KENJI
Wszyscy uciekamy.
Baza znajduje się niedaleko stąd i najlepszym rozwiązaniem jest dotrzeć do niej piechotą. Jednak gdy tylko wypadamy na otwartą przestrzeń, cała nasza grupa - czyli ja, Castle, Winston, ranny Brendan, Ian i Alia - staje się niewidzialna. Ktoś wykrzykuje do mnie zdyszane podziękowania, ale to nie moja sprawka.
Zaciskam pięści.
Nazeera.
Te ostatnie parę dni z nią przyprawiały mnie o zawroty głowy. Nie powinienem był jej ufać. Najpierw mnie nienawidzi, potem nienawidzi mnie jeszcze bardziej, a później, zupełnie nieoczekiwanie, stwierdza, że wcale nie jestem dupkiem i chce się ze mną kumplować? Nie mogę uwierzyć, że dałem się na to nabrać. Nie mogę uwierzyć, że taki ze mnie kretyn. Od samego początku mną manipulowała. Pojawia się nagle znikąd, jakimś cudem niby ma takie same zdolności jak ja, a potem - dokładnie w tym samym czasie, kiedy udaje serdeczną przyjaciółeczkę Juliette - zostajemy ofiarami ataku na sympozjum i Juliette w pewnym sensie morduje sześćset osób?
Nie ma mowy. Nie łykam tego.
Nie ma mowy, żeby to wszystko było tylko zbiegiem okoliczności.
Juliette wzięła udział w tamtym sympozjum właśnie dlatego, że Nazeera ją do tego zachęcała. To Nazeera przekonała Juliette, że to dobry pomysł. A pięć sekund przed tym, jak Brendan został postrzelony, Nazeera kazała mi uciekać. I jeszcze niby mamy te same supermoce.
Ściema.
Nie mogę uwierzyć, że dałem się omamić ładną buzią. Powinienem był uwierzyć Warnerowi, kiedy mówił, że ona coś ukrywa.
Warner.
Boże. Nawet nie wiem, co się z nim stało.
Zaraz za progiem bazy nasza niewidzialność znika. Nie mam pewności, czy to oznacza, że Nazeera sobie poszła, ale nie możemy zwolnić, żeby się o tym przekonać. Szybko transmituję własną niewidzialność na resztę grupy; wystarczy, że utrzymam ją jeszcze przez chwilę, aż dostaniemy się w bezpieczne miejsce, bo sam powrót do bazy to za mało. Żołnierze będą zadawać pytania, a w tej chwili nie znam na nie odpowiedzi.
Wkurzą się.
Docieramy wspólnie na piąte piętro, do naszej miejscówki w Sektorze 45. Warner dopiero co dokończył jej budowę. Opróżnił na potrzeby naszej siedziby całe piętro i ledwo zdążyliśmy się rozgościć, kiedy wszystko przepadło. Na razie wolę o tym nawet nie myśleć.
Robi mi się od tego niedobrze.
Liczę nas, gdy zbieramy się w największej wspólnej sali. Mamy cały pierwotny skład, wszystkich pozostałych przy życiu członków Omega Point. Adam i James wpadają, żeby sprawdzić, co się stało, Sonya i Sara natomiast zostają chwilę, by posłuchać, a potem zabierają Brendana do skrzydła medycznego. Winston znika za nimi.
Po Juliette i Warnerze nie ma ani śladu.
Szybko dzielimy się wrażeniami. Zaraz udaje nam się potwierdzić, że wszyscy widzieliśmy praktycznie to samo: krew, chaos, zamordowanych ludzi, a potem nieco mniej krwawą wersję tego samego. Nikogo to nie zdziwiło tak bardzo, jak mnie, ponieważ, jak to ujął Ian: "Tutaj ciągle dzieje się coś dziwnego, nadnaturalnego, to wcale nie takie niezwykłe". Jednak najważniejsze jest coś innego.
Nikt nie widział, co się stało z Warnerem i Juliette.
Nikt oprócz mnie.
Przez kilka sekund tylko patrzymy po sobie. Serce dudni mi mocno w piersi. Czuję się, jakbym płonął, jednak nie ogniem, lecz oburzeniem.
Zaprzeczeniem.
Alia odzywa się jako pierwsza.
- Chyba nie myślicie, że nie żyją, prawda?
- Pewnie nie żyją - odpowiada Ian.
Skaczę na równe nogi.
- STOP. Właśnie, że żyją.
- Skąd ta pewność? - pyta Adam.
- Wiedziałbym, gdyby było inaczej.
- Słucham? Niby skąd?
- Po prostu bym wiedział, okej? - wypalam. - Wiedziałbym. I żyją. - Biorę głęboki oddech na opanowanie. - Nie poddamy się panice - mówię na tyle spokojnie, na ile tylko zdołam. - Musi istnieć logiczne wytłumaczenie. Ludzie tak po prostu nie znikają, prawda?
Wszyscy się na mnie gapią.
- Wiecie, co mam na myśli - rzucam z irytacją. - Przecież nikt z nas nie myśli, że Juliette i Warner mogliby, no, uciec we dwoje. Przed sympozjum nie rozmawiali ze sobą. Dlatego więcej sensu ma to, że zostali porwani. - Robię pauzę. Jeszcze raz się rozglądam. - Prawda?
- Albo zginęli - odzywa się Ian.
- Jeśli nadal będziesz tak mówił, Sanchez, gwarantuję, że przynajmniej jedna osoba dzisiaj umrze.
Ian głośno wzdycha.
- Słuchaj, nie chcę być dupkiem. Wiem, że trzymaliście się blisko. Ale bądźmy szczerzy: z nami tak nie było. I może z tego powodu jestem mniej zaangażowany emocjonalnie, jednak jednocześnie podchodzę do tego z większym dystansem.
Czeka, dając mi szansę na odpowiedź.
Milczę.
Ian znowu wzdycha.
- Chciałem tylko powiedzieć, że może pozwalasz, by emocje wzięły górę. Wiem, że nie życzysz im śmierci, ale istnieje naprawdę duża szansa, że zginęli. Warner był dla Przywrócenia zdrajcą. Jestem zaskoczony, że nie próbowali go zabić wcześniej. A Juliette... to chyba oczywiste, prawda? Zamordowała Andersona i ogłosiła się nową przywódczynią Ameryki Północnej. - Unosi znacząco brwi. - Już od kilku miesięcy byli na celowniku.
Zaciskam szczęki. Rozluźniam. Znowu zaciskam.
- Czyli - ciągnie cicho Ian - trzeba podejść do tego z głową. Jeśli nie żyją, musimy się zastanowić nad kolejnymi posunięciami. Dokąd pójdziemy?
- Czekaj, co masz właściwie na myśli? - pyta Adam, prostując się. - Jakie kolejne posunięcia? Myślisz, że musimy stąd odejść?
- Bez Warnera i Juliette raczej nie będziemy tutaj bezpieczni. - Lily chwyta rękę Iana, a mnie ten gest wsparcia przyprawia o mordercze myśli. - Żołnierze przyrzekli lojalność im dwojgu, a w szczególności Juliette. Bez niej nie jestem pewna, czy dokądkolwiek za nami pójdą.
- A jeśli Przywrócenie zamordowało Juliette - dodaje Ian - to oczywiście dopiero początek. Mogą w każdej chwili przybyć, żeby odzyskać Sektor 45. Największe szanse na przetrwanie będziemy mieli wtedy, gdy zastanowimy się, co będzie najlepsze dla naszej grupy. Ponieważ z pewnością znaleźliśmy się na celowniku, moim zdaniem powinniśmy uciekać. I to szybko. - Pauza. - Może nawet jeszcze dzisiaj.
- Stary, oszalałeś? - Opadam z impetem na krzesło. Mam ochotę wrzeszczeć. - Nie możemy tak po prostu uciec. Musimy ich poszukać. Musimy natychmiast zaplanować misję ratunkową!
Wszyscy tylko na mnie patrzą. Jakby to mi odbiło.
- Castle? - rzucam i nie udaje mi się zachować neutralnego tonu. - Nie zechciałbyś się podzielić swoim zdaniem?
Jednak Castle kuli się i patrzy na sufit, na nic. Sprawia wrażenie otumanionego.
Nie mam czasu, żeby się nad tym zastanawiać.
- Kenji - odzywa się cicho Alia. - Przykro mi, ale Ian ma rację. Uważam, że nie jesteśmy już tutaj bezpieczni.
- Nie odejdziemy - mówimy jednocześnie z Adamem.
Obracam się, zaskoczony. Przeszywa mnie nadzieja, szybko i silnie. Może Adam czuje do Juliette więcej, niż daje po sobie poznać. Może nas wszystkich zaskoczy. Może wreszcie przestanie się ukrywać, przestanie tchórzliwie czekać w tle. Może, myślę sobie, Adam wrócił.
- Dziękuję - mówię i wskazuję na niego gestem, który daje pozostałym jasny znak: Widzicie? To się nazywa lojalność.
- James i ja nie będziemy dłużej uciekać - wyjaśnia Adam, z jego oczu bije chłód. - Rozumiem, że wy musicie odejść, ale ja i mój brat zostajemy. Byłem żołnierzem tego sektora. Mieszkałem w bazie. Może mi odpuszczą.
Marszczę brwi.
- Przecież...
- Nie będziemy dłużej uciekać - tłumaczy Adam. Głośno. Zdecydowanie. - Możecie snuć swoje plany bez nas. I tak musimy już udać się do łóżek. - Adam wstaje, odwraca się do brata. - Czas spać.
James wbija wzrok w podłogę.
- James - mówi Adam ostrzegawczym tonem.
- Chcę zostać i posłuchać - odpowiada chłopiec, krzyżując ręce na piersi. - Możesz się położyć beze mnie.
- James...
- Mam pewną teorię - odzywa się dziesięciolatek. Ostatnie słowo wymawia w taki sposób, jakby było dla niego czymś nowym, jakby było ciekawym dźwiękiem w jego ustach. - I chciałbym podzielić się nią z Kenjim.
Adam wydaje się tak spięty, że aż mi się to udziela. Chyba nie zwracałem na niego wystarczającej uwagi, bo dopiero teraz widzę, że wygląda na zmęczonego. Gorzej. Wygląda na zniszczonego. Jakby mógł lada chwila się zapaść, pęknąć.
James spogląda na mnie szeroko otwartymi oczami, wyraźnie podekscytowany.
Wzdycham.
- Jaką masz teorię, mały człowieku?
Twarz Jamesa promienieje.
- Tak sobie myślałem, że może to całe udawane zabijanie miało, no, odwrócić naszą uwagę.
Unoszę brew.
- Na przykład gdyby ktoś chciał porwać Warnera i Juliette - tłumaczy dalej. - Sam mówiłeś wcześniej, że takie coś byłoby idealnym odwróceniem uwagi, prawda?
- No, tak - odpowiadam, marszcząc czoło. - Chyba tak. Ale po co Przywrócenie miałoby obmyślać taki plan? Czy oni w którymkolwiek momencie ukrywali swoje zamiary? Gdyby jakiś najwyższy przywódca chciał porwać Juliette albo Warnera, dlaczego nie miałby po prostu pojawić się tutaj z całym oddziałem pierdolonych żołnierzy i zabrać to, czego chce?
- Wyrażaj się - rzuca oburzony Adam.
- Sorki. Proszę o wykreślenie słowa "pierdolonych" z zapisu naszej rozmowy.
Adam potrząsa głową. Wygląda, jakby miał mnie zaraz udusić. Jednak James się uśmiecha, a tylko to się naprawdę liczy.
- Nie, nie wydaje mi się, by wtargnęli w ten sposób, nie, skoro jest tutaj tylu żołnierzy - mówi James z błyszczącymi oczami. - Nie, jeśli mieli coś do ukrycia.
- Myślisz, że mieli coś do ukrycia? - wtrąca Lily. - Przed nami?
- Nie wiem - przyznaje James. - Czasami ludzie ukrywają różne rzeczy. - Ukradkiem zerka na Adama, a mnie od razu przyśpiesza ze strachu tętno i już mam odpowiedzieć, kiedy uprzedza mnie Lily.
- No wiesz, to możliwe - odzywa się. - Ale Przywrócenie w przeszłości niekoniecznie przejmowało się wizerunkiem. Dawno temu przestali udawać, że obchodzi ich opinia publiczna. Teraz koszą ludzi na ulicy, bo taką mają ochotę. Nie wydaje mi się, by zależało im, by coś przed nami ukryć.
Castle wybucha śmiechem, głośno, a my wszyscy odwracamy się, by na niego spojrzeć. Czuję ulgę, bo wreszcie zareagował, jednak wydaje się jakiś nieobecny. I zły. Właściwie nigdy wcześniej nie widziałem go rozzłoszczonego.
- Ukrywają przed nami całe mnóstwo rzeczy - rzuca ostro. - I przed sobą nawzajem. - Wzdycha przeciągle i w końcu wstaje. Uśmiecha się ostrożnie do chłopca. - James, jesteś naprawdę mądry.
- Dziękuję - odpowiada dziesięciolatek, patrząc na niego ze zdziwieniem.
- Castle? - rzucam bardziej szorstko, niż planowałem. - Czy mógłbyś powiedzieć nam, proszę, co się dzieje? Czy ty coś wiesz?
Znowu słychać jego westchnienie. Castle drapie się po brodzie.
- No dobrze, Nazeera - odzywa się, zwracając do pustego miejsca, jakby mówił do ducha. - Śmiało.
Kiedy w pokoju materializuje się Nazeera, nie tylko ja wyglądam na wkurzonego. Okej, może jednak tylko ja.
Ale za to cała reszta jest co najmniej zaskoczona.
Gapią się na nią, na siebie, a potem każdy z nich - absolutnie każdy - odwraca się do mnie.
- Stary, wiedziałeś o tym? - pyta Ian.
Marszczę brwi.
Niewidzialność jest moja. Moja, cholera jasna.
Nikt nigdy mi nie mówił, że muszę się nią dzielić. A już na pewno nie z kimś takim jak Nazeera, kłamliwą manipulatorką...
Śliczną. Śliczną kłamliwą manipulatorką.
Ja pierdolę.
Odwracam się i wbijam wzrok w ścianę. Nie może dłużej rozpraszać mnie swoją urodą. Wie, że mi się podoba - moje zauroczenie jest, jak twierdzi Castle, oczywiste dla każdego w promieniu dziesięciu kilometrów - i wyraźnie wykorzystywała moją głupotę dla własnych korzyści.
Cwana. Szanuję jej taktykę.
To jednak oznacza, że muszę trzymać przy niej gardę. Koniec wgapiania się w nią. Koniec myślenia o niej. Koniec wyobrażania sobie jej uśmiechu. Albo tego, jaka była szczerze rozbawiona tego samego wieczoru, gdy nawrzeszczała na mnie za zadawanie rozsądnych pytań. Które, swoją drogą...
Moim zdaniem to wcale nie było takie szalone zastanawiać się na głos, dlaczego córka najwyższego przywódcy mogła bezkarnie nosić nielegalną chustę. Później powiedziała mi, że nosi ją symbolicznie, od czasu do czasu, że nie może tego robić non stop, bo to wbrew prawu. A jednak kiedy ja to zauważyłem, nawrzeszczała na mnie. A potem jeszcze raz, gdy byłem zbity z tropu.
Nadal jestem.
Teraz nie ma zasłoniętych włosów, ale najwyraźniej nikt oprócz mnie tego nie zauważył. Może już widzieli ją w takim wydaniu. Może tylko ja jeszcze z nią o tym nie rozmawiałem, a oni już słyszeli tę historię o noszeniu chusty symbolicznie i okazjonalnie.
Nielegalnie, poza zasięgiem wzroku taty.
- Kenji - odzywa się, a jej głos brzmi tak ostro, że unoszę spojrzenie, odrywając je od ściany wbrew wyraźnym rozkazom wydanym samemu sobie. Wystarczają dwie sekundy kontaktu wzrokowego, żeby moje serce znowu oszalało.
Te usta. Te oczy.
- Słucham? - Krzyżuję ręce na piersi.
Nazeera wygląda na zaskoczoną, jakby nie spodziewała się, że będę obrażony, a mnie to nie obchodzi. Powinna wiedzieć, że jestem wkurzony. Że bycie niewidzialnym to moja zdolność. Że zdaję sobie sprawę ze swojej małostkowości i mam to gdzieś. Poza tym nie ufam jej. No i dlaczego niby wszystkie dzieci najwyższych przywódców tak dobrze wyglądają? Zupełnie jakby to było celowe, jakby wszyscy pochodzili z probówki czy coś.
Potrząsam głową, żeby przerwać ten strumień świadomości.
- Powinieneś tego wysłuchać na siedząco, naprawdę - zauważa ostrożnie Nazeera.
- Nic mi nie będzie.
Marszczy brwi. Przez sekundę wydaje się niemal urażona, ale zanim zdążę źle się z tym poczuć, wzrusza ramionami. Odwraca wzrok.
A po jej następnych słowach prawie się rozpadam.