić takie i takie nazwisko, taki i taki adres". To wszystko była nieprawda.

* * *

W 2010 roku wyrok za posiadanie pornografii dziecięcej staje się prawomocny. Kania nie trafia do więzienia - dostaje wyrok w zawieszeniu. Pięć lat po zatrzymaniu przez policję Janiak zakazuje Kani uczenia w szkole i pracy z ministrantami.

W tym czasie ksiądz Paweł zdążył wykorzystać dzieci w trzech kolejnych parafiach.

Mimo wyroku sądów państwowych sprawa wciąż nie trafia do Watykanu. Kania nie przestaje być księdzem - zostaje kapelanem jednego z prowadzonych przez siostry zakonne Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego dla Dorosłych we Wrocławiu.

* * *

Według niektórych publicystów i księży, również biskupów, jedną ze struktur władzy w Kościele rzymskokatolickim jest wspierająca się koteria aktywnych homoseksualnie duchownych: "Sodoma", "lawendowa mafia", "układy homoseksualne". W Polsce jako jedno z centrów podobnych mechanizmów wskazywany jest Wrocław. Niektórzy przekonują, że tworzącą się wokół tych relacji - a także pieniędzy, kariery, wpływów, relacji heteroseksualnych - atmosfera tajemnicy, podwójnego życia i haków wpływała na sposób reagowania na przypadki wykorzystywania seksualnego dzieci przez duchownych.

Pytam arcybiskupa Gołębiewskiego, co sądzi o podobnych tezach.

- Ja się z tym nie spotkałem. Byłem wychowany w normalnych warunkach, to było mi obce, nie miałem pojęcia, że tak może być, co to jest homoseksualizm. Ale jak byłem rektorem w seminarium, to bezwzględnie oczekiwałem, że klerycy będą dla dobra wspólnoty donosić mi o trzech rzeczach: nadużywaniu alkoholu, skłonnościach homoseksualnych oraz współpracy z władzami PRL. I bywało: jeden kleryk miał zdjęcia i podsuwał je pozostałym, inny diakon uwodził kleryka i wysłał mu list miłosny. Wywalałem z seminarium. To mi uświadomiło, że takie zjawisko jest. A posądzenia i plotki to zawsze chodziły.

- Chodzą także o biskupach w Polsce. Choćby o kardynale Gulbinowiczu - wtrącam.

- Dziewięć lat kardynał był tutaj ze mną, bo był moim poprzednikiem. Nie zauważyłem niczego, co by mi dało podstawę do myślenia o jego skłonnościach. Nieraz poszedłem porozmawiać, lubił plotki, wiedział dużo o Watykanie. Bawiło mnie to, choć niekoniecznie wierzyłem we wszystko. Był ciepły, inteligentny, humor miał. To, co mu zrobiono, jest nieludzkie. Ten dekret, który ktoś, nie wiem kto, nuncjusz czy Nycz, mu odczytał, kiedy już nie kontaktował... Nawet jeśli coś tam było, to miał szansę przeprosić Pana Boga. Żeby po 40 latach we Wrocławiu nie mógł być pochowany w katedrze... To mi się w głowie nie mieści. I mogę to powiedzieć i papieżowi, i nuncjuszowi, i każdemu.

* * *

Po wyjeździe z Bydgoszczy Kania nie zrywa kontaktu z wcześniejszymi ofiarami. Mieszkając u sióstr, wciąż zabiera Arka na wycieczki. Arek opowiada Harłukowiczowi: "W Warszawie wynajął dla nas pokój w Hiltonie. Najpierw zabrał do Muzeum Powstania Warszawskiego, potem do kina. A wieczorem po prostu zaczął się do mnie dobierać i brać penisa do ust. I jeszcze mówił - to pamiętam dobrze - że następnym razem wolałby, żeby nie było to takie jednostronne. Wtedy postanowiłem, że już nigdy nigdzie z nim nie pojadę"[4].

Kania obwinia Arka. Proponuje wyjazd na Fuerteventurę. Chłopak - miał wtedy 15 lat - nie chciał jechać. Łamie się, gdy Kania grozi, że zabierze jego młodszego brata.

Molestuje Arka każdej nocy. Gdy chłopiec się broni, gwałci.

* * *

- Jakie podejście dominuje wśród polskich biskupów w sprawie pedofilii wśród duchownych? - pytam Gołębiewskiego.

- Do pewnego czasu temat w Episkopacie nie istniał, bo jeszcze do nas nie dotarł, nie było to tak nagłaśniane. To się zaczęło w Ameryce, sądy nad diecezjami, bankructwa. Potem przeszło do Europy, najsilniejszy cios został wymierzony w Kościół w Irlandii. Aż doszło do nas. Byliśmy bezradni.

* * *

U sióstr Kania mieszka krótko. Widzą, że przyprowadza do siebie chłopców. W 2011 roku ksiądz Paweł trafia do domu księży emerytów.

Nie mogąc pracować z ministrantami i nie ucząc w szkole, wraca do taktyki z 2005 roku. Wystaje pod sklepami i upatruje sobie kolejnych ofiar.

W 2012 roku zaczepia Marcela, którego rodzice ledwo wiążą koniec z końcem. Marcel nie wie, że "wujek" jest księdzem. Kania zabiera go i jego młodszego brata Filipa na wycieczki. Daje im prezenty, robi zakupy do domu. Obmacuje chłopców, Marcela zmusza do seksu oralnego.

* * *

Gołębiewski: - Jak starzy biskupi są brani na dywanik do nuncjusza, to pytają: "Jak było zaradzić z takim księdzem? Co było robić?". Nigdy nie miało się absolutnej pewności, że to prawda. Gdzieś się dowiedziałem, ktoś mówi, wzywam księdza i on się wszystkiego wypiera. Jeden trzy godziny histeryzował, płakał jak dziecko, przysięgając, że jest niewinny. Bądź tu mądry!

- Na początku nie było żadnych mechanizmów. Teraz są diecezjalni księża wyznaczeni, są instytucje, wcześniej nic nie było. Działaliśmy po omacku. Gdybym miał pewność, że on ma to na sumieniu, to ciach, upomnienie kanoniczne, suspensa i koniec. Ale to nie jest tak łatwo.

Biskup się zamyśla.

- Niektórzy mówią: "Jak mogliście tak robić, to zaniedbania"... Tak to jest, jak się patrzy przez współczesne okulary na rzeczywistość, która była 25 lat temu.

* * *

W ciągu czterech ostatnich miesięcy 2012 roku Kania osiem razy przyjeżdża z Marcelem do tego samego hotelu we Wrocławiu. Nie melduje chłopca. Recepcjonistka i ratownik basenowy - świeżo po szkoleniu "Stop przemocy wobec dzieci" - reagują w ostatnich dniach grudnia. Dyrektor hotelu wzywa policję. Funkcjonariusze nie zastają nikogo w pokoju, ale znajdują kamerę i dziecięcą pornografię.

Do Kani dzwoni recepcjonistka. W ramach zasadzki mówi mu o włamaniu do pokoju. Nie ma go w hotelu, bo jeździ po podwrocławskich wsiach, odprawiając msze w zastępstwie za nieobecnych księży - to częsta praktyka w okresie świąt, ferii i wakacji. Ksiądz jest podejrzliwy. Prosi wożącego go organistę, by poszedł za niego do pokoju i przyniósł mu laptopa.

Organista prowadzi policjantów do samochodu. Kania zaczyna się szamotać, ukrywa w samochodzie pendrive'a. Policja ma za mało dowodów - Marcel nie zeznaje przeciwko księdzu. Po wyjściu z aresztu Kania dzwoni do organisty, prosi o przyniesienie pendrive'a, ale ten zanosi go na policję, która równolegle przeszukuje mieszkanie duchownego w domu księży emerytów. Znajdują setki filmów i zdjęć pedofilskich, również z udziałem Marcela.

Niektóre z materiałów pochodzą z pobytów Kani w Azji i Ameryce Łacińskiej. Tam również wykorzystywał - jak o nich mówił z ambony, gdy zbierał datki na pomoc - "biednych Indian".

* * *

- Uważa ksiądz, że to księdza spotkało? Spojrzenie ahistoryczne?

Gołębiewski: - Chyba tak. To były niejasne sprawy. Chodzi o trzech księży. Jeden nie żyje. Drugiemu zagroziłem upomnieniem kanonicznym, ale dowodów nie było. A trzeci to ten, co już nie jest księdzem, Paweł Kania. Ale czy to jest proporcjonalne, żeby za jednego zboczeńca ukarani zostali kardynał, Tyrawa, Janiak i ja? Pewno Watykan chce dla przykładu wobec mediów i świata ubić jednego czy drugiego biskupa emeryta, który jest już blisko końca życia. Dla Watykanu to niewielka rzecz.

- Być może jakaś frakcja się dorwała w Watykanie i steruje tym wszystkim. Papież jest z innego kręgu kulturowego, nie zna naszej sytuacji, trudno, żeby interesował się szczegółowo emerytem z Wrocławia czy Zielonej Góry. Odsunięto ludzi związanych z Janem Pawłem II na boczny tor. A to był wielki papież, zaistniał na świecie, był gwiazdorem. Niektórym to mogło się nie podobać, mogli zazdrościć. Bo wcześniej to zawsze Włosi byli najważniejsi.

- Ograniczenia nałożone przez Watykan są uciążliwe? - pytam.

- Niespecjalnie, mało się angażuję. Czasem jakieś bierzmowanie. Przynajmniej z diecezji mnie nie wyrzucili. Nie wiem, czy w Kodeksie prawa kanonicznego znalazłbym przepis, co na to pozwala. Były nuncjusz Kowalczyk zdecydowanie sprzeciwiał się takim decyzjom. A że mam prowadzić życie pokutne? Jakie inne prowadzi biskup emeryt?

- Zastanawiam się tylko, co robić, gdy umiera ktoś bliski, kolega, ksiądz... - zasępia się.

- Ostatnio zmarł biskup Janiak, także ukarany przez Watykan. Mimo zakazów pojechał ksiądz współprowadzić jego pogrzeb - podsuwam.

- "Umarłych pogrzebać"! To jeden z uczynków miłosierdzia wobec ciała. To dylemat rozstrzygany już w greckich tragediach. Zakaz, który nie pozwala prowadzić pogrzebu, nie mieści się w żadnych regułach prawnych. Które prawo jest ważniejsze? Naturalne czy stanowione? W innych sprawach szat nie rozdzieram, w życiu publicznym nie biorę udziału.

- A ma sobie ksiądz coś do zarzucenia w sprawie Kani?

- Nie. Wysłałem do Watykanu powiadomienie. Nie uzgadniałem jego wyjazdu do Bydgoszczy. Za wikariuszy był odpowiedzialny biskup Janiak, on to ustalał.

- Ale to ksiądz był ordynariuszem.

- Oczywiście jako metropolita zgodziłem się na ten wyjazd, więc ostatecznie odpowiedzialność spada na mnie. Ale niczego sobie nie zarzucam.

* * *

Po aresztowaniu i postawieniu Kani zarzutów molestowania trzech chłopców, którzy zdecydowali się zeznawać, historią zajmują się media. Dopiero wówczas - w 2013 roku, ponad siedem lat od zatrzymania księdza pod sklepem - arcybiskup Gołębiewski, przez cały ten czas ordynariusz wrocławski, wszczyna postępowanie kanoniczne i kieruje sprawę do Watykanu.

W 2015 roku Kania zostaje skazany na siedem lat pozbawienia wolności. Nigdy nie rozpoczął zasądzonej mu przymusowej terapii. Nie przyznał się do winy. Gdy za kilka dni miał trafić za kratki, napisał na Facebooku: "Zajęciem BOGA jest przebaczanie".

W 2019 roku, po premierze filmu "Tylko nie mów nikomu" Tomasza i Marka Sekielskich, kuria wrocławska poinformowała, że Paweł Kania nie jest już księdzem.

W grudniu 2020 roku sąd prawomocnie zasądził 300 tysięcy złotych odszkodowania dla Arka od kurii wrocławskiej i bydgoskiej. Uznał, że biskupi tych diecezji przez lata byli świadomi, że Kania krzywdzi dzieci, i gdyby nie ich działania, do krzywdy niektórych z ofiar by nie doszło. Harłukowicz pyta Arka: "Po twojej wygranej w sądzie ktoś ze strony kościelnej się do ciebie odezwał? Powiedział, że mu przykro? Przeprosił?". Arek odpowiada: "Nikt. Ani razu. Nie liczyłem na to zresztą. Wiem, że Kościół nie potrafi przyznać się do swoich własnych grzechów"[5].

* * *

- Mówił ksiądz o biskupie Janiaku. Jak go ksiądz wspomina?

Gołębiewski: - Bardzo operatywny i dyspozycyjny biskup. Nigdy nie doznałem, żeby mnie nie posłuchał. Naukowcem wielkim nie był, ale potrafił wiele spraw załatwić. Gdy szedł do Kalisza, życzyłem mu wszystkiego, co najlepsze, myślałem, że będzie mu tam dobrze. Nie umiem wyjaśnić, co się stało, że spotkał się z takim oporem, że nawet święceń kapłańskich nie mógł udzielić. Niektórzy mówią, że tam "tylko biskup się liczył". Nie zgadzam się, znałem go, wiem, ilu ludziom pomógł, na moje wyczucie to nawet za dużo.

- Media go dobiły, nie mam wątpliwości. Dobrze się trzymał, był odporny, to nie był szaraczek. Nosił w sercu żal, że jak chciał porozmawiać z prymasem, to ten nie chciał, tylko zgłosił sprawę do Watykanu...

- Wzięli go do szpitala i mówią, że alkohol miał w organizmie, ktoś usłużny doniósł "Wyborczej". A on nigdy nie przeholował, znałem go. Ale może z tego wszystkiego wypił więcej? Wykończyli go.

* * *

We wrześniu 2021 roku Kania opuścił zakład karny. Sąd nie uwzględnił wniosku prokuratury, by trafił do ośrodka dla szczególnie niebezpiecznych przestępców w Gostyninie. Jednocześnie uznał, że Kania rzeczywiście wciąż stanowi zagrożenie, objął go nadzorem prewencyjnym oraz nakazał mu podjęcie terapii.

* * *

- Co panu dać na pamiątkę? - pyta arcybiskup. Zanim zdążę odpowiedzieć, idzie na górę i po chwili przynosi książkę z wyborem swoich homilii z czasu urzędowania we Wrocławiu.

Wychodzę przed budynek, znów jestem przed katedrą. Głowa mi pęka od natłoku myśli. I aż nie wiem, od czego zacząć tę opowieść. Opowieść o władzy w Kościele w Polsce.

 
 
WSTĘP
KTO RZĄDZI KOŚCIOŁEM W POLSCE?

Od tego pytania zacząłem zdecydowaną większość rozmów.

Nie dostałem jednej odpowiedzi. Kościół jest zbyt dużą i skomplikowaną... No właśnie, czym? Wspólnotą? Instytucją? Korporacją zawodową? Delegaturą innego państwa? Zbiorem prefektur terytorialnych?

Już samo rozumienie Kościoła - czyli to, czy rozmawiamy o wiernych w parafii, księżach, zakonnikach i zakonnicach, biskupie i kierowanej przez niego diecezji, czy o Konferencji Episkopatu Polski - wpływa na treść odpowiedzi na to pytanie.

* * *

Wydawałoby się, że odpowiedź jest prosta. Kościołem rządzą biskupi. Bo kto?

Wypowiedzi wskazujące na biskupów różnią się jednak od siebie. Niektóre wskazują na kierownictwo Episkopatu. Inne na większościowy typ hierarchów. Jeszcze inne: na dziedzictwo polityki personalnej z czasów polskiego papieża.

Ksiądz Andrzej Kobyliński z diecezji płockiej, który już pod koniec lat 90. zgłaszał władzom kościelnym problem pedofilii klerykalnej, odpowiada: - Gdy chodzi o Kościoły lokalne, największa władza spoczywa w rękach prezydium Episkopatu. To władza realna, ugruntowana w prawie kanonicznym, osadzona w dokumentach. To osoby odpowiedzialne za jakość sprawowania władzy w Kościele.

- Rządzą mocno starsi mężczyźni, którzy z założenia powinni zachowywać celibat, a nie zawsze to robią, którzy mają poczucie, że Kościół to hierarchia, a lud Boży jest do niej na doczepkę - mówi Edyta Przykaza, była świecka pracownica instytucji kościelnej. - Budują ogromną przepaść między sobą a nami, świeckimi.

Ksiądz jednej z polskich diecezji, od ponad dekady mieszkający w kraju Europy Zachodniej (prosi o anonimowość): - Biskupi z czasów Jana Pawła II.

Ojciec Paweł Kozacki, dominikanin, były (gdy rozmawialiśmy - aktualny) przełożony polskich dominikanów, ujmuje rzecz krócej: - Koledzy nuncjusza Kowalczyka.

* * *

W rozmowach często powracało słowo: "nikt". A gdy nikt nie rządzi, rządzi bezwład.

Moi rozmówcy nie słyszą głosu Episkopatu, ale też często na niego nie czekają. W jednym sensie kardynał jest ważniejszy od arcybiskupa, w innym nie, bo nie zyskał większości w Episkopacie, a pod względem teologicznym w ogóle nie istnieje taki byt jak "polski Kościół".

- Odpowiedź: "Nikt albo Duch Święty" ze wskazaniem na "nikt" jest jak najbardziej właściwa - konkluduje Zbigniew Nosowski, redaktor naczelny "Więzi", od miesięcy publikujący reportaże śledcze o ukrywaniu przestępstw w Kościele.

Duchowny proszący o anonimowość: - Nie ma jednego ośrodka sprawowania władzy. Dryfujemy. Mamy liderów, którzy są punktem odniesienia dla określonych części Kościoła. Przy dzisiejszym kryzysie autorytetu biskupa, także wśród katolików, nie odważę się, żeby powiedzieć, że nawet w poszczególnych diecezjach Kościołem jako wspólnotą rządzą biskupi.

Rozmawiam także z księdzem Jackiem Prusakiem, jezuitą i psychoterapeutą związanym z "Tygodnikiem Powszechnym". - Polskim Kościołem rządzą czynniki zewnętrzne natury społeczno-politycznej. Reagowanie na nie daje niektórym biskupom błędne poczucie, że kierują Kościołem. To nieprawda. Odpowiadają na to, co jest im narzucane i z czym są konfrontowani. Wizji duszpasterskiej w tym nie ma.

* * *

A może system?

Silniejszy niż jednostki, przenikający sposób działania instytucji, reprodukujący się i często patologiczny. Bezwład i system jednym daje władzę, w innych rodzi strach.

Ksiądz proszący o anonimowość: - To jedno wielkie uwikłanie. System, który zaczyna się wymykać i żyć własnym życiem i w którym nie da się zlikwidować wszystkich zależności, żeby zrobić nowy porządek. Bo wszyscy są uwikłani. Spójrz na archidiecezję gdańską. Wszyscy mieli nadzieję, że kiedy odejdzie Głódź, to będzie lepiej. A okazało się, że przez te 12 lat cała rzesza księży, dziekanów, proboszczów łożyła pieniądze na biskupa, ofiarowała mu lojalność, chroniła siebie i posady. I uwikłała się w system w tym samym stylu.

* * *

Ksiądz Adam Świeżyński, kapłan archidiecezji gdańskiej, który po konflikcie z arcybiskupem Sławojem Leszkiem Głódziem stał się duchownym bez przydziału i obecnie mieszka w Legionowie pod Warszawą, wykładając na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego: - Łatwiej byłoby mi powiedzieć, co rządzi polskim Kościołem. Po pierwsze: lęk przed światem zewnętrznym i tymi, którzy myślą inaczej. Po drugie: myślenie czysto wizerunkowe. Po trzecie: strach przed utratą władzy i wpływu na ludzi.

Podobną myśl wyraża Jakub Kiersnowski, prezes Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie: - Biskupi się boją. Wiedzą, że mają z księżmi pod górkę, że tracą na znaczeniu. Są biskupami, a nikt ich nie słucha. To nie strach przed utratą wpływów. To strach przed uświadomieniem sobie, że już ich nie mają.

Ojciec Mikołaj Mrówczyński, dominikanin z Rzeszowa: - Polskim Kościołem rządzi nienawiść. Polski katolicyzm jest spolityzowany i z tego często płynie właśnie nienawiść.

Ksiądz Jakub Kołacz, były prowincjał Prowincji Polski Południowej jezuitów, odpowiada: - Rządzą szacowne osobistości, które niestety często rozumieją swoją misję jako przede wszystkim obronę tego, co mamy, niż jako ewangelizacyjne wyjście na zewnątrz. Przykro powiedzieć, że nasi liderzy to cudotwórcy (przepraszam za ironię): żyją w świecie, którego nie ma. Rządzi grupa, która negatywnie ocenia rzeczywistość wokół siebie, nielubiąca świata, w którym żyje. To troszkę passé, ale to oni narzucają ton.

* * *

W poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie o to, kto rządzi Kościołem w Polsce, odbyłem rozmowy z 68 osobami z 17 polskich miejscowości znajdujących się w 16 różnych diecezjach, a także mieszkającymi w Belgii, Stanach Zjednoczonych i Holandii. Wśród moich rozmówców było 11 biskupów, 35 księży, w tym 15 diecezjalnych oraz 20 zakonników z siedmiu zakonów męskich. Rozmawiałem z siedmioma siostrami zakonnymi (dwie z nich były wówczas w trakcie opuszczania zakonu) z pięciu zgromadzeń, dwiema osobami skrzywdzonymi w dzieciństwie przez księży oraz z trojgiem świeckich pracowników kościelnych instytucji. Pulę uzupełnia dziesiątka świeckich ekspertów od Kościoła. Rozmowy złożyły się na ponad 100 godzin nagrań. Spis rozmówców (z pominięciem tych, którzy poprosili o anonimowość) można znaleźć na końcu książki.

Korzystałem (wprost i nie wprost) z prawie 30 książek i setek materiałów medialnych.

Wielość różnych odpowiedzi układa się w trzy dominujące.

Po pierwsze: przeszłość.

Po drugie: strach.

Po trzecie: bezwład.

Wszystko to spajają zaś fundamentalne wobec ludzi dzierżących władzę system jej sprawowania i relacje w Kościele: między biskupami, księżmi na różnych stanowiskach, siostrami zakonnymi, pracownikami i pracownicami instytucji kościelnych, świeckimi.

Dlatego rozmowa o hierarchach, ich wpływach i poglądach, jest niezbędna, ale nie najważniejsza. Kluczowe są mechanizmy. By opisać sposoby zarządzania Kościołem w Polsce, nie sposób nie posłużyć się przykładami, ale będą one miały przede wszystkim funkcję ilustracyjną.

* * *

Często powtarzana formuła "święty Kościół grzesznych ludzi" to sposób na minimalizowanie napięcia między tym, co Kościół rozpoznaje jako teologiczną prawdę o świętości wspólnoty Kościoła, a tym, co wiemy o haniebnych, niekiedy zbrodniczych czynach przedstawicieli tegoż Kościoła. Umyka przy tym coś fundamentalnie ważnego.

Oto pewna teologiczna teza: Kościół jest święty świętością swojego Założyciela, a więc Chrystusa. Oto pewna antropologiczna teza: każdy człowiek jest grzeszny, każdy jest ułomny i podatny na wybór zła. Brakuje jednak spoiwa, tezy socjologicznej: Kościół jest nie tylko - za jego własnymi dokumentami i Pismem - "mistycznym ciałem Chrystusa". Kościół nie jest również jedynie zbiorowością jednostek. Kościół jest także wspólnotą, instytucją, organizacją. W jego ramach tworzą się mechanizmy władzy i podległości, wsparcia i przemocy, pomocy i wykluczenia. System i struktury.

Niektóre z nich mogą pomagać wzrastać ku dobru. Inne ciągną ludzi Kościoła w dół. Nie przestają być odpowiedzialni za swoje wybory - mogli dokonać innych. Ale również od tego, jak ułożony jest świat społeczny, zależy, czy łatwiej jest zachować się przyzwoicie, czy niegodziwie. Czy nagradzany jest oportunizm, czy przyzwoitość. Jakie konsekwencje są związane z podporządkowaniem lub przeciwstawieniem się dominującym mechanizmom?

Istnienie struktur, które wspierają dokonywanie dobrych lub złych wyborów, katolicka teologia nazywa odpowiednio strukturami łaski oraz grzechu. To pojęcia zaczerpnięte z latynoamerykańskiej teologii wyzwolenia. Ksiądz Alfred Wierzbicki, były wykładowca Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, tłumaczy je następująco: - Istnieje sprzężenie zwrotne między kształtem systemu a cechami charakteru ludzi, którzy go tworzą. Bo na Kościół trzeba patrzeć także jak na zwykłą społeczność. Za mało w Kościele myślimy o strukturach grzechu, a jeśli już to robimy, to odnosimy to pojęcie do tego, co na zewnątrz. A struktury grzechu są także wewnątrz.

Niektórzy nie chcą tego zauważać. Biskup Paweł Socha, emerytowany biskup pomocniczy zielonogórsko-gorzowski, z którym rozmawiam przez telefon, deprecjonuje znaczenie struktur jako takich. - Za dużo zajmujemy się strukturami, a za mało zajmujemy się tym, co jest istotne w Kościele. Struktury są drugorzędne. Ale cała machina posoborowej nowoczesności jest nakierowana na zmiany strukturalne i twierdzi, że struktury uleczą grzech ludzki, który może być uleczony tylko przez Boga - mówi. Gdy pytam o obecne w teologii pojęcie "struktur grzechu", odpowiada: - To jest nazizm, komunizm, LGBT i wszystkie formy laicyzacji. Do tego zaangażowane są parlamenty i uniwersytety, wszystkie tak zwane autorytety. Diabeł ma do tego wystarczającą inteligencję, żeby tych ludzi włączyć do swojej roboty.

Można zamykać oczy, ale założenie, że ludzie tworzą system, a system wpływa na to, jak w jego ramach zachowują się ludzie, jest w zasadzie banałem. Jest jednak kluczowe w opowieści o władzy w Kościele w Polsce.

To opowieść o ludziach, którzy robią rzeczy podłe, ale też o ludziach, którzy robią rzeczy wspaniałe lub się podłości przeciwstawiają. O ludziach, którzy próbują odnaleźć się w niełatwej sytuacji funkcjonowania w systemie, którego kształtu nie akceptują, ale też o tych, którzy system utrwalają i bronią jak niepodległości. O ludziach niszczących i niszczonych. Będzie to opowieść o samym systemie: zasadach, przejawach, źródłach. O władzy, wpływach, seksie, pieniądzach, namiętności, znajomościach, zemście, polityce. Będzie to wreszcie opowieść o tym, czy ten system może działać inaczej. A więc także o nadziei i jej braku.

* * *

Przeszłość. Strach. Bezwład.

Każda z trzech głównych odpowiedzi ma wiele twarzy. W kolejnych częściach spróbuję je pokazać, niekiedy zdemaskować. W czwartej, ostatniej, przyjrzę się zewnętrznym procesom, które wpływają na sytuację Kościoła w Polsce. A także ludziom, którzy tu i teraz próbują funkcjonować w ramach Kościoła inaczej. I marzeniom tych, którzy wierzą, że inny Kościół jest możliwy.

* * *

Niemal wszyscy moi rozmówcy to ludzie wierzący. Jest wśród nich zaledwie jeden ateista. To głos z wnętrza - ale głos krytyczny. Będzie to więc także opowieść o wierze. Wierze w Polsce, wierze w Kościele, niekiedy wierze mimo Kościoła. O tym, czy kształt Kościoła w Polsce przystaje do chrześcijaństwa. Czy przystaje do Ewangelii. Do tego, o czym mówił Jezus Chrystus.

To, co o władzy mówił Chrystus, najkrócej można zaś ująć, przypominając cytat z niego samego: "Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich" (Mk 10,42-44; Biblia Tysiąclecia).

"Nie tak będzie między wami" - niech ta przestroga i to wezwanie, niech ta miara posłuży za drogowskaz. I za motto całej tej opowieści.

 
 
MARGINES 1
SERNIK

Jeszcze raz: piękny, wielki dom z obszernym holem, wieloma antykami i obrazami. Duża jadalnia. Smaczna kawa. Sernik na stole. Przyjazna, utrzymana w tonie ckliwie wspominkowym pogawędka z emerytowanym biskupem, który snuje opowieść o tym, jak to kiedyś było. Było ciężko, ale wiadomo: lepiej. Miły starszy pan dzieli się swoim życiem.

Jeszcze raz, tylko inaczej: senne przedpołudnie z człowiekiem, który uczestniczył w ukrywaniu seryjnego gwałciciela dzieci. Serniczek jedzony z osobą współodpowiedzialną za niewyobrażalną ludzką krzywdę, za złamane życiorysy i - do czasu - bezkarność bezwzględnego przestępcy. Kawa pita z niegdyś istotną postacią Kościoła, która wydaje się, że niczego nie zrozumiała i nie żałuje, a kary nałożone przez Watykan uznaje z jednej strony za krzywdzące (to bzdura), z drugiej zaś - za nieszczególnie dotkliwe (to natomiast prawda).

Czekając na pociąg na wrocławskim dworcu, pomyślałem, że właśnie obcowałem ze złem. Nie wiem, czy cynicznym i wyrachowanym, być może nieświadomym i tak mocno tkwiącym w samozakłamaniu, że nawet tego niezauważającym. Ale ze złem prawdziwym.

Pisząc tę książkę, spotykałem się przede wszystkim z ludźmi dwóch rodzajów. Pierwszy z nich to osoby, których wiedza, doświadczenia i spostrzeżenia wydają się pomocne w rozumieniu tego, kto rządzi Kościołem w Polsce - księżmi, siostrami zakonnymi, pracownikami i pracownicami instytucji kościelnych, dziennikarzami. Szukałem osób, które - pod nazwiskiem lub nie - są gotowe mówić szczerze, co myślą, i dzielić się tym, co wiedzą, bez okrągłych zdań i zbyt ogólnych diagnoz. Druga grupa to ci, którzy władzę w Kościele realnie sprawują - lub czynili to w przeszłości. Niektórzy z nich byli szczerzy. Niektórzy bez zażenowania mnie okłamywali. Wśród tych, którzy zgodzili się na spotkanie ze mną, arcybiskup Gołębiewski nie był jedynym, który swego czasu - by ująć rzecz delikatnie - co najmniej nie dopełnił obowiązków w kwestii ochrony dzieci i młodzieży przed przestępcami w sutannach. Nie był też jedynym, który próbował to relatywizować.

Jak rozmawiać z takimi osobami? Czy dociskać ich pytaniami, nazwiskami, oskarżeniami? A może pozwolić im mówić, by zrozumieć ich sposób myślenia i stan świadomości? By nim się ze mną podzielili, trzeba zaś, by nie czuli się atakowani.

Zdecydowałem się na drugą taktykę. Nie jestem dziennikarzem śledczym, ale publicystą i - rzadziej - reporterem. W trakcie rozmów z biskupami nie miałem wielu nowych i pewnych informacji, które warto byłoby skonfrontować z rozmówcą. Szczegółowe pytanie o sprawy szeroko opisane przez innych dziennikarzy - a niekiedy, jak sprawa Kani i kryjących go biskupów, także rozstrzygnięte przez Watykan - wydawało mi się bezcelowe.

Z niektórymi spośród 11 biskupów, z którymi się spotkałem lub porozmawiałem dłużej przez telefon, spędziłem pół godziny, z innymi godzinę, z kolejnymi prawie dwie. To także decydowało o przebiegu rozmowy.

Z kilku rzeczy - gwoli dziennikarskiej etyki - trzeba się jednak, nomen omen, wyspowiadać.

Po pierwsze, nie wybierałem biskupów do rozmowy. W czerwcu 2021 roku wysłałem zaproszenie do spotkania do wszystkich przebywających w kraju polskich hierarchów - rządzących diecezjami ordynariuszy, ich biskupów pomocniczych, a także biskupów emerytów. Tradycyjną pocztą skierowałem do nich łącznie 147 listów (liczba biskupów zmienia się ze względu na nowe nominacje oraz śmierć niektórych z nich). Po pewnym czasie do niektórych - obecnie lub niegdyś najważniejszych - napisałem wiadomości mailowe, a także dzwoniłem do ich sekretarzy. Próbowałem w ten sposób doprowadzić do spotkania z najistotniejszymi bohaterami tych części mojej książki, które dotyczą biskupów. Częściowo się udało.

Wśród tych, którzy się ze mną spotkali, byli tacy, po których się tego nie spodziewałem. Są również biskupi, o których sądziłem, że zgodzą się na rozmowę, a jednak odmówili spotkania. Wielu zbyło moją prośbę milczeniem. Inni odpowiedzieli listownie, niektórzy przez sekretarzy lub telefonicznie. Spotkałem się z każdym, kto wyraził gotowość do rozmowy - i podtrzymał ją na etapie ustalania konkretnego terminu.

Po drugie, żadnego z rozmówców nie okłamywałem. Od pierwszego kontaktu informowałem, że piszę książkę. Nie udawałem, że piszę książkę o czymś innym, niż piszę - o zwierzchnictwie, podległości, władzy w Kościele w Polsce. To, kim jestem i jakie mam poglądy na sprawy Kościoła w Polsce, można łatwo sprawdzić. Niektórzy biskupi - o czym jestem przekonany na podstawie treści naszych rozmów - tego nie zrobili. To już jednak praca nie moja, lecz służb prasowych diecezji.

Po trzecie, jak wspomniałem, spotkania z biskupami były różne. Faktem jednak jest, że niektóre z nich miały bardzo serdeczny i sympatyczny przebieg, również - jak z Gołębiewskim - w przypadku biskupów skompromitowanych. Budziło to we mnie dysonans. Tylko w ten sposób byłem jednak w stanie sprawić, by rozmowy były długie, a rozmówcy - zwłaszcza niektórzy - zaczęli swobodniej mówić, co myślą. Dotyczy to w szczególnym stopniu biskupów emerytów. Specyfika funkcjonowania hierarchów w Kościele w Polsce sprawia, że z jednej strony ich emerytura jest wygodna - żyją często w luksusowych warunkach, zaopiekowani (najczęściej przez siostry zakonne), dobrze żywieni, z rzadka i tylko niektórzy niepokojeni starymi sprawami.

Z drugiej strony przejście biskupa na emeryturę - zwłaszcza ordynariusza - oznacza nagłą zmianę całego życia, w które niekiedy wdziera się pustka. Emeryci miewają swoje obowiązki czy celebracje, niektórzy zachowują również wpływy. Tracą jednak realną władzę, znajdując się na marginesie spraw diecezji i procesów decyzyjnych. Nie są już tak często zapraszani, cała wewnątrzdiecezjalna polityka przestaje się na nich orientować, są rzadziej słuchani. Są za to gotowi opowiadać o przeszłości, gdy byli w centrum wydarzeń, a z ich opowieści często można wyciągnąć wiele istotnych informacji - o ile, znów, będą snuć swoją opowieść swobodnie. Jak powiedział mi Marian Kruszyłowicz, emerytowany biskup pomocniczy ze Szczecina: - Podnosi mnie pan na duchu, twierdząc, że moje wypowiedzi mogłyby być przydatne.

Po czwarte wreszcie, od niektórych hierarchów na zakończenie rozmowy dostałem drobne upominki w formie książek zawierających biskupie homilie. Zdecydowałem się je przyjąć. Robiłem to również dlatego, że część z tych publikacji nie jest dostępna, a analiza wygłaszanych przez biskupów homilii również ma znaczenie dla zrozumienia różnych zjawisk w Kościele.

Jadłem więc sernik z arcybiskupem Gołębiewskim jak gdyby nigdy nic. Przyjąłem od niego książkę. Spędziłem miłe przedpołudnie z serdecznym i otwartym starszym panem, który wciąż nie zrozumiał, do czego się przyczynił.

Ale gdyby nie także takie spotkania, podczas których musiałem zaciskać zęby, a pytania zadawać w formie ugrzecznionej w porównaniu z tym, co rzeczywiście myślę, nie byłoby tej książki i niektórych z jej najważniejszych części.

PS To nie ostatni "Margines". Są one dla mnie formą oddzielenia części reporterskiej, informacyjnej i publicystycznej od rozważań autotematycznych, a więc dotyczących dziennikarstwa, roli mediów wobec Kościoła, warsztatu i etyki czy moich własnych dylematów i ocen jako katolika. Mam nadzieję zachować odpowiednią klarowność w oddzielaniu głównego nurtu książki od tych właśnie refleksji.

CZĘŚĆ 1
PRZESZŁOŚĆ
 
 
ROZDZIAŁ 1
PRL

- To nie dotyczy tylko Kościoła - odpowiada profesor Andrzej Friszke, gdy pytam, na ile sposób sprawowania władzy w Kościele w Polsce ma swoje korzenie w PRL. - To dotyczy wielu środowisk. Powiela się wzory, które obowiązywały w młodości i w których się wyrastało. Często określają one zachowanie, nawet jeśli warunki i struktura się zmieniły.

- A zmieniły się?

- W przypadku Kościoła zmieniły się warunki, a struktura? Nie bardzo. Model relacji wewnątrz instytucji oraz stosunek do świata zewnętrznego są trwałe.

To właśnie profesora Friszkego proszę o pomoc w zrozumieniu rzeczywistości Kościoła w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. Jest autorem wielu książek i wybitnym znawcą najnowszej historii Polski. Poza tym - co ważne - jest związany ze środowiskami katolickich organizacji świeckich jako między innymi członek kolegium redakcyjnego "Więzi" oraz były członek zarządu Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie.

* * *

Gdy pytam, kto rządził Kościołem w Polsce w czasach PRL, odpowiedź nie zaskakuje. - Oczywiście kardynał Wyszyński.

Zanim właśnie Stefan Wyszyński zgromadził w swoich rękach władzę nieporównywalną z nikim innym, przez chwilę, do śmierci w 1948 roku, kluczową rolę odgrywał kardynał August Hlond. Przy nim część biskupów czuła się jeszcze władcami na swoich terenach. Przy Wyszyńskim - już nie. Nie miał konkurentów. Musiał liczyć się - przez wzgląd na życiorys, doświadczenie i pozycję biskupa krakowskiego - z kardynałem Adamem Sapiehą, ale ten umarł w 1951 roku. Pewną niezależność od Wyszyńskiego zachowywali kardynał Kominek z Wrocławia, arcybiskup Tokarczuk z Przemyśla czy później kardynał Wojtyła (rządzili ważnymi diecezjami i byli silnymi osobowościami). Także dla nich było jednak oczywiste, że przywódca Kościoła w Polsce jest jeden. Inni się nie liczyli.

Władza Wyszyńskiego była bezsporna, bo historia jego zmagań z władzą komunistyczną - porozumienie zawarte w 1950 roku, internowanie i wyjście z niego - budowała potęgę jego autorytetu. Nie bez znaczenia było również to, że w dużej części biskupi mieli nieczyste sumienia. Niektórzy poszli na ugody, złożyli przysięgi, ich stanowisko po internowaniu Wyszyńskiego było bardzo ugodowe. - Prymas siedział w kryminale, a oni szukali zgody z władzami. Gdy wyszedł, każdy wiedział, że jako grupa byli nielojalni. Nie musiał nikomu tego wypominać, żeby uznali jego niepodważalne przywództwo - komentuje Friszke.

Wyszyński był także jednocześnie ordynariuszem dwóch diecezji - warszawskiej i gnieźnieńskiej - prymasem oraz przewodniczącym Episkopatu Polski.

Poza tym, gdy PRL i Watykan nie utrzymywały oficjalnych stosunków dyplomatycznych, a więc w Polsce nie było nuncjusza apostolskiego, to właśnie Wyszyński posiadał uprawnienia legata papieskiego. Miał więc realną, nadaną z Rzymu, władzę nad biskupami. Sprawował ją, choć udokumentowanie jego uprawnień jest trudne. Wieloletni nuncjusz apostolski w Polsce Józef Kowalczyk twierdzi, że nie zachowały się na piśmie. Kowalczyk co prawda "jest pewien", że Wyszyński je miał, ale podejrzewa, że prymas uzyskał je od Piusa XII, a potem Jana XXIII i Pawła VI w formie ustnej[1]. To jednak mniej istotne - ważne jest, że nikt nigdy tej władzy Wyszyńskiego nie podważał.

* * *

- To wszystko szło bezproblemowo? Nie zdarzały się napięcia?

- Jeżeli nawet się zdarzały, to nie wychodziły na zewnątrz. Przez moment władza próbowała je wywoływać, grając na Wojtyłę, ale robiła to bardziej po to, żeby podenerwować Wyszyńskiego, niż coś realnie osiągnąć. Szybko zorientowali się, że Wojtyła się dogadywać nie będzie. Zresztą dla władzy negocjować z Wyszyńskim było wygodnie - odpowiada Friszke.

- Wygodnie? - dziwię się.

Friszke tłumaczy: - Wygodniej było przyjąć, że głowa Kościoła jest jedna i wiadomo, z kim trzeba rozmawiać. Dochodzenie do porozumienia z każdym biskupem z osobna byłoby nie do zniesienia.

Nawet gdy sytuacja była najbardziej zaogniona czy nagła, władze wiedziały, że to, co powie i zrobi Wyszyński, mogą traktować jako stanowisko Kościoła. To, co zdecyduje, to się wydarzy. Również dlatego - choć z Wyszyńskim wojowali, choć straszyli go odsunięciem - to nigdy realnie tego nie planowali. Układ był czytelny dla obu stron: po stronie rządzących był pierwszy sekretarz, po stronie Kościoła - prymas. I obaj wiedzieli, że ten drugi ma realną władzę.

Potwierdzają to zapisy rozmów na szczycie między Wyszyńskim a Gomułką. Rozmawiają jak przywódcy dwóch państw - obaj uznają swoją suwerenność, formułują i zgłaszają pretensje, proponują kompromisy, negocjują.

Pod tym względem sytuacja nie zmienia się aż do śmierci Wyszyńskiego.

* * *

Że to właśnie Wyszyński zgromadzi taką władzę w swoich rękach, nie było oczywiste.

Zanim został biskupem warszawskim, gnieźnieńskim i prymasem, kilka lat był biskupem w Lublinie. Gdy w 1946 roku pierwszy raz brał udział w posiedzeniu Konferencji Episkopatu Polski, był jej najmłodszym członkiem. 45 lat to dla biskupa wiek ciągle młodzieńczy.

Był to specyficzny czas w relacjach między władzą a Kościołem. Do 1949 roku władza starała się z Kościołem żyć w zgodzie. Próbowała odizolować go od czynnej opozycji, zneutralizować, sprawić, żeby nie walczył z ustrojem. Ale wrogość wobec Kościoła? Broń Boże! To zawołanie wcale nie na wyrost. Obchody 1 maja rozpoczynały się mszą z udziałem najważniejszych dygnitarzy. Kolejne budowle były święcone podczas otwarcia. A ówczesny prezydent Bolesław Bierut czy wicepremier Piotr Jaroszewicz w Boże Ciało chodzili z kardynał Hlondem... pod jednym baldachimem.

- Dlaczego komuniści nie zdecydowali się na rozprawę z Kościołem jak w innych krajach bloku radzieckiego? - pytam.

- Bo się bali - odpowiada Friszke. - To nie wchodziło w rachubę na żadnym etapie PRL ze względu na mocno katolicki charakter Polski. Zrobili to w Czechosłowacji i na Węgrzech, ale u nas nigdy się nie odważyli. W Polsce Kościół nie był realnie zagrożony w przynajmniej częściowej suwerenności poza okresem 1951-1954, kiedy partia stawiała na ruch księży patriotów i izolację od Rzymu.

Pod koniec 1948 roku dochodzi do dwóch wydarzeń istotnych dla relacji władzy i Kościoła. W grudniu powstaje Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, dokonuje się stalinowski zwrot w partii, Bierut robi czystkę wśród ludzi związanych z Gomułką, a władza postanawia zmienić kurs wobec Kościoła.

Niedługo wcześniej, w październiku, umiera kardynał Hlond. W ostatniej woli podyktowanej sekretarzowi prosi Piusa XII, by jego następcą mianował Stefana Wyszyńskiego.

* * *

Władze początkowo nie idą z Kościołem na zwarcie. Próbują go zwasalizować.

Budują ruch księży patriotów, licząc, że z czasem będą na tyle liczni, że wkrótce zostaną biskupami. Tworzą monolityczną organizację katolików świeckich, czyli PAX, który ma pośredniczyć między władzą a księżmi, budując ich lojalność wobec władzy i państwa. Jeszcze przez kilka lat podejmują niewiele jawnie wrogich działań. Przejmują zarząd nad Caritas, ale nawet religię ze szkół zaczną wyprowadzać dopiero po 1953 roku.

Jednocześnie próbują skonfliktować polski Episkopat z Watykanem. Mają do tego dobre narzędzie, którym okazuje się temat Ziem Zachodnich. Papież nie chce mianować na ich terenie trwałych biskupów. Komuniści naciskają Wyszyńskiego, żeby to załatwił, a jak się papież nie zgadza, to Kościół w Polsce ma sam dokonać nominacji.

- Szachowe zagranie - oceniam.

- Tak - odpowiada Friszke. - Komuniści przedstawiali się jako patrioci, którzy walczą, żeby Ziemie Zachodnie były zawsze przy Polsce i miały polskich biskupów. A Kościół przedkłada wierność papieżowi - a pewnie i Niemcom! - nad polską rację stanu. Tuż po wojnie granie na nucie antyniemieckiej było bardzo chwytliwe.

W 1950 roku dochodzi do porozumienia. Wyszyński godzi się częściowo na warunki władz: Kościół wyrzeka się popierania opozycji, deklaruje uznanie państwa komunistycznego i brak sprzeciwu wobec reform, w tym kolektywizacji wsi, zapowiada, że będzie apelował do papieża w sprawie Ziem Zachodnich. W zamian dostaje: religię w szkołach, utrzymanie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, pewną swobodę działań stowarzyszeń katolickich, brak przeszkód dla publicznego kultu religijnego oraz swobodę działania zakonów.

Ale władza nie poprzestaje na tym, co uzyskała. Marzy, by w dłuższej perspektywie oderwać Kościół w Polsce od Rzymu. Łamie porozumienie z 1950 roku i próbuje coraz dalej przesuwać granicę wpływów. Kluczowym elementem są nominacje biskupie. Gdy w 1953 roku Rada Państwa wydaje dekret pozwalający jej na kontrolowanie oraz odwoływanie wszelkich decyzji Kościoła - również tych personalnych - Wyszyński odpowiada słynnym "non possumus" - "nie możemy".

- Ale skoro granica była negocjowana nieustannie, to dlaczego akurat na to, przecież nie pierwsze jej mocniejsze zaznaczenie ze strony Wyszyńskiego władza odpowiada internowaniem? - pytam.

- Tego nie wiemy. Nie jesteśmy w stanie odtworzyć, kto i dlaczego podjął decyzję o uwięzieniu Wyszyńskiego. Musiała zapaść na najwyższym szczeblu: Bierut, Franciszek Mazur, a więc wiceprzewodniczący Rady Państwa... Stało się to w okresie walki o władzę na Kremlu po śmierci Stalina i obaleniu Berii. To paradoks, ale tak było. Być może zdecydowano w Warszawie bez konsultacji z Moskwą? Albo po konsultacji z kimś w Moskwie, kto uznał, że należy "przyspieszyć" łamanie Kościoła w Polsce? Nie musiało do tego dojść. Ale doszło.

* * *

Trzymając Wyszyńskiego w odosobnieniu, władze próbują całkowicie podporządkować sobie Kościół - zmuszają biskupów do składania przysięgi na wierność państwu czy zamykają nieposłusznych księży w więzieniu. Wszystko zmienia się w 1956 roku. - To moment, kiedy ostatecznie kończy się twarda martyrologia Kościoła w Polsce - ocenia Friszke.

Kończy się okres stalinowski, władzę przejmuje Gomułka, który uwalnia Wyszyńskiego i zaczyna traktować jak partnera w negocjacjach. Wyszyński deklaruje, że Kościół nie będzie dążył do obalenia władzy PZPR, łagodzi napięcia, tonuje nastroje. Gomułka godzi się, że Kościół będzie jedyną dziedziną życia społecznego, której nie jest w stanie sobie podporządkować.

Bardzo szybko zaczyna żałować tych deklaracji.

Władza nie panuje nad sytuacją. Początki obchodów milenijnych w 1957 roku pokazują, że bez terroru cała prowincja znalazła się w rękach Kościoła. To on kontrolował zachowania ludności, nauczycieli, lekarzy, a nawet przedstawicieli władzy na poziomie gmin i powiatów, którzy organizują pielgrzymki do Częstochowy. Zaczyna się wieloletnia walka o to, kto będzie miał większy wpływ na społeczeństwo. Władza odcina aparat partii od Kościoła, wywiera presję, by nie chrzcić dzieci, zaczyna mniej życzliwie patrzeć na pobożność w wojsku i milicji. Krótki okres porozumienia Wyszyńskiego z Gomułką kończy brutalna rewizja na Jasnej Górze dokonana w 1958 roku w związku z drukowaniem religijnych pism i książeczek bez cenzury.

* * *

Brutalność nie jest jedynym narzędziem w rękach władzy. Ideologiczny klej w postaci ateizmu, a zwłaszcza antyklerykalizmu daje jej całkiem szerokie pole do działania w społeczeństwie. - Dominująca opinia głosi, że wszyscy byli katolikami, nawet milicjanci czy żołnierze, tylko musieli ukrywać krzyżyk na szyi... - komentuje Friszke. - Zgoda: większość społeczeństwa to byli katolicy. Ale wielu ludzi nie chciało akceptować tego, że proboszcz rządzi w miasteczku czy w szkole, a osoba niewierząca jest traktowana jak wyrzutek. Nie musieli być komunistami, by tak sądzić. To ateiści, członkowie mniejszości religijnych oraz niechętni klerowi katolicy, a takich było wcale nie tak mało. Obrona przed ofensywą kleru budowała wśród nich poparcie dla władzy, co wzmacniało pozycję Gomułki w walce o to, kto będzie decydował o obchodach milenium państwa polskiego.

Walka ta toczyła się na wielu polach. Gomułka wyrzuca religię ze szkół, akceptuje powstanie punktów katechetycznych, ale jednocześnie służby nękają księży, wskazując na przykład, że w salce nie ma odpowiednich warunków. Władza blokuje budownictwo sakralne, ale dla części społeczeństwa to zaleta: po co wznosić kolejne kościoły? Lepiej budować szkoły.

Znów znaczenia nabiera "sprawa niemiecka". Dziś słynny list biskupów polskich do biskupów niemieckich z frazą "Przebaczamy i prosimy o przebaczenie" uważany jest za cenny i ważny. W 1965 roku większość społeczeństwa przyjęła go źle. - Ten spór Kościół doraźnie przegrał - ocenia Friszke. - Według wielu ludzi biskupi poszli za daleko, sugerując, że mamy za co prosić Niemców o przebaczenie. A dla Gomułki ważne było nie tylko to, co list zawierał, lecz także to, że w ogóle powstał. Uznał go za próbę prowadzenia przez Episkopat własnej polityki zagranicznej.

- W długiej perspektywie Episkopat miał jednak rację, gdy inicjował pojednanie z Niemcami. Po każdej wojnie konieczne jest pojednanie i budowanie lepszego sąsiedztwa. A bez pozytywnych relacji z Niemcami Polska nie mogła zbliżyć się do zachodniej Europy i osłabić jednostronnej zależności od Rosji - uważa Friszke. I dodaje, że pojednanie z Niemcami było ważnym tematem także w następnych latach. Na przykład w 1978 roku Wyszyński i Wojtyła odbyli podróż do Niemiec, co miało znaczenie nawet dla wyniku konklawe i wyboru Jana Pawła II.

Wojna pozycyjna wokół obchodów milenijnych osiąga najwyższą temperaturę w latach 1965-1966. A jednak spór zostaje nieoczekiwanie ucięty jak nożem w 1967 roku.

Pojawiają się inne zagrożenia. Przede wszystkim wojna sześciodniowa na Bliskim Wschodzie. Narasta również atmosfera, która doprowadzi do wydarzeń Marca '68. Kościół przestaje być dla władzy tak ważnym przeciwnikiem. Stają się nim Żydzi w strukturach władzy oraz zrewoltowani studenci.

Rządzący zakładają, że Kościół nie będzie szczególnie popierał ani jednych, ani drugich. Mają rację. Z wewnętrznych raportów władzy z połowy 1968 roku wynika, że większość proboszczów w Polsce cieszyła się z pozbycia się Żydów - którzy "nie są Polakami". Większość nie popierała również studenckich postulatów. Woleli, by rządzili komuniści, jeśli będą to dzieci z polskich, chłopskich rodzin.

- A czy wiemy, co o wydarzeniach Marca '68 sądził Wyszyński? - pytam.

- Bardzo niewiele. Wiadomo, że tonował nastroje. Po inwazji na Czechosłowację w sierpniu 1968 roku część posłów ruchu "Znak", którzy byli przecież w Sejmie za jego zgodą, chciała złożyć mandaty. Prymas powiedział, że mowy nie ma.

* * *

W 1970 roku w grudniu władza podnosi ceny mięsa, co prowadzi do protestów społecznych. Na Wybrzeżu w wyniku stłumienia manifestacji ginie kilkadziesiąt osób. Gomułka traci władzę, przejmuje ją Edward Gierek.

A Kościół? Znów przyjmuje postawę wstrzemięźliwą, stawiając na zakulisowe rozmowy z władzami. Cała epoka gierkowska opiera się na dążeniu do stabilizacji i dotyczy to także traktowania Kościoła uznawanego za element, który jej służy. Obowiązuje przekaz oparty na kilku założeniach. Po pierwsze, katolicy są lojalnymi obywatelami Polski Ludowej i nie należy z nimi wojować. Po drugie, biskupi są różni i z niektórymi być może wojować trzeba, ale nie w sferze zaspokajania potrzeb religijnych. Trzeba pozwolić wszystkim na chodzenie na msze i budowanie kościołów w nowych dzielnicach. Po trzecie, by biskupi wsparli zalegalizowanie przez Watykan granicy z Niemcami, warto przyznać im oficjalną własność gigantycznego majątku na Ziemiach Zachodnich.

Biskupi to doceniają. Uznają te gesty za koniec walki z Kościołem. Pozostają punkty zapalne, jak oświata, są momenty zaostrzenia, ale aż do 1978 roku atmosfera jest spokojna.

* * *

Jeśli kiedykolwiek między wyjściem z internowania w 1956 a śmiercią w 1981 roku kwestia władzy Wyszyńskiego wewnątrz Kościoła się skomplikowała, to w 1978 roku, gdy papieżem został Karol Wojtyła.

Od 1956 roku, kiedy strony ustaliły kluczowe kwestie wolności funkcjonowania Kościoła czy mianowania biskupów, Watykan nieprzesadnie interesował się wewnętrznymi sporami w Polsce, więc też nieszczególnie angażował się w sprawy bieżące. Objęcie papiestwa przez polskiego hierarchę musiało to zmienić.

Niektórym biskupom radykalnie skróciły się ścieżki dojścia do Watykanu czy samego papieża - również z pominięciem Wyszyńskiego. Jeszcze większe znaczenie miało to po jego śmierci, gdy prymasem został Józef Glemp, ale już w 1978 roku relacje z dwustronnych stały się trójstronnymi. Od tego czasu, gdy władza rozmawia z Wyszyńskim, a później z Glempem, to wie, że papież także ma dużo do powiedzenia.

Zastanawiając się, kto przyjdzie po Wyszyńskim, władze nie wiedziały, kogo chcą, ale wiedziały, kogo nie chcą: Ignacego Tokarczuka i właśnie Karola Wojtyły. - Bali się go. Bo dziarski, wymowny, niezależny. Wyszyński z ich perspektywy to było już poznane zło, a Wojtyła był niewiadomą - opisuje Friszke. - Próbowali wpływać w Rzymie, by prymasem po Wyszyńskim był ktoś inny. Amnestię po śmierci Stanisława Pyjasa w 1977 roku ogłosili między innymi dlatego, że Gierek jechał do Rzymu i nie chciał być traktowany jak satrapa ze Wschodu z wieloma więźniami politycznymi, ale jak cywilizowany przywódca, z którym papież będzie chciał przyjaźnie porozmawiać.

Gdy papieżem został Wojtyła, również dla władzy stało się oczywiste, że sprawa jest przegrana: stracili jakikolwiek wpływ na to, kto przyjdzie po Wyszyńskim.

Za to Wojtyła zyskał nieporównywalny wpływ z tym, który miał jako arcybiskup Krakowa, na to, co dzieje się w Polsce. Wpływ niemal tak ogromny, jak ten Wyszyńskiego.

- Jak duże znaczenie dla powstania "Solidarności" miała pielgrzymka Jana Pawła II do Polski z 1979 roku?

- Duże. Przede wszystkim psychologiczne - odpowiada Friszke. Wyjaśnia, że osłabiła ona legitymizację władzy komunistycznej, a fakt, że Gierek i jego ekipa rządzą Polską, w zasadzie nie był kwestionowany. Wraz z Janem Pawłem II pojawił się inny przywódczy autorytet, który w dodatku używał całkowicie odmiennego języka od tego, którym posługiwała się oficjalna propaganda. Już wcześniej opozycja próbowała robić coś podobnego, odbierając pojęciową hegemonię władzy, ale nie miała szans, by w podobnej skali oddziaływać na społeczeństwo. Uczestnictwo w pielgrzymce papieża do Polski było też doświadczeniem łączącym wielu ludzi, którzy poczuli się wspólnotą niezorganizowaną przez władzę. - To doświadczenie miało ogromny wpływ na późniejszy styl działania "Solidarności", który był oparty na spokojnym, zdeterminowanym nacisku, strajkach, wspólnocie, wzajemnej zależności, braku przemocy - ocenia Friszke.

Jeśli władza rozumiała, co się dzieje, to i tak niewiele mogła zrobić.

* * *

Gdy w 1980 roku wybuchły strajki robotnicze, biskupi przyjęli postawę niejednoznaczną. Bali się destabilizacji, więc - podobnie jak na przykład w 1968 roku - wzywali do umiaru. Kościół był przekonany, że system będzie trwał, skoro ma sowieckie gwarancje. Dlatego hierarchowie, którzy obawiali się krwawej rozprawy, interwencji radzieckiej albo zmiany ekipy Gierka na gorszą, reagowali powściągliwie.

Również Wyszyński postawił na obniżanie temperatury sporu. W przemówieniu na Jasnej Górze, nieprzypadkowo transmitowanym w telewizji, co było rzadkością, próbował wesprzeć Gierka i studzić atmosferę wśród protestujących. Wysłał swoich ludzi do Stoczni Gdańskiej, by negocjowali uspokojenie sytuacji.

Ta zaś wszystkich zaskoczyła: mało kto spodziewał się podpisania porozumienia, w którym władze zrobią tak daleki krok wstecz. To postawiło przed Kościołem nowe pytania. - Z jednej strony "Solidarność" była ruchem bliskim Kościołowi: w dużej części to byli wierni, funkcjonujący w niezależnej przestrzeni, domagający się słusznych rzeczy - tłumaczy Friszke. - Z drugiej, to ruch, który w ocenie Kościoła nie miał prawa się ostać, bo Moskwa na to nie pozwoli. To napięcie kreuje politykę Kościoła w tych latach. Od początku Wyszyński konsekwentnie wspiera Wałęsę, jednocześnie próbuje hamować nurt opozycji, który uznaje za radykalny, związany na przykład z Gwiazdą i Walentynowicz. Jest też nieufny wobec KOR, zwłaszcza Kuronia. Całą jesień '80 roku wykonuje ruchy, które mają wzmocnić Wałęsę, stępić radykalne postulaty i zmarginalizować ludzi związanych z innymi nurtami opozycji.

* * *

Pół roku później, 28 maja 1981 roku, Wyszyński umiera. Z kart opowieści o relacjach Kościoła i władzy w czasach PRL znika główny, absolutnie pierwszoplanowy bohater.

Jego następcą zostaje Józef Glemp. Jest przez władze traktowany jako przywódca Kościoła w Polsce, ale w oczywisty sposób słabszy od poprzednika. Wszyscy wiedzieli, że nie da się załatwiać z nim spraw tak, jak to robił Gomułka z Wyszyńskim. Choć jednak początkowo rządzący nie bardzo go poważali, to później odkryli, że są sprawy, w których łatwiej jest im dogadać się z prymasem niż z papieżem i jego frakcją. Również wewnątrz Kościoła pozycja Glempa była znacznie słabsza niż Wyszyńskiego. Zwłaszcza na wstępie stopień jego władzy nad biskupami był zdecydowanie niższy. I choć po kilku latach również wśród nich wypracował sobie autorytet, to w Kościele w Polsce skończyło się jedynowładztwo. Już wcześniej istniały frakcje, ale wszystkie uznawały rozstrzygający autorytet Wyszyńskiego. Za Glempa prymas też stał się częścią frakcyjnego sporu.

* * *

Kraj buzuje.

Jesienią 1981 roku Kościół wciąż kieruje się diagnozą, że sytuacja zmierza do konfrontacji, która może mieć krwawy charakter i może doprowadzić do interwencji sowieckiej. Biskupi próbują mediować między władzą a opozycją, promować ludzi nastawionych bardziej koncyliacyjnie.

Szczególnie mocno robi to Glemp. Gdy powoływał Prymasowską Radę Społeczną pierwszej kadencji, oparł jej skład na ludziach związanych z Wyszyńskim. Jej inauguracyjne posiedzenie odbyło się 12 grudnia 1981 roku. Dzień później, wraz z wprowadzeniem w Polsce stanu wojennego, sytuacja się zmieniła. Kiedy powoływał Radę drugiej kadencji, nie znalazł już w niej miejsca dla Krzysztofa Skubiszewskiego, Stanisława Stommy, Jerzego Turowicza, Andrzeja Wielowieyskiego czy Wiesława Chrzanowskiego.

Przewodniczącym uczynił popierającego stan wojenny i krytykującego KOR-owską odnogę "Solidarności" Macieja Giertycha.

* * *

Kościół przyjął wprowadzenie stanu wojennego z zaskoczeniem i obawami, by nie przerodził się w masakrę. I Episkopat, i otoczenie papieża próbują oddziaływać zarówno na ludzi "Solidarności", jak i na Jaruzelskiego, by zminimalizować ryzyko eskalacji. Apelują o zaniechanie represji, zwolnienie zatrzymanych, powrót do dialogu. Władza próbuje wykorzystać Kościół do namówienia Wałęsy na odbudowanie "Solidarności" bez "radykałów" - chce, by biskupi żyrowali złamaną "Solidarność". Rozgrywka trwa kilka tygodni, ale rozsypuje się przez opór Wałęsy. Od tego momentu władza przestaje o "Solidarności" rozmawiać z Kościołem. Jednocześnie pozwala, by organizował pomoc czy apelował o zwolnienia z internowania, bo nie chce wchodzić w otwarty konflikt. Skoro nie ma nadziei, by Kościół był po stronie władzy, to wystarczy, by nie był po stronie "Solidarności".

8 października 1982 roku "Solidarność" zostaje formalnie zdelegalizowana, a Kościół uznaje, że przegrał: władza zrobiła, co chciała, "Solidarności" nie ma.

To wówczas powstaje najwyraźniejszy podział na frakcje wewnątrz Episkopatu.

Frakcja Glempa - w Warszawie przede wszystkim biskup Jerzy Dąbrowski, który administrował w imieniu prymasa archidiecezją gnieźnieńską, ale był też ważną postacią w sekretariacie Episkopatu; uważała, że "Solidarność" się definitywnie skończyła, że już nic z tego nie będzie. Glemp należał do szerokiego grona osób, które nie wierzyły w upadek PRL. Uznawał, że nie ma sensu wiązać się z pokonanymi dysydentami, skoro władza pozostanie przy Jaruzelskim, z którym trzeba się dogadywać. Pragmatyczne podejście - nawet jeśli oparte na błędnej prognozie - przyniosło skromne efekty w postaci odrodzenia lokalnej prasy katolickiej.

Frakcja papieska, którą tworzyli przede wszystkim kardynał Franciszek Macharski oraz sekretarz Episkopatu arcybiskup Bronisław Dąbrowski (którego zastępcą był biskup Dąbrowski z frakcji Glempa), szukała dialogu z ludźmi "Solidarności" i zbliżała się do niej przez rozmowy z takimi osobami jak Wielowieyski, Stomma czy Turowicz, których z Prymasowskiej Rady Społecznej usunął Glemp.

Biskupi różnili się również w postawach wobec księży współpracujących z opozycją. Ksiądz Wacław Oszajca dwa razy wchodził w konflikty z biskupami na tle kontaktów z "Solidarnością": z Bolesławem Pylakiem w Lublinie i Jerzym Strobą w Poznaniu. Obaj ograniczali mu możliwości duszpasterskie. Glemp był zirytowany działalnością Jerzego Popiełuszki, a księdza Mieczysława Nowaka, duszpasterza w Ursusie, mimo protestów przeniósł daleko poza Warszawę.

Biskupi najbardziej lojalistycznie podchodzący do władzy - należeli do nich Pylak i Stroba - niechętnie patrzyli na duchownych głośno i wyraźnie wspierających "Solidarność". Byli nastawieni na dialog z władzą i załatwianie konkretnych spraw. Inni biskupi wspierali duchownych współpracujących z opozycją i nie poddawali się naciskom władzy. Tak było w Łodzi czy we Wrocławiu.

Wszystkie frakcje łączyły postulaty uwolnienia więźniów politycznych. Trzymanie w więzieniu liderów "Solidarności" mroziło rozmowy. Ostatnich 11 wyszło na wolność w 1984 roku.

* * *

Wcześniej, w 1983 roku, do Polski znów przyjeżdża papież. - To była niełatwa do oceny pielgrzymka. Glemp budował wokół niej przekaz: to bardzo przykre, że nie ma "Solidarności", ale patrzmy w przód, przyjeżdża papież, skupmy się na tym. Dla władzy to było wygodne, bo osłabiało opór społeczny, ale jednocześnie rządzący obawiali się tego, co papież zrobi i powie - opowiada Friszke. Papież jasno stawia postulaty: przyjedzie, jeśli dostanie obietnicę zwolnienia więźniów politycznych, chce też spotkać się z Wałęsą. Początkowo ten drugi pomysł wywołał furię Jaruzelskiego, ale już po przyjeździe Jana Pawła II do Polski generał się zgodził. I rzeczywiście krótko po wyjeździe papieża władza ogłasza amnestię: wychodzą prawie wszyscy więźniowie polityczni.

Podczas pielgrzymki papież nieustannie odnosi się do tradycji walk o wolność, więźniów, represjonowanych. Tłum manifestuje pod sztandarami "Solidarności", korzystając, że jest pod jego "osłoną". Po kilkunastu miesiącach pałowania, przepędzania gazem, aresztowań ludzie mogli wspólnie stanąć i powiedzieć: "Jesteśmy tutaj". Jednocześnie pielgrzymka była ważnym etapem procesu stabilizowania relacji między Kościołem a władzą.

Procesu brutalnie przerwanego wraz z mordem na Popiełuszce.

* * *

- Powiedział pan, że dojście Gomułki do władzy kończy twardą martyrologię Kościoła w Polsce... - komentuję, gdy dochodzimy do tego wydarzenia.

- I to podtrzymuję - odpowiada Friszke. - Kościół jako taki nie był represjonowany również w latach 80. Następowały represje wobec konkretnych księży, z najbardziej drastycznym przypadkiem księdza Popiełuszki, ale mord na nim nie jest wyrazem polityki Jaruzelskiego, Kiszczaka i ich aparatu.

- Tylko czyjej?

- Skrajnych grup w aparacie władzy, w tym części Służby Bezpieczeństwa, zmierzających do powstrzymania "zgniłej" polityki poszukiwania porozumienia z Kościołem.

Grupy te, kierowane przez generała Mirosława Milewskiego, były zdania, że władza nie wyciąga wniosków z sytuacji. Jaruzelski od początku uważał, że to Milewski stoi za zamordowaniem Popiełuszki. I o ile rzeczywiście stał za tym konkretny plan, o tyle jego celem było właśnie rozbicie kształtującej się stabilizacji w stosunkach między Jaruzelskim a biskupami. Również Moskwa miała być niezadowolona z cackania się z Kościołem czy "Solidarnością". Program "betonu partyjnego" w strukturach władzy zakładał absolutny brak współpracy z Kościołem.

Relacje między władzą a Kościołem zaczynają się stabilizować w 1986 roku wraz z drugą wielką amnestią. Jaruzelskiemu zależy na wznowieniu stosunków, również gospodarczych, z Zachodem i chce to zrobić via Watykan. W styczniu 1987 roku przyjeżdża do Rzymu, a przyjęcie go przez papieża otwiera mu drogę do kontaktów z ważnymi politykami Zachodu. Chwilę wcześniej powstaje Rada Konsultacyjna przy Jaruzelskim, do której - z błogosławieństwem Glempa - wchodzą katoliccy intelektualiści. Inni odmawiają udziału w dialogu bez Wałęsy.

* * *

Gdy od 1985 roku (po śmierci Leonida Breżniewa trzy lata wcześniej) w Moskwie trwa pierestrojka, dla wielu staje się coraz bardziej jasne, że również w Polsce musi dojść do jakiegoś otwarcia, poszerzenia praw obywatelskich i kompromisu. Rozpoczyna się rozgrywka, co będzie jego treścią i kto usiądzie przy stole negocjującym nowe rozdanie w państwie.

Od 1987 roku władza kusi więc Kościół, żeby przyłączył się do stabilizowania sytuacji i pozostawił "Solidarność" na boku. Jaruzelski próbuje uczynić biskupów głównym partnerem rozmów. Władza proponuje, żeby w wyborach wystawili ludzi, którzy mogliby uczestniczyć w życiu publicznym przy zachowaniu pełnej kontroli po stronie rządzących.

Kościół się nie zgodził, odmówili także katoliccy intelektualiści.

Część funkcjonariuszy władzy próbuje doprowadzić do zerwania rozmów. W trakcie przygotowań do Okrągłego Stołu znów giną księża: Stanisław Suchowolec i Stefan Niedzielak, a po zakończeniu obrad i wyborach 4 czerwca 1989 roku jeszcze jeden: Sylwester Zych. To znów działania skrajnych grup po stronie władz, które chciały zniszczyć porozumienie.

Nie udaje się. Biskupi przyjmują pozycję życzliwych obserwatorów pilnujących, żeby wszystko się powiodło, bo zgoda jest Polsce potrzebna. W Okrągłym Stole upatrują szansy na uspokojenie nastrojów. Z jakim dokładnie efektem? Nie wiadomo. Kościół podczas negocjacji i obrad reprezentuje nie frakcja Glempa, lecz papieża: Dąbrowski, Dembowski, Orszulik, Gocłowski.

Gdy okazuje się, że dojdzie do częściowo wolnych wyborów 4 czerwca 1989 roku, władza do ostatniej chwili walczy, by Kościół zachował w nich neutralność i nie wspierał "Solidarności". I jak w wielu poprzednich rozgrywkach osiąga sukces, ale co najwyżej częściowy.

* * *

Niedługo później zaczyna się w Polsce nowa epoka. To również nowa epoka dla Kościoła. Epoka, w której skomplikowana historia jego relacji z władzą w czasach PRL, została sprowadzona do kilku nie całkiem prawdziwych uproszczeń. Nawet tak skrótowa opowieść, jak tutaj przedstawiona, wystarczy, by to zobaczyć.

 
 
ROZDZIAŁ 2
MITY

Według Słownika Języka Polskiego PWN słowo "mit" ma trzy znaczenia. Po pierwsze, "opowieść o bogach, demonach, legendarnych bohaterach i nadnaturalnych wydarzeniach, będąca próbą wyjaśnienia odwiecznych zagadnień bytu, świata, życia i śmierci, dobra i zła oraz przeznaczenia człowieka". Po drugie, "ubarwiona wymyślonymi szczegółami historia o jakiejś postaci lub o jakimś wydarzeniu". Po trzecie, "fałszywe mniemanie o kimś lub o czymś uznawane bez dowodu".

Opowieść, jaką o swojej roli, postawie oraz sytuacji w czasach PRL snuje sam Kościół rzymskokatolicki w Polsce z pomocą życzliwych mu środowisk politycznych i historycznych, spełnia te kryteria. To zbiór mitów.

Pierwszy głosi, że naród - jako całość - przez cały ten czas był z Kościołem, a przeciw komunie. To uproszczenie możliwe do przyjęcia jedynie przy utożsamieniu narodu polskiego z katolicyzmem. W istocie stosunek Polek i Polaków do władzy komunistycznej był różnorodny i zmienny w czasie. Podobnie jak stosunek do Kościoła. Jak wskazywał Friszke, władza niekiedy wykorzystywała w rozgrywce antyklerykalne nastroje części społeczeństwa.

Drugi mit: Kościół zawsze bohatersko stawał przeciwko komunie, był w opozycji i wspierał wolnościowe aspiracje polskiego społeczeństwa czy jego części. Tymczasem Kościół latami układał się z władzą komunistyczną, osiągając określone cele, długimi okresami żył z nią we względnej zgodzie pozwalającej na funkcjonowanie. Raczej z zasady podejrzliwie patrzył na ruchy opozycyjne czy społeczne protesty - czy ze względu na niewiarę w ich powodzenie, czy też na ich światopoglądowy rodowód. Rzecz nie w tym, by ahistorycznie rozliczać Kościół z rzekomej "kolaboracji", ale w tym, by nie opisywać relacji państwo-Kościół w PRL z pominięciem ich skomplikowania.

Trzeci mit głosi, że Kościół był bezlitośnie prześladowany, niszczony i szykanowany przez cały PRL. Długimi okresami bywało, że działalność Kościoła była utrudniana. Zdarzały się ostre represje wobec konkretnych przedstawicieli Kościoła, z zabójstwami księży włącznie. Władze w Polsce nie zdecydowały się jednak na brutalną rozprawę i zepchnięcie Kościoła do podziemia, co zrobiły w wielu innych państwach bloku socjalistycznego, a okres twardych represji był u nas stosunkowo krótki.

Wreszcie mit czwarty: wyolbrzymia rolę Kościoła w obaleniu komuny w Polsce i poza nią. Szczególną jego wersją jest opowieść o niemal superbohaterskich dokonaniach Jana Pawła II, który w pojedynkę doprowadził do upadku Związku Radzieckiego. Owszem, działania polskiego papieża i Watykanu, jak również Kościoła w Polsce, miały znaczenie. Kluczowe w tych procesach były jednak także wewnętrzne uwarunkowania, które pchnęły Związek Radziecki ku upadkowi, wielowymiarowe działania opozycji demokratycznej o różnym pochodzeniu w krajach komunistycznych oraz sytuacja geopolityczna i działania innych państw.

W utrwalaniu tych mitów udział biorą nie tylko członkowie Kościoła hierarchicznego, lecz także politycy, historycy, dziennikarze. Również spoza Polski. Jednym z nich jest Gian Franco Svidercoschi, autor niby-rozmowy z kardynałem Stanisławem Dziwiszem wydanej pod tytułem "Świadectwo". To włoski dziennikarz i watykanista o polskich korzeniach, książeczka zaś to zbiór swobodnie przeplatanych refleksji rozmówców, historycznych uproszczeń i patetycznych stwierdzeń.

Kilka przykładów.

Svidercoschi, mówiąc o czasie sprawowania przez Karola Wojtyłę funkcji arcybiskupa krakowskiego (lata 1964-1978), stwierdza, że: "W tym czasie Polska wciąż jeszcze była krajem zniewolonym. Publiczne wymawianie imienia Bożego było niedozwolone. Zakazane"[2].

To bzdura mająca wzmocnić trzeci ze wspomnianych mitów. Mówimy o końcowej fazie obchodów milenijnych zainicjowanych przez Stefana Wyszyńskiego, a także o następującym po 1967 roku okresie stabilizacji. W Polsce nie doszło do kasaty zakonów męskich i żeńskich, a w całym kraju codziennie odbywały się msze i nabożeństwa - również pod przewodnictwem biskupów.

Autor mówi też: "W Polsce dochodziło cyklicznie do protestów. W 1956 roku w Poznaniu bohaterami byli robotnicy, w 1968 studenci i intelektualiści, w 1970 nad Bałtykiem ponownie zamanifestowali ludzie pracy. Kardynał Wyszyński określał te ruchy mianem "małych rewolucji". "Rewolucji", gdyż obnażały one stopniowy rozpad ideologii marksistowskiej oraz polskiej wersji "realnego socjalizmu". "Małych", ponieważ z wyjątkiem zmian na szczytach władz partyjnych, nie pociągały za sobą żadnej przemiany społecznej ani gospodarczej. Wręcz przeciwnie, dochodziło do zaostrzenia systemowych środków represji. Stale przybywało ludzi, którzy, pozbawieni wolności, w kardynale Wojtyle upatrywali ratunku. Był jedynym, który mógł się nimi zaopiekować i który mógł ich obronić"[3].

W krótkim fragmencie nie brakuje kolejnych bzdur, tym razem mających wzmacniać mit pierwszy i drugi. Nie jest prawdą, że kardynał Wojtyła "był jedynym, który mógł się nimi zaopiekować i który mógł ich obronić". Pozycja Wojtyły rosła, ale i tak dla wszystkich było jasne, że najważniejszą postacią polskiego Kościoła jest Wyszyński. Stosunek Kościoła do wspomnianych przez Svidercoschiego zrywów był zaś różnorodny. Sympatia do Kościoła instytucjonalnego - przynajmniej znaczącej części uczestników tych zrywów, zwłaszcza z 1968 roku - również wydaje się wątpliwa. Założenie, że wszyscy oni orientowali się nie tyle nawet na Kościół jako całość, ile konkretnie na Wojtyłę jako protektora, jest intelektualnie kompromitujące. Nie jest wreszcie prawdą, że po każdym ze wspomnianych zrywów nie następowała zmiana społeczna, a jedynie zaostrzenie środków represji. Jest to ocena nieprawdziwa zwłaszcza w kontekście wydarzeń roku 1970 i początków epoki gierkowskiej.

W innym miejscu włoski dziennikarz stwierdza: "Tak wyglądała marksistowska rzeczywistość tamtych czasów. Każdego dnia toczono walkę o ocalenie Polaków i Ojczyzny"[4].

Zdanie to pada po dłuższym fragmencie dotyczącym kształcenia księży oraz działań instytucji diecezjalnych. To kolejny sposób na utożsamienie narodu z Kościołem i budowę przekonania, jakoby wszyscy Polacy byli przeciwni komunie. Parę stron później kardynał Dziwisz stwierdza: "Społeczeństwo polskie dość jednomyślnie oceniało system komunistyczny jako niesprawny i niezdolny do polepszenia warunków życia - choćby tylko do poziomu przyzwoitego, ale przede wszystkim postrzegało go jako niesprawiedliwy i głęboko dyskryminujący"[5]. To także nieprawda. Jednomyślności polskiego społeczeństwa w tej sprawie nie było nigdy[6]. Krótko po wojnie działania państwa ludowego przyniosły poprawę jakości życia znaczących grup ludności. Podobnie - przy wszystkich zastrzeżeniach - można patrzeć na część rządów Edwarda Gierka, kiedy istotne grupy społeczne doczekały się choćby bezpieczeństwa mieszkaniowego. Ocena socjalnych dokonań PRL musi być bardziej zniuansowana niż ta, której dokonują włoski dziennikarz i polski hierarcha.

Kolejna wypowiedź Svidercoschiego: "Po niespełna dziesięciu latach [od 1968 roku, przyp. ID] doszło do wybuchu kolejnego wielkiego buntu młodych. Tym razem w zupełnie nowej scenerii. Nie w Warszawie, lecz w Krakowie, gdzie w znacznej mierze dzięki obecności autorytetu kardynała Wojtyły młodzi pozostali wolni od manipulacji przez system"[7].

To pomieszanie z poplątaniem. Autorowi musi chodzić o wydarzenia 1977 roku, gdy w Krakowie doszło do demonstracji studenckich po śmierci Stanisława Pyjasa. To właśnie najmocniej wpłynęło na fakt, że do wystąpień doszło akurat w Krakowie, a nie obecność tego czy innego biskupa. Znajomi Pyjasa - opozycyjnie nastawieni studenci - oskarżyli o śmierć kolegi bezpiekę, która miała pobić działacza grupy domagającej się wypuszczenia więźniów zatrzymanych po protestach robotniczych w czerwcu 1976 roku. Studenci byli w stałym kontakcie z Komitetem Obrony Robotników - organizacją tworzoną zarówno przez prawicowych, lewicowych, jak i katolickich inteligentów. Sprowadzanie protestów z 1977 roku do oddziaływania miejscowego metropolity jest wyłącznie budowaniem mitu.

To przykład o tyle poręczny, że w krótkim tomiku zbiera wiele wyobrażeń na temat Kościoła w czasach PRL obecnych nie tylko w umyśle włoskiego, choć związanego z polskimi hierarchami, watykanisty, lecz także polskich biskupów.

* * *

O pierwszy ze wspomnianych mitów pytam profesora Friszkego. Czy naród był w czasach PRL z Kościołem, a Kościół z narodem? - To zależy od rozumienia pojęć, przede wszystkim "narodu". Z punktu widzenia Kościoła to opowieść prawdziwa, bo z Kościołem był naród, nazwijmy to, "właściwy" - odpowiada. Tłumaczy, że aby to zrozumieć, trzeba sięgnąć przynajmniej do okresu międzywojennego. Według powstających wtedy, a nawet wcześniej, w XIX wieku, idei, naród właściwy to ten, który buduje więź z Kościołem. Krótko mówiąc: naród właściwy to naród katolicki. Tego później trzyma się także Wyszyński.

Wszyscy inni w tej opowieści to zaś przedstawiciele dywersyjnych, wrogich ideologii: masońskich, bolszewickich, żydowskich, oświeceniowych, zachodnich... Cały wachlarz ideologii, które odciągają ludzi od Kościoła, a więc od narodu, bo naród jest w Kościele. Wrogami są zatem komuniści, ale też socjaliści, piłsudczycy, Żydzi, profesorowie uniwersytetów, prawosławni...

- Musi pan pamiętać, że przedwojenny Kościół jako całość, oczywiście z wyjątkami, był zawsze po stronie endecji - dodaje Friszke. Jednocześnie według niego Kościół zauważał wówczas ryzyko związane ze stawianiem wszystkiego na jedną polityczną kartę. Ryzyko było tym większe, że narodowa demokracja nie była nurtem dominującym. Kościół doświadczał trudności wynikających z tego uwikłania. Na przykład młoda endecja związana z Obozem Narodowo-Radykalnym próbowała przekonywać, że to oni są prawdziwym Kościołem, a droga do zbawienia prowadzi przez służbę narodowi. Łączyli polskość z katolicyzmem w sposób nierozerwalny, a przecież Polska przed II wojną światową była innym krajem pod względem wielokulturowości i wielowyznaniowości niż później. Pojawiały się środowiska katolickie polemiczne wobec endecji, jak "Odrodzenie", ośrodek księdza Władysława Korniłowicza, ale biskupi nie umieli wyjść z klinczu, w którym się znaleźli w wyniku splotu poglądów, interesów i środowiskowych wpływów.

- Kościół z jednej strony cieszył się, że tylu młodych, zaangażowanych ludzi lgnie do niego. Z drugiej, obawiał się sanacji. ONR i inne grupy młodej endecji to była radykalna opozycja, której władza nie tolerowała. Zbyt silne utożsamienie Kościoła z nią zamykałoby mu możliwości wpływu na sytuację w państwie - opisuje historyk. O ile bowiem Żydzi czy lewica byli mniejszością, o tyle piłsudczycy od 1926 roku rządzili krajem. Kościół więc się z nimi układał, ale do rządzącej sanacji miał stosunek niechętny. - Nie klękną przed biskupem, nie pocałują w pierścień, nie uznają jego zwierzchności w sprawach moralnych. Nie są "nasi". Trudno jednak zaprzeczyć, że rządzą Polską - wyjaśnia Friszke. Kardynał Hlond próbował więc rozmawiać z sanacją, by uniknąć całkowitego zlania się w jedno z endecją. W obozie sanacyjnym były zresztą osoby, które mogły pośredniczyć w kontaktach: ziemianie, ludzie z kręgów konserwatywnych. Ale jako całość sanacja była postrzegana przez Kościół jako ideowo obca.

Po 1930 roku władze uznały, że trzeba uporządkować sprawę małżeństw. W różnych zaborach obowiązywały różne przepisy, państwo istniało ponad dekadę, a nie miało jednolitego prawa małżeńskiego. Sanacja musiała się jednak cofnąć, bo opór Kościoła przeciwko wprowadzeniu małżeństw cywilnych był zbyt potężny. Władzy nie opłacało się iść na wojnę z biskupami. Podobnie stało się w sprawie przerywania ciąży. Sanacyjny projekt miał zezwolić na aborcję z przyczyn społecznych. Kościół zagroził, że jeśli do tego dojdzie, to w całej Polsce na wszystkich kazaniach zostanie powiedziane, że to działanie wrogie wobec Kościoła. I władza się cofnęła.

- Biorąc to wszystko pod uwagę, czy powiedziałby pan profesor, że na którymś etapie dwudziestowiecznej historii polski Kościół uznał państwo polskie za swoje? - pytam Friszkego.

- Dobre pytanie. W wymiarze podstawowej lojalności wobec państwa, tak. Dotyczy to i II Rzeczpospolitej, i PRL. Na przykład w relacjach zagranicznych Wyszyński dbał, żeby jego wypowiedzi nie mogły być interpretowane jako wrogie państwu. Ale na płaszczyźnie uznania państwa za swoje w sensie ideowym, to takiego momentu nie było. Kościół walczył, by uczynić państwo bliższym swoim wyobrażeniom, ale osiągał tylko pomniejsze cele. To paradoks. Z jednej strony Kościół twierdzi, że cały naród polski jest katolicki, a z drugiej przez cały XX wiek, w różnych formach i kontekstach, uważa, że polskie państwo powinno być schrystianizowane na nowo.

- Dziś mówią to samo... - dodaję. Rozmawiamy ponad dwa lata przed wyborami parlamentarnymi 15 października 2023 roku, w których Prawo i Sprawiedliwość straciło władzę.

- Tak. Znów słyszymy o chrystianizowaniu państwa, nawet Europy, na nowo. Twierdzą tak i biskupi, i politycy radykalnej prawicy. Teraz mówią jednym głosem, ale jeśli dojdzie do politycznego przełomu, to biskupi znajdą się w trudnym położeniu. Przelicytowali we wspieraniu jednego środowiska, które zapewniło Kościołowi wpływy, ale tylko do końca swoich rządów. Nadrzędna rola Kościoła i jego nauczania w kształtowaniu życia człowieka zostanie podważona. Z punktu widzenia konserwatywnych biskupów będzie to katastrofa, na którą zapracowali.

* * *

Opowieść o Kościele w czasach PRL tworzy spójne kontinuum - i z opowieścią o roli Kościoła w historii Polski w ogóle, i z wizją jego roli w społeczeństwie dzisiaj. To historia o odwiecznej i do dziś trwającej miłości Kościoła i narodu, o przechowywaniu polskości w obrębie tradycji katolickiej, o niezłomnych księżach i szykanowanych bohaterach czasów zaborów, wojen i okupacji, zarówno dziś, jak i wcześniej, walczących z wrogimi ideologiami.

To opowieść wybrakowana z wielu kart. Po pierwsze, wielobarwnych - związanych z wielokulturowością, wieloetnicznością, pluralizmem religijnym i politycznym w Polsce. Po drugie, z czarnych kart Kościoła w Polsce. Gdy w III RP toczył się spór o treść preambuły nowej Konstytucji i o obecność w niej odwołania do Boga, biskup Sławoj Leszek Głódź, wówczas biskup polowy Wojska Polskiego, wygłosił kazanie podczas mszy z okazji 3 maja 1996 roku. Mówił: "Była przecież inna Polska. Ta, co zawiązała Konfederację Barską w obronie traconej niepodległości i zagrożonej wiary świętej. Polska, co stanęła "u Chrystusa w ordynansach". Polska, której synowie wypełniali Okopy Świętej Trójcy, te rzeczywiste, które się nieopodal Kamieńca Podolskiego rozciągają, i te, symboliczne, gotowi osłaniać Polskę przed zagrożeniami. Była Polska obozu reform, co podjął dzieło odnowy. Polska Trzeciomajowej Konstytucji. To "ścieranie pleśni", które podjęli twórcy tamtej Konstytucji, wynikało także z pragnienia powrotu do wartości sprawdzonych, do prawd odwiecznych. W epoce, która atakowała katolicką religię, dogmaty wiary, zasady Dekalogu, jak dzwon na trwogę, jak przywołanie do porządku, jak jasna krystaliczna deklaracja, zabrzmiały słowa otwierające Konstytucję: "W imię Boga w Trójcy Świętej Jedynego". Znamy ciąg dalszy: targowicka zdrada, zduszona Insurekcja Kościuszkowska, trzeci rozbiór..."[8].

Co się nie zgadza? Po pierwsze, wrzucanie zróżnicowanego obozu reform do worka obrońców dogmatów wiary katolickiej. Po drugie, czynienie z Tadeusza Kościuszki symbolu zlania się w jedną tożsamości polskiej i katolickiej to historyczna aberracja. Po trzecie, wspominając o "targowickiej zdradzie", Głódź pominął, że wśród tych, którzy zawiązali konfederację targowicką, było czterech rzymskokatolickich biskupów. Dwaj zostali powieszeni w trakcie insurekcji kościuszkowskiej, trzeci uniknął szubienicy dzięki interwencji nuncjusza, czwarty pod koniec życia przegrał w karty insygnia biskupie.

Historia udziału Kościoła katolickiego i jego hierarchów w dziejach Polski na wszystkich etapach jest stokroć bardziej skomplikowana, niż na ogół przedstawiają to polscy biskupi i środowiska prawicowo-katolickie.

* * *

Jest wreszcie piąty mit dotyczący Kościoła w czasach PRL.

Polega on na umniejszaniu skali kolaboracji ludzi Kościoła z władzą, wywiadem i Służbą Bezpieczeństwa. Opowieść o pojedynczych "czarnych owcach" nie wytrzymuje jednak konfrontacji z faktami, nawet jeśli dostęp do wielu dokumentów jest utrudniony.

 

[...]

 
PRZYPISY KOŃCOWE
Wstęp
[1] Marcin Kącki, "Pedofilia w Kościele. Jak biskupi chronili księdza Pawła Kanię", "Duży Format", 13.10.2016, https://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,20825182,pedofilia-w-kosciele-jak-biskupi-chronili-ksiedza-pawla-kanie.htmlJacek Harłukowicz, ""Ty albo twój młodszy brat". Opowieść Arka skrzywdzonego przez księdza Kanię", "Duży Format", 28.06.2021, https://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,27247797,ty-albo-twoj-mlodszy-brat-opowiesc-arka-skrzywdzonego-przez.html
[2] Jacek Harłukowicz, dz. cyt.
[3] Tamże.
[4] Tamże.
[5] Tamże.
Część 1. Przeszłość
[1] Abp Józef Kowalczyk, ks. Rafał Markowski, "Świadectwo i służba. Rozmowy o życiu i Kościele", Warszawa 2008, s. 129.
[2] Kard. Stanisław Dziwisz, Gian Franco Svidercoschi, "Świadectwo", Poznań 2007, s. 20.
[3] Tamże, s. 34.
[4] Tamże, s. 40.
[5] Tamże, s. 48.
[6] Zob. np. Artur Domosławski, "Wygnaniec. 21 scen z życia Zygmunta Baumana", Warszawa 2021, Marcin Zaremba "Wielka trwoga. Polska 1944-1947. Ludowa reakcja na kryzys", Kraków 2012, Andrzej Leder, "Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej", Warszawa 2014 i in.
[7] Stanisław Dziwisz, Gian Franco Svidercoschi, dz. cyt., s. 51.
[8] Bp Sławoj Leszek Głódź, "Drogami narodu i Kościoła", Warszawa 1999, s. 189.