Zamiast wstępu. Opowieść o tym, jak do tego doszło
"Ja pierdolę".
Dokładnie to powiedziałam 26 września 2022 roku. Był poniedziałek, późne popołudnie. Stałam na schodach prowadzących do szpitala przy ulicy Lindleya, gdzie wylądowałam tego dnia rano z podejrzeniem zawału. Byłam bardzo zmęczona, zła i przerażona. Trzymałam w ręku plik skierowań do lekarzy i na badania. Pierwszy raz w zawodowym życiu nie dotarłam na zdjęcia. Pierwszy raz w życiu zabrano mnie z pracy na SOR. Pierwszy raz w życiu czułam, że coś spieprzyłam i jeśli tego nie zmienię, umrę. A przecież, gdy terapeutka kilka lat wcześniej zapytała mnie, po co zaczęłam terapię, odpowiedziałam: "Bo chcę, by druga połowa mojego życia była zajebista". Problem w tym, że tej drugiej połowy mogłoby nie być, a dowody na to trzymałam w ręku.
Po powrocie do domu usiadłam przy moim ówczesnym małym i gibającym się biurku, zastanawiając się, co przyniesie przyszłość. O tym, że muszę zmienić pracę, myślałam od dawna. Wstawanie codziennie od poniedziałku do piątku o 5.50 nie było dla mnie. Czułam to każdym porem skóry. Udawanie później na antenie, że jest super i zaczynamy z humorem dzień - tym bardziej. Rzucenie się na głęboką wodę w życiu zawodowym, czyli bycie w stu procentach na swoim, wydawało się więc nieuniknione. Rozważałam ten krok już od jakiegoś czasu. Internet i media społecznościowe, w których czułam się wyjątkowo dobrze, zainspirowały mnie do działania. Uważałam, że całkiem nieźle sobie w nich radzę, potwierdziły mi to też osoby o wiele mądrzejsze ode mnie, które już od jakiegoś czasu wbijały mi do głowy, że powinnam wyrwać się z korporacyjnego myślenia o mediach.
W końcu znalazłam w sieci własną przestrzeń i wolność od sztywnych korporacyjnych wymogów, ale owa wolność miała też swoją cenę. Prowadzenie poranków w radiu wiązało się ze stabilnym i dobrym miesięcznym przychodem. A jak każdy z nas, płacę rachunki, mam kredyty, czasem pragnę coś kupić czy wyjechać na wakacje, potrzebuję też lekarstw w razie choroby, a po zdrowotnym alarmie wiedziałam, że będę wydawać na leki dużo. Bardzo dużo. Nigdy nie żyłam ponad stan, a mimo wszystko bałam się, czy idąc na swoje, poradzę sobie z ogarnięciem podstawowych rzeczy. Moje wszystkie lęki wypełzły z każdego kąta i dały o sobie znać na zawołanie.
Sprawy zdrowotne stały się dla mnie największym motorem do zmian. Dostałam potworne ostrzeżenia od mojego organizmu, a gdy zaczęłam poważniej analizować jego stan, okazało się, że już wcześniej ignorowałam rozmaite alarmujące sygnały. Nauczyłam się bowiem, jak radzić sobie z atakami paniki, panując nad oddechem - nic więc w związku z nimi nie robiłam. Mam doświadczenie życiowe sięgające dwunastego roku życia, kiedy to stałam się osobą dorosłą, by dawać sobie zawsze - bez względu na okoliczności - radę ze wszystkim, z każdym problemem, zatem dawałam sobie radę i zagłuszałam wszelkie sygnały, które przez lata wysyłał mi mój coraz bardziej wymęczony organizm. Ataki paniki miałam już wcześniej. Co najmniej kilkanaście, licząc od pożaru mojego mieszkania. Ale udawałam, że nic się nie dzieje - można przecież napić się wody, mocnej herbatki z cytrynką, można zamknąć się w toalecie i posiedzieć kilkanaście minut, oddychając głęboko. To "świetnie" działa, aż zawiozą cię na SOR. I wtedy dupa.
Po dwóch tygodniach od historii z SOR-em, w trakcie odwiedzania kolejnych specjalistów, robienia kolejnych badań, słuchania, że mam szansę na fajne życie, z lekami, ale będę żywa i sprawna, wymyśliłam tytuł podcastu. Pierwsza młodość. Bo czułam, jakby życie się właśnie zaczynało. Zaczęłam również planować go koncepcyjnie. Wcześniej też rozglądałam się po rynku takich audycji w Polsce, po pierwsze dlatego, że mnie ciągnęło, a po drugie, naprawdę masa osób mnie pytała, czy zamierzam zrobić własny podcast. Zaczęłam słuchać i analizować to, co powstało do tej pory. I na zasadzie kontrastu wobec dostępnej oferty postanowiłam ruszyć swoją drogą. Uznałam, że mam dość bycia "pomagierem" czy wsparciem dla innych - a taką rolę bardzo często przydzielano mi w mediach, byłam tą, co zawsze "dowiezie", bez względu na wszystko. Przejadło mi się to. Kiedy leżałam na SOR-ze i gapiłam się na sufit, z trudem łapiąc oddech, zastanawiałam się, gdzie są teraz ci wszyscy, którzy "dobrze mi radzili" i uważali, że jestem stworzona do duetów. To nie było całkowicie złe, dużo się nauczyłam, jednak do pewnego stopnia ograniczało moje możliwości, a przede wszystkim ekspresję. Co do tego nie miałam żadnych wątpliwości. Gapienie się w sufit na SOR-ze daje wiele dobrych efektów, a jednym z nich był mój wkurw.
Uznałam więc, że stworzę podcast, który będzie się równał mojej przestrzeni wolności. I już pod koniec listopada 2022 roku opracowałam drabinkę, czyli scenariusz całego programu. Naszła mnie też myśl, że chciałabym robić go tak, jak kiedyś robiono audycje radiowe - w końcu jestem wychowana na Trójce. I od razu stanęło przede mną nowe wyzwanie: po raz pierwszy miałam nie być zatrudniana, lecz zatrudniać ludzi. Do tego zaczęłam uczyć się zarządzania czasem, które przy pracy na swoim, zwłaszcza w domu, jest wprost niezbędne. Ja natomiast mam zdiagnozowane ADHD i wiem, że regularność stanowi dla mnie pewien problem. Zaczęłam organizować foldery w komputerze, robić notatki w telefonie, gromadzić osobno linki do tematów, które mnie interesowały, dorzucać do nich screeny, obrazki, inne materiały... Kupiłam też notes i kalendarz. Serio.
Wiedziałam, że każdy odcinek Pierwszej młodości powinien być inny od poprzednich, a do tego powinien być absolutnie nieprzewidywalny. Zależało mi na audycji bez stałego tematu. Na szczęście jako dziennikarka z ponad dwudziestopięcioletnim doświadczeniem potrafię już rozpisywać sobie koncepcje. W byciu samej sobie sterem, żeglarzem i okrętem nadal jednak widzę liczne wyzwania - i sądzę, że towarzyszą one wykonywaniu wielu zawodów. Bycie w pełni odpowiedzialną za projekt i zatrudnianie do niego ludzi - ja zatrudniam choćby mojego wydawcę, księgową i felietonistów - oznacza, że należy formułować dla nich czytelne wytyczne. A zatem i sobie samej w głowie wszystko sobie poukładać. Sztuką jest też przytrzymanie się jakiejś wizji przez rok czy więcej - czytałam wywiady z podcasterami czy youtuberami, którzy nie ukrywali, że mają za sobą momenty wypalenia. Mnie to na szczęście nie dopadło, jednak na pewno nie raz czułam fizyczne i psychiczne zmęczenie. Szczególnie że musiałam odzwyczaić się od trybu, który towarzyszył mi, gdy pracowałam dla kogoś: że deadline'y i terminy są z góry wyznaczane i w pewnym sensie to inni organizują mi życie. Wejść za to w tryb, w którym sama mam je organizować, i do tego nie zwariować - wiedząc, że nie jestem przecież perfekcyjna, co więcej, doskonałość mnie przeraża i mierzi.
Przed odsłuchaniem ostatecznej wersji premierowego odcinka mojego nagranego już podcastu bałam się jak przed maturą. A może nawet bardziej - w końcu na maturę czułam, że jestem obkuta. Przy podcaście natomiast bardzo mocno włączał mi się syndrom oszustki. Wątpiłam w siebie. Mam co prawda za sobą mnóstwo lat w zawodzie dziennikarskim, jednak - i niejedna kobieta zna to na pewno z własnego doświadczenia - przez ten czas w wielu sytuacjach napotykałam zachowania, które mogły obniżyć moją samoocenę czy poczucie własnej wartości; nieraz mnie zwyczajnie dyskredytowano. A to, że histeryczka, a to, że zbyt emocjonalna, pewnie ma PMS albo brak jej seksu. Każda dziennikarka, każda kobieta w Polsce i na świecie to słyszała, nie każda jednak odważy się o tym mówić. Świat mediów, kiedy w nim zaczynałam, był światem zadowolonych z siebie bezustannie i przekonanych o bezkarności mężczyzn, którzy czasem ogromną radość znajdowali w dyskredytowaniu niekoniecznie gorszych od siebie kobiet. Znam to. Dzisiaj jest lepiej, mamy większą świadomość, ale do ideału daleko. Przez lata, mimo że miałam spory margines wolności, czułam się tłamszona, wsadzana w schematy, które mnie uwierały. Tymczasem rozpoczynając niezależną działalność, zdajesz niejako podsumowujący egzamin z tego, czego się nauczyłaś w dotychczasowym życiu zawodowym, bez względu na schematy, w jakie byłaś wtłaczana. Tego bałam się najbardziej. Nie mogłam w końcu przewidzieć, jaki odzew zyskam od publiki, która zobaczy moje sto procent siebie. Bo ze zdaniem "kolegów" nie liczę się już od dawna.
Na szczęście jednak reakcje ludzi, moich słuchaczy, bardzo mnie uradowały. Okazało się, że istnieje całkiem pokaźna grupa osób, którym podoba się to, co robię i przede wszystkim lubię robić. A absolutna szczerość w podcaście i swoboda w doborze tematów to moje atuty. Mam więc już za sobą dzisiaj dziesiątki nagranych odcinków Pierwszej młodości oraz kilka z cyklu Miesiączka. I się rozkręcam! Czasem wręcz czuję w głowie nadmiar pomysłów, co - umówmy się - przy ADHD nie jest trudne. Co z tego wyjdzie dalej? Pożyjemy, zobaczymy. Dotychczasowe doświadczenie z działaniem niezależnym pokazało mi jednak, że wcześniej w życiu stałam jakby na jednej nodze. Brakowało mi równowagi, którą zyskałam dopiero z pełną zawodową wolnością. Takie funkcjonowanie jest trudne, ale też szalenie pociągające i przynosi wiele radości - chociaż muszę sobie organizować plan pracy i trzymać się rytmu: podcasty nagrywam we wtorki, by mój wydawca miał czas na montaż i ich ułożenie. Przed zabraniem się do tworzenia ich musiałam też zapewnić sobie poduszkę finansową, w końcu własna działalność oznacza, że mam inwestować i płacić ludziom za ich czas. Niezbędna była też inwestycja w dobrej jakości sprzęt.
Ostatecznie okazało się, że nigdy nie jest za późno, by przestawić sobie rytm dnia i nauczyć się zupełnie nowego trybu życia. Oraz nowej organizacji przestrzeni - ja musiałam kupić sobie nowe biurko, na którym zmieści się cały sprzęt do nagrywania, notatki, kubki z kawą... I udało mi się dokonać tylu zmian, a mam pięćdziesiątkę na karku. Podsumowując 2023 rok - pierwszy rok podcastowy - pochwaliłam siebie słowami: "Korwin, zajebiście ci to wyszło". Dałam sobie dowód na to, że potrafię sprostać wyzwaniu. Niełatwemu - jednak łatwe rzeczy nigdy mnie nie pociągały. Mam natomiast świadomość, że skok do basenu na głęboką wodę musi być poprzedzony solidnymi przygotowaniami. Bo ostrożne i świadome działanie pomaga nam stłumić nieodzowny w takich sytuacjach lęk i odzyskać poczucie względnego bezpieczeństwa.
Towarzyszy mi również przekonanie, że śmiałemu podejmowaniu decyzji sprzyja pewna dojrzałość. W pewnym momencie powiedziałam sobie, że mogę stawiać granice, mądrze zarządzać swoim czasem i umiejętnościami. Wiem jednak, że gdy jest się młodszym, przychodzi to bardzo trudno. Gospodarowanie czasem z poszanowaniem dla swojego dobrostanu jest zaś wręcz niemożliwe - bo gdy zaczynamy robotę (ja przynajmniej tak miałam), wchodzimy w tryb niesłychanie wymagający. To pozwala nam sprawdzić siebie, szczególnie w świecie medialnym. Do tego poświęcamy mnóstwo czasu na nauczenie się pewnych rzeczy - w przypadku dziennikarzy choćby operowania przed mikrofonem czy kamerą w czasie rzeczywistym. By przyswoić takie umiejętności, trzeba mieć dookoła ludzi, którzy nam powiedzą, jak jest dobrze, a jak jest źle; niezbędne są też dyscyplina, samozaparcie, ambicja i pracowitość. Dlatego na początku mojej pracy nauczyłam się bardzo wiele - ale też byłam potwornie zmęczona i sypiałam po trzy i pół godziny na dobę.
Dziś wiem, że to trwało zbyt długo. Ponosiłam koszty na zdrowiu psychicznym i fizycznym typowe dla pokolenia, które wchodziło w dorosłe życie w latach 90. Płaciliśmy wtedy za sukces cenę znacznie wyższą, niż powinniśmy. Nie wiedzieliśmy, że można stawiać granice i mówić "nie". Co prawda ja i tak byłam dość buńczuczna i zadawałam tak zwane trudne pytania, co przyczyniło się do odebrania mi pracy w kilku miejscach - czego nie żałuję. Te pytania zresztą były wtedy może trudne, a dziś byłyby oczywiste, jak choćby: dlaczego na planie nie ma herbaty... Raz wezwano mnie też na dywanik, gdy powiedziałam głośno, jedynie w żartach, że można by założyć związek zawodowy. Nawet jednak z moją dozą przekory wykonałam znacznie więcej pracy, niż powinnam, nie wiedząc, że mogłabym mniej. Poza tym miałam na utrzymaniu terminalnie chorą osobę, więc potrzebowałam pieniędzy. Gdy byłam młoda, wszystko wyglądało więc zupełnie inaczej niż w 2023 roku, w którym wypłynęłam na nowe zawodowe wody.
Podsumowując ten czas, postanowiłam też przemyśleć bardzo ważną kwestię podniesioną przez moją terapeutkę - że równie istotne jest to, czego w nim nie zrobiłam i z czego zrezygnowałam. Lista imprez, na które nie poszłam. Castingów, na które się nie wybrałam. Zadań, których się nie podjęłam, bo wybrałam spacery z moimi psami, czas wolny albo coś, co sprawiło mi więcej przyjemności. Gdy jeszcze pracowałam w mediach, szczególnie w TVN-ie, bezustannie słyszałam, że jako osoba publiczna powinnam udzielać wywiadów, pozować na ściankach, ustawiać się do zdjęć czy nawet umawiać na nie z paparazzi - bo ludzie tego chcą i jest to ważne. Nie wiedziałam jeszcze wtedy natomiast, jak mocno introwertyczną mam naturę i jak bardzo to, co robię, wymaga ode mnie desperackiego odnajdywania się w obcych mi realiach. Wszelkie konferencje, ścianki i eventy były więc dla mnie bardzo trudne, czasem wręcz bolesne w sensie fizycznym. Miałam po nich zawsze potworne migreny i mój organizm na wszelkie sposoby dawał mi znać, że to nie mój ekosystem. Bezpiecznie czuję się w warunkach pracy takich, jak mam teraz - siedzę sobie w domu, piję herbatkę i gadam do ludzi z dystansu. I jest mi dobrze, bo gdy muszę do nich wychodzić w świat, nie działam najlepiej. A kiedyś nie wiedziałam, że najzwyczajniej w świecie taką mam konstrukcję. Byłam jednak świetnie wytresowaną przez system, rodziców, miejsca pracy, grzeczną dziewczynką, która daje z siebie wszystko. Zawsze dowozi. Choćby... skały srały. Do czasu.
Nie poszłam na parę ścianek, nie byłam gdzieś tam jurorką - bo byłam raz i wystarczy, i będzie się to za mną ciągnąć do śmierci, nie zaliczyłam tej czy innej imprezy, nie podpisałam kontraktu na takie czy inne reklamy. Postawiłam natomiast na to, co sprawia mi frajdę. Bez mierzenia się z tak nieprzyjemnymi dla mnie rzeczami jak światła, fotografowie, wrzaski dookoła, duchota, totalna dwulicowość towarzystwa... i brak warunków do zwykłych ludzkich rozmów. Co prawda te rezygnacje kosztowały mnie zapewne kilka znajomości. Z drugiej strony - wychodzę z założenia, że te, które nawiązać chciałam, już nawiązałam i na razie nie potrzebuję więcej. Rok 2023, pierwszy "na swoim", minął mi pod znakiem robienia tego, co zgodne ze mną. Pomogło mi w tym kilka spotkań terapeutycznych. Zastanawiałam się podczas nich, po co robiłam kiedyś coś, czego nie musiałam ani nie chciałam. Castingi, eventy, współprace... Dziś mam do tego zupełnie inne podejście i uważniej je do siebie dopasowuję.
Dbam też o pewne zasady - nigdy na przykład nie zareklamuję kosmetyków testowanych na zwierzętach. Jasno daję o tym znać wszystkim, którzy zwracają się do mnie z propozycjami, uważam, że jesteś tym, co jesz, czym się smarujesz i co masz na sobie. Podobnie podchodzę do wysoko przetworzonego jedzenia czy alkoholu - ich promowanie absolutnie nie wchodzi w moim wypadku w grę. I szczerze mówiąc, rozumiem krucjaty takie jak choćby Janka Śpiewaka, który w social mediach zażarcie zwalcza kryptoreklamy różnych trunków. Firmowanie swoją twarzą rozpijania ludzi - to przecież istny koszmar, szczególnie w tak pijanym kraju jak nasz. Uważam, że celebryci reklamujący alkohol powinni ponieść surowe konsekwencje tego, co zrobili, i nie ma na to żadnego usprawiedliwienia. Podobnie traktuję vaping i wszelkie e-papierosy, a dostawałam propozycje reklamowania ich. Ja, nigdy niepaląca osoba z wadą serca, której matka przeszła cztery zawały i była terminalnie chora, miałabym to promować... Absurd. Odpisywałam więc proponującym, by przed składaniem takich propozycji pokusili się o choć elementarny research, zamiast patrzeć wyłącznie na czyjeś zasięgi. Staram się też nie oceniać innych, natomiast sama postanowiłam, że nie będę przyczyniać się do tego, by ludzie odchodzili na nieuleczalne choroby - bo palenie to zwyczajnie umieranie rozłożone w czasie.
W takich sytuacjach wciąż uczę się stawiania granic. To, podobnie jak umiejętność zarządzania czasem, jest moim ważnym osiągnięciem z 2023 roku, odkąd jestem na swoim. Rezygnując z pewnych rzeczy, może co prawda zarabiam mniej i nie udaję się rokrocznie na Bali, nie mam nowych markowych ciuchów, bo te kupuję tanio w lumpach, jednak to kwestia moich decyzji, którym jestem wierna. Mimo to nie oceniam pracoholizmu - sama miałam etap, gdy on mnie opanował, bardziej co prawda z musu niż z chęci. Dziś jednak wolę odpuszczać, by móc więcej czasu poświęcić choćby moim psom.
Myśląc o rezygnacji i odpuszczaniu, staram się też uchylać od współczesnego nam trendu na nieopanowaną konsumpcję. Ile w końcu można nagromadzić wokół siebie rzeczy? I co po nas zostanie poza nimi? Te pytania skłoniły mnie do kolejnej osobistej rewolucji w 2023 roku - mianowicie zrezygnowałam z poliestru i akrylu. Zrobiłam generalne porządki w szafie z postanowieniem pozbycia się rzeczy, których nie noszę. Sprawdziłam też dokładnie skład moich ubrań. Postanowiłam być twarda i oddać albo wyrzucić wszystko to, co w większości składa się z tkanin, których produkcja przyczynia się do zwiększenia wydobycia ropy naftowej. Po prostu nie chcę mieć tego w domu i na sobie. Postanowiłam się do tego nie przykładać.
Świata co prawda nie zmienię ani katastrofy klimatycznej nie cofnę, ale we własnej szafie mogę mieć taki porządek, jaki lubię. Poprosiłam też Dorotę Williams, stylistkę programu Aktualności filmowe+, który prowadzę w CANAL+, by dobierała mi stroje wyłącznie z naturalnych tkanin. Kiedy stylizowała mnie na prowadzenie wieczoru oscarowego w CANAL+, wypożyczyła mi obłędną cekinową marynarkę uszytą przez Jackoba Buczyńskiego z rzeczy wyrzuconych na wysypisko. Serio.
Dzięki tej decyzji uwolniłam się więc od plastiku również w pracy - bo co z tego, że to nie byłby mój własny, ale wypożyczony. Nie chcę dawać złego przykładu i pokazywać się w ciuchach jednorazowego użytku - made in China. Wreszcie dobrze inwestuję pieniądze w ubrania i mogę cieszyć się ekologicznym, ciepłym swetrem, który jest miły i wygodny, i wiem, że będzie ze mną przez lata. Wolę go od szybkiego ubraniowego gówna, które zewsząd nas zalewa. Bazuję na decyzjach, które podjęłam we własnym mikrokosmosie, i mi z tym dobrze. I wiem już, że na kupowanie byle czego jestem zwyczajnie za biedna.
Dobrostan to ważne słowo. Wszyscy ostatnio wycierają sobie nim gębę, wiadomo. Ja jednak uważam, że metodą prób i błędów oraz niezliczonych doświadczeń - zwłaszcza z ostatnich kilku lat, w których dość często bywałam u lekarzy - doszłam do pewnych wniosków. Trzeba spać. Niecałe cztery godziny na dobę, które regularnie zdarzały mi się w 2022 roku, przed wizytą na SOR-ze, to stanowczo za mało - byłam wycieńczona. Gdy w końcu zadbałam o odpowiedni sen, okazało się natomiast, że nie potrzebuję drzemek w ciągu dnia, rytm życia staje się inny i ja zupełnie inaczej funkcjonuję. Do tego zaczęłam chudnąć! Bo prowadząc poranki radiowe, przekonałam się, że praca we wczesnych godzinach, szczególnie nałożona na indywidualne predyspozycje, sprzyja przybieraniu na wadze. I nawet nie jedząc albo jedząc mądrze, i tak ląduje się z glukometrem pod pachą, z kolejnymi lekami w torbie, co stanowczo nie jest fajne. Idźcie spać. Bo warto.
Trzymam też kciuki za swoich przyjaciół czy inne osoby, które lubię, a które są szalenie zapracowane czy wręcz przepracowane. Znam ich sporo. Wiem, jak ciężko się wyrwać z takiej spirali i że czasem to trwa tak długo. Sama byłam przecież osobą, która myślała, że może wszystko, nieustannie czuła się jak żołnierka - cholerna waleczna Karolinka. A skończyło się tak, jak się skończyło, ale jednak pozwoliło mi na zmiany. Nie byłyby one oczywiście możliwe, gdyby nie terapia, w której jestem już czwarty rok - regularna i naprawdę wymagająca wiele pracy. Życzyłabym sobie, by poza 800+ czy innymi babciowymi Polacy i Polki dostawali od władz vouchery na usługi terapeutów, bo jesteśmy strasznie straumatyzowanym, zmęczonym psychicznie i ostatnio straszonym wszelkimi plagami oraz wojną narodem. Rozciągający się nad naszym społeczeństwem przez wieki parasol Kościoła wzmagał w nas z kolei poczucie wstydu, które jest dodatkowo krępujące. Nadszedł więc może czas, by przyznać głośno, że jako społeczność nie radzimy sobie z mnożącymi się kryzysami psychicznymi. Nie jest to nasza wina - świat pędzi, a ludziom coraz trudniej go dogonić, pokonać lęk przed tym, co będzie dalej, mierzyć się z tym, co nieprzewidywalne. Mam jednak przekonanie, że warto o to zadbać, bo części osób dostęp do darmowej terapii uratowałby życie. Sama jestem stuprocentowo pewna, że moje uratowała. Terapia pomaga poukładać sobie w końcu wszystkie puzzle, które w środku nosimy, w pewien konkretny obrazek. Ja sama nie umiałam tych puzzli ułożyć, bo nie wiedziałam, jak to się robi. Jestem z pokolenia, w którym nie rozmawiało się o emocjach, a każdy, kto to robił, dostawał stygmat wariata albo wariatki. Odkąd wkroczyłam w proces terapeutyczny, pewne rzeczy w głowie zaczęły się inaczej ustawiać - i wiem, że to niesłychanie pomocne! Od ponad czterech lat siadam więc co tydzień na kanapie i odpowiadam na magiczne pytania: "A co tam u ciebie? Jak się czujesz?". Gdy usłyszałam je po raz pierwszy, kompletnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć, i się popłakałam. Wcześniej mnie o to nie pytano ani się nad tym nie zastanawiałam. Wiem, że dzięki terapii jestem lepszą dziennikarką. Bo że lepszym człowiekiem, to pewne.
Od zimy 2022/2023 roku nagrywam dwa podcasty, Pierwsza młodość i Miesiączka, oba - według algorytmów - są nieprzyzwoite, nie gryzę się bowiem w język i nie stosuję w nich autocenzury. Nieprzyzwoitość w tych chorych czasach to komplement. Do tego słowo "miesiączka" jest podwójnie nieprzyzwoite, nie wiem dlaczego, nie wnikam w umysły i decyzje algorytmu, robię swoje, choć czasem ze względu na "nieprzyzwoitość" trudniej dotrzeć mi do odbiorców. Ale ci, których mam, są dla mnie bezcenni.
Gdy zaczynałam swoją dziennikarską drogę w Radiu Kolor, jeszcze w latach 90. - kiedy prawdziwe wolne media się tworzyły - mój ówczesny szef Wojciech Mann doradził mi, bym nigdy nie pracowała w jednym miejscu, bo choć ten zawód jest fantastyczny, bywa też bardzo niewdzięczny, można stracić pracę z dnia na dzień, a żyć trzeba. Posłuchałam go. Na etacie byłam zaledwie kilka lat. Zawsze szukałam pracy takiej, w której warto było się czegoś nauczyć, a nie tylko brać pensję. Dlatego dzisiaj robię, to, co robię, umiem i kocham. Nie rozwinęłabym się tak, będąc na etacie w medialnej korporacji, tego jestem pewna. Nie chcę oceniać tych, dla których to idealny wariant. Dla mnie nie był. Nie wiem, ile razy słyszałam, że się skończyłam, że nic nie osiągnę, że jestem nikim. A ja wciąż jestem.
Brutalne dostosowywanie się do narzuconych reguł mam już za sobą, a świat głównego nurtu nie jest przestrzenią, za którą tęsknię. Rządzą w nim zasady: im gorzej, tym lepiej. Im głośniej i bardziej po bandzie, bardziej chamsko, tym lepiej. Dziś bardzo często lansuje się w mediach osoby z wyrokami na koncie, panie lekkich obyczajów poprzebierane za damy, ludzi, którzy nie potrafią sklecić poprawnie zdania, a kreują się na ekspertów.
Wierzę w resocjalizację i w to, że żadna legalna praca nie hańbi, ale nie wierzę w robienie z kryminału wzoru do naśladowania, a to choroba naszych czasów. Dorzućmy do tego świat fake newsów, wszechobecnego kłamstwa i widać, że dno znajdowało się kiedyś znacznie wyżej. Świat zbrutalizował się w stopniu niesłychanym. Media głównego nurtu, kiedyś opiniotwórcze, ważne, dzisiaj są w kryzysie, stają się raczej nijakim folderem reklamowym niż czymś godnym uwagi.
Na szczęście w dobie internetu można mieć swój świat, zbudowany i wykreowany na własnych warunkach. Ja go mam. I zapraszam was do niego, podobnie jak do moich podcastów. Dopiero się rozkręcam. Nie powiedziałam jeszcze ostatniego słowa, bo druga połowa mojego życia będzie zajebista. I tego się trzymam.
1
To opowieść o dwóch kobietach, które żyły po swojemu, tkwiąc w okowach seksistowskich zasad, walcząc z uprzedmiotowieniem i pogardą mediów, pracodawców oraz show-biznesu. Lubię je i doceniam, jak bardzo zmieniły się świat i nasza świadomość praw kobiet, ludzi oraz artystek.
Drogie panie, ile razy słyszałyście w życiu: "Nie histeryzuj"? Gdybym ja za każde zdanie tego typu wypowiedziane w moim kierunku brała pięć złotych, chyba nie musiałabym martwić się o pieniądze. Dlaczego o tym mówię? Ponieważ obejrzałam - i to chyba z cztery razy - na CANAL+ wyczekiwany przeze mnie dokument o Sinéad O'Connor zatytułowany Nothing Compares (2022, reż. Kathryn Ferguson). Film wprost wstrząsający.
Byłam urodzonym w komunistycznej Polsce dzieciakiem, gdy w Programie 3 Polskiego Radia bodaj Marek Niedźwiecki puścił Sinéad i usłyszałam po raz pierwszy piosenkę, która została ze mną przez całe dorosłe życie. Mowa o Mandince z debiutanckiego albumu O'Connor The Lion and the Cobra (1987). Już początkowy riff mnie zachwycił. Potem - to były czasy, gdy w telewizji pokazywano teledyski - zobaczyłam dziewczynę w ciężkich wojskowych glanach, zwykłych spodniach, koszulce i z głową ogoloną na zero, śpiewającą z wściekłością, wręcz krzyczącą do mikrofonu. Pamiętam, że pomyślałam sobie, że ona jest niesamowicie piękna! Kobieca, a jednocześnie taka silna, twarda. Wtedy w Polsce w mainstreamie trudno było, poza Korą, znaleźć takie kobiety. A ja chciałam być taka jak ona.
Mniej więcej w tym samym czasie zobaczyłam - również już świętej pamięci - Dolores O'Riordan z zespołu The Cranberries. To była dziewczyna obcięta na zapałkę, z bardzo jasnymi włosami. Uznałam więc, że też będę miała krótkie włosy, i w końcu ten plan zrealizowałam. Choć dziś wydaje się to najnormalniejsze na świecie, wtedy synonimem miłej, dobrej, grzecznej kobiety była dziewczynka z długimi włosami.
Kiedy u szczytu sławy Sinéad podarła zdjęcie Jana Pawła II, byłam w szoku, jak wszyscy wychowani w katolickiej Polsce (ja akurat nie w katolickim domu, co uratowało mnie przed pewnymi schematami myślenia). Nie wiedziałam, o czym tak naprawdę piosenkarka wtedy krzyczy - a ona krzyczała w imieniu wszystkich tych, których głos słyszymy dopiero od niedawna. Sinéad wychowała się w Irlandii, potem - mieszkając już w Wielkiej Brytanii - nadal śledziła sytuację w jej kraju. Wiedziała, co dzieje się w katolickich kościołach, na plebaniach i nie tylko. Obnażała kłamstwo, w którym żyliśmy. My w Polsce tego kłamstwa nie byliśmy świadomi, a "papież z Wadowic" był dla nas postacią nietykalną. Każdy, kto w jakikolwiek sposób próbowałby podważyć jego nieomylność, zostałby scancelowany na zawsze.
Nothing Compares pokazuje też media z czasów początków kariery Sinéad. Niesamowicie z perspektywy 2023 roku ogląda się zmontowane fragmenty talk-show, w których pytano ją na przykład o to, dlaczego jest łysa: "Czemu ogoliłaś głowę?", "Co sprawiło, że masz takie włosy?", "O, jak fajnie, już ci odrastają"... Tymczasem O'Connor po prostu zdecydowała, że nie chce długich włosów - i już. Na pytanie dlaczego odpowiadała najzwyczajniej w świecie: "Bo chciałam obciąć włosy. Tak samo jak jednego dnia noszę czerwone majtki, a drugiego dnia czarne majtki i to jest mój wybór".
Film dodatkowo ukazuje, w jakim kontekście kulturowym, społecznym i politycznym dorastała Sinéad. Zanim w Polsce dowiedzieliśmy się o zbrodniach Kościoła, ona - jako kobieta urodzona i wychowana w Irlandii - była ich świadoma już od dekad. Z Nothing Compares dowiadujemy się wprost o sprawach, o których piosenkarka opowiadała między wersami kolejnych piosenek. Fakty te walą pięścią między oczy: ojciec Sinéad bardzo szybko uciekł z domu, a jej chora psychicznie matka po prostu ją niszczyła - na przykład wyrzucała córkę z mieszkania do ogrodu na noc i kazała jej spać na trawie.
Sinéad była dziewczynką, która choć pragnęła miłości, nie dostawała jej. W związku z tym wyrosła na zbuntowaną nastolatkę. Ponieważ nikt nie potrafił sobie z nią poradzić, gdy miała czternaście lat, trafiła do domu opieki prowadzonego przez siostry magdalenki. Tak - jednego z tych, wokół których odkryto później cmentarze pełne kości maleńkich dzieci. Umieszczano w nich kobiety, które z różnych powodów "zboczyły z drogi cnoty", na przykład były butne, ambitne lub miały własne zdanie. Mogły także zajść w niechcianą ciążę (w tym z gwałtu), a przy tym były zbyt młode, by poradzić sobie z sytuacją. Część z urodzonych tam dzieci oddawano do adopcji, spora część niestety umierała, często z głodu czy pobicia.
Piosenkarka w filmie opowiada o tym z offu - przez prawie cały dokument słyszymy jej lekko zachrypnięty głos. Zamknięto ją tam za karę, bo była niegrzeczna, niesubordynowana - takie "trudne, niedobre dziecko". Nad ośrodkiem znajdowało się hospicjum, do którego czasem wysyłano Sinéad za karę. W środku widziała kobiety, które kilkanaście lub kilkadziesiąt lat wcześniej rodziły tam dzieci, a potem zostały zamknięte na resztę życia. O'Connor opowiadała, jak krzyczały całą noc, prosząc o pomoc i wołając o leki. Dzięki temu wiemy, że piosenki z albumu The Lion and the Cobra prawdopodobnie były dla niej swoistą terapią.
Nic więc dziwnego, że gdy O'Connor wyjechała z Irlandii, nie chciała tam prędko wracać. Kiedy tylko dotarła do Londynu, jej głos wzbudził ogromne zainteresowanie producentów muzycznych. Z Nothing Compares możemy się zatem dowiedzieć także, jak wyglądał rynek muzyczny Wielkiej Brytanii drugiej połowy lat 80. i początku 90.
Artystka zaczęła sprzedawać albumy, wypełniać ogromne sale koncertowe i udzielać licznych wywiadów. Jej charakterystyczna twarz - piękne oczy i łysa głowa - zdobiła okładki magazynów. Kiedy jednak zaszła w ciążę, wytwórnia nalegała, by przerwała ją dla kariery. Sinéad, która uciekła z patriarchalnej Irlandii, nie chciała podporządkować się podobnej presji w nowym miejscu. Wybrała macierzyństwo, inspirowana walką irlandzkich kobiet o prawo do wyboru, i urodziła syna Jake'a.
W 1992 roku O'Connor pojawiła się w Saturday Night Live. Zaproszono ją po trasie amerykańskiej, która przebiegała nie bez problemów. Zgodnie ze zwyczajem koncerty rozpoczynano wówczas hymnem USA. Sinéad powiedziała jednak, że nie chce, by przed jej występami puszczano hymn. Była przeciwna wojnie w Zatoce Perskiej, która trwała wtedy na całego - panował klimat, w którym naród amerykański przepełniony był dumą i patriotyzmem. Sinéad zaoponowała, co sprawiło, że szefowie stacji radiowych ostentacyjnie przestali grać jej piosenki. To wciąż nie zagroziło jej pozycji. Nadal była na niekwestionowanym topie - śpiewała Nothing Compares 2 U, piosenkę, której autorem był Prince, znajdowała się na szczytach list przebojów, między innymi na Billboard Hot 100. Nagrano też do niej, w Paryżu, słynny teledysk, ze zbliżeniem na twarz piosenkarki, która podczas wykonania piosenki płacze. Wydawałoby się, że to prościzna - wymagało to jednak odpowiedniego ustawienia kamery i odczekania, aż Sinéad stworzy z nią więź. Kamera miała się w niej zakochać (z wzajemnością), tak by wokalistka płakała naprawdę - to nie były udawane łzy.
W Saturday Night Live wystąpiła - oczywiście na żywo - ubrana w białą koronkową sukienkę. Zaśpiewała a cappella piosenkę War Boba Marleya, ze słowami Hajlego Sellasjego wypowiedzianymi przed ONZ. Wtedy wybrzmiały one z potworną mocą - były to słowa o nierówności, niewolnictwie, wyzysku. Na koniec Sinéad pokazała zdjęcie, które wcześniej trzymała cały czas tak, by nie było widać, co na nim jest. Było to zdjęcie Jana Pawła II - jedna z dwóch rzeczy zabranych z pokoju matki, katoliczki, po jej śmierci. Sinéad podarła je zaś na kawałki, krzycząc: "Walczcie z prawdziwym wrogiem!".
To moment, który w filmie ukazano jako niezwykle poruszający. Po raz pierwszy zobaczyłam ten występ w całości - ukazuje on autentyczność Sinéad, jej głęboki krzyk sprzeciwu w świecie, który już wtedy zmierzał ku kultowi konsumpcjonizmu i konformizmu podniesionego do rangi cnoty. A ona, w sukieneczce, z łysą głową, spojrzeniem wbitym w kamerę... i głosem wprost z niebios, obłędnym - wzięła zdjęcie i krzyknęła. To było niesamowite.
Od tej chwili można uznać wspaniale rozwijającą się wcześniej karierę O'Connor za praktycznie skończoną. Sklepy muzyczne niszczyły jej płyty, zaczęła się ogólna nagonka. Została scancelowana na dziesięć lat. Za co? Za to, czego dzisiaj się nie kwestionuje. Gdy w tym czasie zaczęłam wyjeżdżać za granicę, lubiłam tam przeglądać prasę, między innymi muzyczną. Czytałam artykuły sugerujące, że to, co się dzieje wokół Sinéad - która wydawała płyty, ale nikt ich nie grał - to część większej historii, o której w wielu krajach świata nie chce się mówić. A już na pewno nie w konserwatywnej Ameryce czy Europie Środkowej, z której pochodził Jan Paweł II.
Warto przypomnieć tu doskonały Spotlight (2015, reż. Tom McCarthy) - film o tym, jak w Bostonie ujawniono skalę molestowania dzieci przez duchownych katolickich. Mówi on o sile dziennikarstwa i ludziach, którzy pewnego dnia powiedzieli "dość". Uznali, że po prostu należy o molestowaniu w Kościele opowiedzieć - jeśli nie my, może nikt inny tego nie zrobi. Od 2002 roku, kiedy upubliczniono dziennikarskie śledztwo, świat oficjalnie wie o zbrodniach Kościoła. Zaczęły pojawiać się artykuły w mainstreamowych gazetach - i już jest jasne, że nikt nie może zatrzymać ekspansji wiedzy na ten temat.
Jednak dziesięć lat wcześniej, gdy Sinéad darła zdjęcie na oczach przerażonych Amerykanów, na świecie panowała zupełnie inna mentalność, świadomość zbrodni Kościoła była znikoma i sam Kościół katolicki miał całkiem inną prasę. Dlatego gdy piosenkarka została zaproszona przez Boba Dylana do udziału w koncercie z okazji trzydziestolecia jego działalności - na którym marzyła, by wystąpić - stało się coś potwornego. Została wybuczana. Ten przykry moment stanowi domknięcie Nothing Compares.
Po obejrzeniu tego filmu ma się strasznego kaca moralnego. Ja płakałam. Myślałam też sobie: "Powinnam cię przeprosić, dziewczyno, której piosenka zbudowała moje życie. Dziewczyno, której wizerunek zbudował moje marzenie o fajnych stylówkach - o okrągłych okularach, butach na ciężkiej podeszwie...". (Uwielbiam takie buty, zawsze będę je nosiła). Ten film też brutalnie weryfikuje obraz lat 90. Wspominamy je nostalgicznie, jako cukierkowy okres, tymczasem to gówno prawda. Wcale nie było superfajnie - kobiety wciąż wsadzano w bardzo ciasne ramy.
Lata 90. to konserwatywna, mizoginiczna i patriarchalna epoka. Całkowicie patriarchalnym krajem była też wtedy Irlandia, która narzucała kobietom życie zgodne z modelem "idealnej pani domu". Sinéad jako jedna z pierwszych zaczęła tę trudną przemianę. Film o niej kończy się piosenką Thank You for Hearing Me (1994). Ale to może my powinnyśmy dziękować jej?
Zmarła nagle, z przyczyn naturalnych, 26 lipca 2023 roku, w Londynie. Kiedy informacja o tym pojawiła się w mediach, zaczęłam sprawdzać, czy to przypadkiem nie fejk - potworna walka jakiegoś bota o kliki. Niestety Sinéad zmarła naprawdę. Poczułam się tak, jakby odszedł ktoś bardzo bliski - ktoś, komu nie zdążyłam powiedzieć "przepraszam".