Podcastex. Polskie milenium - Mateusz Witkowski, Bartek Przybyszewski

Kup ebooka

44.99 zł
37.34 zł (31,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Telewizja premium, czyli Idol i kultura formatu

Nie ma wątpliwości: telewizja lat dziewięćdziesiątych bywała zgrzebna i nużąca. Wystarczyło w niej jednak miejsca dla programów nieskrępowanych ramami formatu. Czasy te przeminęły (bezpowrotnie?) wraz z początkiem nowego tysiąclecia.

Nie mamy zamiaru gloryfikować potransformacyjnej telewizji. Uboga oferta programowa obfitowała bowiem w produkcje nieco kuriozalne, przygotowane naprędce, osadzone w amatorskiej scenografii zlepionej na ślinę i taśmę klejącą lub kręcone u znajomego w pokoju. Pamiętacie Ogniem i mieczem według Szymona Kobylińskiego? Albo krępujące rozmowy z gośćmi, które stanowiły jeden z segmentów Tik-Taka? Stara telewizja, niezależnie od naszej nostalgii, była nudnawa i trąciła amatorszczyzną - gros producentów i decydentów mogłoby śmiało nosić w tamtych czasach na piersi plakietkę z napisem "uczę się". Wszelkie wpadki i dłużyzny (matko, jakie te Szalone liczby były powolne...) zawierały jednak w sobie wielką wartość: był to pierwiastek spontaniczności, a może po prostu człowieczeństwa, który z czasem zaczął znikać z ramówek.

Czym jest więc format? Najprościej byłoby go nazwać zbiorem zasad dotyczących treści i estetyki programu telewizyjnego, który można nabyć u zagranicznego producenta. Nie jest rzecz jasna prawdą, że moda na formaty zaczęła się wraz z przełomem lat dziewięćdziesiątych i zerowych. Ukochane przez Polaków Koło fortuny, z Wojciechem Pijanowskim i Magdą Masny, opierało się przecież na zagranicznej licencji (chodzi o amerykańskie Wheel of Fortune z 1975 roku). Ba, nawet tak nobliwy i naładowany wiedzą program jak Jeden z dziesięciu, prowadzony przez niezawodnego Tadeusza Sznuka, to rzecz oparta na formacie - mowa o brytyjskim Fifteen to One (1988). O polsatowskim Idź na całość, kopii amerykańskiego Let's Make a Deal (1963), mówiliśmy szerzej w jednym z odcinków podcastu. Końcówka lat dziewięćdziesiątych przyniosła nam również formaty "lokalizowane", a więc zmodyfikowane względem oryginału, by lepiej trafić w krajowe gusta. Wspomnijmy choćby o Milionerach (1999), opartych na brytyjskim Who Wants To Be a Millionaire? (1998) czy Miodowych latach (1998-2004) wzorowanych na amerykańskich The Honeymooners (1955)1. Czy nie jest aby tak, że anglosascy Milionerzy to nie żadne tam "pierwowzory", tylko "te wersje bez Urbańskiego"? I czy wielu z nas nie myślało, że Miodowe lata to oryginalny polski serial?

Prawdziwy przełom - i nie mamy tu wyłącznie na myśli rodzimej telewizji - nastąpił wraz z rokiem 2000. Wtedy to w Cannes doszło do spotkania twórców i producentów formatów telewizyjnych, którzy powołali FRAPA, stowarzyszenie mające chronić ich prawa autorskie. Jak twierdzi medioznawca Jean K. Chalaby2, to początek "rynku formatów", o jakim możemy mówić i dziś. Prywatne polskie stacje bardzo szybko zareagowały na ten stan rzeczy i zaczęły wzmacniać swoją pozycję. O polskim Big Brotherze, który wystartował w 2001 roku, wspominamy w osobnym podrozdziale. Być może jeszcze lepszy przykład błyskawicznego dostosowania się do nowych realiów stanowi polsatowski Idol (2002-2005, 2017), który wystartował rok po premierze brytyjskiego oryginału pod tytułem Pop Idol i w tym samym (sic!) roku co wersja amerykańska.

Robert Leszczyński, Jacek Cygan, Kuba Wojewódzki i Elżbieta Zapendowska podczas warszawskiego castingu do Idola (2004). Fot. TRICOLORS/East News

Idol nie był pierwszym formatem w polskiej telewizji - nie był nawet pierwszym talent show. Miał jednak pewną przewagę nad poprzednikami, którą można by w skrócie nazwać "zachodnim rozmachem". Otaczał go nimb telewizji "premium", o czym przekonywano nas już w animowanej czołówce. Szansa na sukces (1993-2012, 2019-) w porównaniu z Idolem wypadała nadto swojsko i kameralnie. Efemeryczne Zostań gwiazdą (1998-1999) z kolei zbyt smętnie: w końcu jednym z członków jury był Robert Janson. Droga do gwiazd (2001-2002) - nazbyt cukierkowo i przymilnie. Idol był natomiast zaprogramowany, by robić wrażenie: już samo gremium jurorskie przypominało drużynę superbohaterów obdarzonych różnymi mocami. Elżbieta Zapendowska była zimnokrwistą specjalistką. Jacek Cygan - lirycznym panem z wąsem (zgolił go jeszcze w trakcie pierwszej edycji!3), który wie, jak dotrzeć do serc Polaków. Robert Leszczyński pełnił funkcję szczerego, ale wyluzowanego (w końcu miał dredy!) dziennikarza. I tak docieramy do Kuby Wojewódzkiego - niezależnie od sympatii: być może najbardziej wyrazistej postaci w polskiej telewizji tamtej doby. A że była to raczej wyrazistość w stylu Wojciecha Cejrowskiego niż Bogusława Kaczyńskiego? Cóż, o tym później.

Pierwsze cztery edycje Idola z lat 2002-2005 wydały na świat całą masę gwiazd i osobowości, by wspomnieć choćby o Monice Brodce, Krzysztofie Zalewskim, Ani Dąbrowskiej (zdarzały się też kariery dość tymczasowe jak ta, która przypadła w udziale Ewelinie Flincie). Program tworzył też podwaliny pod mniej lub bardziej spektakularne porażki. Weźmy choćby chłodne przyjęcie debiutanckiej płyty Alicji Janosz (Ala Janosz, 2002) z nieszczęsną Jajecznicą (czyli tak naprawdę Zbudziłam się) czy castingowy błąd polegający na ściągnięciu w miejsce Kuby Wojewódzkiego Marcina Prokopa i Macieja Maleńczuka, który tylko umocnił pozycję pierwszego z wymienionych.

Przede wszystkim jednak Idol dostarczał nam memów. Wszyscy lubimy słuchać wokalistów i wokalistek, którzy trafiają w tonację, w telewizji jednak najbardziej interesowała nas niedoskonałość. Dlatego też każdorazowo najżywsze emocje wzbudzały w nas wczesne etapy programu, czyli przesłuchania, na których zjawiali się wszelkiej maści ekscentrycy i działający z premedytacją jajcarze. Poznaliśmy "Rudego", który się "nie dostał", Michała (vel "Chomika"), który kochał Stachursky'ego, Gabi, która zbyt mocno wierzyła w swój wokal, oraz pana w ciemnych okularach, który walczył z piosenką Obudź się Oddziału Zamkniętego. Bawiło? Jak najbardziej, nasza dobra zabawa miała jednak smutny rewers. Wspomniani ekscentrycy byli przez twórców programu upychani w kompilacjach opatrzonych tytułami takimi jak "Kosmici", rzucani na pożarcie widowni. Zupełnie jakby - często przesadnie zgryźliwe i personalne - komentarze jurorów nie wystarczyły.

W kolejnych latach w polskiej telewizji zaroiło się od produkcji opartych na zagranicznych serialach, teleturniejach czy reality shows. Wszyscy jesteśmy w stanie, nie zastanawiając się ani chwili, wymienić choćby Taniec z gwiazdami, Nianię, Kasię i Tomka; albo wspomnieć o, hm, umiarkowanych sukcesach w rodzaju Heli w opałach czy Wszyscy kochają Romana. Waga Idola polega jednak na tym, że ustanowił nowy styl komunikacji z uczestnikami oraz komunikowania o uczestnikach. Telewizja nie była już niewinna, była drapieżna, a pod pozorami (przyznajemy, nierzadko naprawdę niezłej) zabawy zaczął skrywać się, nawiązując do tekstu Łukasza Najdera4, primetime'owy bullying.

A skoro przy bullyingu jesteśmy, to zapraszamy do kolejnego podrozdziału.

Akwizytor własnego ego, czyli Kuba Wojewódzki

Jak to powiedział kiedyś Jim Morrison/Jerzy Gruza/Humphrey Bogart... Albo dobra, w przeciwieństwie do naszego bohatera spróbujemy sformułować wypowiedź bez stawania na ramionach gigantów (tym bardziej że musielibyśmy dodać jeszcze: Woody Allen).

Nie byłoby uczciwe stwierdzenie, że Kuba Wojewódzki pojawił się na medialnym firmamencie dopiero w kwietniu 2002 roku, wraz ze startem polskiego Idola. Mówimy przecież o facecie, który zaczynał karierę dziennikarską jeszcze w latach osiemdziesiątych, jako recenzent z "Magazynu Muzycznego". Następnie dołączył do zespołu Rozgłośni Harcerskiej, skąd trafił do radiowej Trójki. Współtworzona przez niego audycja Brum, emitowana od początku lat dziewięćdziesiątych w Programie Trzecim, przerodziła się w 1993 roku w poczytne czasopismo o tej samej nazwie, w którym pełnił funkcję naczelnego (w tym samym roku objął stanowisko dyrektora jarocińskiego festiwalu). Najntisy były dla niego również czasem telewizyjnej inicjacji - przypomnijmy choćby o programach Rokendroler (TVP 1) i Halo!Gramy (Polsat). Krótko przed Idolem szefował działowi Rozrywka w Wirtualnej Polsce, działał prężnie jako producent, okazjonalnie reżyserował wideoklipy, słowem: znał biznes. I właśnie znajomość branży (a niech tam: połączona najwyraźniej ze znajomością polskiej duszy) okazała się w przypadku Kuby kluczowa.

Wojewódzki nie pojawił się więc na medialnym firmamencie w 2002 roku - ale dopiero w 2002 roku stał się bohaterem masowej wyobraźni. Dobrze wiedział, że świat, będący u progu internetowej rewolucji, potrzebuje nowych postaci: jednocześnie hałaśliwych jak zespoły nu-metalowe i przystępnych jak... zespoły nu-metalowe. W "Polityce" (nr 48/2002) mogliśmy przeczytać wypowiedź Piotra Fajksa, dyrektora programowego Polsatu, który stwierdził wprost: "Taka musi być telewizyjna gwiazda dzisiejszych czasów, zimna lub gorąca, nigdy letnia".

Kuba od początku więc kąsał, drwił z uczestników programu, strzelał bon motami ("masz tylko jedną wadę: brak ci zalet"), gestykulował, piszczał i krzyczał. Wszystko po to, by oddalić - na ile tylko się da - zarzut nijakości; aby przykuć uwagę. Od początku mierził, ale i intrygował publiczność, czego dobrze dowodzi artykuł opublikowany w 2003 roku w "Głosie Pomorza"5:

"Irytuje mnie ten facet - dodaje Karolina Młynarczyk, studentka polonistyki. - Najchętniej pojechałabym do niego do Warszawy i mu nastukała. Ale oglądam ten program. Właściwie każdy odcinek. I wstyd się przyznać, oglądam go właśnie dla Kuby. Jestem ciekawa, co znowu wymyśli".

Równie ciekawe było najwyraźniej szefostwo Polsatu, które w roku premiery pierwszego Idola podarowało Wojewódzkiemu własny talk-show. Kuba wzmacniał w programie - oraz w wywiadach prasowych - swój wizerunek nonkonformisty, wiecznego chłopca miłującego luksus. Gdy w 2003 roku portal Gazeta.pl przeprowadził sondę na, uwaga, "najbardziej topowego "warszawkowicza"", to właśnie on znalazł się na szczycie. Sam odcinał się od werdyktu6, choć można założyć, że oddane na niego głosy nie były podyktowane pogardą, lecz raczej podziwem lub delikatną zazdrością.

Kuba Wojewódzki na planie programu Kuba Wojewódzki (2002). Fot. Maciej Wróbel/TRICOLORS/East News

Wczesne sezony Kuby Wojewódzkiego to jednak zarazem popis warsztatowej nieporadności - na tyle wyraźnej, że nie zaszkodziłaby mu wspomniana plakietka "uczę się". Prowadzący nie jest w stanie odpowiednio pokierować rozmową, reaguje nerwowym chichotem, zalepia czas antenowy żarcikami politycznymi, w obecności kobiet zachowuje się jak sztubak, a jego komentarze dotyczące urody czy segmenty w rodzaju prezentacji stringów z własnym wizerunkiem (odcinek z Agnieszką Maciąg z 9 marca 2003 roku) wydają się werbalnym odpowiednikiem rysowania siusiaków w zeszycie. (Rety, właśnie się zorientowaliśmy, że opis ten przylega do wszystkich dotychczasowych sezonów programu!) Już w drugim odcinku talk-show z 6 października 2002 roku Piotr Najsztub sugeruje mu, by porzucił pozę i zaczął rozmawiać z gośćmi (oczywiście pytanie, czy warto pobierać nauki u Piotra Najsztuba, pozostawiamy otwarte). Czyli co, król jest nagi?

Nie, król (ściślej, od 2006 roku: król TVN-u) jest ubrany po szyję. Największym osiągnięciem Wojewódzkiego - i nie ma w tym stwierdzeniu ani cienia ironii - jest przekonanie opinii publicznej o własnej wyjątkowości, przenikliwości i nonkonformizmie. Nastrojenie widzów tak, by grali hymn na cześć jego własnego narcyzmu. Kuba nie jest może wybitnym polskim myślicielem, ale wybitnym akwizytorem handlującym własnym ego - niewątpliwie. Wizja świata roztaczana przez Wojewódzkiego jest bowiem tak naprawdę na wskroś konserwatywna. Pod płaszczykiem intelektualnego chuligaństwa, nowego otwarcia i cool telewizji (gra nam DJ Adamus, rozdajemy odtwarzacze mp3!) od początku ukrywał się nieodłączny seksizm7 w komplecie z kryzysem wieku średniego ("Moja przyszła żona jeszcze się nie urodziła" padało z anteny wielokrotnie). Namaszczany przez otoczenie na demona intelektu, miał w sobie subtelność weselnego wodzireja podczas najbardziej hardkorowych zabaw weselnych. Przypisywana mu erudycja była przecież erudycją licealisty, który wciągnął przez noc dwie buntownicze autobiografie i zbiór złotych myśli8. Pewnym sprawdzianem była konfrontacja z zagraniczną publicznością oraz koleżankami i kolegami po fachu w programie World Idol, w którym to Kuba - mówiąc oględnie - wypadł mało imponująco.

Wreszcie: czołobitne hołdy wobec przedstawicieli starszej inteligencji, wszelkich Gajosów i Sewerynów tego świata, nie były (jak nam się wydawało) dowodem obycia kulturalnego czy wrażliwości. Związana z nimi antagonizująca opowieść dotycząca różnych Polsk - tej fajnej, nowoczesnej i rzekomo otwartej oraz tej zapyziałej, niereformowalnej (osobom urodzonym przed wyborami parlamentarnymi w 2015 roku nie musimy chyba tłumaczyć, jakie były skutki tego rodzaju wynurzeń). O humorze wyjętym z basha9 lub KOD-erskiej memosfery, który wiedzie prym w programie do dziś, nie warto się nawet rozpisywać.

Kuba szokował, mówił rzeczy niepoprawne politycznie, próbując rzekomo otworzyć nas na świat i nowoczesność. Tymczasem utwardzał swoją retoryczną łopatą (bo przecież nie floretem) grunt pod rozwój rozmaitych konserwatywnych narracji. Udając, że idzie na wojnę ze wszystkimi - jako "jednoosobowa subkultura"10 - oraz że jego działalność to "policzek smakowi powszechnemu"11, tak naprawdę przymilał się odbiorcy, upośledzał go, cofał o kilka kroków. Przekonywał, że rubaszność czy drwina wycelowana w osoby średnio uprzywilejowane jest zupełnie uprawniona, a w razie zarzutów zasłaniał się persyflażem i "konwencją"12. Na długo zanim influencerzy i coachowie zaczęli przekonywać nas o nieskończonych możliwościach każdej jednostki i o istotności dążenia do luksusu, Wojewódzki już tam był: cały w neoliberalizmie. A może nawet libertarianizmie? W końcu najważniejsze jest "ja", a państwo powinno się od nas odczepić13.

Zważywszy na tematykę książki, posługujemy się czasem przeszłym, tym razem należałoby jednak stwierdzić, że zjawisko "Kuba Wojewódzki", które narodziło się na początku XXI wieku, trwa w niezmienionym kształcie do dziś. Kiedyś dziwiło nas, że ten postępowiec tworzy platformę swobodnej wypowiedzi Januszowi Korwinowi-Mikkemu14. Dziś dziwimy się własnemu zdziwieniu.

1 Należy przy tym zaznaczyć, że The Honeymooners doczekali się zaledwie trzydziestu dziewięciu odcinków, Miodowe lata - aż stu czterdziestu trzech. Choć początkowo polski serial był ściśle wzorowany (pod względem fabularnym i nie tylko) na amerykańskim pierwowzorze, z czasem zaczął nabierać cech oryginalnej produkcji.

2 Za: Monika Water, Gatunki, formaty w pejzażu telewizyjnym. Jak badać współczesną telewizję?, online: https://media.uj.edu.pl/documents/1384650/134373778/Gatunki%2C+formaty+w+pejza%C5%BCu+telewizyjnym.+Monika+Wawer/f2efc551-6001-41a2-bfac-ea930c1d150f [dostęp: 15.07.2023].

3 Jacek Cygan zadeklarował w trakcie etapu klubowego programu, że jeśli Tomek Makowiecki trafi do finału, pozbawi się zarostu (Makowiecki trafił).

4 Chodzi o tekst Łukasza Najdera Bubu król ze zbioru Moja osoba (Wydawnictwo Czarne 2020), w którym czytamy między innymi: "Kuba w Idolu klasyczne szkolne gnębienie zalęknionych i słabszych podniósł do rangi hitu w prime time".

5 Kuba "Rozpruwacz"?, "Głos Pomorza", 3 stycznia 2003 [online]: https://gp24.pl/kuba-rozpruwacz/ar/4201495 [dostęp: 11.07.2023].

6 Tomasz Kwaśniewski, To mnie obraża, "Gazeta Stołeczna", 12 listopada 2003 [online]: https://classic.wyborcza.pl/archiwumGW/2245417/To-mnie-obraza [dostęp: 12.07.2023].

7 Nie inaczej było na niwie prasowej. Kilka wyimków z lat z 2003-2004, z rubryki Płyty Kuby Wojewódzkiego prowadzonej we "Wprost" - o Anastacii: "Od kilku sezonów słowo to ciałem się stało, ale zupełnie innym. Apetycznym i zdrowo zawodzącym. Pełną piersią. Co widać tu i tam". O Kylie Minogue: "Niestety, wartość muzyczna nowego albumu pani K. pozostaje w ewidentnej sprzeczności z jej grą ciałem. To drugie bardziej kręci". O Joss Stone (UWAGA, bardzo nieprzyjemne): "Dziewuszysko apetycznie nieletnie, zaledwie szesnaście wiosen".

8 "Witkacy, Mrożek, Gombrowicz, Hłasko to byli moi idole. Od nich się uczyłem bycia nicponiem i tego, jak się znaleźć w polskiej niedorzecznej rzeczywistości" - czytamy w numerze 11/2006 "Playboya", w wywiadzie przeprowadzonym przez Arkadiusza Bartosiaka i Łukasza Klinkego.

9 Chodzi o serwis bash.org.pl, w którym można znaleźć mniej lub bardziej zabawne dialogi pochodzące z czatu IRC.

10 To chętnie stosowane przez Wojewódzkiego określenie znajdziemy również w nazwie jego profilu facebookowego.

11 Właśnie taki tytuł nosi opublikowany w 1912 roku manifest rosyjskich... kubofuturystów (prosimy o docenienie tego wytrawnego żartu).

12 Podobnie było z niesławną serią żartów na temat Ukrainek wygłoszonych 20 czerwca 2012 roku w prowadzonej z Michałem Figurskim audycji Poranny WF. Wojewódzki zareagował na oburzenie mediów i słuchaczy słowami: "Tworząc ją [tj. audycję - przyp. aut.], wiemy, że udało nam się powołać do życia określoną konwencję oraz słuchacza, który ją rozumie. Niestety czasami pojawiają się intruzi z krainy patosu i przesady". Ostatecznie zdecydował się jednak na przeprosiny: "Przepraszam Was za wszystko, co poczułyście. Za wszystko co wiązało się z naszą audycją, ale co nie wiązało się z tłumaczeniem tej audycji przez innych. Przepraszam Was za to bez specjalnego wytłumaczenia. Kuba W". Obie wypowiedzi zostały opublikowane na profilu facebookowym Kuby Wojewódzkiego. Źródło cytatów: Wojewódzki przeprasza Ukrainki: "Za wszystko, co poczułyście", tokfm.pl, 2 lipca 2012 [online]: https://www.tokfm.pl/Tokfm/7,103085,12056511,wojewodzki-przeprasza-ukrainki-za-wszystko-co-poczulyscie.html [dostęp: 11.07.2023].

13 W rozmowie z Antonim Dudkiem (przeprowadzonej w podcaście Wojewódzki Kędzierski i opublikowanej 8.05.2023) stwierdził nawet, że postawiony przed alternatywą Konfederacja/Razem wybrałby tych pierwszych. Jak argumentował: "[...] przynajmniej nie będą grzebali tak bardzo w moich podatkach". [Online]: https://www.youtube.com/watch?v=DiPW64ZNtNY [dostęp: 12.07.2023].

14 Janusz Korwin-Mikke pojawił się w programie Wojewódzkiego dwukrotnie: w 2003 roku (Polsat) i w 2015 roku (TVN).