Pokłosie. Opowieści z Kosodomu. Żniwa śmierci. Tom 3,5 - Neal Shusterman

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (41,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pierwszy zamach

W chwili pierwszego zamachu

sieczesz powietrze z zimnokrwistą lekkością,

dzierżysz topór

niczym mistrz w sztuce zbioru.

Stojący przed tobą popadają w zachwyt,

nie umiejąc przewidzieć, co zrobisz dalej.

Jak akrobata opanowany

tańczysz brutalny taniec pośród nich;

żarliwa gwiazda gwiazd,

twoja toga opada ku ziemi

niczym wodospad złota.

Jednak to nie jest prawda.

Twoja wartość się nie liczy

dla tych, którzy liczą się teraz dla ciebie.

Tak naprawdę jesteś ledwie kropką światła

w oczach takich jak ty.

Nieistotną plamą.

I śmieją się z ciebie,

gdy wykonujesz swój pierwszy zamach.

Próbujesz wznieść się ponad ich drwiny,

choć trochę zostać zauważonym.

Dostąpić przychylności starych,

którzy nigdy się nie starzeją.

Zyskać szacunek młodych,

którzy zgładzili własną młodość.

Ażeby usprawiedliwić swoją arogancję,

kroczącą w parze z dumą

bycia wybranym.

Lecz to także oszustwo.

Miną lata, nim dostąpisz prawdy:

ci, których czcisz, są ledwie sługami

populacji zmniejszanej naszymi rękami.

Dawno, dawno temu,

zdecydowali, że możemy wybierać.

Widzowie pełni lęku, podziwu i ulgi;

stojący u władzy

lalkarze twoich czynów.

Stajemy przed nimi w równym rzędzie,

jak na krawędzi ostrza,

dzierżąc topory.

A każdy z nas jest taki sam.

Jeden pośród wielu,

wielu w jedności.

To my

mamy

zabijać.

To nasza mantra i przykazanie,

nasz obowiązek, aby nieśmiertelnym

przypomnieć o śmierci.

Uczyć ich,

iż wieczny odpoczynek, choć być może odległy,

wciąż jest nieuchronny.

Kim jesteśmy?

Kosiarzami.

A broń, którą dzierżymy,

nie jest nam przyjaciółką.

Krusząca siła

kuli, ostrza, maczugi

druzgocze nas każdego dnia.

Codziennie po trosze.

Pozostawiając niegojące się rany.

To właśnie wiąże nas z masami,

lecz powstrzymuje przed zjednaniem z nimi.

I z każdym zbiorem

pękamy, krwawimy na nowo,

wciąż jednak powinność pozostaje niezmienna.

Bowiem jesteśmy kosiarzami.

Nic nigdy tego nie zmieni.

A gdy nadejdzie twój czas,

poznasz nas

i zrozumiesz.

Joelle Shusterman

Onieśmielająca

- To wymaga czasu, Susan - powiedział niegdyś Michael. - Wkrótce dziewczyna, którą kiedyś byłaś, zostanie jedynie wspomnieniem. Całkowicie przywykniesz do swojej nowej tożsamości.

Łatwo mu mówić. Michael od pięciu lat był kosiarzem. Zastanawiała się, ile jemu zajęło "przywyknięcie". W tej chwili tak bardzo był Faradayem, że nie potrafiła sobie nawet wyobrazić go jako kogoś innego.

Jestem Marie. Nie Susan. Musiała sobie o tym nieustannie przypominać, bo nie chodziło jedynie o to, aby przedstawiać się jako Sędzia Kosiarz Marie Curie, ale aby zacząć w ten sposób postrzegać samą siebie. Wczuć się w rzeczywistość. Co innego prezentować się tak pośród ludzi, a zupełnie co innego mieć o sobie takie mniemanie. To jak myślenie w innym języku.

- Przestaniesz się wcielać w rolę kosiarza, a zaczniesz nim być - zapewnił ją nie tak dawno Faraday. - Mam przeczucie, że kiedy to się stanie, będziesz onieśmielająca!

Do tej pory czuła się jednak wręcz przeciwnie. Pierwsze miesiące na stanowisku kosiarza nie były niczym niezwykłym. Zachowywała się pragmatycznie. Funkcjonalnie. Wykonywała swoją pracę, ale wciąż starała się odnaleźć styl, który by ją definiował. Bez niego czuła, że postępuje niechlujnie, bez obranego kierunku.

Tak właśnie myślała Susan... nie, Marie, gdy przyjechała na Żniwne Konklawe w Roku Marlina. To jej pierwsze tego typu wydarzenie, gdy stała się już pełnoprawną sędzią. Naiwnie sądziła, że wielkie zgromadzenie kosiarzy okaże się znośniejsze, skoro nie była już zwykłą praktykantką... Jednak nie mogłaby się bardziej mylić.

Większość kosiarzy przybywała autonomicznymi pojazdami - publicarami czy limuzynami, by bardziej się wyróżniać - Marie prowadziła porsche z Epoki Śmiertelności, które podarował jej syn zebranego mężczyzny. Wysiadła, ale nie pozwoliła odprowadzić samochodu strażnikowi ostrza, zamiast tego obróciła się do zgromadzonych za nią widzów.

- Czy jest tu ktoś, kto potrafi kierować nieautonomicznym pojazdem z manualną skrzynią biegów?

Zauważyła kilka podniesionych rąk. Wybrała młodzieńca, który wyglądał, jakby był w jej wieku. Miał może z dziewiętnaście lat. Kiedy zrozumiał, że to jemu przypadnie ten zaszczyt, ucieszony jak szczeniak wybiegł przed tłum.

- Ostrożnie, ma sporo mocy - ostrzegła.

- Tak, sędzio. Dziękuję, sędzio. Będę uważał, sędzio.

Jedną dłonią podała mu kluczyki, ale wyciągnęła do niego również drugą. Uklęknął, pocałował jej pierścień, a stojąca w tłumie dziewczynka pisnęła z zachwytu.

- Zostaw kluczyki strażnikowi, który mi je odda - poleciła.

Skłonił się przed nią. Naprawdę się przed nią skłonił. Przypomniała sobie, że gest ten powstał, aby okazać hołd - podsunąć królowi głowę do ścięcia. Chociaż niektórzy kosiarze uwielbiali, gdy ludzie się przed nimi płaszczyli, Marie uznawała to za niezręczne i niedorzeczne. Zastanawiała się, czy jakikolwiek sędzia pokusił się o ścięcie głowy osobie, która mu się kłaniała.

- Kosiarz ma przywilej przydzielania przypadkowych zadań przypadkowym ludziom - powiedział jej pewnego dnia Michael. - Posiada również przywilej nagradzania ich za wykonane usługi. - Musiała wyzbyć się poczucia wyższości, pogodzić się z tym, że to tylko sposób na przyznanie immunitetu. Właśnie tak Michael nauczył ją zmieniać to, co mogło być wywyższaniem się, w dobroć.

Chłopak odjechał, a Marie dołączyła do widowiska. To, zgodnie z zamiarami, prezentowało się jako spektakl kosiarzy w kolorowych togach, którzy wchodzili po marmurowych stopniach Kapitolu w Fulcrum City. Wspięcie się na wyżyny było tak samo ważne, jak wszystko inne, co miało miejsce w tym budynku, ponieważ przypominało społeczeństwu o majestacie Kosodomu.

Zawsze przed pilnowanymi przez strażników schodami zbierały się tłumy ludzi mających nadzieję na choćby ulotne dostrzeżenie ulubionych sędziów. Niektórzy kosiarze grali przed widownią, inni po prostu wchodzili. Niezależnie od tego, czy się uśmiechali i machali, czy też krzywili w straszliwej ocenie, sprawiali wrażenie, którego wymagał publiczny wizerunek Kosodomu.

Marie pokonując stopnie, nie prowadziła interakcji z obserwatorami. Za wszelką cenę pragnęła znaleźć się wewnątrz i zakończyć pokaz. Mimo że schody przemierzali równocześnie inni sędziowie, poczuła się samotna. Nie spodziewała się, że dopadnie ją tak silne poczucie izolacji. Na poprzednich Konklawe, gdy była praktykantką, zawsze towarzyszył jej Faraday, jednak w tym momencie żaden kosiarz nie wydawał się przyjazny.

Cztery miesiące wcześniej, na Wiosennym Konklawe, do egzaminu przystąpiło pięcioro praktykantów. Tylko Marie udało się zdać i tylko ona została zaprzysiężona, co oznaczało, że nie spotka tu innych nowicjuszy. Nie mogła zbratać się z uczniami, ponieważ by się poniżyła i źle by to o niej świadczyło.

Reszta kosiarzy była albo zbyt pochłonięta okazywanym przez tłum uwielbieniem, albo za bardzo zaabsorbowana sobą, żeby w ogóle zauważyć jej osamotnienie. A może wychwycili je i czerpali z niego przyjemność. Nie żeby jej nie lubili; nie podobała im się sama idea jej istnienia. Nie przypadł im do gustu fakt, że ktoś tak młody, jak zaprzysiężony zaledwie przed kilku laty Faraday, wziął sobie praktykantkę. W ten oto sposób dezaprobata skupiła się na Marie.

Wielu kosiarzy żartowało z niej, traktowało z lekceważącą pogardą. Nawet w tej chwili kilku sędziów łypało na nią spode łba, wyraźnie nie pochwalając wybranej barwy togi - jasnego, bijącego po oczach fioletu. Zdecydowała się jednak na tak żywy kolor na złość rodzicom, którzy wyznawali kult Tonu i brzydzili się wszystkim, co nie było w mdłych barwach ziemi. Teraz pożałowała swojej decyzji, bo strojem ściągała na siebie niepotrzebną uwagę.

Zastanawiała się nawet, czy nie przefarbować włosów na ten sam kolor, ale fryzjer się skrzywił i podpowiedział, że pojedynczy piękny warkocz zleje się odcieniem z tkaniną.

- Srebrne! - zasugerował. - Och, to byłoby fantastyczne!

Zatem Marie skorzystała z rady. W tej chwili srebrny warkocz opadał z tyłu togi i kończył się przy pośladkach. Dziewczyna sądziła, że ten nowy wygląd pomoże przedefiniować jej osobę z praktykantki Faradaya w pełnoprawnego kosiarza - jednak teraz widziała, że przyniosło to wręcz odwrotny skutek. Dostrzegała uśmiechy, słyszała chichoty, czuła, że się czerwieni - a przez to zawstydziła się jeszcze bardziej, bo mogli zauważyć, że mają na nią wpływ.

W holu jak zwykle wystawiono śniadanie, które zaspokajało zarówno oko, jak i apetyt, a do Marie w końcu ktoś się odezwał. Kosiarz Vonnegut w swojej miejscami wybielonej dżinsowej todze wyglądał jak powierzchnia Księżyca. Tkanina nawiązywała do czasów, których nikt już nie pamiętał.

- Czyż to nie Panna Mała Szelma? - zagadnął z uśmiechem, który mógł być zarówno fałszywy, jak i szczery. Nie umiała stwierdzić. A jeśli chodziło o przydomek, nie wiedziała, kto jej go nadał, ale się przyjął i poniósł w całym midmerykańskim Kosodomie jeszcze przed zaprzysiężeniem Marie. Panna Mała Szelma. To kolejna ujma na jej honorze, bo nie była ani mała, ani nie czuła się szelmą. Miała wysoką, smukłą sylwetkę. Nie cechowała jej psotna bezczelność, była raczej ponura - zbyt poważna, by określać ją mianem szelmy.

- Wolałabym, żebyś mnie tak nie nazywał, sędzio.

Znów zaprezentował ten dwuznaczny uśmiech.

- To tylko pieszczotliwe przezwisko - oznajmił, po czym pospiesznie zmienił temat. - Podoba mi się twoja nowa fryzura! - Tym razem też kpił czy mówił szczerze? Musiała nauczyć się czytać ludzi, chociaż kosiarze szczycili się umiejętnością ukrywania emocji.

Dostrzegła, że po drugiej stronie holu znajduje się kosiarz Faraday. Jeszcze jej nie zauważył. A może udawał, że nie widzi? Cóż, dlaczego miałaby się tym przejmować? Była teraz sędzią, a nie jakąś przymilającą mu się uczennicą. W życiu Marie nie było już miejsca na kierowanie się sercem.

- Musisz nauczyć się panować nad sobą - szepnął kosiarz Vonnegut. - Równie dobrze mogłabyś wypisywać o swoim zauroczeniu na ścianach.

- Dlaczego to ma jakiekolwiek znaczenie? Kosiarz Faraday nie żywi do mnie żadnych uczuć.

Sędzia ponownie obdarzył ją dziwnym uśmiechem.

- Jeśli tak twierdzisz.

Rozbrzmiał gong informujący, że został im kwadrans na napełnienie żołądków.

- Miłego konklawe - życzył Vonnegut i odwrócił się, by odejść. - I zjedz coś, nim żarłocy zniszczą to kulinarne arcydzieło.

Michael podszedł do niej na kilka minut przed wprowadzeniem ich do sali obrad, ale rozmowa się nie kleiła. Oboje doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że są obserwowani i obmawiani.

- Świetnie wyglądasz, Marie - skomplementował. - Mam nadzieję, że dobrze minęły ci pierwsze miesiące pracy.

- Osiągnęłam wymaganą sumę zebranych.

- Nie wątpiłem, że ci się uda. - Wydawało jej się, że postąpi kolejny krok, by zamienić z nią jeszcze kilka słów, ale się odsunął. - Dobrze cię widzieć, Marie.

Zastanawiała się, czy wyczuł, że serce jej się krajało.

*

Poranny rytuał konklawe z nudnego stał się męczący. Polegał na wymienianiu nazwisk zebranych - każdy kosiarz musiał podać dziesięć spośród tych, których zebrał. Dziesięciu reprezentujących wszystkich innych. Faworytem Marie stał się Taylor Vega, który - wydając ostatnie tchnienie - podziękował jej za to, że nie dokonała zbioru na oczach jego rodziny, oraz Toosdai Riggle, bo uwielbiała wypowiadać jej imię.

W końcu nadeszła pora omawiania bieżących spraw. Gorąca debata toczyła się wokół tego, co zrobić z osobami sprawiającymi problemy w starej stolicy. Chociaż to tak naprawdę nie był dyskurs, a raczej pretekst, żeby sobie ponarzekać.

- Zrzędy z Waszyngtonu nadal mieszają w coraz bardziej zjełczałym tyglu - powiedział kosiarz Douglass.

- Tak, ale to nie jest nasz problem - wytknęła Arcyostrze Ginsburg. - Dawna stolica znajduje się w Meryce Wschodniej. Niech oni się tym zajmą. - Piastowała wysokie stanowisko i nieustannie starała się przypominać kosiarzom z midmerykańskiego Kosodomu, aby nie wtykali nosów w nie swoje sprawy. Jednak tym razem się myliła. Ten problem nie dotyczył wyłącznie Meryki Wschodniej.

Marie mruknęła pod nosem, gdy usłyszała, że Arcyostrze bagatelizuje problem. Nie chciała, aby ktokolwiek to zauważył, ale szturchnęła ją siedząca obok kosiarz Streisand.

- Jeśli masz zdanie na ten temat, to je wyraź - poleciła jej. - Jesteś teraz sędzią. Najwyższa pora wygłosić swoją opinię.

- Nikt nie chce słuchać tego, co mam do powiedzenia.

- Ha! Nikt nikogo nie chce tu słuchać, ale i tak należy się wypowiadać. Właśnie tak to już tutaj jest.

Zatem Marie wstała i zaczekała, aż dostrzeże ją Arcyostrze Ginsburg, która przyjrzała się uważnie dziewczynie, nim się odezwała:

- Czy najnowsza członkini naszego zgromadzenia zechce zabrać głos w tej kwestii?

- Tak, ekscelencjo - odparła Marie. - Wydaje mi się, że problemem jest też stary rząd sprzed Thunderheada, który rości sobie prawo do hegemonii nie tylko nad Meryką Wschodnią, ale również Midmeryką, Meryką Zachodnią i Teksasem.

- Podłe twierdzenia tych z Waszyngtonu nie mają odzwierciedlenia w rzeczywistości! - krzyknął kolejny kosiarz, nie czekając na dopuszczenie do głosu. - To niuans, nic więcej.

- Ale - kontynuowała Marie - dopóki wywołują problemy, osłabiają wszystko to, co reprezentujemy.

- Wygłaszają teorie przeciwko Thunderheadowi - dodał wyrywający się przed szereg kosiarz - więc niech system sobie z nimi radzi.

- To krótkowzroczność! - ośmieliła się rzucić Marie. - Nie możemy zaprzeczyć, że Kosodom i Thunderhead to dwie strony tego samego medalu. Jeśli jednemu coś grozi, to i drugiemu.

Pośród zgromadzonych poniosły się pomruki. Marie nie była jednak pewna, czy to dobrze, czy to źle.

- Niech politycy starego świata wylewają swoją żółć! - krzyknął ktoś z sali. - Jeśli Thunderhead na to pozwala, to niech tak będzie.

- Thunderhead musi szanować ich wolność, w tym tę do dobrowolnego zakłócania porządku - przypomniała Marie. - Jednak nas nie ogranicza ten obowiązek, co oznacza, że możemy coś z tym zrobić.

Arcyostrze Ginsburg skrzyżowała ręce na piersi.

- Zatem co w tej kwestii proponuje Sędzia Kosiarz Curie?

Wszyscy na nią spojrzeli. Marie nagle poczuła się skrępowana.

- Możemy... zrobić to, czego nie może Thunderhead. Rozwiązać problem...

Cisza.

- Czy to możliwe, żeby Panna Mała Szelma w końcu zasłużyła na swoje przezwisko? - ryknął z drugiego końca sali jakiś kosiarz.

Zgromadzeni parsknęli tak głośnym śmiechem, że poniósł się po pomieszczeniu. Marie próbowała znieść to rozbawienie z godnością, czuła jednak, jak załamuje się jej duch.

Kiedy śmiech wybrzmiał, Arcyostrze Ginsberg odezwała się do niej wesołym, aczkolwiek protekcjonalnym tonem:

- Moja droga, raczkująca sędzio, stabilność Kosodomu wynika z rozwagi i konsekwencji. Postępowałabyś nieco mądrzej, kosiarz Curie, gdybyś nie kierowała się emocjami.

- Racja! - wykrzyknął ktoś.

I to tyle. Arcyostrze przeszła do innych spraw, a sędziowie pogrążyli się w dyskusji, czy należało zakazać przybierania imienia patrona, które nosił już żyjący kosiarz, ponieważ wprowadzało to niepotrzebne zamieszanie, a przykładem tego byli sędziowie Armstrong, Armstrong i Armstrong.

Marie westchnęła przez zaciśnięte zęby i z sykiem wypuściła powietrze.

- Strata czasu.

- Zgadza się - wtrąciła kosiarz Streisand - ale wyszło całkiem zabawnie.

Słowa te jeszcze bardziej zirytowały Marie.

- Nie jestem tu, żeby kogokolwiek zabawiać.

Kosiarz Streisand posłała jej oceniające spojrzenie.

- Szczerze mówiąc, mała, jeśli nie potrafisz znieść takiego prztyczka, nie masz po co być kosiarzem.

Tymi słowami sprawiła, że Marie stłumiła wszystko, co cisnęło jej się na usta. Spojrzała na Faradaya, który siedział po drugiej stronie sali i tylko łypał na nią okiem. Czy zawstydziła go swoim wystąpieniem? Zadowoliła, ponieważ przedstawiła swoje zdanie? Prawdę mówiąc, nie zdołała odgadnąć. Nie kiwnął palcem, żeby jej pomóc, ale czy to coś dziwnego? Chociaż jej się to nie podobało, Michael słusznie się dystansował - nie tylko z powodu plotek, ale też dlatego, że Marie musiała sama sobie wyrobić markę. Jednak jak pośród wszystkich tych kosiarzy miała kiedykolwiek zrobić coś, co nie wywoła u nich uśmieszków czy załamywania rąk?

- Kosiarze działają - powiedział jej Faraday, gdy była jego praktykantką, po czym dodał z zawadiackim uśmieszkiem: - I nie tylko dlatego, że są tak postrzegani.

Miał rację. Kosiarz musiał działać zdecydowanie i bez wahania - nawet jeśli było to trudne. Jeżeli Marie zamierzała dowieść swojej wartości, jej czyny musiały zapierać dech w piersiach, by żaden członek Kosodomu nie miał siły się śmiać.

*

Marie, jak większość kosiarzy, mieszkała samotnie. Nie istniała zasada, która by to nakazywała. "Nie weźmiesz małżonka, nie spłodzisz potomstwa" nie oznaczało, że nie mogła mieć kochanka czy towarzysza. Jednak niedawno odkryła to, o czym większość kosiarzy już wiedziała: każdy, kto zdecydowałby się mieszkać z kosiarzem, nie był osobą, z którą sędzia chciałby dzielić dom.

Niektórzy młodzi kosiarze wracali do rodziców, jednak szybko od nich odchodzili. Marie nie mogłaby mieszkać z mamą i tatą, nawet gdyby nie stali się wyznawcami absurdalnego kultu Tonu. Nie wyobrażała sobie, jak miałaby rozmawiać z nimi, wróciwszy po zbiorach. Tak, zbiory to istotne, niemal święte, służące ludzkości zadanie, ale śmierć to śmierć, a krew to krew.

Marie wybrała sobie duży dom w lesie. Miał wysokie sufity, duże okna, z których rozpościerał się widok na góry i nieopodal szumiący strumień. Odkryła, że bulgocząca woda ją uspokaja. Oczyszcza głowę. Słyszała, że gdzieś na świecie istnieje budynek, przez który przepływa rzeka. Pewnego dnia będzie musiała przyjrzeć się temu bliżej, ale na razie wystarczała jej rustykalna chata. Kupiła ją za fundusze Kosodomu, zamiast odebrać poprzedniemu właścicielowi, jak zrobiliby niektórzy kosiarze. W zajmowanym od czterech miesięcy budynku miała niewiele mebli, co stanowiło kolejny dowód na to, że nadal nie "przywykła" do nowego życia.

Po powrocie z konklawe poszła na spacer do lasu, mając nadzieję, że świeże, pachnące ziemią powietrze przegna okropny posmak po zgromadzeniu kosiarzy, ale na ścieżce spotkała dwie biegaczki, które plotkowały na temat tego, kogo mąż zdradzał w wirtualnym burdelu, kto pojechał do Tasmanii, aby dokonać skandalicznych modyfikacji ciała, kto bez powodu zawrócił znad krawędzi. Marie przypominało to intrygi w Kosodomie.

Zebrała je obie, czego natychmiast pożałowała, bo czyż to nie małostkowość skazać dwie kobiety za plotkowanie? I nawet nie zrobiła tego jak należy. Gdyby się postarała, ich serca natychmiast przestałyby bić, a krwi byłoby naprawdę mało. Jednak tym razem dokonała zbioru inaczej. Słyszała w głowie napominający głos Michaela, który mówił, aby poćwiczyła sztukę zabijania.

Kiedy wróciła do domu, kotka Sierra podbiegła do niej i zaczęła ocierać się o łydki. U Marie na pół etatu pracowała gosposia - to jedyna ekstrawagancja, na jaką pozwalała sobie dziewczyna. Kobieta sapnęła głośno na widok poplamionej krwią togi pracodawczyni. Zawsze gwałtownie wciągała powietrze i zawsze za to później przepraszała, ale Marie cieszyła jej szczera reakcja. Skutki zbioru powinny szokować. Jeśli kiedykolwiek przestaną, będzie wiedziała, że coś jest nie tak.

- Deboro, czy mogłabyś zanieść tę togę do pralni? - poprosiła Marie. - I powiedz, że nie muszą się spieszyć, mam dwie inne.

- Tak, sędzio.

W pralni zawsze czynili cuda z powierzanym im odzieniem... chociaż Marie zaczęła podejrzewać, że po prostu dawali jej nowe togi.

Kiedy Debora wyszła, Marie wzięła kąpiel, podczas której popełniła jednak błąd i postanowiła wysłuchać wiadomości.

Prezydent Hinton ze Starej Ameryki rozkazał korpusowi wojskowych inżynierów - który z jakiegoś powodu nadal istniał - rozpoczęcie demontażu komórek pamięci Thunderheada.

- Naszym moralnym obowiązkiem jest uwolnienie naszego wspaniałego narodu od ucisku mrocznej chmury - powiedział swoim zwyczajowym, pompatycznym tonem Hinton, ale jedynie rzucał słowa na wiatr. Nie miał poparcia społeczeństwa. Właściwie głosował mniej niż jeden na dwudziestu, bo większość zdawała sobie sprawę, jak przestarzała jest koncepcja rządu, a jeszcze więcej osób nie zgadzało się z jego negatywną oceną systemu. Oczywiście prezydent i jego poplecznicy twierdzili, że statystyki Thunderheada są zakłamane. Hinton żył jednak w takim zakłamaniu, że nawet nie był w stanie wyobrazić sobie istoty, która nie była zdolna do łgania.

Thunderhead nie zrobił nic, aby powstrzymać demontaż serwerów. Zamiast tego przeniósł swoją pamięć dokądś indziej, co miało dodatkową zaletę, bo wygenerowało tysiące miejsc pracy dla chętnych.

Powszechnie było wiadomo, że Thunderhead zaoferował Hintonowi to samo, co proponował innym prezydentom: honorowe ustąpienie, przeniesienie w dowolne miejsce na świecie dla wszystkich zasiadających w jego rządzie i ich rodzin. Nową przyszłość i swobodne działanie na wybranym polu, o ile nie będzie wiązało się ono ze sprawowaniem politycznej władzy. Hinton dołączył jednak do szeregu prezydentów, którzy stanowczo odmówili.

- Nie mam panu tego za złe - wyznał nieustannie wielkoduszny Thunderhead. - Nikt dobrowolnie nie oddaje władzy. Opór to naturalna, oczekiwana reakcja człowieka.

Wykąpana Marie siedziała przed trzaskającym ogniem kominkiem, popijając kakao i starając się odnaleźć pocieszenie w tych prostych przyjemnościach, ale nadal pozostawała niespokojna. Sierra, jakby to wyczuwając, wskoczyła ostrożnie na kolana dziewczyny i umościła się wygodnie. To było trzecie życie kotki. Marie postanowiła pozwolić jej na dziewięć. Poetycko. Wydawało się to właściwe. Ale nie wszystko miało tak przyjemną estetykę...

Od czasu konklawe Marie nie dawała spokoju pewna - przerażająca i być może niebezpieczna - myśl. Dziewczyna usilnie ją tłumiła, nie pozwalała jej wydostać się na powierzchnię, starała się zająć umysł setką innych rzeczy. Jednak gdy głaskała Sierrę, wiedziała, że chwila łagodnej, mruczącej pociechy nie będzie trwała wiecznie.

Zdawała sobie sprawę, że wyprawa do Waszyngtonu to tylko kwestia czasu.